Kuchnia

W naszym domu nieproszeni goście na okrągło — czyli jak życie z całą „rodziną przez trzy pokolenia i cztery kąty” zmieniło moje wyobrażenia o rodzinie, prywatności i… pracy zdalnej na polskiej wsi
Sushi w Biedronce - przegląd zestawów dla początkujących i smakoszy
Przekąszarnia Popeyes powstanie w centrum handlowym w Górce
Zaostrzony konflikt w rodzinie
Ulubiony przysmak Polaków drożeje na potęgę, a producenci po cichu zabierają nam gramy
Szalotka – cebula o łagodnym smaku. Odmiany, uprawa, zastosowanie w kuchni
Mąż zaprosił byłą żonę z dziećmi na sylwestrową kolację, więc spakowałam walizkę i poszłam do przyjaciółki
Robię pieczeń huzarską z przepisu Lucyny Ćwierczakiewiczowej. Przedwojenny hit za 5 zł
"No to Piątek". Płacą mu za jedzenie obrzydliwych rzeczy. Antropolog o niezwykłych doświadczeniach
Mobilizacja służb przed feriami. Sanepid sprawdzi jedzenie, policja autokary
Mąż zaprosił kolegę na tydzień do naszego mieszkania, a ja bez słowa spakowałam walizkę i pojechałam do sanatorium – czyli jak mężczyźni sami uczą się szanować dom, kiedy żona daje im szkołę życia
Zapomnij o mielonych i schabowych. Kotlety majstra to nowy hit na sobotę
Nikt Cię nie zatrzymuje
Teściowa przekopała mój starannie pielęgnowany trawnik na działce pod grządki warzywne – zmusiłam ją, by wszystko przywróciła do stanu pierwotnego
Czy kaszankę można bezpiecznie zamrażać? Wyjaśniamy raz na zawsze
Przyszła teściowa zrujnowała wakacje: Jak wspólna podróż do Tajlandii zamieniła się w rodzinny koszmar, który na zawsze odmienił relacje Lisy z przyszłymi krewnymi
Wierzono, iż gwałtownie stawia na nogi po chorobie. Jedz dwie łyżki dziennie
Syndrom wiecznie odkładanej własnej historii… Spowiedź 60-letniej kobiety Elżbieta: W tym roku skończyłam 60 lat. Nikt z bliskich choćby nie zadzwonił, by złożyć mi życzenia z okazji okrągłych urodzin. Mam córkę i syna, wnuka oraz wnuczkę, byłego męża też. Córka ma 40 lat, syn 35. Obydwoje mieszkają w Warszawie, obydwoje ukończyli prestiżowe uniwersytety warszawskie. Są inteligentni, odnoszą sukcesy. Córka jest żoną urzędnika wysokiego szczebla, syn poślubił córkę znanego warszawskiego biznesmena. Oboje mają udane kariery i sporo nieruchomości, poza pracą w administracji prowadzą własne firmy. Wszystko u nich stabilne. Były mąż odszedł, gdy syn skończył studia. Powiedział, iż jest zmęczony takim tempem życia. Sam pracował spokojnie na jednej posadzie, weekendy spędzał z kolegami lub na kanapie, na urlop jeździł na całe lato do rodziny na Mazury. Ja urlopu nigdy nie brałam; pracowałam równocześnie na trzech etatach – jako inżynier w fabryce, jako sprzątaczka w administracji zakładu, a w weekendy jako pakowaczka w okolicznym supermarkecie od 8 do 20, plus sprzątanie pomieszczeń gospodarczych. Całe zarobione pieniądze przeznaczałam na dzieci – Warszawa to drogie miasto, a studia w renomowanych uczelniach wymagały porządnych ubrań, lepszego jedzenia i rozrywki. Nauczyłam się nosić stare ubrania, coś tam przeszyć, naprawić buty. Chodziłam zawsze czysta, schludna – tyle mi wystarczało. Z przyjemności zostawały mi sny, w których byłam młoda, szczęśliwa, roześmiana. Gdy tylko odszedł, kupił sobie nowy, luksusowy samochód. Pewnie miał sporo oszczędności. Nasze wspólne życie było dziwne – wszystkie wydatki należały do mnie, oprócz czynszu. Czynsz opłacał mąż – na tym jego udział w rodzinie się kończył. Dzieci wykształciłam ja… Mieszkanie, w którym żyliśmy, dostałam po babci. Porządna, zadbana „stara kamienica” ze stropami na wysokość ponad trzech metrów. Dwa pokoje przerobione na trzy. Była tam komórka 8,5 m z oknem – wyremontowałam, mieściło się tam łóżko, stół, szafa, półki. Zajmowała ją córka. Ja z synem w jednym pokoju, bo tylko tam spałam nocą. Mąż mieszkał w salonie. Kiedy córka wyjechała do Warszawy, zajęłam jej komórkę. Syn został w pokoju. Rozstaliśmy się bez kłótni, bez podziału majątku, bez wzajemnych oskarżeń. On chciał ŻYĆ naprawdę, nie byle jak, a ja