Kuchnia

Ela zdradziła męża tylko raz, przed ślubem. On nazwał ją grubą i powiedział, iż nie zmieści się w suknię ślubną.
Podczas gdy Katya płaciła, Sergei oddalał się. Kiedy zaczęła pakować zakupy, on wyszedł. Gdy opuszczała sklep, Katya natknęła się na Sergeia, który palił papierosa.
Ogień, który zaskoczył wszystkich: Pożar w sercu Warszawy
Przybyłem na Wigilię. Moja synowa powiedziała, iż zaprosili nas tylko z litości, więc nie zostawaj długo. Uśmiechnąłem się, kulejąc, z nogą w gipsie.
Piasek, który wymyka się z dłoni
„Syn mojego męża nie był moim dzieckiem, ale sąsiadki Kasi. Twój mąż często do niej zaglądał i tak przyniosła od niego w brzuchu – rudy, piegowaty, jak wykapany ojciec, żadnych badań nie trzeba. – A czego pani ode mnie chce? Mój mąż niedawno umarł, nie wiem, z kim się prowadzał… – A Kasia też już odeszła… Historia o tym, jak rodzina dowiedziała się o nieślubnym synu, sierocie, i musiała podjąć decyzję, czy przyjąć do domu chłopca, który ma tę samą krew i rude włosy co jej córki…”
Czym jest proszek acai i jakie są jego korzyści?
Biorę dynię kabocha i robię donuty, które znikają od razu. Każdy pyta o przepis
Z tego mięsa gulasz wychodzi najlepszy. Smaczny, aksamitny i pełen głębi
Ten ekspres przygotuje cappuccino z pyszną, kremową pianką! Parzy 2 kawy jednocześnie
Bez „musisz” — rodzinna rozmowa przy kuchennym stole: o zmęczeniu, strachu, szkolnych problemach Kacpra, samotności i niepewności Weroniki, oraz o tym, iż czasem dorosłym też jest trudno.
Kuzyn męża przyjechał do nas na nocleg z rodziną na pogrzeb – a nie przywieźli choćby małego upominku dla teściowej, choć wszyscy czekaliśmy z otwartymi ramionami
Książulo zjadł pizzę za ponad siedem tys. zł. "Jedzenie dla snobów "
Zwycięstwo uczniów ZSZ nr 4 w ogólnopolskim konkursie kulinarnym [ZDJĘCIA]
Jak przygotować się do sezonu przeziębień? 5 praktycznych wskazówek
Książulo spróbował pizzy za ponad 7 tys. zł. Nie krył oburzenia: widzisz tego włosa?
Z życia wzięte. "Myślę o zamykaniu lodówki na klucz": Mąż wyjada wszystko, zanim reszta rodziny zdąży
Będą wydawać darmową żywność, rusza nabór. Urząd podał kryteria
Tajemniczy obiekt spadł na Mazurach. Miał napisy w cyrylicy
Robię na niej jajecznicę. Jest dużo zdrowsza, niż ta na maśle lub oleju
U kogo zjesz obiad, a gdzie zamówisz kebaba? Te gwiazdy mają swoje restauracje i bary
Mieszam budyń, mąkę i jajka. W mig mam górę puszystych i mięciutkich pączusiów
Inflacja we Francji spadła w grudniu 2025 roku
Idealne pierogi po ukraińsku – klasyka domowej kuchni
Garnek pełen smaku. Francuska klasyka zimowej kuchni
Ślubu nie będzie – Dlaczego jesteś dziś taki cichy? – zapytała Ania. – Przecież ustaliliśmy, iż w sobotę jedziemy wybierać meble do sypialni. A ty jakiś smutny. Co się dzieje? Dawid wiedział, iż musi powiedzieć to teraz albo nigdy. – Aniu… Chciałem z tobą porozmawiać. O ślubie. Ania długo czekała na tę rozmowę. Ustalili z Dawidem, iż wesele będzie skromne, ale widziała, iż Dawid chciałby zrobić dla niej prawdziwe polskie wesele – dużo gości, wideofilmowanie, organizator… Jak ona czekała na tę rozmowę! – Tylko proszę, bez długiego wstępu. Wydaje mi się, iż wiem, co powiesz – uśmiechnęła się Ania. Ale Dawid powiedział: – Odłóżmy… Odłóżmy ślub. To nie była ta rozmowa, na którą się szykowała. – Odłożymy? – zbaraniała. – Skąd taka nagła decyzja? Dlaczego? Przecież dopiero rozmawialiśmy o zaproszeniach… Sam je wybierałeś… choćby ustalaliśmy listę gości! Zmieniłeś zdanie i nie chcesz się ze mną żenić?? Jak w melodramacie – zaraz powie, iż już nie kocha. Ale Dawid znowu nie powiedział tego, co się spodziewała. – No bo z kasą nie najlepiej – mruknął. – Wypłaty spóźnione, nie udaje nam się nic odłożyć. I… Wiesz, mieszkamy razem dopiero pół roku. Nie za wcześnie? – Za wcześnie? – zadławiła się Ania. – Dawid, spotykamy się trzy lata! Trzy lata razem i pół roku “na swoim” to dla ciebie za wcześnie? Dawid już nie wyglądał na przerażonego. – Nie zaczynaj, Aniu. Nie chcę kłótni. To tylko… przerwa. Nie zmieniłem zdania – ale ślub to kosztowna sprawa. – Dobrze… To ja proponuję pójść do USC tylko we dwoje, a potem po