Przed ostatecznym atakiem na Rysy cała ekipa zameldowała się w schronisku przy Popradzkim Stawie po stronie słowackiej. Pani Krystyna zostawiła Rysy jako „wisienkę na torcie złożonym z 28 szczytów”. Nocleg trzeba było rezerwować z półrocznym wyprzedzeniem. Pierwsze wejście w las otworzyło przestrzeń – pokazały się kamieniste szlaki, przepaście i surowy górski krajobraz.
Pani Krystyna od początku szła z głową uniesioną wysoko. Wieczorem przed wyprawą wprowadziła w konsternację całą rodzinę.
– Jak doszliśmy do pierwszego schroniska, jeszcze było jasno – wspomina ze śmiechem pani Krystyna. – Zamówiłam sobie na kolację pyzy i duże piwo z sokiem. Wszyscy się śmiali, bo ja nie piję na co dzień alkoholu.
Noc przed wyprawą nie należała do najspokojniejszych. Emocje sięgały sufitu.
– Wstaliśmy o 4 rano, a ja z nerwów prawie nie spałam – przyznaje. – Do każdego wyjścia na szczyt muszę się solidnie przygotować. Zjadłam małe śniadanie, wypiłam trochę wody i kawę. Rodzina zadbała o elektrolity, bym była dobrze nawodniona podczas podejścia.
BÓJ NA KRAWĘDZI: DESZCZ, WIATR I ŚLISKIE ŁAŃCUCHY
Pierwsze kilometry trasy przypominały walkę z żywiołem. Pogoda w Tatrach postanowiła wystawić 84-latkę na ciężką próbę.
– Pierwsze chwile to rzęsisty deszcz i ogromny wiatr – opowiada. – Szliśmy z latarkami, ubrani w pałatki. Pierwszy raz przez tak silny wiatr pałatki całkowicie nie zdały egzaminu. Zaczęły się łańcuchy i drabinki. A ja dałam radę. Po drabinie chodzić umiem, na łańcuchach trzeba było trochę się podciągnąć.
Po przejściu najtrudniejszego odcinka i dotarciu do schroniska pod Rysami przyszedł czas na zasłużony posiłek i chwilę oddechu. Chociaż pogoda się poprawiła, na horyzoncie pojawiły się nowe wyzwania.
– Kamienie były śliskie – wyjaśnia. – W schronisku pod Rysami zjedliśmy śniadanie. Zaczęły mnie już łapać nerwy. Pogoda tym razem zrobiła się piękna, widoki również – widziałam góry, jeziora, kwitnące kwiaty. Zaczęły się jednak podejścia po dużych kamieniach i trzeba było schować kijki. To była prawdziwa wspinaczka, ale miałam wspaniałych opiekunów. Nie myślałam o tym, ile mam lat. Bałam się tylko, iż dostanę zawrotów głowy, bo na tej wysokości powietrze ma już inną gęstość.
PYTALI O WIEK… UDAWAŁA, ŻE NIE SŁYSZY!
Idąc w dziewięcioosobowym zespole (złożonym głównie z najbliższej rodziny oraz dwójki znajomych), pani Krystyna wzbudzała ogromne zainteresowanie wśród mijanych turystów.
– choćby nie odwracałam się, żeby oglądać widoki za plecami – mówi.
– Każde podejście na szczyt uczy pokory i wielkiego szacunku. Na trasie wszyscy się pozdrawiają. Ja miałam o tyle gorzej, iż oprócz zwykłego „dzień dobry” ciągle padały pytania o mój wiek. Nikomu nie odpowiedziałam! – śmieje się pani Krystyna.
Wejście na Rysy było ukoronowaniem wieloletnich marzeń i zwieńczeniem zdobycia całej Korony Gór Polski.
– Kiedy dotarłam na szczyt, po prostu popłakałam się ze wzruszenia – wspomina. – Sam szczyt jest mały, tworzą się tam kolejki. Na górze przy tablicy znajduje się zalaminowana kartka z nazwą szczytu i jego wysokością. Z nią trzeba zrobić pamiątkowe zdjęcie, by później w schronisku wbić pieczątkę do książeczki.
TRUDNY POWRÓT I OWACJA W SCHRONISKU
Droga powrotna wymagała ostrożności ze względu na luźne kamienie. Dzięki asekuracji bliskich i własnym umiejętnościom pani Krystyna bezpiecznie dotarła na dół.
