Brać z życia garściami

bialyorzel24.com 2 godzin temu

Od ponad trzech dekad jest obecny na polskiej scenie muzycznej, a największe przeboje Ich Troje wciąż śpiewają kolejne pokolenia słuchaczy. Michał Wiśniewski nie chce jednak żyć wyłącznie tym, co już było. W rozmowie z „Białym Orłem” opowiada o pozostawaniu wiernym sobie, piosenkach wyrastających z osobistych doświadczeń, zmieniającej się Polonii w Stanach Zjednoczonych i szczególnej atmosferze koncertów za oceanem. Mówi też o nowych projektach, powrocie do Mandaryny, swoim niespełnionym marzeniu z dzieciństwa i dystansie do plotek, które od lat towarzyszą jego popularności.

Fot. ichtroje.pl

„Biały Orzeł”: Od ponad trzech dekad jest Pan obecny na scenie muzycznej…

Michał Wiśniewski: Wstyd się przyznać!

Doświadczenie też może być zaletą. Co po 30 latach daje Panu największą satysfakcję z bycia muzykiem?

Przede wszystkim identyfikacja ludzi ze słowami, które napisałem. Z klimatem, który przekazałem w trakcie śpiewania naszych utworów – czasami radosnym, czasami smutnym, ale wywołującym za każdym razem jakieś emocje.

Te emocje są obecne do tej pory, bo największe hity zespołu Ich Troje do dziś są śpiewane przez publiczność.

Oddziaływanie na emocje odbiorców to najważniejszy aspekt, który pcha ten nasz muzyczny pociąg do przodu.

Jak się Pan zmienił jako artysta przez te 30 lat – od czasów największej popularności Ich Troje do teraz?

Wie Pani, mężczyzna zawsze zostaje chłopcem.

To powiedzenie sprawdza się w Pana przypadku?

Myślę, iż w przypadku każdego. Można zdziadzieć i nie ma to nic wspólnego z wiekiem. Można zrezygnować z siebie, bo pod tym rozumiem tak zwane zdziadzenie. Uważamy, iż wszystko, co najlepsze, już było i to już jest koniec. Wtedy stajemy się markotni, zrezygnowani, czego oczywiście nie polecam, bo żyje się do końca. Mamy jedno życie, nie da się go powtórzyć. A o ile cieszymy się z naszych dziecięcych marzeń, które spełniamy w trakcie swojego jestestwa, to nie będę oszukiwał – chcę pozostać chłopcem do końca.

Co Pan robi, żeby nie dotrzeć do tego momentu rezygnacji z siebie?

Zdaję sobie sprawę z tego, iż życia się nie da powtórzyć. W moim przypadku, przy takim bardzo intensywnym życiu, trzymają mnie przede wszystkim dzieciaki. Moje najmłodsze ma 3 lata, a najstarsze 24, więc nie mam po co się zestarzeć, choćby gdybym bardzo chciał. Dzieje się, jest co robić cały czas. Ale oczywiście nie trzeba mieć dzieci, żeby cieszyć się z życia. Absolutnie. To jest indywidualna kwestia. Czasami przychodzą w życiu sytuacje, które powodują, iż rezygnujemy z siebie. Śmierć w rodzinie, utrata miłości, różne rzeczy. Ja jestem typem, który w takim przypadku otrzepuje się i bierze byka za rogi. Oczywiście nie po każdym trzeba tego oczekiwać. Były również w życiu trudniejsze momenty i dla mnie.

Ma Pan wrażenie, iż ludzie przychodzą dzisiaj na koncerty Ich Troje przede wszystkim po największe hity, czy usłyszeć coś nowego?

Prezentujemy każdą z tych opcji. Szczególnie podczas koncertów akustycznych, które odbędą się teraz w Chicago. To będą koncerty, podczas których na pewno zaśpiewamy wszystkie największe przeboje, bo nie da się inaczej. Ludzie przychodzą dla przebojów. Trzeba pamiętać, gdzie zaczynaliśmy, ale też pokazać ludziom, dokąd zmierzamy.

