Centralna Transylwania, temperatura w cieniu przekracza już chyba 40C. Idę na koncert Stinga. Jest to pierwszy dzień największego letniego festiwalu muzycznego w Rumunii, jednego z największych tego typu wydarzeń w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Przez 4 dni przewinie się tu ponad pół miliona ludzi.
Bilety kupiliśmy wiele miesięcy temu, oczywiście online. Stoimy w długiej kolejce do pierwszego punktu kontroli. Musimy mieć ze sobą telefony, żeby pokazać kod QR i zdjęcie z aplikacji biletowej. Dostajemy papierowe, aczkolwiek zaczipowane opaski. Kolejna kontrola dotyczy tego, czy mamy przy sobie niebezpieczne przedmioty, ostatnia to weryfikacja toreb. I już jesteśmy na terenie festiwalu. Ale to jeszcze nie koniec – teraz udajemy się do punktu, gdzie wpłacamy pieniądze z karty na chip w swojej bransoletce. Teraz już wszędzie będziemy płacić zbliżając ją do specjalnych czytników. Super. Idziemy kupić sobie wodę, bo nasze butelki musieliśmy gwałtownie dopić i wyrzucić. Do punktu sprzedaży wody (ok 12-14 zł za 0,5l) wije się kolejka. Upał przygniata nas do ziemi, więc szukamy automatów. Są, ale we wszystkich w tym miejscu padł system i woda jest, ale nie da się jej wydobyć zza okienka. Wracamy do kolejki, a gdy już stoimy przy kasie, czytnik przestaje działać. Musimy iść do innego punktu z wodą. I tak nam już minie ten dzień – tłumy, kolejki, zawieszające się czytniki do bransoletkowych chipów.
Incognito, czyli co z naszą anonimowością? Joanna Suciu
Pamiętam dawne festiwale: z biletem kupionym w okienku, z możliwością wniesienia swojej wody i kupienia jedzenia za zwykłą gotówkę. Nikt nie traktował koncertu jak lotniska, a ludzie sobie ufali i dobrze się bawili. Dobrze, iż Sting nie wystąpił jako awatar. W tym oceanie nowoczesności wyglądał nierealnie normalnie – facet w czarnej podkoszulce, ze starą gitarą, dobrym głosem i charyzmą. Koncert był super, ale teren festiwalu, po nieco zawiłym odzyskaniu niewydanych bransoletką pieniędzy, opuściłam z ulgą. Zmęczyły mnie te wszystkie nowoczesne udogodnienia i procedury.
Miałam wrażenie, iż aby tam funkcjonować, muszę najpierw ściągnąć cyfrowe pozwolenie na istnienie.
Świat wokół nas gwałtownie ulega „aplikatywizacji” i robotyzacji. Idziesz coś zjeść, liczysz na to, iż ktoś ci doradzi, co dobrego mają w ofercie, a na stole wita cię czarno-biały kod QR zamiast tradycyjnego menu. Masz sam sobie kliknąć, sam wybrać, sam zapłacić, a jedzenie – coraz częściej w dużych metropoliach – podjedzie do stolika na plastikowej tacy zamontowanej na mrugającym robocie. Chcesz załatwić sprawę w banku? Na czacie wita cię wirtualny asystent, który z uporem godnym lepszej sprawy serwuje ci gotowe formułki, nie rozumiejąc, iż twój problem nie mieści się w jego algorytmie. W Azji standardem stają się całkowicie bezobsługowe sklepy i punkty usługowe, w których nie uświadczysz ani jednego człowieka z obsługi.
I co? I okazuje się, iż ta technologiczna utopia zaczyna nas męczyć.
W Polsce bezobsługowe placówki budzą u wielu osób dystans. Wolimy poczekać w kolejce do tradycyjnej kasy, bo gdy w samoobsługowej maszynie coś zawiesi się przy kasowaniu zwykłej bułki, często biegamy po całym sklepie w poszukiwaniu pracownika z magicznym kluczem do odblokowania kasy. Niektóre automaty, np. na stacjach benzynowych, są tak nieintuicyjne, iż z migającą kontrolką szukamy innej, mniej zrobotyzowanej stacji.
