277. Co odkryłem po drugiej stronie lustra.

okolicepiecdziesiatki.wordpress.com 9 godzin temu

Był środowy wieczór, gdy z ciekawości wsiadłem w samolot Ryanair, by zawiózł mnie na drugą stronę lustra. „Wysiąść we wtorek późnym popołudniem na lotnisku w Dublinie, by nie zostać w zaczarowanym świecie na zawsze” – zanotowałem na odpowiedniej fałdzie mózgowej i tak zaczęła się moja oniryczna podróż do zmieniającego się świata, niegdyś zostawionego zupełnie innym.

Czwartek: Pierwszą wyprawą poglądową był krótki wypad do fryzjera. Cel: Zbadać kto kogo utrzymuje. Wybrałem ursynowski lokal prowadzony przez Ukraińca, płacącego zarobione w pocie czoła składki na nierobów z Konfy (w tym na Mentzena i Bosaka), na emerytów (np. na wściekłe bestie w stylu mojej matki podjudzane przez Radio Maryja i Grzegorza Brauna). Po uporządkowaniu czupryny i zrobieniu małych zakupów kosmetycznych udaliśmy się z bratem na późny obiad, podczas którego obsługiwani byliśmy przez Ukrainki utrzymujące ze swych podatków inne konfederackie pipy. Nic się nie zmieniło prócz tego, iż pojedliśmy smacznie i do syta. Wieczorem „Uśpieni” (1996), czyli de Niro, Bacon, Hoffman, Pitt i spółka. Temat ciekawy, ale czuję niedosyt.

Piątek: Pierwsza wizyta w centrum Warszawy. Podziw. Nie tylko dla tego, co powstało od czasu, gdy ostatnio tam mieszkałem, a było to ćwierć wieku temu. Myślę, iż choćby większe wrażenie zrobił na mnie stan miasta, Nie sztuka zbudować, choć też samo się nie zrobi. Sztuka utrzymać. Coś wspaniałego. Szacun dla ludzi, którzy codzienną pracą dbają o zyski, czystość i stan techniczny. Metro, komunikacja, galerie i inne usługi. Naciąłem się na pana Wiśniewskiego od „Ich Troje”, gdy z partnerką (nie nadążam za numeracją) robili zakupy w sklepie MAC. Zostawiłem ich samych z obsługą, muszę przyznać iż gwiazdor niezmiennie rzuca się w oczy i jeżeli to jest jego cel, to działa, choć nie moje to klimaty, doceniam, ale spieszę się. Mam spotkanie z kolegami z lat burzliwych. I teraz, dopadły mnie pierwsze rozczarowania. Po pierwsze, lokal choć serwujący świetne dania, był dla mnie zbyt głośny i rozpraszał mnie. Źle się czułem w tym ludzkim gwarze. Kiedyś zdawało mi się, iż im więcej ludzi, tym lepiej. Dziś wręcz przeciwnie. Po drugie, na dzień dobry rozczarował mnie kolega, który w nieszczególnie uczciwy sposób zarabiał miliony sprzedając się PiS-owi, a dziś uważa się za poszkodowanego przez nową władzę, bo musiał zamienić stołek na mniej intratny. Nie wnikając w szczegóły, najbardziej zabolało mnie, iż zamiast rozmawiać, wszedł w propagandowe hasła. Ponieważ ani nie zaczynałem tematu polityki, ani też wobec takiego do mnie podejścia, nie wydał mi się on ciekawy, przeszliśmy na coś innego, zwłaszcza iż było nas czterech i u nikogo odgrywanie ofiary systemu przez jego beneficjenta nie wzbudziło entuzjazmu. Zadra została, nie lubię być traktowany jak idiota. Niestety, w lokalu robiło się coraz gwarniej, komunikacja była coraz bardziej utrudniona, więc chętnie bym powtórzył spotkanie, ale w spokojniejszym miejscu. W końcu przyszedł czas, by wyjechać na lotnisko po Świechnę. Lot o czasie, a choćby przed czasem, wyściskałem żonę, ona mnie i pojechaliśmy grzecznie do łóżeczka.

Sobota: Dzień, który był powodem mojej wizyty w Warszawie. Spotkanie rodzinne. Byłem zestresowany, wiedziałem iż w towarzystwie żony Leara nikt nie będzie opowiadał o sobie. Straszna strata czasu. I jeszcze to pilnowanie się, by nie ruszyć wrażliwych tematów. Ciężka sprawa. Na szczęście mam żonę, więc ruszyliśmy się poszwendać, co zawsze wychodzi nam świetnie. Była dobra kawiarnia, nienajgorsza pierogarnia, był też spacer Nowym Światem w poszukiwaniu śladów Wokulskiego. I jak to my, tak się rozgadaliśmy i rozchodziliśmy, iż gdyby nie przypadkowy rzut oka na zegarek, spóźnilibyśmy się na spotkanie. Wyszliśmy w połowie zwiedzania kościoła św. krzyża, a choćby bazyliki i ruszyliśmy na Ursynów. I to, co miało być głównym punktem mojej wizyty, zgodnie zresztą z tym, co przewidziałem, było kurtuazyjnym udawaniem, iż tak jest fajnie. Nie jest, ale nie ma szans na zmianę żony Leara. Na szczęście przed dziesiątą rozeszli się wszyscy do swoich domów, a Świechna, ja i W. obejrzeliśmy prawdziwy eksponat: „Sznur” Hitchcocka (1948). Znowu pomysł ciekawy, gra przerysowana, teatralna (nie przeszkadzało mi to), ale zbyt dużo tłumaczenia, jako widz, czułem się potraktowany jak dziecko. Widocznie w 1948 temat nadczłowieka musiał być dogłębnie wyjaśniony.