prostu świętować w gronie przyjaciół. – Aniu, to już nie będzie prawdziwy ślub. – To niech diabli wezmą ten ślub! – Ale przecież o takim marzyłaś… – Przeżyję! Dziwne te twoje wymówki. – Aniu… – Szczerze. Coś się stało? Nie jesteś pewny, iż mnie kochasz? A może… poznałeś inną? Bo “ślub jest za drogi” jakoś mnie nie przekonuje. Dawid pokręcił głową. – Nie, Aniu, przysięgam. Po prostu chciałem, żeby wszystko było idealnie, rozumiesz? A teraz nie jestem w stanie zapewnić nam idealnego ślubu. I tak, te pół roku – jeszcze nie do końca się dotarliśmy. Trzeba sprawdzić, czy naprawdę nam się układa… Miało to logikę… Był przekonujący, ale intuicja Ani podpowiadała, iż coś tu nie gra. Dawid tak rzadko próbował ją do czegoś przekonać! I przecież sam naciskał, by gwałtownie się pobrać. A ona udawała, iż wierzy. Po tej rozmowie Dawid stał się nie chłopakiem, tylko “idealnym chłopakiem”, zwracał uwagę na najdrobniejsze rzeczy, które wcześniej ignorował, jakby chciał się zrehabilitować za odwołany ślub. W sklepie zawsze pytał, na co ma ochotę… naczynia sam zmywał… Ale chodził ponury. Nie zamyślony, tylko ponury, nocami wzdychał wpatrując się w sufit i zbywał pytania Ani krótkim “Zmęczony jestem”. Ania starała się nie naciskać. “Później, później, później”, – szeptał jej wewnętrzny głos. Po paru tygodniach rodzice Dawida zaprosili ich do siebie na obiad. Ania długo się wzbraniała. Nie miała na to siły. Dawid już nie wspominał o ślubie, a oni na pewno zapytają – niezręcznie będzie. Ale pojechali. O ślub oczywiście spytali. – Kiedy wreszcie nas uszczęśliwicie? – zagaiła teściowa, gdy teść poszedł oglądać mecz. – Mamy już salę na weselę upatrzoną, na dwadzieścia osób. Na kiedy rezerwować? Dawid siedział tak samo markotny, jak Ania. Co tu rezerwować? Nic nie będzie. – Mamo, przecież mówiłem. Odłożyliśmy – wychrypiał. – Odłożyliście? A czemu? Kasy nie ma? Dawidek, jako facet powinieneś był wcześniej o tym pomyśleć! Po obiedzie, kiedy panowie z zapałem rozkręcali głośnik, Ania poszła do łazienki się ogarnąć. W łazience czyściutko jak na sali operacyjnej. Żadnego pudru, śladu kosmetyków poza żelem pod prysznic i szamponem. Teściowa wszystko trzyma w pokoju. Anię zawsze bawiło, iż jej się chce to w kółko nosić. Wytarła twarz ręcznikiem i wtedy… przysłuchała się. Te ściany zawsze przenosiły dźwięki z kuchni, szczególnie “obce sekrety”. Dawid wrócił już na kuchnię i rozmawiał z mamą. I Ania usłyszała… – Dawid, może ty się jednak zdecydujesz rozstać z Anią? Ania zamarła, trzymając ręcznik przy brodzie. Co?! choćby nie próbowała się okłamać, iż się przesłyszała. Po cichu, żeby nie skrzypnęło, przylgnęła uchem do kafelków. – Mamo, mówiłem już. Odłożyliśmy. Ale nie zerwaliśmy. – Odłożyliście – to wymówka! – syczała pani Grażyna. – Przecież widzę, jak ty się męczysz. Po co ci ona? Przecież to nie żona – żona powinna męża słuchać. Po co się żenić, skoro za rok się rozwiedziecie? – Kocham ją, mamo – powiedział Dawid. Ani zrobiło się ciepło na sercu. Ale następne zdanie matki sprowadziło ją na ziemię. – Mówisz, iż ją kochasz? Sprytna z niej dziewczyna! Już cię nastawiła przeciwko nam, a jeszcze choćby żoną nie została. Przestałeś pomagać siostrze, nie przyjeżdżasz na działkę… Przez nią się zmieniasz, i nie na lepsze. Ania zamarła przy ścianie. Kiedy ona nastawiała kogokolwiek przeciw rodzinie Dawida? Zawsze starała się być jak najbardziej uprzejma dla jego rodziców, choćby gdy pan Ryszard totalnie skrytykował jej nową fryzurę. Bolało to, ale nie odparła ani słowa! Nie przypominała sobie ani jednej sytuacji, żeby celowo skłócała Dawida z jego rodziną. Przeciwnie – zawsze go zachęcała do kontaktu, wiedziała, jak ważna jest dla niego rodzina. I wtedy ją olśniło: to nie kasa, to nie czas. To jego mama – która prosto w oczy kłamie – nie chce ślubu! Ania gwałtownie do nich wróciła. – O, Aniu! Właśnie rozmawialiśmy, iż trzeba szybciej się zarejestrować. Rozumiem młodość, ale życie bez papierka nie popieram – uśmiechnęła się przyszła teściowa słodko. – Oczywiście, pani Grażyno – powiedziała Ania. – Nie będziemy długo zwlekać. Trochę przyoszczędzimy i od razu