Kuchnia

W regionie ma powstać ogromna hodowla kurczaków, około 100 tysięcy sztuk. Okoliczni mieszkańcy sprzeciwiają się planowanej inwestycji
Są mięciutkie i pachną kardamonem. Do kawy pasują jeszcze lepiej niż babcine oponki
"Drwal" z KFC? Książulo przetestował i ma jednoznaczną opinię
Zabezpieczone: Catering z Manufaktury, czyli boxy wyjątkowych przekąsek na każdą okazję.
Nora ukrywa dyktafon w domu teściowej, aby podsłuchiwać jej rozmowy
Teściowa postanowiła przearanżować moją kuchnię według swojego gustu, gdy byłam w pracy
Zamknij się!” — warknął mężczyzna, rzucając walizką o podłogę. — „Odchodzę od ciebie i od tego bagna, które nazywasz życiem”.
Odmówiłam opieki nad chorym wujkiem męża, który ma własne dzieci
Robię ptysie jak z cukierni - a to tylko kilka prostych kroków
Jedzenie dla szczęścia: jakie produkty zwiększają serotoninę i dopaminę przez jelita
Co jeść wieczorem, by lepiej spać? Dietetyk stawia na jeden produkt
Promocje 3+1 to pułapka. W taki sposób sklepy „oszukują” klientów
Weź kilka placków tortilli i warzywa. Na widok tej zapiekanki goście pospadają z krzeseł
Zdrowe brzuszki naszych dzieci – Opole gotowe na 34. Finał WOŚP
Błędne koło urlopu. na urlopie wcale nie znajdziesz sensu życia. Szczęścia poszukaj tu i teraz [OPINIA]
Natalia, zniknęłaś z mojego życia na pięć lat – nie interesowałaś się tym, jak sobie radzę i co się ze mną dzieje, a teraz wracasz, gdy ja już mam rodzinę i jestem szczęśliwy bez ciebie
Czy twoja mama myśli, iż jestem jej służącą? Żona odmówiła spełniania próśb teściowej
Nie podoba ci się moja matka? To spadaj!” – powiedział mąż, nie spodziewając się, iż żona faktycznie to zrobi
Śledztwo ws. finansów banku żywności w Toronto
NARÓD BEZ PAŃSTWA WYRZUCONY Z ALEPPO. KURDOWIE
Setki osób na sankach w Sterkowcu / zdjęcia i video
Kluski robię metodą 1:3. Rozpływają się w ustach i nie rozpadają podczas gotowania
Zrobiłam raz i przestałam kupować wędliny. Przepis z zeszytu dziadka robi furorę
NA WSZELKI WYPADEK Vera zerka na zapłakaną koleżankę, wzrusza ramionami i z obojętnością wraca do komputera, gwałtownie stuka w klawiaturę. – Bezduszna jesteś, Werka – rzuca Olga, szefowa działu. – Ja? Skąd takie wnioski? – Bo Tobie w życiu osobistym się układa, to myślisz, iż każdemu musi. Dziewczyna się załamuje, a Ty choćby nie okażesz współczucia, nie poradzisz, nie podzielisz doświadczeniem. Przecież Tobie tak dobrze jest! – Ja? Mam się dzielić doświadczeniem z nią? Przecież Nadzi by się to nie spodobało. Kiedyś próbowałam – parę lat temu, kiedy wpadała z sińcami do pracy, domyślając się sama, kto jej je funduje. Was wtedy jeszcze nie było. Ale to nie facet ją bił – sama upadała, niby „przypadkiem”, a kiedy gościu odszedł w siną dal, siniaki zniknęły. To już trzeci, który uciekł. Wtedy właśnie chciałam wesprzeć koleżankę i się podzielić swoim życiem – to jeszcze ja zostałam oskarżona, iż przeszkadzam jej w szczęściu! Później mi koleżanki wytłumaczyły, iż to bez sensu – Nadzie nikt nie doradzi, ona najlepiej wszystko wie. Uznały mnie za złą jędzę, która burzy Nadine szczęście. Kiedyś biegała po znachorkach, teraz na czasie – psycholog, „pracuje nad traumami”. Ale ważne, iż nie rozumie, iż żyje wciąż według jednego scenariusza, tylko aktorzy się wymieniają. Także, przepraszam, ale żałować nie będę i chusteczek podtykać też mi nie wypada. – Tak nie można, Werka… Podczas obiadu przy jednym stole trwa dyskusja o Nadzi, jej byłym, draniu i łajdaku. Werka cicho je, w końcu