Kuchnia

Tanie mięso w Dino to tajemnica sukcesu sieci. Wyszło na jaw, skąd pochodzi
Owijam boczkiem i piekę. Takim ziemniaczkom naprawdę trudno się oprzeć
Co jeść zamiast ziemniaków? Pyszna i zdrowa alternatywa. Kilogramy polecą w dół
Cudze dziecko – Twój mąż jest ojcem mojego syna. Takie słowa usłyszała spokojnie jedząca obiad Krystyna od nieznajomej kobiety. Zuchwale siadając naprzeciwko, ta pani czekała na jakąkolwiek reakcję. – Ile lat ma pani synek? – zapytała Krystyna całkowicie spokojnie, jakby to była codzienność. – Osiem – odburknęła niezadowolona Marzena. Spodziewała się innej reakcji! Gdzie oburzenie? Oskarżenia o kłamstwo? Wybuch pogardy? – Cudownie – Krystyna lekko się uśmiechnęła i wróciła do pysznej szarlotki podawanej tylko w tej kawiarni. – Jesteśmy z Arturem małżeństwem dopiero od trzech lat, więc wszystko, co było PRZEDE MNĄ, mnie nie interesuje. Mam tylko jedno pytanie – Artur o tym wie? – Nie – z irytacją odchyliła się na krześle Marzena. – I to nie ma żadnego znaczenia! Składam pozew o alimenty! I będzie płacił, rozumiemy się? – Oczywiście, iż będzie – zgodziła się Krystyna. – Mój mąż kocha dzieci, gdyby dowiedział się wcześniej, na pewno pomagałby waszemu synowi. Jak ma na imię? – Igor – odpowiedziała Marzena automatycznie, po czym spochmurniała. – Naprawdę ci obojętne, iż twój mąż ma dziecko na boku? – Powtórzę – wszystko, co było przed ślubem mnie nie dotyczy – łagodny uśmiech nie znikał z twarzy Krystyny. – Wychodząc za mężczyznę po trzydziestce, wiedziałam, iż miał życie. To dla mnie normalne. Teraz jestem jedyna. – Dobra, zobaczymy się w sądzie. Szykuj się na wydatki, będę się domagać wszystkiego, co należy się mojemu synkowi. Marzena wyszła, zostawiając po sobie zbyt intensywny zapach perfum. Krystyna z trudem powstrzymała się od skrzywienia – kobieta chyba wylała na siebie połowę flakonika. – Proszę bardzo – Krystyna wzruszyła ramionami, kończąc szarlotkę. – Ciekawe, jak spodoba ci się informacja, iż oficjalna pensja Artura to trzy tysiące złotych? Firma zarejestrowana na ojca, a poza tym opiekuje się chorą mamą… Dostać grosze. Krystynie zrobiło się żal niewinnego dziecka. Może odwiedzić ich kiedyś? Zobaczyć jak żyją. Może dogadają się co do rozsądnej kwoty na utrzymanie dziecka. Oczywiście, jeżeli Igor naprawdę jest synem Artura… Różne już historie słyszała… ********************* Test DNA załatwili gwałtownie – pieniądze załatwiają wiele spraw. Wynik był jednoznaczny – Igor to syn Artura. Chłopiec wydał się Krystynie zadziwiająco zamknięty w sobie. Ośmiolatek przez półtorej godziny, podczas formalności i przygotowań, ani razu się nie odezwał, nie poprosił, by włączyć bajkę, nie biegał, nie marudził… Nic, co zwykle robią dzieci w jego wieku czekając. To było dziwne. Krystyna tym bardziej postanowiła odwiedzić świeżo poznanego krewnego. Mieszkanie w dobrym rejonie Warszawy. Ochrona, dwa pokoje, super wykończenie. Krystyna mimowolnie zwracała na to uwagę i nie rozumiała, jak kobieta żyjąca w takich warunkach może narzekać na brak pieniędzy? – Rozprawa za tydzień – powiedziała niezadowolona Marzena, wpuszczając gościa do mieszkania. – Tam wszystko ustalimy. – Chciałam bliżej poznać Igora. Artur chce uczestniczyć w jego życiu. Może weźmie go na weekend, gdy chłopiec się przyzwyczai. – Kto mu pozwoli! – warknęła kobieta. – Sąd – spokojnie odparła Krystyna. – Jest ojcem, ma prawo. Tylko nie widzę nigdzie żadnej zabawki… – Nie mam pieniędzy na takie bzdury – fuknęła Marzena. – Na ubrania ledwo starcza, a co tu mówić o zabawkach. – Naprawdę? – Krystyna spojrzała wymownie na markową torebkę, ubrania na kanapie, kosmetyki przy lustrze. – Brakuje pani pieniędzy? – Jeszcze jestem młoda, chciałabym stworzyć rodzinę – przez zęby wycedziła Marzena, nie ukrywając irytacji tonem gościa. – Poza tym, to nie pani sprawa! – Z kim zostawia pani syna, gdy chodzi pani na randki? – Krystyna zaczęła rozumieć, skąd bierze się wycofanie chłopca. – Nie jest już taki mały, sam posiedzi. To już wszystko? jeżeli tak, spotkamy się w sądzie! – Będę domagać się pełnych rozliczeń z każdego grosza przeznaczonego na Igora – Krystyna nie zamierzała zostawać dłużej w tym miejscu. Boli mnie widok takiego podejścia matki do własnego dziecka! – Myślę, iż decyzja sądu się pani nie spodoba… ********************** – …Sąd postanowił: pozew Marzeny Lipińskiej uwzględnić częściowo. Uznaje się, iż Artur Malinowski jest ojcem Igora Lipińskiego. Urząd Stanu Cywilnego ma wprowadzić stosowną zmianę w akcie urodzenia. W zakresie żądania alimentów dla Igora Lipińskiego – powództwo oddala. Powództwo wzajemne Artura Malinowskiego o ustalenie miejsca zamieszkania dziecka – uwzględnić… Krystyna uśmiechnęła się z satysfakcją – osiągnęła swój cel: Igor zamieszka z nimi. Może ktoś ją potępi, iż ,,odebrała” dziecko matce, ale to była słuszna decyzja. Wszyscy sąsiedzi Marzeny zgodnie mówili, iż syn jej nie obchodzi, iż krzyczy na niego bez powodu i nieraz podniosła na niego rękę publicznie. Do tego psycholog dziecięcy wyraźnie stwierdził, iż trzeba dziecko odseparować od matki. Nauczyciele i opiekunki również wydali takie opinie. od dzisiaj Igorek ma własny pokój, mnóstwo zabawek, komputer… Ale co najważniejsze: kochających rodziców – bo i Artur, i Krystyna z całego serca pokochali tego wyjątkowego chłopca…