do urzędu. Prawda, Dawid? – Tak, Aniu, można powiedzieć, iż już jesteśmy małżeństwem – podchwycił. Tamtej nocy, gdy wracali do domu, Dawid próbował ją objąć, ale Ania wciąż się odsuwała. Sama nie wiedziała, jak zacząć rozmowę. Czy warto pytać? jeżeli nie zostawił jej na żądanie rodziców, to znaczy, iż ją kocha… Ale ślub odwołał. – Zachowywałeś się dziwnie, gdy twoja mama zaczęła temat – powiedziała, patrząc, jak znikają w oddali światła Warszawy. – Ja? Nie, ona tylko się spieszy z tym ślubem i… – Nie kłam. Ona nie spieszy cię z żadnym ślubem. Jest przeciwko. Powiedziała, iż nastawiłam cię przeciwko niej i żebym odeszła. Dawid nerwowo pokręcił kierownicą. – Słyszałaś? Aniu, mama się boi, iż jak się ożenię, to o niej zapomnę. Typowe. Nie bierz tego do siebie. Przejdzie jej. Ania nie brała do siebie słów matki – iż syn odchodzi. Martwiły ją słowa samego Dawida. Nie stanął po jej stronie, nie sprzeciwił się matce. Z tematem ślubu dalej nic nie było wiadomo. Dawid chodził jakby zjadł cytrynę, a gdy Ania wspominała o przyszłości, odpowiadał tylko: “Może później…” Wtedy wpadł jej w ręce odblokowany telefon Dawida. “Tylko spojrzę, która godzina – tłumaczyła sobie – Przecież nie będę czytać wiadomości… no może jednym okiem” Na ekranie – najnowsza wiadomość od jego siostry, Weroniki. Weronika była tylko dwa lata młodsza od Ani, ale zachowywała się jak dwunastolatka. Bez pracy, bez studiów, przez cały czas mieszkała z rodzicami i na ich koszt. Wiadomość mówiła jasno: – No jasne, kasy nie zobaczę. Znowu pod pantoflem. To żyj sobie z nią, skoro jakaś baba ważniejsza niż rodzina. Ania przeczytała. “Znowu pod pantoflem”. I coś sobie przypomniała… Jeszcze przed odwołaniem ślubu, kiedy Weronika kolejny raz prosiła Dawida o pieniądze, Ania nie wytrzymała i powiedziała: – Dawid, ona ma 27 lat, mieszka z rodzicami i chce, żebyśmy płacili za jej rozrywki. Może czas, żeby sama zaczęła pracować? Nasz budżet nie jest z gumy. Ania by się nie wtrącała, gdyby nie to, iż to także jej pieniądze. Przynosi do domu tyle samo co Dawid i nie zamierza sponsorować jego rodziny. Dawid wtedy przyznał jej rację. Niechętnie, ale powiedział: “Tak, masz rację, trzeba skończyć”. No to już wiedziała, kto nastawia rodzinę przeciwko niej. Wzięła telefon Dawida, otworzyła czat z Weroniką, skopiowała wiadomość, wysłała ją sobie, by mieć dowód. Potem odłożyła aparat tak, jak go znalazła. Dawid akurat trzepał śnieg z butów w przedpokoju. – Wziąłem chleb i twoją ulubioną czekoladę z orzechami. Wiesz, pomyślałem, Aniu, może trzeba było jednak pójść… – Dawid, – przerwała mu. – No, Dawid. Kogoś innego się spodziewałaś? No? – zażartował. Ale Ania nie podchwyciła żartu. – Co ci pisze Weronika? – zapytała. Dawid przypomniał sobie, iż gdy cię przyprą do muru, najlepiej zaatakować pierwszy. Obraził się: – To ty mi grzebałaś w telefonie, kiedy mnie nie było?? Klasyczna defensywa. Przerzucenie winy. – To nieistotne, co robiłam. Powiedz mi, o co chodzi. Teraz. Dawid przez chwilę milczał, na twarzy przemykały złość i panika. – Daj spokój, Aniu, nie przejmuj się, jeszcze dzieciak, wszystko bierze do siebie… – Bierze do siebie co? To, iż poprosiłam ją, żeby dorosła? – spytała Ania. – Przywykła, iż od brata dostanie wszystko. Odwyknąć od łatwej kasy jest trudno. Ale przestanie, nie martw się. – To ona nastawiła rodziców? – No… tak – przyznał Dawid. – Próbowałem im wytłumaczyć, iż to nasza kasa, iż Weronika powinna się usamodzielnić… Ale mama od razu: Ania cię kontroluje, przez nią zerwałeś z rodziną! Ale ja tak nie uważam… – A jednak odwołałeś ślub… No dobrze. Weronika nastawiła twoją rodzinę przeciwko mnie. Rozumiem. Nie będę się z nimi kontaktować. Ale ty – co ty naprawdę myślisz? Chcesz się ze mną ożenić, czy tylko odkładasz, bo boisz się powiedzieć matce “nie”? – Oczywiście, iż chcę się z tobą ożenić! Ale na razie nie mogę… Może później… kiedy wszystko ucichnie… No i masz odpowiedź. – Wiesz, Dawid, coś sobie uświadomiłam… Nie chcę wychodzić za mąż za kogoś, kto nie jest pewien swoich uczuć i na każdą fanaberię swojej siostry trzęsie portkami. Dobrze, iż tego ślubu nie będzie.