byłam tak wyczerpana, iż odetchnęłam z ulgą… Nie musiałam już gotować pierwszego, drugiego, deseru i kompotu, prać jego rzeczy, pościeli, prasować, rozkładać wszystko – mogłam poświęcić ten czas na odpoczynek. Do tego czasu zdążyłam „uzbierać” mnóstwo chorób – kręgosłup, stawy, cukrzyca, tarczyca, wyczerpanie nerwowe. Pierwszy raz wzięłam urlop w podstawowej pracy i zaczęłam się leczyć. Fuch nie rzuciłam. Trochę się podleczyłam. Zatrudniłam świetnego fachowca, który z kolegą w dwa tygodnie wyremontował mi łazienkę. To było moje szczęście! SZCZĘŚCIE OSOBISTE! Szczęście tylko dla siebie! Przez cały ten czas zamiast prezentów na urodziny, święta, Dzień Kobiet, 23 lutego, dzieciom przelewałam dodatkowe pieniądze. Potem doszły wnuki. Fuchy rzucić się nie dało. Dla siebie nie zostawało mi nic. Rzadko ktoś składał mi życzenia, częściej odpisywali na moje własne. Prezentów nie otrzymywałam nigdy. Najbardziej bolało to, iż na śluby nie zaprosili mnie ani syn, ani córka. Córka powiedziała wprost: „Mamo, nie wpiszesz się tam w towarzystwo. Tam będą osoby z kancelarii prezydenta.” O ślubie syna dowiedziałam się dopiero po ślubie, od córki… Dobrze, iż chociaż pieniędzy na wesele nie potrzebowali… Żadne z dzieci nigdy nie przyjeżdża, choć zawsze zapraszam. Córka mówi, iż nie ma po co jeździć do naszego „grajdołka” (wojewódzkie miasto z milionem mieszkańców). Syn za każdym razem: „Mamo, nie mam czasu!” Samolot do Warszawy lata siedem razy dziennie! Lot trwa dwie godziny… Jak bym mogła nazwać ten okres mojego życia? Chyba życie stłumionych emocji… Żyłam wtedy jak Scarlett O’Hara – „pomyślę o tym jutro”… Tłumiłam łzy i ból, tłumiłam każdą emocję od zdziwienia do rozpaczy. Byłam jak robot, zaprogramowany do pracy. Potem sprzedali naszą fabrykę warszawiakom i zaczęła się reorganizacja. Nas, przedemerytalnych, zwolnili – straciłam od razu dwie prace, ale dzięki temu przeszłam wcześniej na emeryturę. Dostałam 2 tysiące… Spróbuj przeżyć za to. Na szczęście w naszej czteroklatkowej kamienicy zwolniło się miejsce dla sprzątaczki – zaczęłam myć klatki – dodatkowe 2 tysiące. Pakowanie w supermarkecie w weekendy nie rzuciłam – płacili dobrze, 300 zł za zmianę. Ciężko tylko, iż cały dzień na nogach. Zaczęłam powoli remontować kuchnię. Wszystko robiłam sama, zabudowę zamówiłam u sąsiada, zrobił szybko, dobrze, tanio. I znowu zaczęłam gromadzić oszczędności. Chciałam odnowić pokój, zmienić meble. Czyli plany były… Tylko w tych planach nie było mnie samej! Co wydawałam dla siebie? Tylko na jedzenie, najprostsze, i tak zawsze jadłam niewiele. Oraz na leki – dużo szło na leki. Czynsz też nie pocieszał – z roku na rok coraz wyższy. Były mąż mówił: sprzedaj tę trójkę, dobry adres, dostaniesz dobrą cenę, kupisz sobie kawalerkę. A mnie żal. Wspomnienie po babci. Rodziców nie pamiętam. Wychowywała mnie babcia. Bardzo mi bliskie to mieszkanie, bo cały mój los tam się rozegrał. Z byłym mężem utrzymaliśmy przyjazne kontakty. Czasem rozmawiamy jak starzy znajomi. U niego wszystko w porządku. O życiu osobistym nie mówi. Raz w miesiącu przyjeżdża, przywozi trochę produktów – ziemniaki, warzywa, kasze, wodę do picia. To, co ciężkie. Od pieniędzy się wzbrania. Mówi, żebym nie zamawiała dostaw, bo wszystko przywiozą stare, zgniłe itd. Zgadzam się. We mnie jakby coś umarło – wszystko w jednym kłębie. Żyję po prostu. Dużo pracuję. Niczego nie oczekuję. Niczego dla siebie nie chcę. Córkę i wnuki oglądam tylko na Instagramie. Życie syna miga w Instagramie synowej. Cieszę się, iż wszystko im się dobrze układa. Wszyscy zdrowi, żyją, odpoczywają w ciekawych miejscach, bywają w drogich restauracjach. Może dałam im za mało miłości? Pewnie dlatego nie mają jej dla mnie. Córka czasem pyta, co u mnie – zawsze odpowiadam, iż dobrze. Nigdy na nic nie narzekam. Syn czasem wysyła wiadomość głosową na WhatsAppie: „Cześć, mamo, mam nadzieję, iż u ciebie wszystko OK.” Syn kiedyś powiedział, iż nie chce słuchać o naszych sprawach z