– Jak zeszłam to czułam, iż to są moje stopy, nogi. Nie miałam zakwasów, skurczów mięśni i bólu. Wchodząc do schroniska usłyszałam brawa. Tym razem zupa czosnkowa i duże piwo z sokiem w nagrodę. Przespałam całą noc – wspomina z uśmiechem.
KOSZMAR NA ŚNIEŻCE PRZY MINUS 35 STOPNIACH!
Górska pasja pani Krystyny nie pojawiła się z dnia na dzień. Pierwsze szczyty zdobywała już w latach 60. XX wieku, kiedy na szlakach panowały zupełnie inne warunki, a o profesjonalnym sprzęcie nikt choćby nie marzył.
– To było bardzo dawno temu – opowiada. – Ja mam na swoim koncie ponad 40 podejść na same szczyty Polski. W szkole w Zabrzu pojechaliśmy na wycieczkę w góry – wtedy zaliczyłam Klimczok. To był wówczas całkowicie zielony, surowy szczyt. Dziś stoją tam domy i zabudowania. Zdobyliśmy też Szyndzielnię i nocowaliśmy w Szczyrku. Wybieraliśmy się na Skrzyczne, ale piesze podejście pokrzyżowała nam pogoda, więc wjechaliśmy wyciągiem.
Najbardziej mrożąca krew w żyłach historia wiąże się jednak ze Śnieżką i styczniem 1965 roku.
– Byliśmy na szkoleniu w Bierutowicach – opowiada. – Sędzia z Opola załatwił wykłady w jeden dzień, a drugiego dnia poszliśmy zdobywać Śnieżkę. Od Bierutowic brnęliśmy po kolana w śniegu, bez żadnego przygotowania, w zwykłych kozaczkach! Byliśmy młodzi i silni. Doszliśmy na Śnieżkę, a tam wszystko było pozamykane na cztery spusty, choćby kaplica. Na dworze panował mróz –35 stopni, a w miejscach bez słońca było jeszcze zimniej. Do dziś pamiętam te obrośnięte grubym mrozem, lodowe drzewa. Zejście było po prostu koszmarne.
DOTKNĘŁA KRZYŻA NA GIEWONCIE, ALE GO NIE WIDZIAŁA
W lipcu 1981 roku, podczas wczasów w Zakopanem, rodzina pani Krystyny postanowiła zmierzyć się z Giewontem. Wówczas turystyka wymagała niezwykłego hartu ducha.
– Nie byliśmy przygotowani, nie mieliśmy specjalistycznego sprzętu – zaznacza. – Dopiero w sklepie harcerskim udało się kupić prawdziwe buty górskie. Giewont zdobywaliśmy, podchodząc od strony Piekiełka. I to było prawdziwe piekiełko! Pamiętam przerwę na posiłek – mężczyźni oddalili się wyżej. Nagle zrobiło się zupełnie ciemno, ale grupa studentów namówiła nas na dalsze wejście i zaopiekowała się moim młodszym synem. Na sam szczyt podchodziłam ze starszym. Kiedy dotarłam na górę, dotknęłam krzyża, ale w ogóle go nie widziałam – tak było ciemno! W czasie zejścia, pogoda nagle się zmieniła, świeciło piękne słońce. Wtedy moją uwagę przykuły tablice upamiętniające osoby, które zginęły w tym miejscu od uderzeń pioruna podczas burzy.
Jak mówi pani Krystyna, w późniejszych latach wzięła rozbrat ze wspinaczkami, bo przyszedł czas na rodzinne obowiązki, opiekę nad dziećmi i teściami. Długa przerwa nie zgasiła jednak ognia. W 2019 roku pani Krystyna wraz z bliskimi podjęła oficjalne wyzwanie zdobycia Korony Gór Polski.
BABIA GÓRA W RAKACH: TRZY RAZY CHCIAŁA REZYGNOWAĆ
Droga do finału na Rysach wiodła przez dziesiątki polskich pasm górskich. Niekiedy zdobywanie szczytów trzeba było powtarzać, by uzyskać oficjalne pieczątki w książeczkach turystycznych. Szykując się do trudnych warunków, pani Krystyna musiała nauczyć się chodzić w rakach. Wybór padł na kapryśną Babią Górę.