Ostatnie lato w rodzinnym domu Piotr przyjechał w środę, gdy słońce już porządnie rozgrzało dach, a eternit lekko trzeszczał. Furtka odpadła z zawiasów jakieś trzy lata temu, przeszedł przez nią i zatrzymał się przed gankiem. Trzy schodki, dolny całkiem spróchniały. Ostrożnie wszedł na drugi, sprawdzając czy wytrzyma jego ciężar. W środku czuć było zatęchłe powietrze i mysią woń. Gruba warstwa kurzu pokrywała parapety, a w kącie salonu rozciągała się pajęczyna od belki aż po stary kredens. Piotr otworzył okno – ramę trzeba było przycisnąć, ale puściła i do środka wpadł zapach podgrzanej pokrzywy i suszonej trawy z podwórka. Obejrzał wszystkie cztery pokoje, w myślach robiąc listę: umyć podłogi, sprawdzić piec, naprawić wodę w letniej kuchni, wyrzucić wszystko co przegniło. A potem zadzwonić do Marcina, mamy, siostry z dzieciakami. Powiedzieć: przyjedźcie na sierpień, spędzimy tu miesiąc jak kiedyś. Kiedyś – to było z dwadzieścia pięć lat temu, gdy tata jeszcze żył i co lato wszyscy zjeżdżali tu razem. Piotr pamiętał, jak gotowali dżem w miedzianym kotle, jak z bratem nosili wiadrami wodę ze studni, jak mama wieczorami czytała na werandzie. Potem tata zmarł, mama wyprowadziła się do miasta, dom zabili dechami. Piotr przyjeżdżał raz w roku sprawdzić czy nie okradli i odjeżdżał. Ale tej wiosny coś w nim pękło: trzeba spróbować to odzyskać. Choćby na chwilę. Tydzień robił wszystko sam: wyczyścił komin, wymienił dwie deski na ganku, umył okna. Pojechał do miasta po farbę i cement, umówił się z elektrykiem w sprawie instalacji. Sołtys spotkawszy go pod sklepem pokręcił głową: — Po co, Piotrek, inwestować w tą ruderę? I tak sprzedacie. Piotr odpowiedział krótko: — Do jesieni nie sprzedam. — I poszedł dalej. Marcin przyjechał pierwszy, w sobotni wieczór, z żoną i dwójką dzieci. Wysiedli z auta, rozejrzeli się po placu, krzywiąc się lekko. — Serio myślisz, iż wytrzymamy tu miesiąc? — Trzy tygodnie — poprawił Piotr. — Dzieci się przewietrzą, tobie też się przyda. — choćby prysznica nie ma. — Jest stara bani. Napalę dziś. Dzieci, chłopak jedenaście lat i dziewczynka osiem, poszły niechętnie na huśtawki, które Piotr sam dzień wcześniej zawiesił na wiekowym dębie. Żona Marcina bez słowa weszła do domu, taszcząc torbę z zakupami. Piotr pomógł w rozpakowaniu, brat się jeszcze krzywił, ale nic nie powiedział. Mama przyjechała w poniedziałek, przywiózł ją sąsiad. Stanęła w progu, zaparła się o krawędź salonu. — Wszystko takie… małe — powiedziała cicho. — Pamiętałam większe. — Mamo, nie byłaś tu trzydzieści lat. — Trzydzieści dwa. Przeszła do kuchni, dotknęła blatu. — Tu zawsze było zimno. Tata obiecał zrobić ogrzewanie, ale nie zdążył. W jej głosie Piotr słyszał nie nostalgię, tylko zmęczenie. Przyniósł jej herbatę, posadził na werandzie. Mama patrzyła w ogród i opowiadała, jak ciężko było taszczyć wodę, jak bolały plecy po praniu, jak sąsiedzi plotkowali. Piotr rozumiał, iż dla niej ten dom to nie gniazdo, a rana. Wieczorem, gdy mama poszła spać, Piotr i Marcin siedzieli przy ognisku na podwórzu. Dzieci już spały, żona Marcina czytała w pokoju przy świeczce – prąd był dopiero w połowie domu. — Po co ci to wszystko? — spytał Marcin, patrząc w ogień. — Chciałem, żebyśmy byli razem. — Przecież widujemy się w święta. — To nie to samo. Marcin uśmiechnął się krzywo. — Piotrze, jesteś romantykiem. Myślisz, iż trzy tygodnie tutaj coś zmienią? — Nie wiem — Piotr wzruszył ramionami. — Chciałem spróbować. Brat milczał, w końcu powiedział łagodniej: — Fajnie, iż wpadłeś na taki pomysł. Ale cudów nie oczekuj. Piotr nie oczekiwał. Ale miał nadzieję. Dni mijały w pracy. Piotr naprawiał płot, Marcin pomógł zmienić dach na stodole. Chłopak, Franek, na początku się nudził, ale potem znalazł w szopie wędki i codziennie znikał nad rzeką. Dziewczynka, Ania, pomagała babci w grządkach, które Piotr naprędce założył przy południowej ścianie. Jednego dnia, gdy wspólnie malowali werandę, żona Marcina roześmiała