ojcem, źle działa na niego negatywność. Przestałam więc opowiadać, ograniczam się do „Tak, synku, wszystko dobrze.” Bardzo chcę przytulić wnuki, ale mam wrażenie, iż w ogóle nie wiedzą o istnieniu babci – emerytki-sprzątaczki. Pewnie według legendy już dawno mnie nie ma… Już nie pamiętam, żebym coś kiedyś kupiła tylko dla siebie, może czasem skarpetki czy bieliznę – najtańszą. Nie pamiętam, żebym była w salonie na manicure czy pedicure… Raz w miesiącu idę podciąć włosy do fryzjera w sąsiedztwie. Farbuje je sama. Cieszy mnie, iż ciągle noszę ten sam rozmiar co kiedyś – 46/48. Garderoby nie trzeba odmieniać. I bardzo się boję, iż przyjdzie taki dzień, gdy rano nie wstanę z łóżka – bolą mnie mocno plecy. Boję się zostać bezwładna. Może powinnam żyć inaczej – nie tylko pracować, nie odkładać drobnych przyjemności na „potem”? A gdzie jest to „potem”? Już go nie ma… W duszy pustka… w sercu obojętność… I dookoła też pustka… Nikogo nie obwiniam. Ale i siebie nie potrafię oskarżać. Całe życie pracowałam i przez cały czas to robię. Odkładam oszczędności, na wszelki wypadek, kiedy już nie będę mogła pracować. Może niewielkie, ale jednak… Choć, po co tu udawać? Wiem, iż w razie gdy zaniemogę, nie będę chciała żyć… Nie chcę być dla nikogo kłopotem. I wiecie, co jest najbardziej przykre? Nikt nigdy nie podarował mi kwiatów… NIGDY… Śmieszne, jeżeli kiedyś ktoś położy mi żywe kwiaty na grobie… Naprawdę, można się uśmiać do łez…
Dlaczego zgodziłem się, aby mój syn i synowa zamieszkali ze mną? przez cały czas tego nie rozumiem.
Zagubiony krewny: Tajemnice, które łączą nas w Polsce
ŻYWNOŚĆ A INTELIGENCJA - CEZARY WINCENCIAK
Wiele osób popełnia ten błąd przy gotowaniu rosołu. Chodzi o wodę
Urodziłam ci syna, ale nie chcę od ciebie nic – zadzwoniła kochanka Mąż spojrzał na Lidię wzrokiem zbitego psa. — Tak, dobrze słyszałaś. Lidka, pół roku temu byłem z inną. To było tylko kilka spotkań, zwykła rozrywka. I ona urodziła mi syna. Niedawno… Lidii zakręciło się w głowie. Ale numer! Jej wierny, kochający mąż dorobił się dziecka na boku! Powoli docierał do niej sens tej wiadomości. Kilka minut próbowała ogarnąć, co małżonek miał na myśli. Siedział naprzeciwko. Opuszczone ramiona, ręce zaciśnięte między kolanami. Wyglądał na mniejszego niż zwykle, jakby cały powietrze z niego uszło. — Syn, więc. — powtórzyła Lidia. — Tobie, żonatemu facetowi, urodził się syn. I to nie ja ci go urodziłam. Czyli nie żona… — Lidka, naprawdę nie wiedziałem. Przysięgam ci. — Nie wiedziałeś, jak się robi dzieci? Masz czterdzieści lat, Kuba. — Nie wiedziałem, iż ona… iż zdecyduje się urodzić. Rozstaliśmy się dawno, wróciła do męża. Myślałem, iż wszystko okej. A wczoraj telefon: „Masz syna. Trzy dwieście. Zdrowy”. I rozłączyła się. Lidia wstała. Nogi się pod nią uginały, kolana jak z waty, jakby właśnie przebiegła maraton. Za oknem szalała jesień. Lidia mimowolnie zapatrzyła się na widok – pięknie… — I co teraz? – zapytała, nie odwracając się. — Nie wiem. — Świetna odpowiedź prawdziwego faceta. Głowy rodziny. Nie wiem. Odwróciła się nagle. — Pojedziesz tam? Zobaczyć? Wystraszony Kuba wstydliwie podniósł oczy na żonę. — Lidia, napisała mi adres szpitala, powiedziała, iż wypis pojutrze. Dokładnie tak: „Chcesz – przyjedź, nie chcesz – nie. Nic od ciebie nie chcę”. Dumna… Nie chce ode mnie nic… — Nic nie chce — powtórzyła Lidia. — Święta naiwność. W korytarzu trzasnęły drzwi – wrócili chłopcy. Lidia natychmiast przywołała uśmiech. To miała opanowane do perfekcji – lata w biznesie nauczyły trzymać fason nawet, kiedy interes szedł na dno. Starszy syn – wysoki, barczysty dwudziestolatek – zajrzał do kuchni. — O, rodzice, siema! Czemu tacy przybici? Mamo, jest coś do jedzenia? Po treningu głodni jak wilki. — W lodówce są pierogi, podgrzejcie sobie — rzuciła Lidia. — Tato, obiecałeś sprawdzić czemu gaźnik nie działa w moim złomku — młodszy syn klepnął ojca po ramieniu. Lidia patrzyła na tę scenę i czuła, jak serce boli tak, iż trudno