bierze kawę i ucieka w kąt, odpocząć przy scrollowaniu Facebooka. – Weroniko, naprawdę nie żal Ci trochę Nadzi? – zaczepia ją zawsze pogodna Tania, dzisiaj z nietęgą miną. – Co Wy adekwatnie ode mnie chcecie? – Dajcie Werce spokój – rzuca Irenka, przechodząc obok. – Ona zawsze taka była. Ma swojego ukochanego Wojciecha i żyje jak pączek w maśle, nie zrozumie, co to zostać samotną matką bez wsparcia. A jeszcze spróbuj wyegzekwować alimenty od tego „tatunia”. – Nie trzeba było rodzić! – wtrąca się Terenia, najstarsza z pań w zespole. – Werka ma rację, ile razy Nadzie płakała, jeszcze w ciąży jej facet głowę zawracał, a przedtem to już szkoda gadać… Koleżanki szepcą, dają rady. A Nadka, nasza twardzielka, robi swoje – woła z wioski mamę do pomocy, inwestuje w nową fryzurę, brwi robi, rzęsy przykleja. Już chciała kolczyk w nosie – ledwo odradziłyśmy. Wszystko wraca do normy; – Trudno, Nadziu, on jeszcze zapłacze! – pocieszają ją dziewczyny. – Nie, nie zapłacze – pod nosem dodaje Werka, ale lekko podpita ekipa każe jej wyjaśnić, czemu nie wierzy. – Po prostu nie będzie płakał. Nadka znajdzie zaraz następnego… – Łatwo Ci mówić, Weroniko, Twój Wojtek taki anioł. – Najlepszy facet na świecie, nie bije, nie pije, nie zdradza i kocha mnie do szaleństwa. – Pewnie… Jasne! Każdy facet taki sam! – Uważaj, jeszcze Ci go odbiorą! – Nie ma szans! Dyskusja się rozkręca, napięcie wzrasta. – To może do Ciebie pójdziemy, zobaczymy, czy Wojtek się oprze takiej ekipie? – Chodźcie, zapraszam! I cała banda wpada do Weroniki – wesoło, gwarno; kuchnia pełna śmiechu. – Gotujemy coś szybko, Wojciech zaraz wróci, postawimy mu coś na stół. – Nie przejmujcie się, jest wybredny, i tak dużo nie zje, ale tak, przyjeżdża zaraz. Za chwilę dziewczyny wychodzą do swoich domów; zostają tylko Nadka, Olga i Tania. Piją herbatę na małej, przytulnej kuchni. Czują się niepewnie, czekając na „tego Wojciecha”. Wreszcie drzwi – – Wojciechu mój! Kochanieńki! – rozczula się Werka w przedpokoju. Wchodzi wysoki przystojniak. Ale zaraz… To nie ten facet! – Dziewczyny, poznajcie mojego syna – Denisa. – A Wojciech? – No, synku, jak Wojtek, wszystko w porządku? – Tak, mamo, pies po zabiegu, zaraz już będzie biegał, tylko nie daj mu lizać tam… Dziewczyny czerwienieją… – Miałyśmy już wychodzić… – Czekajcie! Nie poznałyście Wojtka! Cicho, bo po operacji… Zapraszam! W pokoju na kocyku śpi wielki… kocur. – Werka, to pies! – Oczywiście, iż pies. Kogo się spodziewałyście? – A mąż? – O, ja o Wojciechu tylko mówiłam – psa miałam na myśli. Wy sobie dopowiedziałyście resztę. gwałtownie wyszła za mąż, syna wychowała, potem się rozwiodła, drugi raz nie wyszło, trzeci też nie, więc teraz żyje z psem. Na swoje wychodzi, nikt jej nie denerwuje, nikt nie rozczarowuje. A każda kobieta i tak wybiera po swojemu. niedługo Nadka zaczęła opowiadać o nowym amancie i paradować z kwiatami. Werka i Terenia uśmiechały się pod nosem. – Twój Misiu, jak łapka? – Dobrze, Werko, już zagoiło się, wnuki każą go na wystawę prowadzić, a mnie i bez tego dobrze… U Nadki widać, wszystko wraca do normy. Ktoś bierze zwierzęta, ktoś mężów… – Każda na co ma ochotę. – Może teraz jej się poszczęści? – Oby… – O czym szepczecie? – Nadko, o Tobie, żeby Ci się udało… – Dziewczyny, wiem jak to wygląda, ale sama nie mogę. – Każdy sobie życie urządza… – Werka… Dasz mi znać, jak się kota wychowuje? Lepiej kota czy kotkę? – Spokojnie, wszystko w swoim czasie… – Tak tylko pytam… na wszelki wypadek.