Powstaje stargardzka książka kucharska. Trwa zbiórka przepisów
Wyrzucisz tarkę, gdy poznasz ten przepis na placki ziemniaczane. Możesz je zrobić znacznie szybciej
NA WSZELKI WYPADEK Vera spojrzała obojętnie na zapłakaną koleżankę, odwróciła się do komputera i zaczęła coś gwałtownie pisać. – Bez serca jesteś, Weroniko – usłyszała głos Olgi, szefowej działu. – Ja? Skąd takie wnioski? – To, iż w twoim życiu wszystko się układa, nie znaczy, iż u innych też tak będzie. Widzisz, dziewczyna przeżywa dramat, a ty choćby nie pocieszysz, nie doradzisz, nie podzielisz się doświadczeniem. Przecież tobie się powiodło. – Ja? Mam się dzielić doświadczeniem z Nadzieją? Dawno próbowałam, pięć lat temu, jak przychodziła posiniaczona do pracy. Wtedy też próbowałam ją wspierać, doradzić, ale zostałam uznana za wroga jej szczęścia. Inni koledzy wytłumaczyli mi potem, iż Nadzieja sama wszystko wie najlepiej. Teraz lata po psychologach, dawniej biegała do wróżek. I tak żyje ciągle według jednego scenariusza, zmieniając tylko imiona. Więc wybaczcie, ale nie będę płakać razem z nią ani podawać chusteczek. – Mimo wszystko, Weronika, tak nie wypada… Na obiedzie, kiedy wszyscy siedzieli przy jednym stole, rozmowa dotyczyła byłego Nadziei – podłego obiboka i kłamcy. Weronika jadła w ciszy, zrobiła sobie kawę i przysiadła w rogu, scrollując telefon. – Werka – podeszła do niej pulchna i zawsze promienna Tatiana, dziś jednak z posępną miną – naprawdę nie żal ci Nadziei? – Co wy ode mnie chcecie? – Oj, zostaw ją, – rzuciła przechodząca Irena – ona ma swojego ukochanego Wojciecha, żyje sobie jak pączek w maśle, nie zrozumie, co to samotność z dzieckiem i alimenty wywalczane od nieodpowiedzialnego tatusia. – Trzeba było nie rodzić! – dorzuciła pani Teresa, najstarsza z kobiet w biurze, znana wszystkim jako Babcia Teresa. – Weronika ma rację, już nie pierwszy raz Nadzieja płacze przez tych swoich a wcześniej była cała historia… Kobiety stały w kręgu wokół wiecznie płaczącej Nadziei i dawały dziesiątki rad. W końcu niezależna Nadzieja postanowiła się ogarnąć – mama została sprowadzona z rodzinnej wsi, by pomóc przy synku i tym nieustępliwym byłym, a ona sama wzięła się w garść. Zmieniła fryzurę, podkreśliła brwi, przykleiła rzęsy, chciała choćby zrobić piercing w nosie, ale cały dział ją od tego odwiódł. I wtedy się zaczęło… – Spokojnie, Nadziejko, jeszcze ten twój łza poleje – wspierały ją koleżanki. – Nie będzie płakał – powiedziała cicho Weronika, niby do siebie, ale wszyscy usłyszeli i poprosili o wyjaśnienia. – Nie będzie płakał. I nie wróci. A Nadzieja znajdzie nowych, takich samych jak tamten… – Tobie łatwo mówić, masz swojego Wojciecha. – Mój Wojciech, to najlepszy facet na świecie, nie bije, nie pije, nie zdradza… – Jasne, wszystkie są takie same… – Zobaczysz, Weronika – odciągną ci go. – Nie odciągną, nie pójdzie na żadne gierki. Rozbawione panie zaczęły się przekrzykiwać i w końcu rzuciły żartem: – To chodźmy do ciebie i zobaczymy, czy twój Wojciech się oprze naszemu urokowi! – Chodźmy! – zgodziła się Werka. I tak wesoła ekipa zawitała do mieszkania Weroniki. Bawiły się, gotowały, szykowały niespodziankę dla nieznanego wszystkim Wojciecha, ale sukcesywnie rozeszły się do swoich domów – zostały tylko Nadzieja, Olga i Tatiana. Siedziały przy kuchennym stole, rozmawiały, czekały. W końcu ktoś przyszedł. – Wojciechu! Kochany mój, malutki! – rozczuliła się Werka w korytarzu. Panie spoważniały, a do pokoju wszedł… przystojny młody chłopak. Zdziwione spojrzenia. – To mój syn, Denis – wyjaśniła Weronika. – Ale to nie Wojciech. – To kto to Wojciech? – Chodźcie, przedstawię wam… Tylko cicho, po operacji jest… Weronika wprowadziła wszystkich do pokoju, gdzie spał… piękny, dorodny kocur. – Oto mój Wojciech – powiedziała z dumą. – A mąż? Nie mam męża. Same sobie to wymyśliłyście. Żyję sobie z synem i kotem. Ktoś w kinie, ktoś na kolację, nikt sobie nie zawraca głowy, nikt nie jest nikomu nic winien. Po tej wizycie koleżanki wyszły zamyślone. Ale Nadzieja nie potrafiła tak żyć jak Weronika. Po miesiącu obwieszczała już światu nową miłość, chwaliła się bukietami w pracy. Werka i Babcia Teresa tylko się do siebie uśmiechały. – Jak tam twój Michał, Teresa? – Dobrze, Weronika, wszystko się zagoiło. Wnuki chciały na konkurs go zabrać, a po co męczyć psa… Bez wystawy też dobrze. A Nadziei się znowu poukładało… – Tak to jest, Weronka: ktoś ma zwierzaka, a ktoś faceta… – Różnie to bywa. Może tym razem się jej poszczęści? Oby… – O czym gadacie? – przybiegła Nadzieja. – O tobie, Nadziejko. Trzymamy kciuki! – Wiem, jak to wygląda, ale nie umiem być sama… – Każdy żyje po swojemu… Potem Weronika usłyszała za sobą Nadzieję: – Werka, podpowiesz mi kiedyś, jak lepiej z kotem sobie radzić? Lepiej kocura czy kotkę? – Zobaczymy… jakby co, zawsze można na wszelki wypadek…
„Zostawmy ją tu, niech zdycha!“ – krzyczeli, wyrzucając staruszkę na śnieg. Nie wiedzieli, iż karma wróci niczym bumerang.
Na widelcu – makaron z tuńczykiem
Moc zabawy w FILARACH
Najlepszy sposób. choćby najtwardsze mięso będzie rozpływać się w ustach
04.02.2026 Na widelcu – makaron z tuńczykiem
Patent na nocne pączki zdradził mi uczeń gastronomika. Są obłędnie puszyste, choć rosną inaczej niż wszystkie
Skutecznie rozgrzewa i syci. Przepis na gulasz Bismarcka mam od sąsiadki z Niemiec
STEK Z BROKUŁA? - MACIE OCHOTĘ?