oddychać. Mówią do niego „tato”. Prawdziwy ojciec dawno rozpłynął się we mgle, ograniczając się do alimentów i sporadycznych kartek. Kuba ich wychował. Uczył jeździć autem, leczył zdarte kolana, chodził na wywiadówki, rozwiązywał problemy w szkole. Był ich ojcem. Prawdziwym. Kuba wymusił uśmiech: — Jasne, Szymek. Później. Dajcie nam pogadać chwilę. Chłopaki wyszli, brzękając talerzami. — Kochają cię — Lidia powiedziała cicho. — A ty… — Lidka, przestań. Ja też ich kocham. To moi chłopcy. Nigdzie nie odchodzę. Od razu ci powiedziałem – to było zaćmienie umysłu. Błąd. Między mną a nią… nic poważnego. Po prostu… zauroczenie! — Po prostu zauroczenie, z którego teraz trzeba pieluchy zmieniać… Do kuchni wpadła sześcioletnia Maja. Tu pancerz Lidii pękł. Córeczka wskoczyła ojcu na kolana. — Tatusiu! Czemu jesteś smutny? Mama cię skarciła? Kuba przytulił ją mocno, wcisnął nos w jej jasne włoski. Żył tylko dla niej. Lidia wiedziała: dla Mai Kuba zrobiłby wszystko. To była szalona, bezwarunkowa ojcowska miłość. — Nie, księżniczko. Po prostu rozmawiamy o dorosłych sprawach. Idź włącz bajkę, zaraz do ciebie przyjdę. Kiedy Maja wybiegła, w kuchni znów zapadła cisza. — Rozumiesz, iż wszystko się zmienia? — zapytała Lidia. Usiadła z powrotem przy stole. — Nie odejdę, Lidia. Kocham ciebie, dzieci… Nie dam rady bez was… — To tylko słowa, Kuba. Fakty są takie: tam masz syna. Potrzebuje ojca. Ta kobieta… teraz mówi „nic nie chcę”. To hormony, euforia albo spryt. Minie miesiąc, pół roku, dziecko zacznie chorować, rosnąć, będą potrzebne pieniądze. Zadzwoni: „Kuba, nie mamy zimowego kombinezonu”. Albo „Kuba, musimy do lekarza”. I pojedziesz. Bo jesteś dobry. Masz sumienie. Kuba milczał. — A pieniądze, Kuba? — Lidia ściszyła głos. — Skąd je weźmiesz? Wzdrygnął się, jakby dostał w czułe miejsce — Lidia trafiła w słaby punkt. Jego firma padła dwa lata temu, długi spłacali jej pieniędzmi. Teraz trochę pracował, coś zarabiał, ale to były grosze w porównaniu z tym, co zapewniała Lidia. Dom, samochody, wakacje, edukacja dzieci – wszystko na jej głowie. On choćby normalnej karty nie miał, wszystko zablokowane przez komornika, posługiwał się gotówką albo kartą powiązaną z rachunkiem Lidii. — Znajdę — burknął. — Gdzie? Będziesz w nocy jeździł Uberem? Czy wyciągał z mojej szuflady, żeby wspierać tamtą rodzinę? Wyobrażasz sobie ten absurd? Ja utrzymuję rodzinę, a ty na moje pieniądze utrzymujesz kochankę z dzieckiem? — Ona nie jest kochanką! — warknął Kuba. — To się skończyło pół roku temu! — Dziecko łączy mocniej niż podpis na papierze. Pojedziesz na wypis? Pytanie zawisło w powietrzu. Kuba przetarł twarz dłońmi. — Nie wiem, Lidka. Naprawdę. Po ludzku… powinienem. Przecież dziecko nie winne. — Po ludzku — prychnęła Lidia. — A po ludzku względem mnie? Maji? Chłopaków? Pojedziesz tam, zobaczysz to maleństwo, weźmiesz na ręce. I koniec. Popłyniesz. Znam cię, jesteś uczuciowy. Zaczniesz jeździć tam. Najpierw raz w tygodniu, potem dwa, potem w weekendy. Będziesz kłamać, iż masz dużo pracy. A my będziemy czekać. Lidia podeszła do kranu. Odkręciła wodę, spojrzała na strumień i zakręciła. — Ona jest osiem lat młodsza, Kuba. Ma trzydzieści dwa lata. Urodziła ci syna. Swojego, biologicznego. Moi synowie nie są twoi, choć ich wychowałeś. A tam – twoja krew. Myślisz, iż to nie ma znaczenia? — Mówisz bzdury. Chłopaki są moi, to ja ich wychowałem. — Daj spokój! Facetom zawsze chodzi o dziedzica. Swojego. — Mamy Maję! — Maja to dziewczynka… Kuba zerwał się. — Dość! Czemu mnie wyrzucasz już teraz? Powiedziałem — zostaję w rodzinie. Ale nie mogę być kompletnym draniem. Tam się urodził człowiek. Mój, tak. Jestem winny wobec ciebie, wobec wszystkich. Chcesz — wygonię się. Zaraz spakuję rzeczy, odejdę. Pojadę do mamy, do internatu, gdziekolwiek. Ale nie szantażuj mnie! Lidia znieruchomiała, nagle zrobiło się jej strasznie. jeżeli powie „odejdź”, on wyjdzie. Dumny. Głupi, ale dumny. Pójdzie nie wiadomo gdzie, bez kasy, bez