się: — Jak w komunie… — Komunardzi to przynajmniej mieli plan — burknął Marcin, ale się uśmiechnął. Piotr widział, iż napięcie powoli opada. Wieczorami jedli razem kolacje na werandzie, mama gotowała zupę, żona Marcina piekła sernik z wiejskiego twarogu. Rozmawiali o duperelach: gdzie znaleźć moskitierę, czy trzeba kosić trawę, czy naprawiony jest hydrofor. Aż któregoś dnia, gdy dzieci spały, mama powiedziała: — Wasz tata chciał ten dom sprzedać. Rok przed śmiercią. Piotr zastygł z kubkiem w dłoni. Marcin zmarszczył się. — Czemu? — Zmęczony był. Mówił, iż dom to kotwica. Chciał do miasta, do bloku bliżej szpitala. Ja nie chciałam. Myślałam, iż to nasze, rodzinne. Pokłóciliśmy się. Nie sprzedał, a potem zmarł. Piotr odstawił kubek. — Czujesz się winna? — Nie wiem. Po prostu… mam tego miejsca dość. Tu wszystko przypomina, jak uparłam się, a on nie zdążył spokojnie pożyć. Marcin oparł się o krzesło. — Mamo, nigdy o tym nie mówiłaś. — Nie pytaliście. Piotr popatrzył na matkę. Siedziała skulona, spracowane dłonie. Teraz widział, iż dom jest dla niej nie skarbem, ale ciężarem. — Może trzeba było sprzedać — powiedział cicho. — Może — przyznała. — Ale tu się wychowaliście. To coś znaczy. — Co? Podniosła na niego wzrok. — Że pamiętacie, jacy byliście, zanim życie wszystkich rozrzuciło. Nie od razu uwierzył w te słowa. Ale na drugi dzień, kiedy poszedł z Marcinem i Frankiem nad rzekę i chłopak złowił pierwszego okonia, zobaczył, jak brat szczerze się uśmiechał, przytulając syna. Wieczorem, kiedy mama opowiadała Ani, jak na tej samej werandzie uczyła jej tatę czytać, usłyszał w jej głosie nie ból, a coś innego. Może pogodzenie. Wyjazd ustalili na niedzielę. W sobotę Piotr napalił w bani, wszyscy razem się wykąpali, potem pili herbate na werandzie. Franek spytał, czy przyjadą tu za rok. Marcin spojrzał na Piotra, ale nic nie odpowiedział. Rano Piotr pomagał pakować rzeczy. Mama przytuliła go na pożegnanie. — Dziękuję, iż zaprosiłeś. — Myślałem, iż będzie lepiej. — Było dobrze. Na swój sposób. Marcin klepnął go w ramię. — Sprzedawaj, jeżeli chcesz. Nie mam nic przeciwko. — Zobaczymy. Samochód odjechał, kurz siadł na drodze. Piotr wrócił do domu. Obszedł pokoje, zebrał naczynia, wyrzucił śmieci. Zamknął okna, zatrzasnął drzwi. Z kieszeni wyjął stary, rdzawy, ale ciężki i porządny żelazny klucz, który znalazł w szopie, zawiesił na furtce. Stał przy bramie, patrząc na dom. Dach równy, ganek solidny, okna czyste. Dom wyglądał jak żywy. Ale Piotr wiedział, iż to złudzenie – dom żyje póki są w nim ludzie. Przez trzy tygodnie żył naprawdę. Może to wystarczy. Wsiadł do auta i ruszył. W lusterku mignął dach, potem zasłoniły go drzewa. Jechał powoli, dziurawą drogą i myślał, iż na jesień zadzwoni do pośrednika. Ale póki co – póki co będzie pamiętał, jak wszyscy siedzieli przy stole, jak mama śmiała się z żartów Marcina, jak Franek pokazywał swoją rybę. Dom spełnił swoją rolę. Zebrał ich razem. Może to tyle wystarczy, by pozwolić mu odejść bez żalu.
Dietetyczny mielony z pieczonymi ziemniakami i burakami
Zostawił mnie samą przy świątecznym stole i pobiegł świętować z kolegami w garażu – czyli jak mój mąż zamienił naszą 10. rocznicę ślubu na “chłopską solidarność”, a ja postanowiłam zrobić mu niezapomniany polski obiad w stylu garażowym
Prawda i mity o tym, co jemy
Ogórkową gotuję tylko na tym mięsie. Jest pełna smaku, esencjonalna i nie za tłusta
Zapomnij o salcesonie. Ta wędlina pozostało smaczniejsza
Nie w mikrofalówce, nie w piekarniku. Eksperci mówią, jak przyspieszyć dojrzewanie awokado
Spaghetti bolognese – klasyk, który nigdy nie wychodzi z mody
Aleksandra Żuraw ma dom jak z katalogu. Kaszmirowe szafki w kuchni, w sypialni zielona sztukateria
Przepisy, które ratują zimowe wieczory: szybkie dania z 5 składników
Spaghetti serowo-brokułowe – szybki obiad, który zawsze się udaje
Budował altanę przez tydzień i jadł jedzenie z lodówki. Odliczyłem mu to od pensji, a on zaczął się złościć.
