Największy projekt transportowy realizowany w formule partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP) w Polsce – Tramwaj do Mistrzejowic w Krakowie. Przebiega przez trzy dzielnice, ma liczyć 4,5 kilometra. Niestety na terenie budowy dochodzi do śmiertelnego wypadku. Miasto wszczyna kontrolę, zaangażowana mieszkanka pisze wprost w mediach społecznościowych, co się dzieje w jej okolicy. Można to zawrzeć w jednym zdaniu: „zainteresowanie polityków jest żadne”. Jeden z radnych miasta nadaje natomiast komunikat: „Postępy są widoczne gołym okiem”, a jednocześnie odpowiada na zgłoszenie mieszkańca: „Radni nie są od pilnowania bieżącego budowy”. To od czego są?
Pisaliśmy o tym na naszych łamach wielokrotnie: Tramwaj do Mistrzejowic, czyli około 4,5 kilometra długości nowej linii tramwajowej, 10 par przystanków, kilkadziesiąt tysięcy pasażerów dziennie i mniej więcej 12 minut jako szacowany czas przyjazdu z Mistrzejowic do centrum. Możemy do tego dorzucić wartość inwestycji sięgającą ok. 1,8-2 miliarda złotych. I jak zwykle w Krakowie – opóźnienie w odbiorze. Najpierw koniec 2025 roku, później marzec 2026, a teraz to mają być tegoroczne wakacje.
Wypadek na rondzie Polsadu
We wtorek około południa na skrzyżowaniu ulicy Lublańskiej z rondem Polsadu w Krakowie doszło do wypadku drogowego – samochód ciężarowy potrącił 48-letnią rowerzystkę, która poniosła śmierć na miejscu. w tej chwili policja prowadzi szczegółowe czynności wyjaśniające okoliczności zdarzenia. Sprawa jest pilna, bo do tragedii doszło w rejonie, w którym powstaje nowa linia KST. Prezydent Krakowa od razu nakazał skontrolowanie zabezpieczeń na placu budowy wynikających z tymczasowej organizacji ruchu.
I to właśnie ta sytuacja staje się inspiracją dla pani Ewy Śliwy – mieszkanki Olszy, niezwiązanej z żadną partią polityczną – aby zabrać głos w mediach. Mówiąc dokładniej: punktem zapalnym stają się komentarze radnych o ich interpelacjach w sprawie budowy. Tymczasem to Ewa Śliwa jest głosem mieszkańców nie od dziś, tj. nie od wypadku, nie od ogłoszenia referendum, ale od ponad dwóch lat, kiedy pod inwestycję Tramwaju do Mistrzejowic ogłoszono wycinkę drzew. Właśnie wtedy zaczęło się jej zainteresowanie projektem oraz walka o to, żeby w jak najmniejszym stopniu wpłynął on na życie jej i jej sąsiadów.
Zazwyczaj rozmawiamy z politykami, ale dziś oddajemy głos „drugiej stronie”. Co się dzieje wokół budowy? Czy mieszkańcy Olszy mogą liczyć na wsparcie radnych? Czym są Rady Budowy i dlaczego są ważne? Zapraszamy do lektury wywiadu.
Małgorzata Armada, KRKNews.pl: Zacznijmy od początku: Jak się zaczęło Pani zainteresowanie budową Tramwaju do Mistrzejowic? Od kiedy Pani działa w tej sprawie i w jaki sposób?
Ewa Śliwa, mieszkanka Olszy, przedstawicielka mieszkańców w radzie budowy ws. Tramwaju do Mistrzejowic: Mniej więcej dwa i pół roku temu wraz z radnym dzielnicy Marcinem Borkiem zorganizowaliśmy protest odnośnie planowanej wycinki drzew wzdłuż ulicy Młyńskiej i Lublańskiej. Wtedy zaczęła się cała przygoda. Ja jestem osobą, która jak mówi „A”, to powie „B”, więc nie zostawiłam tematu i wszystko robię społecznie. Nie należę ani do rady dzielnicy, ani do rady miasta, natomiast nie ukrywam, iż startowałam. Dziś po tych kampaniach nie planuję kariery w polityce, bo nie jest ona absolutnie czymś, co sobie wyobrażałam.