Piszemy o Ludziach, a nie o władzy
Pokazujemy prawdę o przyczynach, nie o skutkach. Jesteśmy Twoim głosem. Wspieraj niezależność!
Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą
Młodzi: doświadczenie cyfrowego wypalenia
To zmęczenie nie jest już tylko domeną starszego pokolenia, które technologia zwyczajnie przerasta. Prawdziwe zaskoczenie przynoszą badania nad młodszymi ludźmi. Według raportu The Harris Poll przeprowadzonego dla firmy Quad, aż 81% dorosłych przedstawicieli Pokolenia Z (urodzonych po 1995 roku) oraz 78% milenialsów przyznaje, iż pragnie łatwiejszych sposobów na całkowite odłączenie się od urządzeń cyfrowych. Z kolei z danych ExpressVPN wynika, iż prawie połowa młodych ludzi na świecie aktywnie i intencjonalnie ogranicza swój czas przed ekranem.
Młodzi, dla których cyfrowy świat to jedyna rzeczywistość, jaką znają od dziecka, czują już cyfrowe wypalenie.
Są zmęczeni wieczną dostępnością, przymusem bycia online i kamerami śledzącymi ich na każdym kroku. Patrzą na pokolenie swoich rodziców i dziadków i zazdroszczą im dzieciństwa spędzonego całkowicie analogowo. Tego legendarnego luzu, umawiania się pod trzepakiem bez koordynacji na komunikatorach, wolności od permanentnej inwigilacji i braku konieczności posiadania aplikacji. Na szczęście, ten ślepy pęd ku totalnej cyfryzacji zaczyna rodzić coraz silniejszy, zorganizowany opór. Stąd wziął się chociażby renesans starych telefonów z klapką, tak zwanych dumbphones, które wśród amerykańskich nastolatków stają się symbolem buntu przeciwko telefonowej smyczy.
Wygenerowana generacja? AI a młodzież Alicja Filipczak
Czasy SPRZED Joanna Suciu
Innym przykładem jest odwrót od ekranów w skandynawskich szkołach. Tamtejszy rząd przeznaczył ponad 2 miliardy koron (około 780 milionów złotych) na wielki powrót do tradycyjnych, papierowych podręczników, zeszytów i ołówków,
uznając cyfryzację najmłodszych za nieudany eksperyment, który krytycznie obniżył zdolność dzieci do koncentracji i czytania ze zrozumieniem. Od 2025 roku w szwedzkich przedszkolach nie ma już obowiązku używania narzędzi cyfrowych, a szkoły wprowadzają całkowity zakaz używania telefonów – choćby do celów edukacyjnych. W Polsce od września tego roku też ma obwiązywać zakaz używania prywatnych telefonów w szkołach podstawowych. Niemniej na cyfryzację szkół przez cały czas wydaje się potężne kwoty – w latach 2024-2026 było to 5 miliardów złotych.
Szkolna wojna o uwagę w Europie: zmiana podejścia do telefonów w edukacji Justyna Łobodzińska
Cyfryzacja: przedsiębiorstwa tną koszty
Skąd się bierze ta stale przyspieszająca automatyzacja i cyfryzacja? To nie spisek z mrocznego filmu, ale chłodna kalkulacja ekonomiczna, którą napędzają twarde dane rynkowe.
Według globalnych analiz McKinsey, wdrożenie rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji i automatyzacji pozwala przedsiębiorstwom zredukować koszty operacyjne o 20–30%, a w przypadku obsługi klienta (np. zastąpienie infolinii chatbotami) oszczędności te sięgają choćby 70%. Z perspektywy korporacji oraz instytucji finansowych, promowanie systemów „smart” i aplikacji jest po prostu najbardziej efektywnym sposobem na optymalizację budżetów. Z kolei dane z raportów World Economic Forum wskazują, iż cyfryzacja i technologie typu 5G są systemowo wdrażane przez rządy, ponieważ pozwalają na masowe przetwarzanie danych i lepsze zarządzanie infrastrukturą miejską, co w skali globalnej uczyniło z cyfrowej transformacji standard, w którym czynnik ludzki zastępuje się tańszym i bezbłędnym algorytmem. Osobnym tematem jest możliwość kontroli nad społeczeństwem, a w przypadkach rządów autorytarnych – stosowania najróżniejszych metod odwetowych wobec niepokornych obywateli i grup.