Bezkresna bezczelność – Powiedz mi szczerze, Natalio – zaczął marudzić Kamil – jaka to wielka różnica, komu wynajmiemy dom nad morzem? Swoim czy obcym? Przecież pieniądze te same. Natalia właśnie kończyła rozwieszać pranie na balkonie. Lepiej byś pomógł, zamiast się użalać… – Kamilek – odpowiedziała – kochanie, różnica polega na tym, iż od rodziny potem tych pieniędzy i tak nie wyciągniesz. – Mówisz o Darku? – niezręcznie było to słyszeć – Darek to mój brat! Zapłaci, daję ci słowo. choćby nie prosi o zniżkę. Wynajmie dom w pełnej cenie! Na całe lato. I nie będziemy musieli sami szukać najemców. – Kamil, to dom nad Bałtykiem. Znajdę chętnych w pięć minut. – Wyjaśnij mi, dlaczego tak ci zależy, żeby wynająć obcym? – Z obcymi jest prosto: umowa, zaliczka, nie płacą – wyprowadzka i koniec. A z rodziną zaczyna się: “Oj Natalka, przecież mamy dzieci”. “Pieniędzy przelaliśmy ci później”. “Ach, telewizor się stłukł, ale przecież nie naliczysz kary?”. Widziałam to za często, wiesz, jak się to kończyło. Natalia odziedziczyła domek po rodzicach, którzy też go wynajmowali, mieszkając w Gdańsku. Dom był fajną dodatkową gotówką. Natalia robi to samo, ale pod jednym warunkiem – zero znajomych i rodziny. Naoglądała się, jak rodzice byli “nabijani w butelkę” przez “kolegów”. – I co się wtedy działo? – dopytywał mąż. – Rodzina nie płaciła, a potem choćby nie przepraszała! “Co, ciężko was zaprosić?” Nie, dom to biznes, Kamil. Nie darmowy pensjonat dla twoich krewnych. Darek ostatnio uznał, iż trzy miesiące nad morzem to najlepsze lekarstwo dla jego żony i trojga dzieci. Lato – u niego sezon ogórkowy w pracy, więc można się nacieszyć życiem. Natalia już wiedziała, iż płacić – nie planuje. – Przecież Darek nie chce wakacji za darmo! – upierał się Kamil – Zapłaci. Wszyscy obiecują na początku. – Po co nam to? Mam kolejkę chętnych na dom i dobre pieniądze. Przyjeżdżają, podpisują umowę, śpię spokojnie. Nie. Żadnej rodziny. Żadnych znajomych. Przyjaźń przyjaźnią, a finanse osobno. Trudno zbić Natalię z tropu, ale Kamil miał asa w rękawie. – Dobrze. Nie wierzysz Darkowi. Ale mi chyba ufasz? Natalia czekała na pointę. – Ufam… i co dalej? – Jakby co, ja ci zapłacę, jeżeli Darek nas wystawi – wypalił Kamil. Bohater, no nie? Słaby argument. – Super pomysł. Zapłacisz mi z naszego wspólnego konta. – No… jeżeli ci zależy… Może znajdę sobie fuchę, dorabiać wieczorami, weekendami, każdą złotówkę oddam ci tylko dla ciebie. Pasuje? Natalia nie myślała, iż to aż tak dla niego ważne. Może faktycznie powinna zaufać… – Ty chyba przekonasz każdego… Cała odpowiedzialność na tobie. Ok. Do lata było daleko, więc Natalia mogła nabrać dystansu i zaufać mężowi. Czerwiec nadszedł… i od razu pojawiły się problemy. Kamil wydzwaniał do Darka co trzy dni: może by tak chociaż za miesiąc z góry… Odpowiedzi były optymistyczne. – Jasne, Kamil, bez stresu! Pieniądze? Czekam aż klient przeleje zaległość, pod koniec miesiąca będzie. Jak tylko, to od razu daję! Sorry za poślizg. Minął czerwiec. Pieniędzy nie było. Natalia wytrzymała miesiąc. Nie marudziła, nie dopytywała. Skoro Kamil chciał wszystko wziąć na siebie – dobrze. Ale gdy kolejny raz rozmawiał z bratem, już nie wytrzymała: – Zapłacił? – Darek jeszcze nie dostał pieniędzy od kontrahenta! Jak tylko, to obiecał! Od miesiąca ta sama bajka. Na końcu języka miała “a nie mówiłam!”. – I co ci mówiłam? Rodzina zawsze ma wymówkę, żeby nie płacić na czas. – To zbieg okoliczności! – wybąkał Kamil – On nie ze złej woli! Wiem, jak to wygląda… Ale to przypadek! Po prostu trzeba poczekać. – Poczekajmy do września, aż odjadą z walizkami i rzucą: “świetny urlop, zadzwonimy później”? – Przecież nic nie tracisz. Ja dorobię. – Ty? Serio chcesz? Zaczynasz teraz? Od razu przygasł. – Daj mu jeszcze dwa tygodnie. jeżeli nie… zapłacę ci sam… jeżeli to takie ważne. – To była twoja propozycja. Udowodnij, iż twój brat jest uczciwy. Proszę bardzo! W domu zrobiło się gorzko, Kamil mówił do żony bez radości. Lipiec. Upał nie do zniesienia. Natalia łapała Kamila wieczorami na szukaniu ofert pracy w internecie, ale do nikogo nie dzwonił. – Kamil, zauważyłeś, iż dziś trzydziesty? 