Natomiast działa Pani intensywnie w Radzie Budowy. Co to jest?
– Jako mieszkańcy podzieliliśmy się według odcinków inwestycji, utworzyliśmy jedną grupę i wspólnie zebraliśmy wszystkie postulaty, z którymi wystąpiliśmy do ówczesnego Prezydenta Miasta Krakowa Jacka Majchrowskiego. Następnie miałam spotkanie z prezydentem, gdzie zapowiedział, iż zostaną powołane Rady Budowy, na których będziemy mogli się wypowiedzieć. Zachęcał do uczestnictwa i wystosował moją osobę jako przedstawiciela. Zaproszenie do udziału dostali też radni dzielnicy, radni miasta i różne jednostki miejskie. Generalnie Zarząd Dróg Miasta Krakowa, Zarząd Zieleni Miejskiej czy Zarząd Transportu Publicznego. Z założenia rada budowy miała być bowiem miejscem, gdzie dyskutujemy na temat prac na danych odcinkach, oczywiście wraz z wykonawcą. Spotkanie rozpoczyna dyrektor bądź kierownik ze strony wykonawcy i przedstawia, co zostało zrobione, jakie są plany. Później wypowiada się Zarząd Dróg Miasta Krakowa, którego najczęściej przedstawicielem jest Zbigniew Rapciak, a potem jest 20-30 minut dla mieszkańców.
Czy wszyscy mieszkańcy mogą uczestniczyć w spotkaniu, czy to pani jako jedyna jest oddelegowana jako ich reprezentacja?
– Rady budowy realizowane są online, wysyłany jest nam link, natomiast my jako przedstawiciele uznaliśmy, iż każdy z mieszkańców ma w prawo wiedzieć co dzieje się w danej chwili, na danym odcinku. Stąd ten link udostępniamy dalej przez radnych dzielnicy oraz na naszych grupach społecznościowych na portalu Facebook. Każdy ma prawo wejść w transmisję, ale także zgłosić się w jej trakcie, aby zadać pytanie lub napisać je na czacie.
Za okresu prezydenta Majchrowskiego nie było określone, ile trwać ma rada; odbywała się wówczas co dwa tygodnie. Czasami trwała godzinę, czasami dwie, w zależności od poruszanego problemu. Po zmianie władzy walczono o zmianę częstotliwości na raz w miesiącu i spotkania były ograniczone do godziny. Było takie przełomowe spotkanie, na którym ZDMK z wykonawcą oświadczyli, iż więcej czasu nie mają. Wtedy pojawiła się moja interwencja do prezydenta Stanisława Kracika, która skończyła się u prezydenta Aleksandra Miszalskiego i dzięki niej przywrócono codwutygodniowe rady, chociaż wciąż ograniczone do godziny. W tak krótkim czasie my nie jesteśmy w stanie wyjaśnić wszystkiego, zwłaszcza iż przez 30 minut wypowiadają się urzędnicy i wykonawca. Teraz to się unormowało, oddano nam głos, wszyscy mają się prawo wypowiedzieć. Niestety przez święta, ferie znowu pewne terminy odpadły.
Jakie problemy są głównie poruszane na tych radach? Czego one dotyczą?
– Razem z radnym dzielnicy Marcinem Borkiem zbieramy na portalach zgłoszenia, informując, kiedy odbędzie się rada. Dostajemy maile, smsy i bardzo dużo wiadomości od mieszkańców, którzy informują, co się dzieje w ich okolicy. To w końcu oni codziennie przejeżdżają w okolicy placu budowy, spacerują. Większość zgłoszeń dotyczy złego oznakowania, zapytań o etap robót, brak oświetlenia, nierówności w nawierzchni. To są takie przyziemne rzeczy. Z drugiej strony, skoro wykonawca wraz z miastem zadecydowali o udostępnieniu terenu budowy, zwłaszcza w tej formie publiczno-prywatnej, więc muszą się liczyć z naszymi uwagami.