Jak udało wam się utrzymać na scenie tak długo i sprawić, iż ludzie cały czas wracają do waszych przebojów?

Jeżeli robimy to, co kochamy, to słuchacze wiedzą, iż nasz przekaz jest prawdziwy. Szczerość i prawdziwość obronią się zawsze, choćby te czasami niewygodne.

A dziedzictwo Ich Troje – przeboje i ogromna popularność zespołu – pomagało czy przeszkadzało Panu w karierze solowej?

Ja nigdy nie traktowałem zespołu jako zespołu, a kariery solowej jako solowej, bo w tym wszystkim jestem ja. To może dla niektórych zabrzmieć trochę jak egoizm, czasami jak narcyzm, ale to jest nic bardziej mylnego. W tym wszystkim najważniejszy jestem ja, bo to jest moja historia. Chcę przez to powiedzieć, iż dzięki temu to, co robię, jest prawdziwe. Nikogo nie oszukuję. Moja historia się nie będzie zmieniać za każdym razem. Ona pozostanie zawsze taka sama. Większość tych sytuacji opowiadam na kanwie własnych doświadczeń i spostrzeżeń, więc nikt nie będzie się specjalnie doszukiwał drugiego dna. O sobie mogę powiedzieć wszystko. Nikogo przez to nie dotknę, nie skrzywdzę. Staram się śpiewać rzeczy takie, z którymi w stu procentach się identyfikuję.

Gdyby miał Pan wybrać jedną piosenkę, która najlepiej opowiada Pana osobistą historię, jaki byłby to utwór?

Jest taki utwór pod tytułem „Moja opowieść”. To jest piosenka, która opowiada o moim rodzinnym mieście, które jest taką moją niewierną kochanką. Ja zawsze je hołubię, ale ono mi nigdy w życiu nic nie dało. Ale przez cały czas je kocham.

Ma Pan trudną relację z tym miejscem?

Tak. Oczywiście w żaden sposób nie narzekam, tylko stwierdzam fakt. To miasto zawsze będzie moim miastem, ale nie wystawiam mu laurki tylko dlatego, iż jest moje. Oceniam je tak, jak ja je widzę.

Ogólnie rzecz biorąc, wiele z moich utworów po prostu lubię. Przykładem jest choćby taka piosenka jak „Zawsze z tobą chciałbym być”. To utwór pisany z perspektywy czternastoletniego chłopca, któremu się wydawało, iż jako młody człowiek z domu dziecka znajdzie miłość. A prawda jest taka, iż te letnie miłości trwały tylko przez moment. Choć ta piosenka wydaje się prymitywna, to jest po prostu prawdziwa.

A czy jest jakaś Pana piosenka, która Pana „prześladuje”, którą nie do końca Pan lubi?

Niejedna. Ale o tych, których nie lubię, nie będę opowiadał, bo nie będę dewaluował tego, co zrobiłem. Nie dlatego, iż się tego wstydzę. Natomiast muszę przyznać, iż czasami zdarzają mi się po prostu mniej trafione teksty. Bardziej jednak bezbarwne niż kiepskie.

Takie, w których nie do końca udało się w nich przekazać to, co Pan chciał?

Coś chciałem przez nie powiedzieć, ale nie trafiłem w sedno i śpiewanie ich nie sprawia mi przyjemności.

Gdyby nie muzyka, to co dzisiaj robiłby Michał Wiśniewski?

Zawsze chciałem być motorniczym i prowadzić tramwaj, ewentualnie pociąg. To by mi sprawiło bardzo dużo przyjemności. Zawsze o tym marzyłem, ale to się nigdy nie spełniło, bo to nie są najprostsze rzeczy, wbrew pozorom.

Fot. ichtroje.pl

To było marzenie z dzieciństwa?

Tak. choćby się kiedyś włamałem na zajezdnię tramwajową. Może nie jestem z tego specjalnie dumny, ale tak było.

Niejednokrotnie koncertowaliście już w Stanach Zjednoczonych. Ma pan jakieś szczególne wspomnienia z tych amerykańskich tras? Coś, co wydarzyło się tutaj, a nie wydarzyłoby się w Polsce?