dachu nad głową i wtedy już naprawdę trafi do tamtej kobiety. Przyjmą go tam, będzie bohaterem, ojcem, choćby jeżeli biedny, ale własny. Wtedy straci go na zawsze. A ona nie chciała stracić. Pomimo bólu, żalu, który ją palił, kochała go. I dzieci go kochały. Zburzyć łatwo, wygnać w minutę. Ale jak potem żyć w pustym domu, gdzie każdy kąt przypomina o nim? — Siadaj — powiedziała cicho. — Nikt cię nie wyrzuca. Kuba jeszcze chwilę stał, ciężko dysząc, potem usiadł. — Lidka, przepraszam. Jestem idiotą… — Idiota — przytaknęła. — Ale nasz idiota… Wieczór przeszedł w jakimś zamgleniu. Lidia robiła lekcje z Mają, sprawdzała raporty do pracy, ale myślami była daleko. Wyobrażała sobie tamtą kobietę. Jaka jest? Ładna? Młodsza, wiadomo. Pewnie patrzy teraz na niemowlę i myśli, iż wygrała. Nic nie chce! Pewnie, przecież to najlepszy chwyt. Nie żądać, nie histeryzować – po prostu postawić: masz syna, jesteśmy dumni, sami sobie damy radę. To wali mężczyznę w dumę bez pudła. Od razu chce być bohaterem. Kuba kręcił się, wzdychał, spał na raty, a Lidia leżała z otwartymi oczami w ciemności. A ona ma już czterdzieści pięć lat, jest zadbana, atrakcyjna, spełniona, ale starość za rogiem. A tam – młodość… *** Rano było jeszcze gorzej — Lidia zupełnie nie mogła się pozbierać. Chłopcy zjedli gwałtownie i rozbiegli się po swoich sprawach, a Maja nagle zaczęła grymasić. — Tatuś, zapleć mi warkoczyk! — zażądała. — Mama źle robi. Kuba wziął szczotkę. Jego duże dłonie, przyzwyczajone i do kierownicy, i do młotka, delikatnie układały cieniutkie włoski. Plotł powoli, skupiony, z końcem języka wystającym z wysiłku. Lidia piła kawę i patrzyła na to. Oto jej mąż. Bliski, ciepły, domowy. A gdzieś tam jest inne dziecko, które też ma do niego prawo! Jak to pogodzenie? — Kuba — powiedziała, kiedy Maja wybiegła się ubierać. — Musimy zdecydować. Teraz. Odłożył szczotkę. — Myślałem całą noc. — I? — Nie pojadę na wypis. Lidii wszystko się ścisnęło w środku, choć nie dała po sobie poznać. — Dlaczego? — Bo jak pojadę, dam nadzieję jej, sobie, temu dziecku. Nie mogę być ojcem w dwóch domach. Nie chcę, Lidka! Nie chcę kłamać tobie, okradać Majki, chłopaków z czasu. Dokonałem wyboru jedenaście lat temu. Ty jesteś moją żoną, tu jest moja rodzina. — A tamten chłopiec? — Lidia sama się zdziwiła, iż o to pyta. — Będę pomagał finansowo. Oficjalnie, alimentami albo założymy konto. Ale kontaktów… nie. Lepiej, żeby dorastał, nie znając mnie, niż miałby czekać na mnie co tydzień. A ja patrzyłbym na zegarek i wyrywał się do domu, do swojej prawdziwej rodziny. Tak jest uczciwiej. Lidia milczała. Obracała na palcu obrączkę. — Jesteś pewny? Nie będziesz żałował? — Pewnie będę, szczerze mówiąc. Będę się zastanawiał, jak on tam. Ale jak zacznę tam jeździć, stracę was. Czuję to, bo nie będziesz tego znosić. Jesteś silna, Lidka, ale nie z żelaza. Zaczniesz mnie nienawidzić, a nie chcę, żebyś mnie nienawidziła. Może głupio to tłumaczę… Mąż wstał, podszedł, położył jej ręce na ramionach. — Lidka, nie chcę innego życia. Mam ciebie, mam dzieci. Tamto… to cena za moją głupotę. Jestem gotów płacić pieniędzmi i tylko nimi. Nie mogę się z tym dzieckiem dzielić czasem, troską, uwagą… Lidia położyła swoją dłoń na jego. — Mówisz, iż pieniędzmi? — uśmiechnęła się krzywo. — Zarobię. Padnę, ale zarobię. Już nigdy nie wezmę od ciebie złotówki na moje błędy. To moja sprawa, Lidka. Lidia się uspokoiła. Tak, mąż może i nie zachował się w porządku, ale właśnie tych słów oczekiwała. Nie miała zamiaru dzielić męża z nikim, nie obchodziły ją uczucia tamtej drugiej. Urodziła dziecko żonatemu? Jej problem. *** Na wypis Kuba nie pojechał. Kochanka potem wydzwaniała mu non stop — krzyczała, wyzywała, dopytywała, czemu nie przyjechał. Kuba jasno powiedział: może liczyć tylko na wsparcie finansowe, spotkań nie będzie. Kochanka rzuciła słuchawką, a przez pół roku od tamtej chwili więcej się nie odezwała. Telefon wyłączony. Lidia była z tego bardzo zadowolona.