Kielczanin jednym z najlepszych pizzaiolo na świecie
Mąż nie chce przekazać odziedziczonego mieszkania córce – spór o przyszłość dzieci, sprawiedliwość i rodzinne relacje w polskiej rzeczywistości
Bał się, iż go odesłają z powrotem…
Babcia zawsze faworyzowała jednego wnuka — A co ze mną, babciu? — pytała cicho Katarzyna. — A ty, Kasiu, jesteś zaradna. Popatrz tylko, jakie masz rumieńce. Orzechy są dla rozumu, Dima musi się uczyć, on będzie głową rodziny. A ty idź, pościeraj kurz na półkach. Dziewczynka powinna przywykać do pracy. — Kasia, mówisz poważnie? Przecież ona odchodzi. Lekarze powiedzieli — zostały dwa dni, może godziny… Dima stał w drzwiach kuchni, nerwowo obracając klucze od samochodu w dłoni. Wyglądał na roztrzęsionego. — Mówię całkiem poważnie, Dima. Herbaty chcesz? — Katarzyna choćby nie odwróciła się, dalej kroiła jabłko dla córki. — Usiądź, zrobię świeżą. — Jaka herbata, Kasiu? — Brat wszedł głębiej do pokoju. — Ona tam leży, podłączona do rurek, ciężko oddycha… Dziś rano o ciebie wołała. „Katka”, mówiła, „gdzie jest Kasia?”. Serce mi zamarło. Nie pójdziesz się pożegnać? To przecież babcia! Ostatnia szansa, rozumiesz? Kasia ułożyła plasterki na talerzyku i dopiero wtedy spojrzała na brata. — Dla ciebie — babcia. Dla niej zawsze byłeś Dimą, oczkiem w głowie, jedyną nadzieją rodziny. A ja… ja dla niej nigdy nie istniałam. Naprawdę myślisz, iż potrzebuję tego „pożegnania”? O czym miałabym z nią rozmawiać, Dima? Co miałabym jej wybaczyć? Albo ona mnie? — Daj spokój z tymi starymi żalami! — Dima rzucił kluczami na stół. — Tak, nie kochała cię tak jak mnie. I co z tego? Jest stara, miała swoje dziwactwa. Ale odchodzi! Nie bądź taka… zgorzkniała. — Nie jestem zgorzkniała, Dima. Po prostu nic do niej nie czuję. Idź sam. Posiedź przy niej, potrzymaj za rękę, twoja obecność jest dla niej sto razy ważniejsza niż moja. Ty jesteś jej skarbem, jej promykiem. Bądź przy niej do końca. Dima spojrzał na siostrę, obrócił się i wyszedł, zatrzaskując drzwi. Kasia westchnęła, wzięła talerz z jabłkami i poszła do pokoju córki. *** W ich rodzinie wszystko było zawsze równo podzielone. Rodzice kochali i Kasię, i Dimę tak samo mocno. W domu było zawsze gwarno, pachniało ciastem drożdżowym i wspólnymi wycieczkami. Babcia, pani Klaudia, była jednak inna. — Dimciu, chodź tutaj, skarbie — szeptała, kiedy przyjeżdżali na weekend. — Popatrz, co dla ciebie przygotowałam. Własnoręcznie łuskane orzechy włoskie! I krówki „Misia na północy”. Świeżutkie! Siedmioletnia wtedy Kasia patrzyła z boku, jak babcia wyciąga woreczek ze starego kredensu. — A dla mnie, babciu? — cicho pytała. Babcia Klaudia spoglądała na wnuczkę chłodno i krótko. — Ty, Katarzyno, i tak jesteś zaradna. Zobacz, jak wyrosłaś. Orzechy są dla rozumu, Dima musi się uczyć, chłopak to przyszłość rodziny. A ty idź, pościeraj kurz. Dziewczyna powinna znać wartość pracy. Zawstydzony Dima brał woreczek i znikał, Kasia szła zetrzeć kurz. Nie było jej przykro. Mała Kasia przyjmowała to jak pogodę. No cóż, raz jest deszcz, raz babcia kocha tylko Dimę. Tak już bywa… W korytarzu zwykle czekał brat. — Masz — wciskał jej do ręki połowę cukierków i garść orzechów. — Tylko nie jedz przy niej, bo znowu będzie się czepiać. — Tobie bardziej potrzebne — uśmiechała się Kasia. — Dla rozumu. — Daj spokój, ten rozum… — krzywił się Dima. — Ona jest stuknięta. Jedz szybko! Siedzieli wtedy na schodach na strych i chrupali „zakazane” przysmaki. Dima zawsze się dzielił. Zawsze. choćby gdy babcia dawała mu w tajemnicy pieniądze na lody, zaraz biegł do Kasi. — Słuchaj, wystarczy na dwa „Plombiry” i jeszcze na gumę z naklejką. Idziemy? Brat zawsze był jej wsparciem, jego miłość rekompensowała chłód babci, aż Kasia choćby nie zauważała braku uwagi z jej strony. Mijały lata. Klaudia starzała się. Gdy Dima miał osiemnaście lat, babcia ogłosiła, iż przepisuje mu swoje drugie mieszkanie w centrum Warszawy. — Oparcie rodziny musi mieć własny kąt — ogłosiła uroczyście. — Żeby mógł przyprowadzić żonę na swoje, a nie się po kątach tułać. Mama tylko westchnęła. Znała charakter swojej matki, wieczorem przyszła do Kasi. — Kochanie, nie martw się. Widzimy wszystko z tatą. Postanowiliśmy oddać ci te pieniądze, które odkładaliśmy na nowy samochód i większe mieszkanie. To będzie twój wkład na start. Żeby było po równo, sprawiedliwie. — Mamo, daj spokój — Kasia mocno ją przytuliła. — Dima bardziej potrzebuje mieszkania, chce się z Irką pobrać. Ja jeszcze zamieszkam w akademiku. — Nie, Kasiu, tak nie może być. Babcia ma swoje pomysły, ale my jesteśmy rodzicami. Nie możemy jednego wyróżnić, a drugiego zostawić. Przyjmij tę pomoc i nie dyskutuj. Kasia nie przyjęła. Dima od razu po ślubie wyprowadził się do mieszkania od babci, w rodzinnym trzypokojowym zrobiło się luźniej. Kasia zajęła dawny pokój brata, ustawiła tam książki, sztalugę, po raz pierwszy poczuła, jak cudownie jest, gdy nikt nie dzieli miłości na „lepszą” i „gorszą”. Sprawa spadku nie pogorszyła ich relacji ani o jotę. Dima czuł tylko niepokój. — Kasik, wpadajcie do nas — zapraszał. — Irka pyszne ciasto upiekła. A babcia… No, wiesz. Wczoraj znów dzwoniła i pytała, czy nie wydałem „jej” pieniędzy na twoje fanaberie. — I co jej powiedziałeś? — Że wszystko przepuściłem na automaty i drogi alkohol — zaśmiał się Dima. — Trzy minuty dyszała w słuchawkę, potem rzuciła: „To cię Kasia sprowadziła na złą drogę!” — A jakże — Kasia odparła z uśmiechem. — Ktoż by inny. *** Gdy Katarzyna wyszła za mąż za Olka i urodziła córkę, temat mieszkania wrócił. Mama znów wykazała się dyplomacją. — Kochani — powiedziała. — Mamy dużą trójkę. Dima ma już swoje dwa pokoje. Katarzyno, ty z Olkiem teraz wynajmujecie. Zróbmy tak: zamieńmy nasze mieszkanie na małą kawalerkę dla nas i dwupokojowe dla was. Wy będziecie mieli więcej miejsca. — Mamo — wtrącił Dima. — Rezygnuję z mojej części po rodzicach. Mam mieszkanie po babci, to mi zupełnie wystarczy. Katarzyna nie mogła powstrzymać łez — nie z euforii z nowych metrów, ale z tego, iż ma najlepszego brata na świecie. Podzielili się uczciwie i każdy był szczęśliwy. Mama często wpadała do wnuczki, Dima z żoną i synami bywają tu regularnie. Babcia Klaudia mieszkała sama. Dima przywoził jej zakupy, naprawiał krany, słuchał narzekań na zdrowie i „niewdzięczną Kasię”. — Zadzwoniła choćby raz? — pytała babcia z wyższością. — Zapytała, jak się czuję? — Babciu, sama nie chciałaś jej znać — tłumaczył cicho Dima. — Nigdy nie powiedziałaś jej dobrego słowa. Skąd miała dzwonić? — Chciałam ją wychować! — mawiała dumnie staruszka. — Kobieta musi znać swoje miejsce! A ona… Mieszkanie sobie odebrała, matkę z domu wyrzuciła. Dima tylko westchnął. Było bez sensu cokolwiek tłumaczyć. *** Kasi siedziała w kuchni, myśli wracały do wspomnień. Babcia odpycha jej rękę od słoika z konfiturą. Zachwyca się rysunkiem Dimy, przechodzi obojętnie obok nagrody Kasi za olimpiadę. Na ślubie Dimy siedzi w środku wydarzeń, na weselu Kasi choćby się nie pojawiła, zasłaniając się chorobą. — Mamo, czemu nie jedziemy do babci Klaudii? — zapytała