Procesy, o których piszę, mają oczywiście także wiele plusów. Na pewno machina ta niesie korzyści w obszarze bezpieczeństwa i wygody. Doskonałym przykładem jest Korea Południowa – w Seulu gęsta sieć monitoringu i algorytmy AI stały się fundamentem nowoczesnego systemu zarządzania bezpieczeństwem miejskim, który skutecznie wspiera służby w prewencji i szybkiej reakcji na zagrożenia. W miastach takich jak Seul przypada blisko 18 kamer na 1000 osób. Na tym tle polskie miasta, z Warszawą posiadającą w oficjalnych statystykach monitoringu miejskiego znacznie mniej punktów w przeliczeniu na 1000 mieszkańców, bo 2-3 (choć statystyka ta nie uwzględnia setek prywatnych kamer firmowych i systemów w transporcie publicznym), wciąż wyglądają jak oazy analogowej prywatności, choć i u nas sieć zintegrowanego monitoringu miejskiego zagęszcza się z każdym rokiem.
AI i automatyzacja: zabezpieczyć interesy pracowników Roman Rostek
Ronald J. Deibert: Wielka inwigilacja. Kto, jak i dlaczego nieustannie nas szpieguje? I dlaczego Internet potrzebuje resetu
Poza bezpieczeństwem, aplikacje i chatboty medyczne optymalizują systemy zdrowia, umożliwiając błyskawiczną wstępną diagnozę, a roboty i autonomiczne systemy logistyczne wyręczają ludzi w monotonnych lub niebezpiecznych zadaniach, eliminując ryzyko kosztownego błędu ludzkiego. Oczywiście do czasu potencjalnej awarii systemu. Wtedy sypie się wszystko. Co w przypadku katastrofy naturalnej czy ataku hakerskiego stawia pod dużym znakiem zapytania tak radosne oddawanie sterów automatom w każdej już niemal sferze życia.
Robotyzacja: wycinanie relacji międzyludzkich
Ten medal ma też dodatkowe krawędzie, które zaczynają nas mocno uwierać.
Postępująca automatyzacja usług wycina bowiem coś znacznie głębszego niż tylko koszty korporacyjne – wycina codzienną tkankę relacji międzyludzkich.
Zastępując aplikacją panią w kiosku, konduktora w pociągu czy kelnera, tracimy nasz naturalny poligon empatii, czyli te drobne, przypadkowe mikrorozmowy, które kiedyś budowały lokalne wspólnoty. Zresztą daleko nie trzeba szukać – wsiądź do pociągu byle jakiego i zobacz ile osób patrzy w telefon, a ile rozmawia ze współpasażerem. Gdy każda interakcja sprowadza się do czystego, bezsłownego kliknięcia w ekran, powoli oduczamy się patrzenia drugiemu człowiekowi w oczy czy zagajenia rozmowy o pogodzie. Każdy niespodziewany kontakt z żywą osobą zaczyna jawić się jako niekomfortowe zakłócenie. Zwróciłam na to szczególną uwagę, gdy zapytałam znajomą cudzoziemkę, jak jej idzie nauka polskiego. Nie idzie – odpowiedziała – bo nie mam z kim rozmawiać. W tramwaju wszyscy patrzą w telefony, w sklepach i na dworcach same automaty, nikt już z nie rozmawia z nieznajomym.
Kolejną odsłoną tych zjawisk jest bezrobocie technologiczne, które przestało być abstrakcyjną przepowiednią futurologów.
