Autobus wjechał do tunelu. Prezes MZA: „To niemożliwe, żeby wszystkie układy zawiodły”

2 godzin temu

Szef Miejskich Zakładów Autobusowych sam przyznaje, iż nie do końca rozumie, co się wydarzyło. Kierowca autobusu, który w niedzielny wieczór 5 lipca staranował pół ulicy i utknął dachem w stropie przejścia podziemnego, tłumaczy się awarią. Prezes spółki Jan Kuźmiński w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” nie kryje wątpliwości: „To był bardzo dziwny wypadek. Moim zdaniem to niemożliwe, żeby wszystkie układy zawiodły”.

Wypadek w tunelu niedaleko Dworca Zachodniego. | Komenda Miejska PSP m.st. Warszawy.

Kilometr jazdy, zanim autobus się zatrzymał

Dopiero teraz układa się pełny obraz tego, co działo się feralnego wieczoru. Wszystko zaczęło się w rejonie placu Narutowicza, gdzie autobus linii 186 zetknął się z tramwajem skręcającym w jego stronę – zawadził lusterkiem i skosił po drodze sygnalizator świetlny. Rzecznik Tramwajów Warszawskich Witold Urbanowicz mówi wprost: „Na nagraniach naszego monitoringu widzimy, iż kierowca nie zatrzymał się ani po tej kolizji, ani na przystanku”.

Od tego momentu autobus jechał jeszcze około kilometra ulicą Bitwy Warszawskiej 1920 roku, uszkadzając po drodze kolejne samochody, zanim ostatecznie wjechał do przejścia podziemnego przy Rondzie Zesłańców Syberyjskich i uderzył dachem w betonowy strop tunelu. W samym korytarzu stał wtedy samochód, wcześniej zepchnięty tam z ulicy przez sam autobus – na szczęście nikt akurat nie przechodził tunelem pieszo.

58-latek, emeryt dorabiający na umowę zlecenie

Za kierownicą siedział 58-letni mężczyzna, który – jak ustaliła „Gazeta Wyborcza” – jest już emerytem i pracuje w MZA na umowę zlecenie. „Przeszedł już na emeryturę i chciał sobie dorobić na umowę zlecenie. Jeździł w dwa weekendy w miesiącu. W sumie cztery dni” – opisał prezes Kuźmiński. Sam autobus, jak podkreślił, wcale nie był stary: „Solaris miał dopiero pięć lat. Na liczniku miał około 300 tys. kilometrów”.

Kierowca był trzeźwy, badanie nie wykazało też obecności żadnych środków odurzających. W rozmowie z policją i podczas przesłuchania miał utrzymywać, iż nie ponosi winy za wypadek – jego zdaniem zawiódł układ hamulcowy albo kierowniczy. Prezes MZA odnosi się do tej wersji sceptycznie, zaznaczając, iż choćby przy rozszczelnieniu hydrauliki autobus powinien się automatycznie zablokować, nie przyspieszać.

Sześcioro rannych, w tym dziecko z rozciętą głową

W wyniku całego zdarzenia obrażenia odniosło 6 osób. Do szpitala trafiły dwie z nich – kobieta oraz dziecko, które doznało rozcięcia głowy. W samym autobusie w chwili wypadku jechało około 10 pasażerów.

Śledztwo pod nadzorem prokuratury, MZA milczy o przyczynach

Sprawę prowadzi Prokuratura Rejonowa Warszawa-Ochota, a postępowanie toczy się w kierunku sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym. Kierowca został już przesłuchany, ale na razie nie usłyszał żadnych zarzutów. Same Miejskie Zakłady Autobusowe wstrzymują się od komentowania możliwych przyczyn zdarzenia do czasu, aż pojazd zostanie dokładnie sprawdzony przez zespół specjalistów – spółka nie chce spekulować, dopóki nie pozna wyników szczegółowej ekspertyzy technicznej.

Co to oznacza dla Ciebie? Wersje się jeszcze mogą zmienić

To wciąż sprawa w toku, w której oficjalna, potwierdzona przyczyna nie została jeszcze ustalona – wersja kierowcy o awarii układu hamulcowego jest na razie jego własnym tłumaczeniem, nie wynikiem ekspertyzy technicznej, a sam prezes spółki przewożącej pasażerów otwarcie podaje ją w wątpliwość.

Warto śledzić dalsze komunikaty prokuratury i MZA, zanim uzna się którąkolwiek wersję zdarzenia za ostateczną – firma sama zapowiedziała, iż nie będzie spekulować przed zakończeniem technicznego badania pojazdu, co sugeruje, iż pełny obraz sprawy może się jeszcze zmienić w najbliższych dniach czy tygodniach.

Idź do oryginalnego materiału