córka. — Dima mówił, iż bardzo chora. — Bo babcia Klaudia chce widzieć tylko wujka Dimę, kochanie — odpowiedziała, głaszcząc córkę. — Tak jej spokojniej. — Jest zła? — dziewczynka zmrużyła oczy. — Nie — zamyśliła się Kasia. — Po prostu nie umiała kochać wszystkich naraz. W jej sercu było miejsce tylko dla jednej osoby. Tak się czasem zdarza. Wieczorem znów zadzwonił Dima. — Już po wszystkim, Kasiu. Godzinę temu. — Współczuję, Dima. Musi być ci bardzo ciężko. — Do końca pytała o ciebie — skłamał brat. Kasia wiedziała, iż dla dobra sprawy — dla zgody, żeby pogodzić ich choć w ostatniej chwili. — Powiedziała: „Niech Kasi wszystko się ułoży”. — Dziękuję, Dima… Przyjedź jutro do nas. Posiedzimy. Upiekę ciasto. — Przyjadę… Kasiu, a nie żałujesz? Że nie poszłaś? Kasia nie kłamała. — Nie, Dima. Nie żałuję. Po co to udawać? Ani ja jej, ani ona mnie nie chciała… Brat chwilę milczał. — Chyba masz rację — westchnął. — Byłaś zawsze najrozsądniejsza. Do jutra. Pogrzeb był cichy. Kasia przyszła — dla mamy i brata. Stała z boku, w czarnym płaszczu, patrząc na to szare niebo, jakie zawsze jest nad cmentarzem w takich chwilach. Gdy opuszczano trumnę, nie płakała. Brat podszedł, objął ją. — Jak się czujesz? — W porządku, Dima. Naprawdę. — Wiesz — zawahał się. — Przeglądałem rzeczy w jej mieszkaniu… Znalazłem szkatułkę. Tam były stare zdjęcia. Twoje też. Dużo. Wszystkie wycięte z rodzinnych zdjęć, schowane osobno. Kasia zdziwiła się. — Po co? — Sam nie wiem. Może jednak coś czuła, tylko nie potrafiła okazać? Może bała się, iż jeżeli ujawni uczucia do ciebie, mi dam jej mniej? Starzy ludzie bywają dziwni. — Może… — wzruszyła ramionami. — Ale to już nie ma znaczenia. Szli razem do wyjścia, pod jednym parasolem — wysoki, silny Dima i drobna Kasia. — Słuchaj — powiedział Dima, gdy byli przy samochodach. — Sprzedam to mieszkanie. Sobie kupię trzypokojowe, chłopakom po kawalerce na przyszłość, a resztę… Może założymy jakiś fundusz? Albo wspomożemy szpital dziecięcy? Tak, żeby te „babcine” pieniądze komuś po prostu dały radość… Kasia spojrzała na brata i pierwszy raz od tych dni uśmiechnęła się szczerze. — Wiesz, Dima… To byłaby najlepsza zemsta na Klaudii. Najmilsza zemsta na świecie. — A więc umowa? — Umowa. Pojechali w swoje strony. Kasia jechała przez miasto, słuchała muzyki i czuła, iż w środku wreszcie zapanował spokój. Chyba brat ma rację. Niech część tych pieniędzy pójdzie na leczenie jakiegoś dziecka. Tak będzie sprawiedliwie.
W Lidlu perełka za 369 zł. Polacy uwielbiają te sprzęty
Wyjątkowo delikatne i soczyste mięso. Im niej dodatków, tym smaczniejsze wychodzi
Sprzedany przyjaciel. Opowieść dziadka I on mnie zrozumiał! Wcale nie było wesoło, uświadomiłem sobie, iż to był głupi pomysł. Sprzedałem go. Myślał, iż to zabawa, a potem zrozumiał, iż naprawdę go sprzedałem. Czasy zawsze dla wszystkich są inne. Dla kogoś all inclusive to żaden luksus, a ktoś inny marzy tylko o pajdzie czarnego chleba z kiełbasą. I my też różnie żyliśmy, raz lepiej, raz gorzej. Byłem wtedy mały. Wujek podarował mi szczeniaka owczarka, byłem szczęśliwy. Szczeniak przywiązał się do mnie, rozumiał mnie bez słów, patrzył mi w oczy i czekał na moją komendę. – Leżeć – mówiłem po chwili, a on kładł się, wiernie patrząc mi w oczy, gotów, wydawało się, zrobić dla mnie wszystko. – Baczność – rozkazywałem, a szczeniak wstawał na grube łapki i czekał, przełykając ślinkę. Czekał na nagrodę, na coś pysznego. A ja nie miałem czym go poczęstować. Sami wtedy głodowaliśmy. Takie były czasy. Mój wujek, wujek Staszek, brat mamy, który podarował mi szczeniaka, powiedział mi kiedyś: – Nie martw się, chłopaku, zobacz jaki on wierny i oddany. Sprzedaj go, a potem zawołasz, to ucieknie i wróci do ciebie. Nikt nie zauważy. A będziesz miał grosz – sobie i mamie coś kupisz, choćby jemu smakołyk. Słuchaj wujka, dobrze radzę. Spodobał mi się ten pomysł. Nie myślałem wtedy, iż tak nie wolno. Dorosły poradził, niby żart, ale za to mogę kupić smakołyki. Wyszeptałem Wiernemu do ciepłego, kudłatego ucha, iż go oddam, a potem zawołam i żeby wracał do mnie, uciekał od obcych. I on mnie zrozumiał! Szczeknął, jakby tak właśnie zamierzał zrobić. Następnego dnia założyłem mu smycz i zabrałem na dworzec. Tam wszyscy sprzedawali – i kwiaty, i ogórki, i jabłka. Ludzie wysiadali z pociągu, zaczęli kupować, targować się. Wyszedłem trochę do przodu, przyciągnąłem psa. Ale nikt nie podchodził. Prawie wszyscy już przeszli, gdy nagle jakiś mężczyzna o surowej twarzy zatrzymał się przy mnie: – Co tu robisz, chłopaku? Czekasz na kogoś, czy może psa chcesz sprzedać? Ładny szczeniak, wezmę go. – I wcisnął mi pieniądze do ręki. Oddałem mu smycz, Wierny zakręcił głową i wesoło kichnął. – No idź, Wierny, idź, przyjacielu, idź – wyszeptałem mu – zawołam cię, wróć. I poszedł z facetem, a ja, chowając się, śledziłem, dokąd prowadzi mojego przyjaciela. Wieczorem przyniosłem do domu chleb, kiełbasę i cukierki. Mama spytała surowo: – Ukradłeś komuś, czy co? – Nie, mamo, co ty. Rzeczy poniosłem ludziom na dworcu, dali mi. – No, synku, idź spać, zmęczona jestem, zjedz i chodź spać. choćby nie spytała o Wiernego, nie była do niego przywiązana. Wujek Staszek zajrzał rano. Szykowałem się do szkoły, chociaż naprawdę chciałem biec do Wiernego, wołać go. – No i co – zaśmiał się – sprzedałeś przyjaciela? I pogłaskał mnie po głowie. Wyrwałem się i nie odpowiedziałem. Już i tak nie spałem całą noc, nie jadłem chleba z kiełbasą – nie mogłem przełknąć. Nie było wesoło, zrozumiałem, iż to był głupi pomysł. Nie bez powodu mama nie lubiła wujka Staszka. – Głupawy on, nie słuchaj go – mówiła mi. Chwyciłem tornister i wybiegłem z domu. Tamten dom był trzy ulice dalej, dobiegłem do niego na jednym oddechu. Wierny siedział za wysokim płotem, przywiązany grubym sznurem. Wołałem go, ale patrzył na mnie smutno, położył głowę na łapach, merdał ogonem, próbował szczekać, ale głos mu zanikł. Sprzedałem go. Myślał, iż to zabawa, a potem zrozumiał, iż naprawdę go sprzedałem. Na podwórko wyszedł właściciel i surowo syknął na Wiernego. Ten podwinął ogon i zrozumiałem, iż już po wszystkim. Wieczorem na dworcu pomagałem nosić bagaże. Płacili niewiele, ale zebrałem potrzebną sumę. Bałem się, ale podszedłem do furtki i zapukałem. Znajomy mężczyzna otworzył: – A, chłopaku, czego tu szukasz? – Proszę pana, ja się rozmyśliłem, tu są pieniądze z powrotem za Wiernego. – I oddałem mu pieniądze, które mi dał. Mężczyzna spojrzał na mnie spod byka, bez słowa zabrał pieniądze i odpiął psa. – Bierz, chłopak, bo tęskni. Nie będzie z niego stróża. Ale uważaj, może ci nie wybaczyć. Wierny patrzył na mnie smutno. Zabawa zamieniła się dla nas w ciężką próbę. Potem podszedł, polizał mnie po ręce i przytulił się nosem do brzucha. Od tamtej pory minęło wiele lat, ale wiem, iż prawdziwych przyjaciół nie sprzedaje się nigdy, choćby dla żartu. Mama wtedy się ucieszyła: – Wczoraj byłam zmęczona, a potem myślę: a gdzie nasz pies? Przyzwyczaiłam się, to nasz Wierny! A wujek Staszek zaczął rzadziej nas odwiedzać – jego żarty już nam się nie podobały.