Wystarczy donos sąsiada. Sanepid puka do prywatnych mieszkań
W willi pachniało francuskimi perfumami i brakiem miłości. Mała Liza znała tylko jedne ciepłe dłonie — ręce gosposi, pani Niuńki. Pewnego dnia z sejfu zniknęły pieniądze, a te ręce zniknęły razem z nimi — na zawsze. Minęło dwadzieścia lat. Teraz to Liza stoi na progu starego domu, z dzieckiem na rękach i prawdą, która pali w gardle… *** Ciasto pachniało domem. Nie tym domem z marmurowymi schodami i kryształowym żyrandolem na trzy piętra, w którym Liza spędziła dzieciństwo. Nie — tym prawdziwym, który sama sobie wymyśliła, siedząc na stołku w przestronnej kuchni i patrząc, jak pani Niuńka, z czerwonymi od wody dłońmi, zagniata sprężyste ciasto. — A dlaczego ciasto żyje? — pytała pięcioletnia Liza. — Bo oddycha — odpowiadała pani Niuńka, nie przerywając pracy. — Widzisz, jak się burzy? To ono się cieszy, iż niedługo trafi do pieca. Dziwne, prawda? Cieszyć się na ogień. Wtedy Liza nie rozumiała. Teraz już rozumiała. Stała na poboczu rozjeżdżonej, wiejskiej drogi, tuląc do siebie czteroletniego Miśka. Autobus odjechał, wyrzucając ich w szare, lutowe zmierzchy. Wokół była tylko cisza — ta wiejska, przeszywająca cisza, w której słychać skrzypienie śniegu pod obcymi butami za trzy domy dalej. Misiek nie płakał. On adekwatnie przestał prawie płakać, od pół roku — nauczył się. Tylko spoglądał swoimi ciemnymi, zbyt dojrzałymi oczami, a Liza za każdym razem drżała: oczy Sławka. Jego podbródek. Jego milczenie — to milczenie zawsze coś skrywało. Nie myśleć o nim. Nie teraz. — Mamusiu, zimno… — Wiem, kochanie. Zaraz znajdziemy… Nie znała adresu. choćby nie była pewna, czy pani Niuńka jeszcze żyje — minęło dwadzieścia lat, tyle co całe życie. W pamięci pozostało niewiele: „Wieś Sosnówka, województwo mazowieckie”. I zapach tamtego ciasta. I ciepło tych rąk, które jedyne w całym ogromnym domu głaskały ją po głowie ot tak, bez powodu… Dalej nie szła już ze zmęczenia — Misiek stał się bardzo ciężki. Przy ostatniej chałupie, pod skrzypiącą furtką, na śnieżnych schodach, drzwi — stare, z odpryśniętą farbą. Zapukała. Cisza. Potem szurające kroki, zgrzyt odsuwanego rygla i głos — ochrypły, postarzony, ale wciąż znajomy, aż zaparło jej dech: — Kogo tu niesie w taką ciemność? Drzwi się otworzyły. Na progu stała mała staruszka w wełnianym swetrze na nocnej koszuli. Twarz — jak suszone jabłko, pełna zmarszczek. Ale te oczy… Wyblakłe, niebieskie, wciąż żywe. — Pani Niuńka… Staruszka zamarła. Potem powoli podniosła rękę — tę samą, spracowaną, o sękatych palcach — i dotknęła Lizin policzek. — Najświętsza Panienko… Lizunia? Lizie ugięły się kolana. Stała, tuląc do siebie syna, nie mogąc wymówić słowa — tylko łzy płynęły gorące po zmarzniętych policzkach. Pani Niuńka nie pytała o nic. Ani „skąd?”, ani „po co?”, ani „co się stało?”