Paryski nie-co-dziennik
Pierwszy decyzją Senatu RP, by uczcić jego 120. rocznicę urodzin i 80. powstania Instytutu Literackiego wydającego paryską „Kulturę”. Drugi – decyzją Sejmu RP w 130. rocznicę urodzin „ministra spraw zagranicznych «Kultury»”, bo tak Giedroyc nazywał Czapskiego, który w najtrudniejszych latach, wykorzystując swoje rozległe kontakty w europejskich kręgach intelektualnych, kwestował na rzecz podtrzymania wydawania najważniejszego pisma powojennego półwiecza.
Jerzy Giedroyc urodził się w Mińsku Litewskim; był potomkiem litewskiej rodziny książęcej, która zrzekła się tytułu szlacheckiego. W 1946 roku gen. Anders mianował go kierownikiem Instytutu Literackiego w Rzymie. Wydawał głównie książki, których edycję rozpoczął „Legionami” Sienkiewicza oraz „Księgami narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” Mickiewicza. Rok później ukazał się w Rzymie pierwszy numer „Kultury” jako kwartalnik w nakładzie tysiąca egzemplarzy. W artykule wstępnym napisał: „Nadchodzą czasy ponownego osłabienia woli, ponownego zatrucia myślą o śmierci. Bo i o cóż walczyć, czego bronić w obliczu powszechnego Ex oriente lux? «Kultura» chce szukać w świecie cywilizacji zachodniej tej woli życia, bez której Europejczyk umrze tak jak umarły niegdyś kierownicze warstwy dawnych imperiów”.
W tym samym roku Giedroyc, po spłaceniu długu zaciągniętego na działalność oficyny, przeniósł Instytut Literacki z ziemi włoskiej bliżej Polski, docelowo do podparyskiego Maisons-Laffitte. Wywiesił „czarną chorągiew anarchii”, uniezależniając się od wszystkich i zaczął funkcjonować całkowicie niezależnie, łącząc politykę z kulturą. Nie miał ani politycznego zaplecza, ani fortuny, jedynie słowo, z którego uczynił oręż walki o wolną Polskę, której symbolem stał się Laffitte, jak niegdyś Hôtel Lambert księcia Adama Czartoryskiego na paryskiej Wyspie Świętego Ludwika.
Był twórcą nowych koncepcji myślenia o państwie. Takich jak koncepcja „ULB” zakładająca suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi za niezbędną dla niepodległości Polski, gdyż zdominowanie ich przez Rosję otwiera drogę do zniewolenia Polski. Polską racją stanu powinna być polityczno-międzynarodowa niezależność tych państw. Wypracował założenia polityki wschodniej wolnej od narodowej megalomanii, kompleksu niższości wobec Zachodu i wyższości wobec Wschodu. Tworzył fundament pod nową formację inteligencji polskiej, skupiając wokół siebie wybitnych publicystów i pisarzy emigracyjnych, jak Gombrowicz, Miłosz, Bobkowski, Mieroszewski, Jeleński, Herling-Grudziński, Stempowski, no i Czapski, który był niezwykle aktywnym uczestnikiem powstawania „Kultury”. – Zawdzięczam mu bardzo wiele – powie Giedroyc.
Razem reprezentowali pismo w Berlinie na Kongresie Wolności Kultury w 1950 roku, na którym Czapski ostrzegał w swym wystąpieniu: Wiara w rozwój połowy wolnej Europy, podczas gdy druga jest totalizowana i dławiona – jest wiarą w fikcję. Zjednoczona Europa była dla „Kultury” nadzieją, jedynym realnym i trwałym rozwiązaniem geopolitycznych problemów Polski, zwłaszcza wynikających z sąsiedztwa między Rosją a Niemcami.
Józef Czapski pochodził z arystokratycznej rodziny hrabiów i baronów. Sam tytułów nie używał. Urodził się w praskim pałacu Thunów, o „stu pokojach gościnnych”, a zmarł w małym pokoju na piętrze domu „Kultury”. Ku zaskoczeniu żałobników trumna z jego ciałem nie mieściła się w grobowcu. Za wielki. Jego sylwetka Don Kichota jak „dwumetrowa tyczka” budziła poczucie zaufania i dobroci. Miał coś z erudyty o naiwności dziecka, coś z błędnego rycerza. Przez blisko sto lat wędrował przez życie. Przez feudalną Białoruś i Rosję Romanowów, przez bolszewicką rewolucję, przez Paryż lat 20., Warszawę lat 30., przez nieludzką ziemię okolic Starobielska, gdzie cudem uniknął kuli w potylicę, o czym napisał dwie książki – świadectwa zbrodni katyńskiej: „Wspomnienia starobielskie” i „Na nieludzkiej ziemi”. Przeszedł cały szlak bojowy z armią Andersa zakończony w paryskim Hôtelu Lambert u Stefana Zamoyskiego, aż dotarł do Maisons-Laffitte, gdzie zamieszkał wraz z siostrą Marią i przybyłym z Rzymu zespołem „Kultury”.
Józio, jak nazywali go bliscy, do świata miał stosunek artystyczno-mistyczny. Przeżywał jego kształty, barwy, formy. Był pisarzem, eseistą, malarzem tego, co w sztuce i życiu najważniejsze – szukania piękna, ideału, prawdy. Wierzył w istnienie innego wymiaru. Tropił go i dociekał jego sensu w paryskich kawiarniach, na dworcach, w metrze, w ciasnych wnętrzach i w rozległych przestrzeniach. Czasem mu się pokazywał – nagle, w błysku rzeczywistości i wtedy próbował go szkicować w grubym kajecie, z którym się nie rozstawał.
Do Paryża przyjechał w 1924 roku kontynuować studia malarskie. Nawiązał kontakty w paryskich kręgach intelektualno-artystycznych, poznał Camusa, Ciorana, Malraux. Ufał życiu, a więc i śmierci: Ja śmierć czuję jakże inaczej, jak ratunek, jak wyzwolenie, jak „dosyć”. Był spełniony.
O Giedroyciu trudno tak powiedzieć: brak iluzji i apokaliptyczne usposobienie były jego siłą napędową, choć i on przyznawał, iż czasem budziła się w nim potrzeba przeżyć mistycznych. I… był jak mnich, ale taki, którego klasztorem była Polska – taka, jakiej ciągle nie ma. Zostawił po sobie busolę wyznaczającą kurs na tę Polskę wymarzoną – już bez martyrologii, kompleksów, roztkliwiania się nad sobą. Wartość jego spuścizny dobrze ujął Basil Kerski, ekspert od polityki międzynarodowej:
„Kultura” paryska Jerzego Giedroycia może dziś działać jak szczepionka na wszelkie polityczne szaleństwa, które zatruwają naszą wyobraźnię polityczną i niszczą demokrację oraz pokój w Europie.
Giedroyc i Czapski – patroni 2026 roku. Patroni otwartej na świat polskości.
Leszek Turkiewicz