Biała Podlaska. Spotkanie z radiowcem
Spór zbiorowy w Biedronce. Chcą podwyżek i pewnych godzin pracy
Znak sprawy: IRP.272.4.4.2026 Sukcesywne dostawy warzyw, owoców i produktów podobnych do siedziby Powiatowego Zakładu Aktywności Zawodowej w Łęcznej
Znak sprawy: IRP.272.4.2.2026 Sukcesywne dostawy mięsa, drobiu i wędlin do siedziby Powiatowego Zakładu Aktywności Zawodowej w Łęcznej
Nie zmieniasz życia naraz, tylko kawałek po kawałku — jakie nawyki robią różnicę?
Aktywności kulturalne i sportowe, interesujące warsztaty, mnóstwo atrakcji przygotowanych przez szkoły – w te ferie, mimo mroźnej aury, nie sposób było się nudzić.
Pierwszy raz jadłam na Mazurach. Ciocia mówi, iż to najlepsze, co można tam zjeść
Nie tylko smażony ser i knedliki. Ten czeski obiad rozkocha w sobie każdego
Masz 15 minut i kilka złotych? Zrób tę zupę, a rodzina poprosi o dokładkę
Skandynawski przepis na szczęśliwe życie. Czego możemy się nauczyć od mistrzów zadowolenia?
Magda Gessler wprost o właścicielach restauracji w Ujsołach: "Wyglądacie jak starzy ludzie"
Nowa technologia w branży szklarskiej – jak cyfrowe projektowanie zmienia lokalne firmy?
Dawniej zajadano ze smakiem. Dziś na ten widok wielu zapomina języka w gębie
„Ja z niego porządnego człowieka zrobię” — czyli jak babcia Tamara postanowiła oduczyć wnuka bycia leworęcznym, a zięć postawił się rodzinnej tradycji: opowieść o uprzedzeniach, sile rodzicielskiej miłości i walce o prawo do bycia sobą w polskiej rodzinie
Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest świetnym chłopakiem pod każdym względem. Ale to nie mój „Znów mama przyszła ze swoim partnerem i jeszcze z jakimś facetem. Już byli podpici” – Irina usiadła w kącie za szafką. „I nie mam się gdzie schować, na dworze już sypie śnieg. Mam tego wszystkiego dość. W lecie skończę dziewiątą klasę i pojadę do miasta. Dostanę się do pedagogicznego kolegium i zostanę nauczycielką. Miasto jest tylko dziesięć kilometrów stąd, ale i tak będę mieszkać w internacie.” Mama i goście rozsiadli się w kuchni. Rozległo się bulgotanie, gdy nalewali alkohol do szklanki, poczułam zapach kiełbasy. Dziewczyna mimowolnie przełknęła ślinę. „Poczekaj ty!” – rozległ się głos matki. „Czemu robisz takie ceregiele?” „Was jest dwóch…” „Jakbyś pierwszy raz była z dwoma” – rzucił Michał, partner mamy. Stuknęły naczynia, słychać było szuranie i sapanie. Irina wcisnęła się mocniej w kąt. Nagle wszystko ucichło. „Słuchaj, Nikita, ona śpi” – znów odezwał się partner matki. „Sam mówiłeś, niezła dziewczyna, ale jakoś na nią…” „Przecież ona ma córkę…” „Jaką córkę?” „Irka, ona już duża. Pewnie schowała się w pokoju.” „Zaciągnij ją tutaj!” – zawołał radośnie Nikita. „Irka, gdzie jesteś?” – do pokoju wszedł partner mamy, zobaczył Irinę i uśmiechnął się w nieprzyjemny sposób. „Chodź, posiedź z nami!” „Tu mi dobrze.” „Czego się wstydzisz?” – Michał próbował ją objąć. Irina chwyciła wazon stojący na szafce i uderzyła nim partnera mamy w głowę. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Wyrwała się i wybiegła z pokoju. „Łap ją!” – krzyknął Michał. Ale dziewczyna była już przy drzwiach wejściowych. Na ubranie nie było czasu, więc wybiegła na zewnątrz w skarpetkach, starych szortach i podkoszulku. Za nią wybiegli mężczyźni. Na ulicy w osiedlu było pusto. Gdzie biec po ciemku przez śnieg? Z tyłu dobiegły krzyki. W dużym domu, obok którego przebiegała, rozległo się szczekanie psa. Potem czyjś głos krzyknął na psiaka. Irina podbiegła do bramy i zaczęła pukać. Drzwi otworzył mężczyzna koło czterdziestki. „Pomóżcie!” – powiedziała cicho dziewczyna, błagalnie patrząc na niego. „Wchodź!” – pociągnął ją za rękę i zamknął drzwi. „Olek, kto tam?” – z ganku wyszła kobieta. „O właśnie” – gospodarz wskazał na dziewczynę. „Za nią jacyś faceci biegają.” „Szybko do domu!” – kobieta złapała Irinę za rękę. „Wszystko nam opowiesz.” „Irka, wyjdź dobrowolnie!” – rozległ się głos Michała. „Olek, nie mieszaj się!” – krzyknęła gospodyni. „Wejdź do domu!” Z ulicy docierały krzyki i szczekanie psa zza podwórka. „Trzeba zadzwonić na policję” – kobieta wyjęła telefon. „Polina, nie trzeba. Zajmę się tym sam. Wyglądają na miejscowych.” „I jak zamierzasz się z nimi dogadać?” „Po dobroci. Uspokój dziewczynę.” Gospodarz wziął siatkę, podszedł do lodówki. Włożył do niej butelkę i kawałek kiełbasy. Na podwórzu pogładził psa, potem razem wyszli na ulicę. Michał rzucił się do niego: „Oddawaj Irkę!” „Masz, bierz i idźcie!” „Co tam jest?” – otworzył siatkę, na twarzy pojawił się uśmiech, skinął głową do kumpla. „Chodź, Nikita!” *** „Tak. Mam na imię Polina Serhijewna”, kobieta postawiła czajnik na kuchence. „Siadaj, siadaj! Opowiedz, kim jesteś i co się stało.” „Mam na imię Irina” – zaczęła dziewczyna, szczękając zębami. „Mieszkam na tej ulicy, ale na jej końcu.” „Jesteś córką Kiry?” „Tak.” „My jesteśmy tu od niedawna, ale o twojej mamie już słyszeli.” Dziewczyna spuściła głowę i rozpłakała się. „No już, nie płacz!” Kobieta podeszła i delikatnie przytuliła ją do piersi. Ten gest był dla Iriny czymś niezwykłym. Objęła kobietę i zapłakała jeszcze mocniej. „Spokojnie, spokojnie! Teraz będziemy pić herbatę.” Wszedł gospodarz domu: „Po sprawie. Wypędziłem ich.” „A co z tą pięknością, co będziemy z nią robić?” – wskazała Polina na dziewczynę i nagle się uśmiechnęła. „Myślę, iż jutro o tym pogadamy! Teraz napijemy się herbaty, a potem kąpiel.” „Jesteś głodna?” – Polina postawiła przed gościem kubek herbaty. Kolejny uśmiech. „Widzę, iż tak.” Na stole pojawiły