. Po prostu zarzuciła stare, wiszące na gwoździu przy drzwiach palto na Lizin ramiona. Potem ostrożnie wzięła Miśka — choćby nie drgnął, tylko patrzył ciemnymi oczami — i przytuliła do piersi. — No, już jesteś w domu, kochanie — powiedziała. — Chodźcie, chodźcie, moje dzieci. *** Dwadzieścia lat. Tyle wystarczy, by zbudować imperium i je roztrwonić. Zapomnieć rodzimy język. Pogrzebać rodziców — choć Lizin byli jeszcze żywi, obcy, jak stare fotele w obcym mieszkaniu. W dzieciństwie myślała, iż ich dom to cały świat. Cztery piętra szczęścia: salon z kominkiem, gabinet ojca, gdzie pachniało dymem i surowością, sypialnia mamy z aksamitnymi zasłonami i — na samym dole, w półpiwnicy — kuchnia. Jej teren. Królestwo pani Niuńki. — Nic tu nie rób, Lizuniu — powtarzały nianie i guwernantki. — Ty na górę do mamy… Ale mama na górze zawsze rozmawiała przez telefon. Z przyjaciółkami, partnerami, kochankami — tego Liza wtedy nie rozumiała, tylko czuła: coś jest nie tak. Coś obcego w śmiechu mamy do słuchawki i w tym, jak gwałtownie znikał uśmiech, gdy wchodził tata. A kuchnia była adekwatna. Tam pani Niuńka uczyła ją lepić pierogi — krzywo, z wystającymi końcami. Tam czekały, aż wyrośnie ciasto — „Cicho, Lizuniu, nie szum, bo się obrazi i opadnie”. A kiedy na górze rozlegały się krzyki, pani Niuńka sadzała ją na kolana i śpiewała — coś prostego, wiejskiego, bez słów, samym głosem. — Pani Niuńko, a pani jest moją mamą? — spytała raz sześciolatka. — Co ty, dziecko. Ja tylko służba. — To czemu panią kocham bardziej niż mamę? Pani Niuńka zamilkła. Długo głaskała Lizę po włosach, potem szepnęła: — Miłość nie pyta. Przychodzi i już. I mamę też kochasz, tylko inaczej. Nie kochała. Wiedziała to już wtedy — z dziecięcą pewnością. Mama była piękna, ważna, dawała sukienki i wycieczki do Paryża. Ale nie siedziała razem z nią, gdy Liza chorowała. To robiła pani Niuńka — nocami, z chłodną dłonią na czole. Potem był tamten wieczór… *** — Osiemdziesiąt tysięcy — usłyszała Liza zza lekko uchylonych drzwi. — Z sejfu. Pamiętam, iż odkładałam. — Może wydałaś i zapomniałaś? — Irek! Ojciec — zmęczony, zgaszony. — Dobrze, dobrze. Kto miał dostęp? — Pani Niuńka sprzątała w gabinecie. Kod zna — sama jej podałam, żeby kurz ścierała… Pauza. Liza wtopiona w ścianę czuła, jak coś w niej pęka. — Jej mama ma raka — powiedział ojciec cicho. — Leczenie drogie. Prosiła o zaliczkę. — Nie dałam. — Czemu? — Bo to służba, Irek. Gdyby każdej służbie dawać… — Maria… — Co — Maria? Pani widzi. Potrzebowała pieniędzy, miała dostęp… — Nie wiemy na pewno. — Policję chcesz? Rozgłos? Żeby wszyscy wiedzieli, iż u nas kradną? Znów cisza. Liza zamknęła oczy. Mimo dziewięciu lat — rozumiała wszystko. Rano pani Niuńka pakowała rzeczy. Liza patrzyła zza drzwi — mała, w piżamie z misiami, bosymi stopami na zimnej podłodze. Pani Niuńka wkładała do torby swój podomkowy strój, kapcie i obrazek św. Mikołaja, co zawsze stał przy łóżku. — Pani Niuńko… Twarz — opanowana, oczy spuchnięte. — Lizuniu. Nie śpisz jeszcze? — Pani odchodzi? — Odchodzę, kochanie. Do mamy. Choruje. — A co ze mną? Pani Niuńka uklękła, by spojrzeć jej w oczy. Od niej zawsze pachniało ciastem, choćby kiedy nie piekła. — Wyrośniesz, Lizuniu. I będziesz dobrym człowiekiem. Może kiedyś mnie odwiedzisz, w Sosnówce. Zapamiętasz? — Sosnówka. — Dobra dziewczynka. Pocałowała Lizę w czoło — szybko, ukradkiem — i wyszła. Drzwi się zamknęły. Przekręcił się zamek. Zapach ciasta, ciepła, domu — zniknął na zawsze. *** Chałupa była malutka. Jedna izba, piec w rogu, stół z ceratą, dwa łóżka za kwiecistą zasłoną. Na ścianie — ten sam ciemniejący