AI i automatyzacja: zabezpieczyć interesy pracowników Roman Rostek
Według globalnych szacunków Międzynarodowej Organizacji Pracy, automatyzacja i rozwój sztucznej inteligencji mogą w najbliższych latach bezpośrednio zagrozić stabilności zatrudnienia choćby 40% pracowników na całym świecie. Ludzie ci nie znikają z systemu – najczęściej są zmuszeni do szybkiego przekwalifikowania się, zasilenia sektora gorzej płatnych usług fizycznych lub trafiają na margines rynku pracy. Choć technokraci powtarzają mantrę o powstawaniu nowych, bardziej kreatywnych zawodów, rzeczywistość rynkowa pokazuje głębokie niedopasowanie strukturalne, w którym pracownik traci rację bytu, a koszty społeczne tej transformacji są przerzucane na barki państwa i samorządów.
Przebodźcowanie: technologiczne tsunami danych
Wszystko to dzieje się w czasie, gdy nasze głowy ledwo nadążają za technologią. Przebodźcowanie to kolejny realny problem, wynikający z faktu, iż nasz mózg ewolucyjnie nie zmienił się od epoki kamienia łupanego, a musi mierzyć się z technologicznym tsunami danych. Choć sto lat temu poziom bodźców informacyjnych i sensorycznych, na jakie wystawiony był człowiek, był nieporównywalnie mniejszy – większość wiedzy docierała powoli, z najbliższego otoczenia, prasy czy radia, bez ciągłych powiadomień i wymogu natychmiastowej reakcji – współczesny mózg po prostu nie nadąża z filtrowaniem i przyswajaniem tak ogromnej ilości napływających informacji. Skutkuje to przeciążeniem układu nerwowego, chronicznym zmęczeniem, mgłą mózgową oraz cyfrowym wypaleniem.
Według globalnego raportu firmy OpenText, około 80% pracowników na całym świecie doświadcza poważnego przeciążenia informacyjnego i cyfrowego wypalenia wywołanego pracą na zbyt wielu aplikacjach jednocześnie.
Technologie chroniące przed technologiami
Nic dziwnego, iż ludzie na całym świecie zaczynają stawiać opór tym zmianom i szukają enklaw normalności. Powstają kawiarnie i strefy „no-tech”, gdzie za wyciągnięcie telefonu na stół płaci się potrójną stawkę, albo gdzie urządzenia zamyka się w specjalnych magnetycznych woreczkach i właściciel ma go przy sobie, ale nie może z niego skorzystać. Te pokrowce robią dziś furorę nie tylko w kawiarniach, ale też na koncertach, gdzie artyści mają dość nielegalnego nagrywania czy oglądania morza ekranów zamiast twarzy fanów. Rozwiązanie to podchwyciły korporacje podczas narad biznesowych. Skoro sami nie potrafimy oprzeć się pokusie zerknięcia na powiadomienia, system musi nas przed nami samymi zabezpieczyć fizyczną, magnetyczną blokadą.
Istnieją też specjalne aplikacje przyznające punkty za to, iż przez określoną liczbę godzin nie dotykasz ekranu telefonu. Dostrzegacie przewrotność tego zjawiska?
– powstają technologie chroniące nas przed innymi technologiami. Najpierw ludzie są do czegoś przyzwyczajani, potem uzależniani – bo w tej chwili wyjście bez telefonu, to jak wyjście bez dokumentów i pieniędzy – a potem tworzy się kolejne narzędzia czy aplikacje, żeby nas z tego wyciągać.
W miastach rosną w siłę ruchy analogowej socjalizacji – kluby planszówkowe, czytelnicze czy spotkania rękodzieła, gdzie jedynym biletem wstępu są czyste, wolne od ekranów dłonie.
Kiedyś szczytem nowoczesności było posiadanie wszystkiego w wersji smart. Dziś powoli luksusem staje się możliwość rezygnacji z cyfrowego raju. Może za kilka lat największym prestiżem będzie posiadanie tradycyjnego konta w banku z żywym, uśmiechniętym doradcą, jedzenie podane przez prawdziwego kelnera i dom, którego drzwi otwiera się zwykłym kluczem, a nie kodem autoryzacyjnym z zawieszonej właśnie aplikacji.
Ostatecznie to my jako wyborcy i konsumenci możemy decydować, czy klucz do przyszłości będzie mosiężny i niezawodny, czy też utkniemy pod drzwiami z niedziałającą kartą.

4 godzin temu