Dodaję do ciasta na faworki. Wychodzą delikatne, chrupkie, a ich smak jest podkreślony
Matka idealna? Raczej przeciętna – czyli jak teściowa próbowała odebrać Annie syna i męża, mama-strażniczka kontra babcia-uwodzicielka dobrą radą
Rodzina męża sama się zaprosiła na naszą działkę na święta, ale nie dałam im kluczy – Wiesz co, pomyśleliśmy z Geną: po co wasza działka ma stać pusta? Wpadniemy tam z dziećmi na Nowy Rok, świeże powietrze, górka pod nosem, saunę rozpalimy. Ty, Lenka, i tak ciągle w pracy siedzisz, a Wice się wypoczynek należy, tylko on z nami nie chce – mówi, iż od dawna odespać marzy. No to daj klucze, rano wpadamy. Szwagierka, Sylwia, trajkotała w telefonie tak głośno i stanowczo, iż Lena musiała odsunąć słuchawkę od ucha. Stała pośrodku kuchni, wycierała świeżo domytą talerz i nie mogła pojąć, co właśnie usłyszała. Natarczywość rodziny męża była już legendą, ale takiej tupetowej ofensywy jeszcze nie doświadczyła. – Poczekaj, Sylwia – odpowiedziała spokojnie Lena, próbując ukryć drżenie głosu narastające od irytacji. – Jak to zdecydowaliście? Z kim? Działka to nie schronisko i nie hotel. To nasz dom z Witkiem. I w ogóle, sami mieliśmy tam jechać. – Daj spokój! – machnęła ręką Sylwia, a w tle słychać było chrupiące chipsy. – Przecież Wiciu powiedział mamie, iż siedzicie w domu. Tam miejsca dużo, dwa piętra. choćby jak wpadniecie, nie będziemy przeszkadzać. Ale lepiej, żebyście dali nam spokój – nasza ekipa jest głośna, Gena zaprosi kumpli, będzie grill, muzyka… Tobie i tak z książkami nudno. Lenie poczerwieniała twarz. Przed oczami stanęła scena: paczka Geni – fana disco polo i mocnych trunków, ich dzieciaki, które na słowo „nie wolno” reagują śmiechem, i jej ukochana działka, w której od pięciu lat mokrała sercem i oszczędnościami. – Nie, Sylwia – powiedziała twardo. – Kluczy nie dam. Działka nieprzygotowana dla gości, trzeba umieć zająć się ogrzewaniem, szambo się buntuje. Poza tym – nie chcę, by obcy urządzali tam sobie imprezy. – My obcy? – wrzasnęła szwagierka, w końcu przestając chrupać. – Przecież to rodzina! Zwariowałaś z tymi rachunkami? Zadzwonię do mamy, zobaczy, jak rodziny gościsz! Sygnał zakończenia połączenia zabrzmiał jak strzał. Lena odłożyła telefon na stół, a dłonie jej drżały. Wiedziała, iż to początek. Niedługo pojawi się „ciężka artyleria” w postaci teściowej, a potem rozpocznie się oblężenie…
JEDZENIE TO PROBLEM - CEZARY WINCENCIAK
Azerski rosół to inna liga. Takie bogactwo składników i smaków, iż polski to przy nim „tłusta woda”
Ser zapiekany w pysznych warzywach. Idealne na lekką kolację
Za mąż za kalekę. Opowiadanie Dziękuję za wsparcie, lajki, zaangażowanie i komentarze pod opowiadaniami, za subskrypcję oraz OGROMNE podziękowania za wszelkie donacje ode mnie i moich pięciu kotów. Udostępniajcie, proszę, ulubione opowiadania w mediach społecznościowych – to także wielka euforia dla autora! Córka wróciła późno z kliniki, gdzie pracowała jako pielęgniarka na urazówce. Długo się myła, a potem przyszła do kuchni w szlafroku. – Na patelni kotlety i makaron – zaproponowała mama, zaglądając jej w twarz i próbując zrozumieć, co się dzieje – Zmęczona, Lusia? A z nastrojem co? – Jeść nie będę, i tak jestem brzydka, a jak się jeszcze objem, to już na pewno nikt na mnie nie spojrzy – mruknęła Lusia, nalewając sobie herbaty. – A skąd ci to przyszło do głowy? – zaniepokoiła się mama – Wszystko masz jak trzeba, oczy mądre, nos i usta normalne, nie gadaj tak o sobie, Lusia! – A stąd, iż wszystkie koleżanki już dawno po ślubie, a ja nie! Podobam się tylko jakimś nieudacznikom. A ci, którzy mi się podobają, choćby na mnie nie patrzą. Co jest ze mną nie tak, mamo? – patrzyła poważnie, oczekując odpowiedzi. – Jeszcze po prostu nie spotkałaś swojego