Proszę mi wierzyć, iż coś się wydarza. Na przykład – Justyna odeszła z naszego zespołu w Stanach Zjednoczonych, przed koncertami w Nowym Jorku. Jest kilka rzeczy wspaniałych i mniej fajnych, które się wydarzyły. Kiedy przyjeżdżaliśmy do Stanów w 2001 czy 2002 roku, to był zupełnie inny kraj. To nie była starsza Polonia, która przyjechała w latach 80. Oni byli jeszcze polskojęzyczni. Teraz wiadomo – jedne dzieci Polonii mówią po polsku, a inne już nie. Rzadziej też szukają swoich polskich korzeni. Wiedzą, iż mają polskie pochodzenie, ale są już sfiksowani na amerykańską kulturę, amerykańskich przyjaciół i znajomych.

Proszę zauważyć, iż nie ma już Greenpointu w takim typowo polskim znaczeniu, z którym zawsze byli kojarzeni Polacy. Zauważyliśmy to choćby po tym, iż od strony finansowej nie opłaca się nam przyjeżdżać do Stanów Zjednoczonych na koncerty. Przyjeżdżamy z sentymentu, ale nie dla pieniędzy. Są jednak plusy tej sytuacji – kiedy przyjeżdżamy do Stanów, to już nikt nas nie może posądzić o to, iż jesteśmy tu dla zarobku. Kiedy mówimy, iż szanujemy polonijną publiczność, to oni wiedzą, iż to prawda, bo ze względów finansowych nie musimy tutaj przyjeżdżać.

Jak różni się publiczność polonijna od tej, dla której gracie w Polsce?

Polonia to jest państwo w państwie i bawi się na koncertach zupełnie inaczej. To jest absolutnie wyjątkowe. To jest tak, jak z tęsknotą. Jak Pani nie widzi swojego męża przez sześć miesięcy, to uścisk na powitanie będzie zupełnie inny.

Zagraniczne występy są bardziej wyczekane?

Są wyczekane i przede wszystkim o niebo cieplejsze. Tęsknota jest czymś wspaniałym.

Łatwiej gra się dla publiczności polonijnej niż dla Polaków w kraju?

Nie powiedziałbym, iż łatwiej. Koncerty zagraniczne sprawiają nam bardzo dużą przyjemność. Ale przecież tutaj w Polsce też mamy swoją publiczność i byłoby grzechem, gdybym powiedział, iż jest gorsza. Ona jest po prostu inna.

Polonia wyróżnia się tęsknotą i tym, iż na co dzień żyje w zupełnie innej rzeczywistości. Nie można tego porównywać. Stany są dla nich domem tak samo, jak Polska. Ojczyzna to są dla nich korzenie. Polskę zawsze noszą w sercu. Ale ich rzeczywistość jest w Stanach Zjednoczonych. Na Polonię składa się bardzo multikulturalna społeczność, której my tutaj w Polsce nie doświadczamy.

Czego publiczność w Chicago może spodziewać się po nadchodzących koncertach Ich Troje?

Myślę, iż akurat w naszym przypadku ważne jest to, iż nigdy w Stanach Zjednoczonych nie graliśmy akustycznie. Więc to będzie bardzo intymne. To będzie piękne. To jest koncert na siedząco, zupełnie coś innego niż koncert rockowy. Koncerty w Chicago zawsze były ogromne. A tutaj stawiamy na intymność, na rozmowę ze słuchaczem.

Tym razem idziecie w stronę sentymentalną?

Jak najbardziej. Oczywiście zagramy też wielkie przeboje, więc to nie jest tak, iż nie będzie można się bawić. Będzie można, tylko w innym formacie. Na koncertach akustycznych publiczność bardziej słucha tekstu niż muzyki i ma bliższy kontakt z artystą.