Niedziela: Dzień, na który czekałem. Po powolnym rozruchu i mocnym śniadaniu ruszyliśmy do „Turnusu” na spotkanie naszego wspaniałego przewodnika, PoE. Lokal w sam raz dla mnie. Pełno barwnie i ciekawie ubranych cudaków, obce akcenty językowe (z dominującym ukraińskim). Był niezły przelew, dobry sernik baskijski, a potem dłuuugi spacer po Warszawie. To niesamowite, jak w przeciągu ćwierćwiecza zmienił się mój sposób chodzenia po tym mieście. Kiedyś od punktu A do punktu B, zawsze w jakimś celu, a teraz cieszę się chodzeniem, widokami i towarzystwem, a zaznaczę, iż zarówno ja, jak i Świechna jesteśmy zgodni, iż włóczyć się z PoE moglibyśmy dużo częściej i tylko tych 1500 km pomiędzy miejscami zamieszkania stanowi pewien problem. Mamy podobną ciekawość świata, wrażliwość i zawsze zostaje coś za rogiem na następny dzień. W końcu jednak pożegnania nadszedł czas, jeszcze ostatnia kawa w cafe Stor (gdzie przypadkiem ulało mi się w temacie mojego Leara i jego żony, co proroczym się okazało), ostatni spacer do Palladium i przyszło nam pójść w swoją stronę. PoE na Pragę, my na salę teatralną podziwiać Teatr Pieśń Kozła w jego Pieśni Leara. Muzyka, odrobina tekstu zaprawiona szczyptą ruchu. Efekt wycina z butów. Podczas przedostatniej pieśni cały zacząłem się trząść. Okazało się, iż moja wyobraźnia po raz nie wiem już który zaprowadziła mnie miotającego klątwy przed oblicze mojego Leara i jego żony. Złorzeczyłem im w swej głowie wściekle, aż wyszedł konferansjer zapowiadając pieśń finałową, gdzie padły między innymi słowa o tym, iż Lear najpierw oszalał, a teraz już nie żyje, podobnie jak jego królestwo, więc je żegnamy. I wtedy się zacząłem ogarniać: Faktycznie, Lear nie żyje, tracąc wcześniej częściowo rozum, zgodnie z moją klątwą zdechł w samotności, a jego żona straciła władzę. Przy wyjściu Świechna zaczepiła konferansjera, dziękując mu za przedstawienie, a ja jeszcze trzęsąc się w środku minąłem go, bo gdybym chciał wyrazić swą wdzięczność, mógłbym wybuchnąć szlochem. Poza tym miałem tego wieczoru wraz z mą żoną odwieźć żonę Leara do domu. Droga była ciężka, ciemna i deszczowa, ale gdy tylko żona Leara postawiła stopę na swoim terenie, rozpoczęła swój seans nienawiści. Póki była w gościach, hamowała się, ale u siebie jeszcze przed położeniem się do łóżka, powiedziała iż teraz jest tu strasznie, bo ktoś wynajmuje mieszkanie (cytat) „BYLE KOMU, choćby UKRAIŃCOM I DZIKIM”. W III Rzeszy też było pełno 80-letnich pań, które tak mówiły o „PARCHACH I INNYM ROBACTWIE”. Podziękujmy kościołowi organizującemu w ten sposób emerytów.