losu, jeszcze nie ten czas – próbowała ją pocieszyć mama, ale Lusia jeszcze bardziej się rozemocjonowała. – Właśnie, „oczy mam”, bo małe. Usta wąskie, a nos zobacz jaki! Gdyby były pieniądze, to bym sobie zrobiła operację plastyczną, ale przecież jesteśmy biedne! Więc postanowiłam, iż wyjdę za kogoś niepełnosprawnego, w klinice są tacy chłopcy, których po wypadkach czy urazach ich dziewczyny zostawiły. A co mi innego zostaje, mam już trzydzieści trzy lata, czekać dłużej nie mogę! – No co ty, Lusia! Twój tatuś też z nogami nie najlepiej. Myślałam, iż zięć będzie chociaż na działce pomagał, to zawsze jakaś pomoc, a tak jak tu żyć? – powiedziała zapłakana mama, po czym zaczęła się tłumaczyć: – Nie zrozum mnie źle, Lusia, ale nie wszyscy żyją bogato. Po co ci kaleka? Spójrz na naszego sąsiada Jurka – chłopak dobry, od dawna się tobie przygląda. Silny taki, dzieci zdrowe będą, i w ogóle… – Mamo, daj spokój, twój Jurek nigdzie nie potrafi się dłużej utrzymać, lubi wypić, a i o czym z nim gadać? – oburzyła się Lusia. – A po co z nim gadać? Ja mu powiem – idź przekopać działkę, a potem zjesz obiad. Albo po zakupy go wyślę. Dobry jest, pracowity, może by wam się udało? – próbowała podlizać się mama, ale Lusia tylko odsunęła swoją niedopitą herbatę i wstała. – Idę spać, mamo, naprawdę przeginasz, a myślałam, iż chociaż ty mnie za człowieka masz, a ty jak wszyscy myślisz, iż jestem odrażająca… – Lusia, córeczko, co ty? – mama pobiegła za nią, ale Lusia tylko machnęła ręką – Dość, mamo! I zatrzasnęła przed nią drzwi swojego pokoju. Potem długo leżała bezsennie, wspominała chłopaka, którego ostatnio przywieźli, nogę musieli mu amputować do wysokości kostki. Zgnieciono ją mu ciężką płytą w opuszczonym domu przeznaczonym do rozbiórki. Po co tam wlazł, nie wiadomo, długo go nie mogli wydostać, nogi nie udało się uratować. Nikt do niego nie przychodził, chłopak był młody, jeszcze przed trzydziestką. Na początku tak ją obserwował, trzymał za rękę i patrzył w oczy z nadzieją, zaraz po operacji. Potem, gdy do siebie doszedł, wszystko do niego dotarło i tylko ponuro patrzył w sufit. Z jakiegoś powodu było jej go dużo bardziej szkoda niż innych – może dlatego, iż nikt do niego nie przychodził. – Jak myślisz, będę chodził? – zapytał ją niedawno bez spojrzenia w jej stronę, a Lusia odpowiedziała stanowczo i pewnie: – Pewnie, iż będziesz. Wszystko się zagoi, jesteś młody! – Każdy tak mówi, sama byś spróbowała bez nogi żyć, co to za życie… – zirytował się chłopak niespodziewanie i odwrócił się do ściany, jakby to była jej wina. – Po co tam wlazłeś? – odgryzła się Lusia – Sam sobie winien! – Coś mi się wydawało… – mruknął niechętnie chłopak i od tego czasu, gdy wchodziła do sali, odwracał się do ściany. Lusia jednak go zauważyła. Miał jasne oczy, zimne jak lód. A twarz bardzo sympatyczną, niestety przytrafiło mu się coś takiego… – Żałujesz? – pewnego razu przyłapał ją na spojrzeniu – Widzę, iż żałujesz. Mnie teraz już tylko można żałować. Takiego jak ja już nikt nie pokocha! – Takich jak ja też nikt nie kocha, choć mam ręce i nogi, bo niby jestem jakaś nie taka, choćby nikt mnie nie żałuje. Lepiej by było bez nóg, może chociaż za to by się ktoś ulitował – burknęła Lusia i sama zrobiła się sobie żal do łez. Tymczasem Michał, pierwszy raz, uśmiechnął się do niej z uwagą. – Aleś ty głupia, to ty niby brzydka? Oszalałaś? Patrzę na ciebie i szczerze zazdroszczę temu, kogo wybierzesz. Wierzysz? Lusia patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami i, co dziwne, naprawdę mu wierzyła. I wtedy wypaliła coś, co chodziło jej po głowie od dawna: – A jakbym to ciebie wybrała, ożeniłbyś się ze mną? Milczysz, czyli kłamiesz! Wszystko jasne! Wstała i z obruszoną miną ruszyła do drzwi. Michał podparł się na