Ja to wygląda w praktyce? Czy wasze uwagi są brane pod uwagę?
– jeżeli chodzi o te przyziemne, pojedyncze rzeczy, typu poprawienie przejścia dla pieszych czy oznakowania, wykonawca bierze nasze opinie pod uwagę. Problemem jest jednak poruszanie się po inwestycji, czyli organizacja ruchu. Wygląda na to, jakby nikt z miasta – ZTP, ZDMK czy policja – tego nie kontrolował. My zgłaszamy problemy, a nikt nie interweniuje, nie sprawdza, a problemy z przejazdem są wciąż zgłaszane.
W Pani środowym wpisie na Facebooku dosyć gorzko wypowiada się Pani o radnych. Proszę opowiedzieć, jak wygląda z Pani perspektywy kooperacja z nimi jako osoby zaangażowanej w sprawę.
– Opublikowałam ten wpis dlatego, iż bardzo zdenerwowałam się po tym, jak doszło do tragicznego potrącenia rowerzystki. Ta sprawa nie jest oczywiście jeszcze wyjaśniona. Nie wiemy, czy wina leży po stronie wykonawcy, czy tej biednej kobiety, o tym zdecydują policja i sąd. Natomiast nagle pojawia się masa komentarzy odnośnie zdarzenia i wśród nich uaktywniają się radni, którzy twierdzą, iż oni zgłaszali sytuację na budowie, robili interpelacje w jej sprawie, a tymczasem z ich strony nie było żadnego zainteresowania. Mamy jako Prądnik Czerwony aż 21 radnych. Ile pojawiło się na ostatniej radzie? Czterech radnych dzielnicy, żadnych radnych z miasta. Nieobecni często zasłaniają się brakiem czasu. Ja też go nie mam, zwłaszcza iż pracuję zawodowo, a rady są ustalone na czwartek na godzinę 12, więc trudno pracować na etacie i jednocześnie brać w nich udział.
Pomimo trudności osobistych, ja opuściłam do tej pory wyłącznie dwa spotkania i dodam, iż nikt mi za udział nie płaci. Zawsze towarzyszy mi też radny dzielnicy, Marcin Borek. Osobiście uważam, iż jak już coś zaczęliśmy i jak prezydent Majchrowski dał nam szansę, to mamy obowiązek w tych spotkaniach uczestniczyć. Nie rozumiem jednego: dlaczego w okresie przedwyborczym zarówno do rad dzielnic, jak i rady miasta, radni chętnie uczestniczyli w zgromadzeniach, a teraz pojawia się ich zaledwie kilkoro. Przykładem jest radny Moskała, który jak był przewodniczącym rady dzielnicy, uczestniczył z nami na protestach i spotkaniach. W momencie, kiedy zaczęła się kampania wyborcza, również w gazetkach pisał, jak on to nie wspiera mieszkańców Olszy. Później dostał się do Rady Miasta Krakowa i mieszkańcy z jego okolicznych domków piszą do mnie, iż mają problem, bo pan Moskała nie reaguje. Tymczasem on w mediach społecznościowych na jednej z grup opublikował wpis, w którym odcina się od odpowiedzialności za inwestycję:
„W tej fazie inwestycji już kilka da się zrobić. Na placu jest 50 firm wykonawczych (a nie jedna, jak się niektórym wydaje). Jedni schodzą, drudzy wychodzą. Po drugie, z całym szacunkiem dla Pana radni nie są od pilnowana bieżącego budowy. Interweniuję na bieżąco, jak mam zgłoszenia, ale bez przesady” – pisał radny miasta i jednocześnie radny dzielnica Piotr Moskała.