Poniedziałek: Pojechaliśmy ze Świechną na grób Leara, a potem uciekliśmy z domu na spacer. Herbaciarnia Czartoryska, Park Czartoryskich. A propos herbaciarni, to nie robiłem statystyk, ale moje ostrożne szacunki mówią, iż podczas pobytu w Puławach zostawiamy tam najwięcej pieniędzy (w porównaniu do innych tamtejszych punktów usługowych). Miejsce bardzo nam pasuje, zwłaszcza o tej porze roku, gdy nie jest tłoczno. To pokazuje jednak smutną prawdę o tym, iż w mniejszych miastach Polski jeszcze nie wykształciła się kultura spotkań przy kawie lub herbacie na mieście. Chociaż…, powoli coś się zaczyna dziać. Był czas, iż taki biznes skazany byłby na porażkę z powodu braku alkoholu. Tymczasem teraz wielu właścicieli celowo rezygnuje z alkoholu, by nie użerać się z krewkimi konsumentami i radzą sobie świetnie. Przykładem jest kawiarnia El Gato w małej Trzebnicy. Wracając do nas. Po herbaciarni urządziliśmy sobie całkiem długi spacer jesienny, kolory dopisywały, pogoda również. W rozmowach przeżywaliśmy raz jeszcze wędrówkę z PoE, błogosławiąc naszą rolę turystów. Cóż, jako małżeństwo podejrzanie dobrze wykształciliśmy w sobie umiejętność całodniowego, bardzo zgodnego obijania się. W doskonałych nastrojach wróciliśmy do domu żony Leara i miałem okazję zaobserwować jej stan faktyczny. Zdecydowanie nie jest najlepszy. Perfekcjonizm i pracoholizm w połączeniu z elementami narcyzmu na emeryturze czyni paskudne rzeczy. Obiad był ledwo zjadliwy. Byłby najwspanialszym z posiłków, gdyby żona Leara nie oczytała się pierdół w internecie. Za dużo kwasu, za dużo tłuszczu, surówka polana zepsutą śmietaną. Był czas, iż gotowała świetnie, ale ponieważ zawsze musiała wszystko robić świetnie, ale o trzy poziomy lepiej niż inni, zaczęła rozczytywać się w poradach pseudozdrowotnych. A iż jest na etapie zachwytu nad cholesterolem, kiszonkami i kapsaicyną, każda potrawa musi być czymś z tego zestawu podrasowana. Niestety, mieszka sama, a gromadzi zapasy dla co najmniej 4 osób, wiele produktów wychodzi z terminu ważności. Doskonała pani Lear nie ma w nawyku sprawdzać, czy coś się zepsuło, bo u doskonałej gospodyni nic się nie psuje. Na szczęście tym razem obiad był zjadliwy (z wyjątkiem zepsutej części), ale byłby lepszy, gdyby nie kombinowała. Świechna nieco później podzieliła się ze mną opinią, iż Learowa nieźle się trzyma, jak na eksperymenty żołądkowe, jakim się nieustannie poddaje, a później poszła spać (ma małżonka) zostawiając mnie sam na sam z żoną Leara. I znów byłem świadkiem ogromu jadu i nienawiści, jaki z jej ust wylał się zupełnie nieprowokowany. Najpierw dowiedziałem się, kto odpowiada za zapicie się jej brata (oczywiście bratowa i jakiś kolega z pracy). O tyle to dziwne, iż miałem wtedy pół roku, więc dla mnie postacie z opowieści są z lekka mityczne, większości nie znam. Później dowiedziałem się, kto odpowiada za nieudany powrót W. do pierwszej żony. Historia jakby ją Antek Macierewicz pisał. Z grubsza rzecz biorąc, wszystko się sprowadza do tego, iż nasza rodzina jest święta, a jak coś się złego stanie, to winni są inni. W życiu byście nie wpadli, iż za alkoholizm kogoś z mojej rodziny może odpowiadać żona, która wydziela pieniądze na obiad, żeby ich mąż nie przepił. I pomyślałem sobie, iż moja klątwa ma moc samospełniającą. Paranoiczna nienawiść połączona z rzucaniem fałszywych oskarżeń i niewyobrażalną pychą nie wróży dużej liczby przyjaciół. Cieszyłem się, iż wyjeżdżam. Po raz kolejny upewniłem się, iż żona Leara kryje w sobie bestię i gdyby przywrócić ją do pełni sił, jeszcze niejednej osobie postarałaby się zniszczyć życie w imię swej nieomylności.

Wtorek: Najpierw Świechnę dostarczyłem na intercity. Znowu trzeba się rozstać. I co z tego, iż tylko do poniedziałkowego wieczoru. Nie lubię rozłąki i już! Swoją drogą, musi to być niezły dylemat teologiczny dla żony Leara. Dwa ateistyczne małżeństwa jej dzieci są udane, a dwa „zawarte przed Bogiem” okazały się być nieudanym, pożałowania godnym eksperymentem. Zbliżała się pora odlotu, czas był załatwić formalności i wracać. Trafiłem w bramkę czasową, wracając z drugiej strony lustra. Jak tam jest? Inaczej!. Czasem lepiej, czasem gorzej niż u nas. Ja wolę Irlandię, ale gdybyśmy zdecydowali wracać do Polski, też dalibyśmy radę. Chyba nauczyliśmy się żyć po swojemu i w tym tkwi cały sekret.

Grzeję się pod kołdrą, próbuję ozdrowieć, bo zmogła mnie jakaś gorączka i jestem osłabiony. Czasem wychodzę pobawić się z kotami. Są kochane, chętnie okazują uczucia. Podglądam zdjęcia Świechny. U jej rodziców w domu dwoje nowych lokatorów: Przesłodki Felek, piesek z gatunku „najpierw masa, później rzeźba, pogłaszcz mnie po brzuszku” i biedna Jagódka, młoda, niedożywiona, ranna kotka. Któremu to już zwierzęciu moi teściowie ratują życie? Pewnie sami mieliby kłopot z policzeniem.

Idź do oryginalnego materiału