Auta powypadkowe z Belgii i Holandii trafiają do lakierników w Poznaniu zanim ktokolwiek je zobaczy

1 godzina temu

Kompaktowy SUV z 2019, biały, 94000 na zegarze, na komisie pod Poznaniem wyglądał jak auto po leasingu, czysto, bez rys, lakier równy, wnętrze pachnące odświeżaczem. Gość prosił 62000 złotych i mówił iż auto przyjechało z Belgii od prywatnego właściciela. Sprawdziłem VIN i wyszło, iż ten wóz osiem miesięcy wcześniej był w Belgii po kolizji bocznej, ubezpieczyciel uznał szkodę za ekonomicznie nieopłacalną do naprawy, auto trafiło na aukcję Pro-cars, jedną z tych belgijskich platform, które codziennie dostają powypadkowe wozy od ubezpieczycieli, poszło za jakieś 4200 euro, a potem zniknęło z belgijskiej bazy i pojawiło się w Polsce z czystym dowodem rejestracyjnym i lakierem tak równym, iż bez raportu z VIN nigdy byś nie zgadł co się z tym autem działo. Blacharz pod Poznaniem naprawił nadwozie, polakierował, wymienił co trzeba było, i auto wróciło na rynek jako pełnowartościowe za cenę, która nie uwzględnia faktu iż ubezpieczyciel w Belgii uznał je za nieopłacalne do naprawy.

Belgowie i Holendrzy kasują auta dużo agresywniej niż Polacy i to jest podstawa całego tego interesu. W Belgii i Holandii ubezpieczyciel liczy koszty naprawy według zachodnioeuropejskich stawek roboczogodziny, 40 do 50 euro za godzinę pracy blacharza, plus oryginalne części w cenach katalogowych, i jeżeli rachunek wychodzi na więcej niż 60 do 70 procent wartości auta to uznaje się je za szkodę całkowitą i wystawia na aukcję. W Polsce ta sama naprawa kosztuje ułamek tej kwoty, bo roboczogodzina w warsztacie blacharskim pod Poznaniem to jakieś 17 do 20 euro, w Belgii ponad 40, części zamienne idą z rynku wtórnego albo z azjatyckich zamienników zamiast z katalogu producenta, no i auto które w Belgii jest ekonomicznym wrakiem w Polsce jest opłacalnym projektem z marżą dziesięciu do piętnastu tysięcy złotych, a przy droższych wozach choćby dwudziestu. Gadałem z analitykiem z carvertical.com/pl/sprawdzenie-vin, gość pracuje z danymi z ponad 900 źródeł, no i mówi mi iż Belgia ma jeden z najwyższych wskaźników aut z uszkodzeniami w historii w ich bazie, jakieś 90 procent sprawdzanych belgijskich aut ma coś w historii, a Holandia kilka lepsza, i te auta nie znikają, one jadą na wschód, głównie do Polski, bo tu koszty naprawy są na tyle niskie iż cały proceder się opłaca.

Belgijskie aukcje szkodowe działają na skalę przemysłową. Autorola obraca ponad 200000 aut rocznie na swojej platformie, ma ponad 70000 zarejestrowanych dealerów, aukcje lecą dwadzieścia cztery godziny na dobę online. BCA, największa firma remarketingowa w Europie, sprzedaje ponad milion aut rocznie przez swoje pięćdziesiąt centrów w dziesięciu krajach, w tym w Belgii i Holandii. pozostało eCarsTrade z ponad 18000 aut tygodniowo w ofercie i Pro-cars, które specjalizują się wyłącznie w powypadkowych i dostają towar bezpośrednio od belgijskich ubezpieczycieli. Polscy dealerzy kupują na tych platformach hurtowo, po kilkadziesiąt aut miesięcznie, bo przy belgijskich cenach aukcyjnych 3000 do 8000 euro za auto, które po naprawie pójdzie na komisie za 40000 do 70000 złotych, matematyka się zgadza choćby po odliczeniu transportu i robocizny. W Holandii system RDW klasyfikuje auta szkodowe kategorią S, co oznacza uszkodzenie strukturalne podlegające naprawie, i ta kategoria musi figurować w holenderskim dowodzie rejestracyjnym, tyle iż kiedy auto przekracza granicę i trafia do polskiego CEPiKu to ta adnotacja znika, bo systemy nie są połączone.