My mamy ogromny żal do tych radnych, którzy byli na początku z nami, a później o nas zapomnieli. Jak organizowaliśmy pierwsze protesty, wtedy wszyscy oferowali, iż wstawią się za mieszkańcami. Jedną z nich była radna dzielnicy i jednocześnie radna miasta Anna Baldyga, która mieszka przy inwestycji, a w tej chwili nie wykazuje nią żadnego zainteresowania, natomiast w trakcie kampanii chętnie zabierała głos. Prawda jest taka, iż my, mieszkańcy, musimy dopraszać się o interpelacje, bo mogą je składać tylko radni miasta, dbamy o to. Tymczasem na Facebooku pojawia się rolka z przejazdu nieoddaną do użytku ścieżką rowerową właśnie radnego Moskały z komentarzem: „Postępy widać gołym okiem!”. Ręce opadają na to, co się dzieje. A najbardziej denerwuje mnie w tym wszystkim to, iż zginęła osoba, ale ludzie nie potrafią tego uszanować, tylko już robią na tym politykę. „Myśmy interpelowali”, „myśmy zgłaszali”. My jako mieszkańcy o tym nie wiemy, nikt nam tego nie wrzuca na grupę, nie jesteśmy w ogóle informowani o tym, co zostało przez nich zrobione. Teraz też walczyliśmy, żebyśmy jako rada budowy mogli poznać program, wizualizacje nasadzeń, które zostały nam obiecane za prezydenta Kuliga i prezydenta Majchrowskiego. Żeby mieszkańcy mieli wgląd do tego, jak ich okolica będzie miała wyglądać, a nie tylko politycy, nie tylko radni.
Czy kontakt z wykonawcą też wygląda tak źle?
– Każde zgłoszenie doczekało się naprawy w przeciągu doby, nie mogę tu powiedzieć słowa, wykonawca nie robi na złość nam – mieszkańcom
Czyli aktualnie łatwiej jest nawiązać porozumienie i wyegzekwować działanie od wykonawcy, a nie od polityków, którzy powinni Was reprezentować?
– Tak i ja nie rozumiem, za co radni biorą pieniądze, siedząc w urzędzie, skoro pada wprost tekst, iż oni jednej z największej inwestycji w mieście nie będą pilnować. Ja myślałam, iż politycy powinni być dla mieszkańców i powinni im służyć, a nie robić to, na co mają ochotę. Nikt choćby z nami nie rozmawia. Wszystkie niedogodności zgłaszamy my. My jako mieszkańcy. Bardzo dużo zostało zmienione w projekcie na nasz wniosek, bardzo dużo naszych uwag zostało uwzględnionych, wiele wywalczyliśmy. Jesteśmy zadowoleni ze współpracy z wykonawcą i projektantem w tym zakresie, poszli nam na rękę. Natomiast dla mnie żenujące jest uprawianie polityki w tym momencie, kiedy doszło do wypadku, i szukanie winnego. Ja uważam, iż zawinił cały system, ponieważ jest zła organizacja ruchu, ale z drugiej strony ten teren jako teren budowy mógł być całkowicie zamknięty. Mamy Zarząd Dróg Miasta Krakowa, mamy policję, mamy inne jednostki miejskie i ktoś powinien nad tym czuwać. Na ostatniej radzie sama zwracałam uwagi dotyczące ruchu na rondzie Polsadu, bo ono jest bardzo małe. Często wieczorami jeżdżę samochodem, znam tę okolicę i dwa razy już się zdarzyło, iż ludzie, którzy jadą od strony ul. Młyńskiej i skręcają w Al. Bora-Komorowskiego, jadą po prąd. W przypadku ostatniego wypadku, problem wynikał najprawdopodobniej z innej przyczyny, ale miejmy na względzie brak zainteresowania władz miasta w tym miejscu.
Rozmawiała Małgorzata Armada

20 godzin temu