2/3 lata minęło, a my nie mamy ani grosza z wynajmu – przypomniała. – Dalej nie ma kasy… Ale… – Jak tylko, to od razu. – Wszystko odda, jeszcze coś dorzuci dla nas za kłopot! – Już nie wierzę. To ty ręczyłeś? Mówiłeś: “Zapłacę”. To teraz płać! Gdzie jest ta twoja “fucha”? Wiadomo – najłatwiej obiecywać, gorzej dorabiać po godzinach. – Znajdę coś. Ale… tu takie marne oferty… Przecież nie będę dźwigał towaru, z moim kręgosłupem. – Może lepiej namów brata, żeby to on ruszył się do pracy. Obiecałeś. Albo szukasz pracy teraz albo dzwonię do Darka i mówię: jeżeli do piątku nie mam chociaż połowy, to się wyprowadzają zgodnie z prawem, a o kasę idę do sądu. Kamil pobladł. – Nie dzwoń do Darka! Jaki sąd? Jak rodzina na mnie potem spojrzy? Co powiem mamie? Że brata do sądu podałem, Natalio, nikt tego nie zrozumie. Darek płacić nie chce, Kamil nie chce odpowiadać za obietnice, sądzić się nie chce – a teraz postanowił obarczyć winą Natalię. – Co ty, o mężu nie myślisz? Trochę cię nie rusza, iż będę zasuwał na dwa etaty dla ciebie, żony, żeby oddać dług? – Sam chciałeś! Sam się zgłosiłeś na bohatera. – Ale nie wiedziałem, iż mnie Darek wyroluje! – A ja wiedziałam! Bo już widziałam takie sytuacje. Ty mnie nie posłuchałeś. – Już wszystko rozumiem! – Kamil grał ofiarę – Ale ty Natalio też piękna jesteś! Wysyłając mnie na drugi etat, pokazujesz, iż nie kochasz. Ważniejsze dla ciebie są te pieniądze niż moje zdrowie! A jeżeli mi się coś stanie? Zawał na przykład? I tak będziesz kazała dorabiać… – Ja nie każę! Żądam tylko tego, co sam zaproponowałeś. – Dobrze! – krzyknął Kamil – Pójdę pracować i oddam dług po Darku, ok? Skoro dla ciebie kasa ważniejsza ode mnie. Tak! Układ się posypał, ale Natalia postawiła na swoim – Kamil podjął dodatkową pracę. Ale na sercu miała ciężko. Wieczorami Kamil był kurierem i coraz bardziej patrzył na Natalię wilkiem. – To przez ciebie… – rzucił któregoś razu. – Przeze mnie? – Tak! – Może przynajmniej coś zrozumiesz – odparła Natalia – Łatwo być dobrym kosztem cudzej pracy. Jak sam spłacisz za brata – wyciągniesz wnioski. Ciut naiwnie Natalia liczyła, iż Darek w końcu się opamięta, zadzwoni i odda choć część pieniędzy. I akurat zadzwonił. Do niej, nie do Kamila. Czyżby się myliła? Przeleje teraz całość? – Natalia, sprawa jest… – Darek zaczynał. – Nie mam czasu w twoją sprawę. Powinniście już rozliczyć się za sierpień, a my dalej czekamy za lipiec. To już problem Kamila, nie mój, to on za ciebie ręczył. – Wiem. Kamil mi powiedział! Biedak. Słuchaj, wyskoczył mi problem – samochód się rozkraczył, na naprawę poszło wszystko, muszę jakoś rodzinę zawieźć do domu, a z czynszem – no, jakoś potem się dogadamy… Jak zwykle. Natalia rozłączyła się. Kamil, patrząc na minę żony, wiedział już wszystko. – Masz rację – przyznał – byłem naiwny z tym zaufaniem. Ale ty… nie pozwalasz mi się pomylić! Zamiast wesprzeć, cisniesz… – A miałam się uśmiechać, mówić: “Nie szkodzi Kamil, niech sobie odpoczną za darmo, ja to przeżyję”? Sam obiecałeś, iż zapłacisz! – Tak, sam! – burknął – Ale nie myślałem, iż tak chętnie pozwolisz mi się poświęcać! Myślisz tylko o pieniądzach, nie o mnie! – A twój brat myśli o tobie? – On nie jest zły, po prostu tak wyszło… – Super. On nie jest zły okradając mnie i kompromitując ciebie, za to ja, żądając swojego, jestem winna? Kamil umilkł. Wygląda na to, iż w ich małżeństwie zaczyna się trudny rozdział.
Mój pasierb podważył to powiedzenie: tylko prawdziwe matki mają pierwszeństwo!
Specjalna usługa Biedronki. Nie każdy może skorzystać, ale Łodzianie tak
Dorota z "Żony dla Polaka" dzieli się swoim przepisem na rosół. Polacy mogą złapać się za głowy
Spór o kurnik na sto tysięcy kurczaków
Pyszny obiad na czwartek. Podajemy przepis, Ty gotujesz. Żurek na wędzonce na zimowe dni
Nowoczesne fototapety w mieszkaniach mieszkańców Kutna – inspiracje prosto z Moja Tapeta
Na obiad robię norweską potrawkę z kurczaka. Moja rodzina ją uwielbia
Ciasto czekoladowe z kremem – wilgotne, wysokie i pyszne
WYTRAWNE BABECZKI W TRZECH SMAKACH – pyszne i efektowne
Odejdź, Kostek Talerze z zimną kolacją wciąż stały na stole. Maria patrzyła na nie, ale ich nie widziała. Za to doskonale widziała cyfry na zegarze, które powoli, jakby na złość, przesuwały się do przodu. 22:47. Kostek obiecał być o dziewiątej. Jak zwykle… Telefon milczał. Maria już się nie złościła. Wszystko, co było w niej żywe, dawno wypaliło się do cna, zostawiając po sobie tylko zimne zmęczenie. Około wpół do dwunastej w zamku skrzypnął klucz. Maria choćby nie odwróciła głowy. Siedziała na kanapie, owinięta kocem i wpatrywała się w jeden punkt. – Cześć, kochanie. Przepraszam, utknąłem w pracy – w zmęczonym głosie zabrzmiały sztuczne, dźwięczne nuty rzekomego ożywienia. Kostek zawsze tak mówił, gdy kłamał. Podszedł, pochylił się, by pocałować ją w policzek. Maria odsunęła się odruchowo. Subtelnie, ale on to poczuł. – Coś nie tak? – zapytał, zdejmując szalik. – Pamiętasz, jaki dziś dzień? – głos Marii był cichy, bez życia. Na moment zamarł, próbując sobie przypomnieć. – Środa. A co? – Dziś są urodziny mojej mamy. Mieliśmy do niej pojechać z