obraz św. Mikołaja. Pani Niuńka krzątała się — stawiała czajnik, wyciągała ze spiżarni słoik dżemu, szykowała dla Miśka posłanie. — Siadaj, Lizuniu, w nogach prawdy nie ma. Odpoczniesz, to pogadamy… Ale Liza nie mogła usiedzieć. Stała pośrodku tej biednej, rozwalającej się izby — córka tych, którzy mieli czteropiętrową willę — i czuła coś niezwykłego. Spokój. Prawdziwy spokój, taki, jakby w niej pękły ostatnie napięte struny. — Pani Niuńko — głos drżał — wybacz mi. — Za co, dziecko? — Że wtedy cię nie obroniłam. Że milczałam dwadzieścia lat. Że… Urwała. Jak to powiedzieć? Jak wyjaśnić? Misiek spał już spokojnie. Pani Niuńka siedziała naprzeciw z kubkiem herbaty i czekała. I Liza opowiedziała… Jak po odejściu pani Niuńki dom stał się obcy. Rozwód rodziców, plajta, matka za granicą, ojciec przepija resztki. Pozostała sama. — A potem pojawił się Sławek — cicho — Znaliśmy się od dziecka. Przychodził do nas, pamięta pani? Pani Niuńka kiwnęła głową. — Pamiętam chłopaka. — Myślałam: rodzina, wreszcie. A tu… hazardzista. W karty, automaty. Nie wiedziałam, ukrywał. Gdy się wydało, było za późno. Długi, wierzyciele… Misiek… Przerwała. Cicho trzaskał ogień w piecu. Kopciła lampka przy świętym obrazie. — Gdy powiedziałam, iż się rozwodzę, uznał, iż musi się przyznać. Myślał, iż się zlituje. — Do czego się przyznać, dziecko? Liza podniosła oczy. — To on wtedy ukradł te pieniądze. Wiedział kod do sejfu, podejrzał w gościach. Potrzebował… Nie pamiętam już na co. Na granie. A winę zrzucono na panią. Cisza. Pani Niuńka siedziała nieruchomo. Twarz nie do odczytania. Tylko ręce, trzymające kubek, zbielały w stawach. — Pani Niuńko, wybacz. o ile potrafisz. Dopiero tydzień temu się dowiedziałam. Sama nie wiedziałam… — Cicho już. Wstała, powoli podeszła i, jak przed laty, uklękła przy Lizie — z trudem, z bólem stawów — by spojrzeć w oczy. — Moja dziewczynko… Co ty winna? — Ale pani mama… Potrzebowała pieniędzy… — Mamusia odeszła rok później. Niech spoczywa w pokoju. — Przeżegnała się. — Mnie mało trzeba. Ogródek, koza, dobrzy sąsiedzi. — Ale panią wyrzucono! Jak złodziejkę! — A czy nie bywa, iż przez krzywdę Pan Bóg prowadzi do prawdy? — szeptem — Gdyby mnie nie wyrzucili, matki bym nie doglądała w ostatnich chwilach. A to był najważniejszy rok. Liza milczała. W piersi paliło — wstyd, ból, wdzięczność, miłość. — Żal miałam? — kontynuowała pani Niuńka — Miałam. Bardzo. Nigdy grosza nie ukradłam. Ale z czasem… puściło. Bo jak się w sobie nosi żal — to on ci serce zje. A ja żyć chciałam. Wzięła Liziną dłoń w swoje — zimne, szorstkie, spracowane. — Przecież przyjechałaś. Z synkiem. Do mnie, starej. Pamiętałaś. To więcej warte niż cały sejf. Liza rozpłakała się. Nie jak dorosła, cicho, skrycie. Tylko jak dziecko — szlochem, w ramionach tej, którą kiedyś kochała jak matkę. *** Rano Lizę obudził zapach. Ciasto. Otworzyła oczy. Obok pochrapywał Misiek. Za zasłonką krzątała się pani Niuńka. — Pani Niuńko? — Wstawaj, dziecinko, paszteciki stygną. Paszteciki. Wyszła do kuchni. Na gazecie leżały one — rumiane, zlepione nieidealnie, jak w dzieciństwie. Pachniały… domem. — Myślę, Lizuniu — nalała herbaty do wyszczerbionego kubka — robota by się dla ciebie znalazła w bibliotece