Na koncertach rockowych nie rozmawia się z publicznością. Mówi się dzień dobry, do widzenia i śpiewa się piosenki. A tutaj ten kontakt jest wzmożony. Te koncerty są dłuższe, mimo iż utworów jest tyle samo. Tylko, iż w międzyczasie opowiadamy, jak powstał dany utwór, z czym nam się kojarzy… Opowiadamy historie, na które podczas koncertów rockowych nie ma czasu ani przestrzeni. Bardzo się cieszę, iż będziemy mogli zagrać dla chicagowskiej publiczności nowy format.

Pracuje Pan teraz nad czymś nowym?

Cały czas. Raz do roku wydajemy jakiś materiał. Czwartego września w Amfiteatrze Tysiąclecia w Opolu będziemy mieć koncert, podczas którego zaprezentujemy nową płytę „Sweterek III, czyli rzeczywistość w krzywym zwierciadle”. A trzeciego września będzie miała premierę taka nasza mała kolaboracja z moją Mandarynką, w której opowiedzieliśmy, dlaczego zdecydowaliśmy się na powrót do siebie. Myślę, iż cały czas coś się dzieje. Artysta nie zna przestoju.

Fani na pewno są ciekawi państwa powrotu po 20 latach.

Sami jesteśmy siebie ciekawi, a co dopiero publiczność. Trudno wrócić do siebie po 20 latach. To duże wyzwanie.

Często jest o Panu głośno nie tylko z powodu muzyki, ale również życia prywatnego. Jak radzi Pan sobie z tą plotkarską stroną popularności?

To jest krzywe zwierciadło. Niespecjalnie się tym przejmuję.

Ma Pan do tych informacji dystans?

Tak. o ile człowiek ma poczucie własnej wartości, to raczej takie rzeczy nie robią na nim wrażenia.

Jaka jest najbardziej absurdalna plotka, którą kiedykolwiek Pan o sobie usłyszał?

W przypadku osoby, która ma szóstkę potomstwa, chyba najbardziej absurdalne były głosy kobiet, które twierdziły, iż są matkami moich dzieci. To nigdy nie mogło być prawdą, bo nie miałem skoków w bok. Co do tego mam absolutną pewność.

Myślę, iż to były po prostu żarty. Nigdy przecież nie było żadnego publicznego oskarżenia. Ja choćby sam czasami zamieniam to w żart i mówię na koncertach: „Nie rzucajcie we mnie pomidorami, bo nie wiecie, czy przypadkiem nie jesteście moimi dziećmi”.

Dystans pomaga przetrwać?

Pewnie. Dystans trzeba mieć przede wszystkim do siebie.

Co chciałby Pan powiedzieć publiczności w Chicago przed waszymi koncertami?

Życia się nie da powtórzyć, więc akustycznie może jesteśmy po raz ostatni w Stanach Zjednoczonych. Pierwszy i ostatni. Przeżyjcie to razem z nami, bo to, iż macie coś ważniejszego tego dnia, nie spowoduje, iż będziecie mieli okazję przeżyć to jeszcze raz.

Jest bardzo dobre powiedzenie, które wszystko podsumowuje: lepiej żałować, iż się było, niż żałować, iż się nie było.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Alicja Dębek

Michał Wiśniewski – wokalista, autor tekstów i lider zespołu Ich Troje. Urodził się 9 września 1972 roku w Łodzi. W połowie lat 90. wraz z Jackiem Łągwą rozpoczął muzyczną działalność, z której narodziło się Ich Troje. Charakterystyczny głos, wyrazisty wizerunek i bezpośredni kontakt z publicznością sprawiły, iż stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiej sceny muzycznej. Z Ich Troje stworzył takie przeboje jak „Powiedz”, „A wszystko to (bo Ciebie kocham)” czy „Zawsze z Tobą chciałbym być”. W 2003 roku zespół reprezentował Polskę na Eurowizji z utworem „Keine Grenzen – Żadnych granic”, zajmując 7. miejsce, a trzy lata później ponownie wystąpił w konkursie z piosenką „Follow My Heart”. W 2025 roku Ich Troje świętowało 30-lecie działalności.

Fot. ichtroje.pl
Idź do oryginalnego materiału