tortem. Obiecałeś. Twarz Kostka natychmiast się zmieniła. Uśmiech zniknął, zastąpiony przez wyraz winy i paniki. – Boże, Mariś, kompletnie zapomniałem. Przepraszam, naprawdę, w pracy mam istny młyn. Zadzwonię do niej jutro, obiecuję. Wyszedł do kuchni. Maria słyszała, jak krząta się przy lodówce, jak brzęczy naczyniami. Zawsze tak się ratował: wśród zamieszania filiżanek i widelców łatwo było się schować przed niewygodnymi pytaniami. Ale dziś nie zamierzała mu odpuszczać. Wstała i podeszła do drzwi kuchni. – Kostek, a z kim dzisiaj „utknąłeś” w tej pracy aż do jedenastej wieczorem? Odwrócił się. Ręka z kartonem mleka zadrżała. – Z zespołem. Ruszamy nowy projekt. Terminy gonią. Przecież wiesz, jak jest. – Wiem – kiwnęła głową – I jeszcze wiem, iż o trzeciej dzwoniłeś i mówiłeś: “Ela, rozumiem wszystko, ale muszę to naprawić.” Ela. Ela – była żona. Duch, który mieszkał z nimi przez te trzy lata. Duch, od którego z daleka biło chłodem niewypowiedzianych żalów i pretensji. Kostek pobladł. – Podsłuchiwałaś mnie? – Nie musiałam. Tak głośno mówiłeś przez telefon w łazience, iż wszystko słyszałam. Postawił karton na stole i ciężko usiadł na krześle. – To nie tak, jak myślisz. https://clck.ru/3R8onP – A jak mam myśleć? – po raz pierwszy w głosie Marii przebiły się jakieś emocje. – Że od pół roku chodzisz na palcach? Znikasz wieczorami? Patrzysz na mnie, jakbyś mnie nie widział?! Ty chcesz do niej wrócić? Powiedz to wprost. Przetrwam. Spuścił głowę, patrzył na swoje ręce. Silne i zręczne, potrafiły złożyć każdy mechanizm, ale nie nauczyły się budować szczęścia. – Nie zamierzam do niej wracać – powiedział cicho. – To co? Znów z nią sypiasz? – Nie! – w jego oczach było tyle szczerości i desperacji, iż Maria na moment zwątpiła w swoje podejrzenia. – Mariś, uwierz, nic takiego nie ma miejsca. – To co?! Co tam „naprawiasz”?! – niemal krzyczała. – Spłacasz jej długi? Rozwiązujesz jej problemy? Żyjesz jej życiem zamiast ze mną? Kostek milczał. Słowa, które Maria tak długo tłumiła, wylały się potokiem. – Odejdź, Kostek. Idź do niej, skoro jej tak potrzebujesz. Albo do kogokolwiek innego, kogo Ci trzeba. Naprawiaj swoje błędy. Tylko zostaw mnie w spokoju. Nie mogę tak dłużej. I nie chcę. Chciała wyjść, ale Kostek zerwał się i zastawił jej drogę: – Nie mam gdzie pójść! Nie ma żadnej Eli! Ani nowej, ani starej! Ja… sam nie rozumiem, co się dzieje! Po prostu… chcę wszystko naprawić! Odwrócił się, przełykając gulę w gardle. – Nie mów zagadkami – wyszeptała Maria. – Pytasz, co tam naprawiam? – nie wytrzymał Kostek – Siebie naprawiam! A przynajmniej próbuję. I nie potrafię. Rozumiesz? Ty – to nie ona. Jesteś bardziej cierpliwa, łagodniejsza, wierzyłaś we mnie, gdy ja sam w siebie nie wierzyłem. Z tobą wszystko miało się udać. Ja miałem się udać – nowy, lepszy. Ale nic z tego nie wychodzi! Znów wszystko psuję: zapominam o urodzinach, zostaję w pracy, choć wiem, iż czekasz. Milczę. Patrzę ci w oczy i widzę, jak gaśnie w nich światło. Tak samo jak kiedyś w jej oczach. Maria milczała. – Nie chcę szukać innej – mówił dalej Kostek, już cicho – boję się, iż znów będzie tak samo. Znów przegapię coś ważnego. Znów doprowadzę kogoś do łez. Nie umiem… być mężem. Nie umiem żyć razem… Dzień po dniu. Bez dramatów, bez kłótni. Wszystko psuję wokół siebie. Więc nie żyję, tylko idę po linie, bojąc się upaść. A ty… Ty też jesteś jak nieżywa przy mnie… Kostek spojrzał na Marię. Tym razem jego wzrok był zagubiony, ale szczery: – Więc to nie twoja wina. Nie Elki. Moja… Maria wysłuchała tej chaotycznej spowiedzi i pojęła całkiem jasno: Kostek jej nie zdradził z inną kobietą. Zdradził ją ze swoim lękiem. Nie jest podły, tylko zagubiony, nie wie, jak dalej żyć. – I co teraz, Kostek? – spytała bez cienia wyrzutu. – Uświadomiłeś sobie wszystko. I co? – Nie wiem – przyznał szczerze. – To najpierw uporządkuj się ze sobą – wyrwało się Marii. – Idź do psychologa, czytaj książki, walnij głową w ścianę – zrób cokolwiek. Ale przestań chodzić w kółko i szukać magicznego guzika do naprawy dawnych błędów. Takiego nie ma. Jest tylko praca. Nad sobą. Idź i wykonaj ją. Sam. Beze mnie. Wyszła z kuchni, przeszła obok niego do przedpokoju i założyła płaszcz. *** Drzwi się zamknęły. Kostek został sam w ciszy, którą przerywał tylko stukot deszczu. Podszedł do okna, zobaczył, jak sylwetka Marii rozmywa się w mokrej ciemności i poczuł niesamowity ciężar. Ciężar tego, co z nim zostało. Jego porażka nie była już cieniem. Była tu, w tym pustym mieszkaniu, w zimnej kolacji, w jego własnych rękach, które niczego nie potrafiły zatrzymać. I zamiast biec za Marią, wyciągnął butelkę koniaku…
ZAPOMNIJ O MNIE NA ZAWSZE