się kanapki. Trochę tortu. „Jedz, jedz!” – uśmiechnął się też gospodarz, patrząc, jak dziewczyna spogląda na potrawy. Nie zamęczali Iriny pytaniami. Starali się też nie zwracać na nią uwagi, widząc, iż się wstydzi. Kiedy skończyli kolację, Polina zaprowadziła Irinę do łazienki: „Umyj się, załóż ten szlafrok!” *** Irina chciała tylko jednego – żeby jej dziś nie wygnano z domu. Jak miło leżeć w ciepłej kąpieli, a na dworze tak zimno. Ale trzeba już wyjść, gospodarze czekają. Wyszła. Para siedziała w pokoju na kanapie. Dziewczyna nieśmiało się uśmiechnęła: „Dziękuję!” „Słuchaj, Irino” – zaczęła gospodyni. „Jak rozumiem, nikt cię specjalnie nie szuka. Do domu wracać nie chcesz?” Dziewczyna mocno spuściła głowę. „Jutro rano musimy wyjechać…” „Rozumiem” – Irina pochyliła się jeszcze bardziej. „Zostaniesz sama. Nikomu nie otwieraj drzwi! Nasz Jack nikogo tu nie wpuści. Zrozumiałaś?” „Tak!” – odpowiedziała, nie kryjąc emocji. „Możesz ugotować nam barszcz na obiad, gdy wrócimy” – z uśmiechem dodał Olek Romanowicz. „Potrafisz?” „Potrafię” – pospiesznie powiedziała Irina, wciąż bojąc się, iż zostanie wyrzucona. „Dobrze gotuję. I mogę posprzątać w domu.” „Posprzątaj, jeżeli masz ochotę, na dole” – zgodziła się Polina Serhijewna. *** Wstała razem z gospodarzami. Leżała cicho w łóżku, wciąż bojąc się, iż ją wyrzucą. Na podwórzu rozległ się dźwięk auta. Po chwili wszystko ucichło. Wstała. Umyła się. W kuchni gorący czajnik, na stole chleb, kiełbasa, ser. Na blacie wieprzowe żeberka. Zjadła śniadanie. Posprzątała ze stołu. Wszystko starannie wytarła. Umyła podłogę. W korytarzu zobaczyła odkurzacz. Włączyła go i zaczęła sprzątać. Ledwo skończyła odkurzać… „O co tu chodzi?” – rozległ się głos za plecami. Odwróciła się gwałtownie. Wysoki, przystojny chłopak osiemnastoletni, ciekawość w piwnych oczach. „Sprzątam” – mruknęła Irina. „A pan kto?” „No proszę…” – chłopak pokręcił głową i wyciągnął telefon z kieszeni: „Mamo, jestem w domu. A kto to?” „Synku, niech ta dziewczyna trochę u nas pomieszka.” „Mi to nie przeszkadza.” Schował telefon do kieszeni. Ocenił Irinę od góry do dołu uważnym wzrokiem i poszedł do kuchni. „Zaparić panu herbatę?” – zapytała dziewczyna. „Poradzę sobie.” *** Irina schowała odkurzacz. Zaczęła wycierać kurz, nasłuchując każdego szelestu z kuchni. Chłopak zjadł śniadanie, poszedł do łazienki. Wyszedł stamtąd ogolony, pachnący wodą kolońską. „Ej, gospodarz, daj jeszcze jedną flaszkę!” – rozległo się wołanie z ulicy. „A to co znowu?” – chłopak podszedł do okna. „Nie otwieraj im!” – wykrzyknęła przestraszona Irina. Popatrzył na nią z ciekawością, jakoś się uśmiechnął i poszedł do wyjścia. Dziewczyna podbiegła do okna. Przy płocie stali partner matki z kolegą, coś krzyczeli. Irinę ogarnął strach. Chłopak wyszedł. Tamci rzucili się do niego. I nagle… upadli prosto w śnieg, Irinie wydawało się, iż obaj równocześnie. Chłopak pochylił się nad nimi, coś powiedział. Tamci wstali, z opuszczonymi głowami poszli w stronę domu mamy. Chłopak wrócił. Jego wzrok zatrzymał się na zastygłej dziewczynie. Podszedł: „Co, wystraszyłaś się?” Nie panując nad sobą, wtuliła twarz w jego klatkę piersiową i rozpłakała się. „Jak masz na imię?” – zapytał nagle. „Irina.” „Mnie Ruslan. Nie płacz już. Więcej nie przyjdą.” *** Ruslan poszedł na piętro do swojego pokoju i nie wychodził do wieczora. Irina ugotowała barszcz. Usiadła w kuchni przy stole, zamyślona. Oczywiście chciała tu zostać z tymi dobrymi ludźmi, ale rozumiała, iż przekroczyła już granice przyzwoitości. Wrócili gospodarze. Polina Serhijewna z uznaniem pokiwała głową, patrząc na porządek. Olek Romanowicz docenił barszcz. „Chyba wrócę do domu” – powiedziała Irina skazanym tonem. „Dziękuję wam za wszystko!” „Irina, zostań z nami jeszcze parę dni!” „Dziękuję, Polino Serhijewno! Wrócę do domu” – powtórzyła dziewczyna. Zrobiła krok do drzwi i zastygła. Od wczoraj chodziła po domu w cudzym szlafroku i cudzych kapciach. „Chodź!” – gospodyni wzięła ją za ramię i zaprowadziła do garderoby. Otwarła szafę. Długo przeglądała rzeczy. Wyciągnęła jeansy, sweter, ciepłą sportową kurtkę. „Zakładaj! Mamy podobny wzrost.” „Nie trzeba…” „Nie wrócisz przecież do domu goła. Zakładaj! Nie zbiednieję.” Założyła. Ukrycie spojrzała w lustro. Tak pięknych rzeczy nigdy nie miała. W korytarzu gospodyni kazała jej włożyć czapkę i zimowe kozaki. „Irina, noś na zdrowie!” „Dziękuję wam, Polino Serhijewno!” *** Życie wróciło na stare tory. Nie całkiem stare. Mama zaczęła pracę w gospodarstwie, jej partner zniknął razem z kolegą. Nastała wiosna. Tamtego dnia siedziała w domu i robiła lekcje. Gdy ktoś zapukał do furtki. Irina spojrzała przez okno i nie dowierzała: przy płocie stał Ruslan. Gdy ją zobaczył, skinął głową – wyjdź! Nie wyszła – wybiegła. „Cześć!” – uśmiechnął się Ruslan. „Witaj!” „Mama coś cię szukała.” *** Tak znów weszła do domu, w którym spędziła najpiękniejszy dzień w życiu. „Witaj, Irina!” – przywitała ją gospodyni i objęła. „Witam, Polino Serhijewno!” „Wchodź! Napijemy się herbaty!” Gospodyni posadziła dziewczynę, nalała jej herbaty. Sama usiadła przy stole. „Mam do ciebie sprawę. Lecimy z mężem na miesiąc do Turcji” – na jej twarzy pojawił się rozmarzony uśmiech. „Syn rzadko bywa w domu. Nie mogłabyś przypilnować nam domu? Jacka trzeba nakarmić i kota też. Podlewać kwiaty. Mam ich mnóstwo.” „Oczywiście, Polino Serhijewno!” „To świetnie” – wyjęła pieniądze. „Proszę, dwadzieścia tysięcy.” „Polino Serhijewno, po co?” „Zabierz! Na pewno nie zbiedniejemy. Chodź, wszystko ci pokażę!” Irina skrzętnie zapamiętywała, gdzie stoją liczne doniczki i kwiaty. Gdzie leży karma dla kota i mięso dla psa. Potem Polina Serhijewna zawołała: „Ruslan!” – syn natychmiast wyszedł ze swojego pokoju. „Zapoznaj Irinę z Jackiem!” „Chodź!” – chłopak lekko położył rękę na ramieniu dziewczyny. Wyszli na podwórze, odwiązali Jacka i poszli na spacer. Po drodze Ruslan opowiadał o studiach, karate, biznesie ojca. A Irina myślała o czym innym. Zrozumiała, iż między nią a Ruslanem jest taka sama przepaść, jak między jej matką a rodzicami Ruslana. Tak, są dobrymi ludźmi. Ale to nie bajka o Kopciuszku, a życie. „Za dwa miesiące zdam egzaminy do kolegium, na pewno zdam. Będę się uczyć, pracować, dążyć, ale zostanę kimś. Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest świetnym chłopakiem pod każdym względem. Ale to nie mój! Jestem wdzięczna Polinie Serhijewnie za ubrania i te dwadzieścia tysięcy. Przetrwam w mieście pierwsze dni.” Dzięki jakiemuś instynktowi ta dziewczyna czuła, iż właśnie kończy się jej trudne dzieciństwo i zaczyna dorosłość – nie mniej trudna, ale zależąca tylko od niej. Dotarli do domu. Irina pogłaskała Jacka po szyi, uśmiechnęła się do Ruslana i ruszyła do własnego domu. Jutro zacznie się jej praca w tym domu. Tylko praca – i nic więcej!
Placki ziemniaczane z czosnkiem niedźwiedzim
Million Dollar Spaghetti - makaronowa zapiekanka, która znika w kilka minut
W Pańkowie mają nową świetlicę wiejską!
Od dziś do 14 lutego przerwa w usłudze Twój e-PIT
W chłodne dni dodaję do flaczków. Przyjemnie rozgrzewają i smakują tak, iż choćby wybredni zajadają
Te racuchy są lepsze od szarlotki. Strzelczyk zaskoczył przepisem
Nie wylewaj i nie wyrzucaj. Przełóż do słoika i schowaj. Potem zrobisz pyszny deser
Jak zaplanować dzień wylotu, by nie martwić się o dojazd?
GMO – fakty zamiast mitów…
Gdy zabrałem swoją starszą mamę, by zamieszkała ze mną, myślałem, iż będzie trudno. Jak jej przeprowadzka zmieniła moje życie
Kochanka mojego męża Mila siedziała w samochodzie i wpatrywała się w ekran nawigacji. Wszystko się zgadzało – przyjechała dokładnie pod wskazany adres. Teraz pozostało już tylko zebrać w sobie całą odwagę i wykonać to, co zaplanowała. Głęboko odetchnęła, wysiadła z auta i ruszyła w kierunku niewielkiej kawiarni. Na szyldzie widniał napis: „Kawowy Raj”. „No proszę, nazwa strasznie ‘rajowa’”, przemknęło jej przez głowę. Wiedziała, iż zaraz będzie musiała tam wejść, ale w tej chwili niemal zabrakło jej siły woli. Może jednak wsiąść do samochodu i uciec jak najdalej? Nie, nie po to tu przyjechała. Wzięła za klamkę i otwierając drzwi weszła do środka. Teraz zobaczy JĄ – kochankę swojego męża, tę, która rozbiła im rodzinę. Co adekwatnie wie o tej dziewczynie? adekwatnie, to nie za dużo. Kiedyś zobaczyła jej zdjęcie przy kontakcie „Kociak” – tak nazywa ją jej mąż. Pracuje tu jako kelnerka. Mila zajęła stolik przy oknie i czekała, aż ktoś do niej podejdzie z kartą. Wreszcie zjawiła się kelnerka. Poznała ją od razu – to ta sama dziewczyna ze zdjęcia. Kilka sekund wydało się Mili całą wiecznością, przez głowę przebiegały jej dziesiątki myśli, które mogłyby się zmieścić w grubej powieści. – Dzień dobry! – powiedziała kelnerka, a wzrok Mili padł na jej identyfikator. „Kasia”. No tak, jej mąż nie grzeszy wyobraźnią, nazywać Kasię „kociakiem”. Tymczasem Kasia, nieświadoma szalejących w głowie klientki myśli, podała menu: – Proszę się zapoznać z kartą. Jak będzie pani gotowa, proszę zawołać. Mila posłała jej najszerwszy uśmiech i zaczęła analizować konkurentkę. Jak to się stało, iż właśnie teraz siedzi twarzą w twarz z kochanką męża? To cała historia… Ale zacznijmy od początku. Od dziesięciu lat Mila była szczęśliwą lub przynajmniej tak jej się wydawało – żoną Jacka. Mają ośmioletnią córkę, Marysię, która jest oczkiem w głowie ojca – ciągle ją rozpieszcza, a na pytania Mili dlaczego kupuje jej pięćdziesiątą lalkę, tylko się uśmiecha. Marysia kocha tatę, chwilami Mila ma wrażenie, iż bardziej niż ją samą, ale nie ma o to żalu. Mila jest psycholożką, pracuje jako terapeutka, doskonale wie, jak ważna jest dla dziewczynki miłość i obecność ojca. Stara się rozmawiać z mężem o wszystkich problemach, więc między nimi nie ma awantur ani konfliktów. Ich życie jest zupełnie zwyczajne: mieszkanie na kredyt, samochód, mały domek letniskowy pod Warszawą. Aż tu nagle – jak grom z jasnego nieba – kochanka! Dowiedziała się o niej przypadkiem kilka dni temu. Jacek był pod prysznicem, gdy zadzwonił jego telefon. – To pewnie tata, miał zadzwonić wieczorem! Odbierz, ja nie mogę – zawołał. Nigdy nie odbierała za niego, ale skoro sam poprosił… Już sięgała po telefon, gdy zobaczyła, iż to nie teść dzwoni, a „Kociak”. Na zdjęciu młoda dziewczyna w objęciach jej męża. Jak to rozumieć? Zakręciło jej się w głowie. Odpowiedzieć na połączenie czy nie? Zanim zdążyła zareagować, połączenie się przerwało. Chciała odejść od telefonu, jakby był jadowity, gdy przyszła wiadomość: „Jacku, w przyszłym tygodniu pracuję poniedziałki i czwartki. Wpadnij do ‘Kawowego Raju’ pod koniec zmiany, poczęstuję cię naszą kawą firmową. Kocham, tęsknię…” Dalej były emotki. Mila w tamtej chwili po prostu zamarła. To nie mógł być przypadek. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – jej mąż ma kochankę. Od kiedy? Czy to tylko przygoda czy coś poważnego? Tak czy inaczej – to cios, który ją powalił. Jacek wyszedł z łazienki, spytał, czy rozmawiała z ojcem. Powiedziała, iż nie zdążyła, i wyszła pod pretekstem kupna leków. Zamiast tego usiadła w parku niedaleko domu i zaczęła analizować całe ich życie, krok po kroku. Kiedy pojawiła się rysa w ich małżeństwie? Postanowiła jednak nie robić awantury. Zawsze wszystko stara się wyjaśniać spokojnie. Pierwsza myśl – po prostu zapytać Jacka wprost, ale musiałaby się przyznać, jak się dowiedziała… W końcu jednak przypomniała sobie nazwę kawiarni, grafik i wygląd „Kociaka”. Może powinna tam pojechać i raz na zawsze spojrzeć prawdzie w oczy? Przez kolejne dni prawie nie spała, nie jadła. Udawała przed mężem i dzieckiem, iż nic się nie dzieje. W końcu zdecydowała: pojadę do tej kawiarni i zobaczę ją na własne oczy. *** – Poproszę latte i jakiś deser, co pani poleca? – spytała Mila. – Nasz miodownik jest pyszny – odpowiedziała Kasia. – Dobrze, poproszę miodownik. Gdy „kochanka jej męża” przyniosła zamówienie, Mila prawie nie tknęła. Kawa przeciętna, miodownik jak wszędzie. Specjalnie przyszła rano, kiedy ruch jest mały i mogła zamienić z Kasią kilka słów. Po dziesięciu minutach Kasia podeszła: – Prawie nie ruszyła pani deseru. Nie smakuje? Przynieść coś innego? – Nie, to nie wina ciasta. Po prostu nie mam apetytu, dużo myślę – powiedziała Mila. – Przepraszam, nie będę przeszkadzać. – Ależ przeciwnie… – powiedziała Mila. – Właśnie się zastanawiam, co powinnam teraz zrobić. Czy zjeść deser, czy złożyć pozew o rozwód… Co by pani zrobiła? Kasia z jakimś niepokojem spojrzała na Milę. – Nigdy nie musiałam wybierać… – Ale gdyby się pani dowiedziała, iż mąż panią zdradza? Kasia zamilkła, a Mila zmieniła temat: – Długo tu pani pracuje? – Od roku – odpowiedziała ostrożnie Kasia. – Studiuje pani? – Tak, na Uniwersytecie Warszawskim. Kierunek: sztuka. – dodała cicho. – A łatwo pani wczuć się w rolę zdradzonej żony albo… kochanki? Kasia spuściła wzrok, wyraźnie spięta. Mila nagle pojęła, iż nie powinna tu przychodzić. Zobaczyła ją, i co z tego? Może powinna zrobić tu awanturę? Oblać kogoś kawą? Czy to coś zmieni? Na pewno nie. Poprosiła o rachunek. Kasia wróciła, a Mili już nie było. Na stole zostawiła pieniądze i… hojne napiwki. Kasia patrzyła przez okno i westchnęła. *** W kawiarni Mila podjęła decyzję. Świętują ich dziesiątą rocznicę, jak planowali, dla Marysi. Dziecko nie może tracić święta. Wiedziała, iż Marysia już wszystko zaplanowała, narysowała plakat na tę okazję. Potem, po święcie, porozmawia z Jackiem o wszystkim. W ulubionej włoskiej restauracji w centrum Warszawy świętują razem: ona, Jacek, Marysia – dziesięć lat razem. Biesiada dobiegała końca, gdy Jacek puścił oko do córki: – Co to za uroczystość bez tortu? – Chcę największy kawałek! – zawołała Marysia. Alek zawołał kelnerkę i… tort pojawił się przed nimi. Mila nie mogła uwierzyć własnym oczom: tort przyniosła Kasia, sama „Kociak”, kochanka jej męża. Nie mogła się mylić. Kasia postawiła tort i pozostawiła go na stole. Jacek się uśmiechnął i powiedział: – Kochanie, z okazji naszej rocznicy – ten tort jest dla ciebie. Zbliżył się animator i zabrał Marysię. Alek spojrzał na Milę i powiedział: – Jak widzę, znasz już Kasię. Kasia kiwnęła głową. – Wiesz, z naszą miłością przetrwamy wszystko. Dziękuję, iż jesteś. – próbował ją przytulić. – O co tu chodzi? – zapytała Mila. – To był żart, głupi kawał – powiedział Jacek. – Wynająłem agencję od nietypowych uroczystości. Piszą scenariusze, zatrudniają aktorów. W naszym przypadku – moja „zdrada”. Ale jesteś niezwykłą kobietą, podziwiam twoją siłę! – To znaczy, iż nie masz kochanki? – Nie! – A Kasia to aktorka? – Jeszcze studentka, dorabia w tej kawiarni i w agencji – odpowiedziała „kochanka”. – Ale mało która żona reaguje z taką klasą jak pani! Jedna raz wylała mi kawę na głowę, inna na cały lokal, a pani spokojnie, pogadała i jeszcze napiwek zostawiła. Mila była zdruzgotana. – To miałoby być śmieszne, Jacek? Uważasz, iż takie żarty są na miejscu?! – jej głos się załamał, prawie krzyczała. – Za co ty mnie tak ukarałeś?! Kasia chciała odejść, ale Mila gestem ją zatrzymała. Jacek po raz pierwszy widział swoją żonę taką roztrzęsioną. – Wiesz, jak przeżywałam te dni?! Jak ci przyszło do głowy robić taki żart przed naszym jubileuszem?! – Właśnie przez to, iż jesteś taka… powściągliwa. Brakuje w nas… pikanterii. Chciałem coś zmienić, ożywić nasze relacje. Wyszło głupio, przepraszam. Mila wzięła talerz z tortem i rozsmarowała go na twarzy Jacka. – Tu masz swoją pikanterię i nadzienie, wszystko naraz! Jacek nieporadnie próbował wytrzeć krem z twarzy. – Zwariowałaś? – Nie, kochanie – zaśpiewała Mila słodkim głosem – po prostu dodałam ci trochę emocji, jak chciałeś! I ruszyła do wyjścia. – O co ci chodzi?! Przecież cię nie zdradziłem! – krzyczał Jacek. Mila zatrzymała się, spojrzała na niego – Lepiej byś zdradził! Podeszła do córki, złapała ją za rękę i wyszły z kawiarni. Na ulicy Mila głęboko odetchnęła i nagle wybuchła śmiechem. – Mamo, co cię tak rozbawiło? – Ach, wspomniałam sobie kawałek. Ale najpierw musimy poważnie pogadać. Bo przez jakiś czas będziemy mieszkać oddzielnie od taty… – Na zawsze? – Marysia zrobiła wielkie oczy. – Nie wiem, czas pokaże. Jesteś ze mną? – Marysia przytaknęła. I ruszyły przed siebie wieczorną warszawską ulicą.
Trzy Przekreślone Losy – Rodzinne Tajemnice z Antresoli: Jak Jeden Bunt Zmienił Życie Olgi, Jej Córki i Dwojga Mężczyzn. Tajemniczy Fotoalbum, Utracona Miłość i Skutki Wybórów, których Żałuje się Całe Życie
Jaki chleb jeść najlepiej? Gastroenterolog mówi: „Zjedzenie chleba staje się 10 razy zdrowsze, jeżeli go...”