w miasteczku. Płaca marna, ale i tu wydatków niewiele. Miśka do przedszkola, prowadzi porządna pani. Zobaczy się. Mówiła prosto, zwyczajnie, jakby wszystko już było dobrze. — Pani Niuńko… przecież ja już pani nic nie jestem. Tyle lat… Dlaczego? — Dlaczego co? — Dlaczego po prostu przyjęła mnie… Popatrzyła na nią tym samym, ciepłym spojrzeniem, co w dzieciństwie. — Pamiętasz, pytałaś kiedyś, czemu ciasto żyje? — Bo oddycha. — No właśnie. I miłość tak samo. Oddycha sobie i już. Jej nie zwolnisz, nie wyrzucisz. Gdzie się zadomowiła, tam mieszka, choćby i dwadzieścia lat czekać. Podała jej jeszcze ciepłego pasztecika z jabłkami. — Jedz. Wychudziłaś się, panno. Liza ugryzła i pierwszy raz od lat… uśmiechnęła się. Za oknem świtało. Śnieg skrzył się w świetle poranka, a świat — ogromny, nieuczciwy, skomplikowany — przez chwilę był dobry. Jak paszteciki pani Niuńki, jak jej ręce, jak miłość, którą się po prostu ma. Miłość, za którą się nie płaci. Której nie kupisz. Która po prostu jest — i trwa, dopóki choć jedno serce bije. Dziwna jest pamięć serca. Zapominamy daty, twarze, całe lata, ale zapach domowych pasztecików pamiętasz do śmierci. Może dlatego, iż miłość nie mieszka w głowie. Jest głębiej, tam, gdzie nie sięga żal ani czas. I czasem trzeba stracić wszystko — pozycję, pieniądze, dumę — by odnaleźć drogę do domu. Do tych rąk, które czekają.
Zamknij się!” — warknął mąż, rzucając walizką o podłogę. — Odchodzę od ciebie i od tego bagna, które nazywasz życiem.
Nie odwiedzam nikogo, nie zapraszam nikogo, nie dzielę się moimi plonami i narzędziami – w mojej wiosce uważają mnie za szaleńca.
Rozgrzeją i oszczędzą czas. Najlepsze dania jednogarnkowe poleca Ewa Wachowicz
Odrzuciłam opiekę nad chorą ciotką męża, która ma własne dzieci
Żadne gotowce ze sklepu. Ta salsa ze świeżych warzyw przebija je wszystkie
Lekarze mówią to, co „trzeba” mówić, a nie to, co jest prawdą?
Tania żywność podstawowa. Co na to sklepy?
W PRL-u nikt się nie brzydził. Dziś prawie każdy się wzdryga, a ja robię z nich pyszny gulasz
Teściowa postanowiła przearanżować moją kuchnię według swojego gustu, podczas gdy ja byłam w pracy
To Ty sama ją do nas przyprowadziłaś
Mąż namówił ją na morsowanie. "Jeszcze ma do mnie pretensje"
Polska Chata – nowe serce polskiej rozrywki w Chicagoland
22-latka zniknęła bez śladu. Teraz znaleziono rower i pudełka po pizzy
MAZUREK: WYBORY ONLINE? POLSKA 2050 POKAZUJE DLACZEGO NIE
Zamiast kurczaka, kupiłam inne mięso. Gyros wyszedł jeszcze lepszy
Ciocia Róża
Niespodziewany Przyjazd i Prawda, Której Nigdy Nie Chciałem Poznać
Zbudował altanę ogrodową przez tydzień, żywiąc się jedzeniem z lodówki. Odciągnąłem to od jego pensji, a on zaczął się z tego powodu denerwować.
Raissa Grigoriewna, skąd wzięłaś pomysł, iż to ja powinnam utrzymywać twojego syna? To mój mąż, to mężczyzna, to on powinien mnie utrzymywać, a nie odwrotnie!
Dobre jajka w bardzo niskiej cenie. Promocja trwa tylko dwa dni
Te tureckie pączki robię na gwałtownie - lokma w syropie jak z ulicznego stoiska
Głubczycki sztab WOŚP gotowy na tegoroczny finał
12 zasad gościnności naszych rodziców, które dzisiaj odeszły w niepamięć
Tradycyjna zupa lecznicza rodem z Azji. Prosty przepis na comfort food