fot. pixabay

Poznań i okolice od lat są nieformalną stolicą napraw powypadkowych i to nie jest przypadek, bo miasto leży na A2, dwieście kilometrów od granicy niemieckiej, trzy godziny od belgijskiej, transport lawetą z Brukseli czy Antwerpii kosztuje jakieś 500 do 800 euro za auto, a na miejscu jest tyle warsztatów blacharsko-lakierniczych iż konkurencja zbija ceny do poziomu przy którym naprawa choćby poważnej kolizji schodzi poniżej 10000 złotych. Giełda samochodowa na Wyścigowej przy poznańskim torze wyścigów konnych działa w niedziele i czwartki od wpół do szóstej rano, i na tych giełdach regularnie pojawiają się auta, które jeszcze miesiąc czy dwa wcześniej stały na belgijskiej aukcji szkodowej z wgniecioną stroną i popękanym zderzakiem, a teraz wyglądają jak wozy z salonu. Problem w tym, iż naprawa kosmetyczna i naprawa strukturalna to dwie różne rzeczy, bo można polakierować auto tak iż będzie wyglądać idealnie, ale jeżeli podłużnica jest zgięta albo strefa zgniotu naruszona to przy następnej kolizji ten wóz złoży się jak kartka papieru, i tego po lakierze nie zobaczysz.

Europejska prokuratura EPPO prowadziła śledztwo pod kryptonimem Crime Cars, dotyczące powypadkowych aut sprowadzanych do Polski ze Szwajcarii przez Niemcy, z fałszowanymi deklaracjami pochodzenia i zaniżonymi wartościami celnymi, ponad sto przeszukań w kilku krajach, i to jest tylko jedna operacja a proceder trwa od lat. Kupujący, który trafi na takie auto i nie sprawdzi VIN, dowiaduje się o problemie dopiero przy próbie odsprzedaży albo przy kolejnym wypadku, kiedy rzeczoznawca ubezpieczyciela odkrywa wcześniejsze naprawy i odmawia wypłaty pełnego odszkodowania, bo auto było warte mniej niż wynikało z ceny zakupu, i wtedy zaczynają się schody, bo udowodnienie sprzedawcy iż wiedział o kolizji i celowo ją zataił jest w polskim systemie prawnym trudne, kosztowne i trwa latami. 62.1 procent aut sprawdzanych w Polsce ma uszkodzenie w historii, najgorszy wynik w Europie według carVertical, a z Belgii ten wskaźnik sięga 90 procent, co znaczy iż praktycznie każde belgijskie auto na polskim komisie ma coś w przeszłości czego sprzedawca ci nie powie jeżeli nie sprawdzisz VIN. Analityk z carVertical powiedział mi iż belgijskie i holenderskie auta powypadkowe to osobna kategoria ryzyka, bo zachodnioeuropejscy ubezpieczyciele kasują auta po stosunkowo niewielkich kolizjach, naprawa jest ekonomicznie nieopłacalna przy tamtejszych cenach, ale auto fizycznie nadaje się do jazdy, no i te wozy trafiają na polskie komisy gdzie wyglądają czysto, a historia kolizji siedzi głęboko w bazach, do których bez sprawdzenia VIN nie dotrzesz.

Sprawdzenie kosztuje 30 do 50 złotych i trwa kilka minut, tyle iż na polskich komisach przez cały czas mało kto o to pyta, a lakiernik pod Poznaniem swoją robotę robi tak dobrze iż gołym okiem nic nie zobaczysz.

źródło: materiał partnera, artykuł sponsorowany

Idź do oryginalnego materiału