– To była prawdziwa baba – uśmiecha się seniorka. – Trzy razy chciałam wtedy rezygnować z podejścia! Kiedy przyjechaliśmy do Zawoi, przerażała mnie ilość śniegu. Szlak był co prawda ubity, ale tak wąski, iż nie dało się minąć z drugą osobą. Z góry wracali akurat 9-letni chłopcy z mamą. Spojrzeli na mnie i powiedzieli: „Da pani radę!”. Na szczycie podbiliśmy książeczki i zrobiliśmy zdjęcia. Najgorsze okazało się jednak zejście. Piękna pogoda sprawiła, iż śnieg zamienił się w gęste błoto. Poślizgnęłam się wtedy kilka razy.
Pani Krystyna nie kryje, iż na szlaku liczy się pokora i dostosowanie tempa do własnych możliwości.
– Na tabliczce jak jest napisane, iż wchodzi się dwie godziny, to ja wchodzę trzy – stwierdza. – Na początku szukałam w lesie zwykłego kija. Później zrobili mi ładny kij drewniany, aż w końcu dostałam profesjonalne kijki trekkingowe. Idę zawsze swoim tempem.
RECEPTA NA ŻELAZNĄ KONDYCJĘ
Jak uzyskać formę pozwalającą na zdobycie Rysów w wieku 84 lat? Recepta pani Krystyny to konsekwencja, rygorystyczny trening domowy i zdrowy tryb życia.
– Przygotowywałam się do wejścia bardzo długo – podkreśla. – Od dzieci co chwilę słyszałam: „Mamo, nogi do góry!”. Chodziłam po schodach w domu – 17 schodków pokonywałam po 10 razy dziennie. W każdą sobotę robiłam spacery po 5 kilometrów. Wszystko po to, aby przygotować nogi i łydki do górskiego wysiłku.
Słowa seniorki potwierdza jej wnuczka Wiktoria: – Babcia chodzi wszędzie wyłącznie piechotą. Nie korzysta z komunikacji miejskiej, nie jeździ na rowerze, a w bloku omija windę. Wchodzi z ciężkimi zakupami na trzecie piętro. Bo tak chce i tak postanowiła!
Pani Krystyna dodaje z dumą: – Nie palę, nie warto było choćby zaczynać. W młodości przeżyłam dwa internaty, utrzymując się ze stypendium. Tam trzeba było mieć dobre oceny i nienaganne zachowanie. Po maturze przyjechałam do Opola i przepracowałam całe życie jako odzieżowiec.
„PANI Z RYSÓW W MUZEUM POWSTANIA WARSZAWSKIEGO”
Niezwykły wyczyn 84-latki odbił się głośnym echem. Kilka tygodni później doszło do niezwykłego spotkania w stolicy.
– Minęło 60 lat, odkąd ostatni raz byłam w warszawskich Łazienkach – opowiada. – Syn zabrał mnie również do Muzeum Powstania Warszawskiego. Tam przeżyłam prawdziwy szok. Minęły nas dwie kobiety, zrównały krok i nagle zapytały, czy to ja. Okazało się, iż pamiętają mnie z Rysów, bo wchodziły na szczyt w tym samym dniu! Uściskałyśmy się serdecznie, łzy same poleciały. W górach poznaje się naprawdę wspaniałych ludzi.
TO JESZCZE NIE KONIEC! PLANUJE KOLEJNE WYPRAWY
Choć Korona Gór Polski została oficjalnie zdobyta, pani Krystyna Podboraczyńska, która w przyszłym roku skończy 85 lat, absolutnie nie zamierza odkładać kijków trekkingowych do szafy.
– Teraz będę towarzyszyć bliskiemu znajomemu, któremu zostało jeszcze trochę do zamknięcia własnej Korony Gór Polski – tłumaczy. – Chcę też wrócić na Giewont, żeby wreszcie zobaczyć ten słynny krzyż przy pięknej pogodzie! Marzę również o wyjeździe w Bieszczady na Połoninę Wetlińską i Połoninę Caryńską.
Swoją postawą pani Krystyna udowadnia, iż marzenia nie mają daty ważności, a siła ducha pomaga zdobyć choćby najwyższe górskie łańcuchy.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

2 godzin temu