łokciach, jakby miał zamiar za nią pobiec, ale przypomniał sobie, iż nie może i krzyknął: – Wyjdź za mnie, Lusia, przysięgam ci, niedługo nikt się nie pozna, iż mam coś z nogą. gwałtownie się ogarnę, nie odchodź, Lusia! Lusia i Michał Zatrzymała się w korytarzu, prawie płacząc, ale nagle poczuła, iż to właśnie ON. I nieważne, iż ma taki nos czy takie oczy, a on problem z nogą – po prostu się spotkali i już. Przyszedł ten czas, jak mówiła mama… Michał zabrał się za rehabilitację z ogromnym zaangażowaniem. Teraz miał cel, chciał ożenić się z wyjątkową dziewczyną i znów stanąć na nogi, dla ich wspólnej przyszłości. Chciał, żeby Lusia już nigdy się nie smuciła i nie myślała, iż jest komuś niepotrzebna. Bo jemu była bardzo potrzebna – tylko z nią chciał żyć i być zawsze blisko… – Zakochałaś się wreszcie, córeczko? – niby od niechcenia zapytała po jakimś czasie mama – Patrz, jak rozkwitłaś, a mówiłaś, iż jesteś brzydka. Lusia choćby nie próbowała zaprzeczyć, fruwała jak na skrzydłach, jej największym marzeniem było, by Michał w końcu normalnie chodził i przyzwyczaił się do protezy. Coraz dłużej razem spacerowali, najpierw po szpitalnym dziedzińcu, później po zasypanych śniegiem, rozświetlonych świątecznymi lampkami uliczkach przed Nowym Rokiem… – Dom już zburzono, tutaj właśnie mnie przysypało – pokazał pewnego dnia Michał. – Po co tam wchodziłeś, co takiego tam zobaczyłeś? Do tej pory mi nie powiedziałeś – przypomniała Lusia. – Zobaczyłem bezdomnego szczeniaka, chudziutki czarny z białymi plamkami, myślałem, iż zamarznie, chciałem go zabrać do domu, żeby nie być samemu – wyjaśnił Michał. – A patrz, tam jakiś piesek, chudy, smutno patrzy, a podejść się boi. – To chyba ten sam! – ucieszył się Michał, a pies podszedł i szedł za nimi aż do domu… – Ale Lusia miała szczęście, takiego ładnego męża sobie znalazła, młodszy, z mieszkaniem i bez teściowej! – żartowały koleżanki na jej weselu. Mama Lusi choćby się popłakała, kiedy jej Michał powiedział „mamusiu”. On był z domu dziecka, nie miał nikogo z rodziny. Ale był naprawdę dobrym i serdecznym chłopakiem, a najważniejsze – kochali się i mieli być szczęśliwi. A o grządki na działce można się nie martwić, obejdzie się bez nich, choć Michał garnie się do każdej roboty i wszystko mu wychodzi! Na razie Lusia, Michał i pies Kazio mieszkają we trójkę. Ale niedługo będzie ich czworo – Lusia i Michał oczekują córeczki… Nigdy nie wolno tracić nadziei, bo można przegapić i nie rozpoznać swojego szczęścia. W końcu życie najpiękniejsze jest w swojej nieprzewidywalności…
Mąż zaproponował, żebyśmy zamieszkali osobno, żeby “sprawdzić uczucia” – więc wymieniłam zamki w mieszkaniu
Domowy krem mascarpone - gładki, bogaty i naprawdę do zrobienia w domu
Michalinka: Uciekaj tak gwałtownie jak tylko możesz – z toksycznym nie dasz rady
Zupy na odporność. Sycące, pełne witamin, gwałtownie postawią cię na nogi
Zaostrzone relacje w rodzinie
5-litrowy air fryer w rozsądnej promocji. Warto się pospieszyć
Mięciutkie i przepyszne. Te pączki z kremem czekoladowym to pewniak na tłusty czwartek
Tę francuską patelnię polecają zawodowi kucharze. Ma grube dno i można ją myć w zmywarce
Producenci regionalnej żywności powalczą o Laur Marszałka
Domowe lody bez cukru – 3 proste przepisy BLW
Słodko-gorzki smak wolności: Jak propozycja otwartego związku rozbiła małżeństwo Eleny i zmieniła jej życie na zawsze
Dzień Popcornu
Dlaczego zgodziłam się, aby mój syn i jego żona zamieszkali ze mną? przez cały czas nie wiem.
Niesamowity zbieg okoliczności odkrył przerażającą prawdę. Moja czteroletnia siostrzyczka, Zosia, miała przepuklinę pępkową. Lekarze nalegali – nie zwlekać. Im szybciej operacja, tym lepiej. Zosia bez taty stanowczo odmawiała pójścia do szpitala. Czekaliśmy, aż wróci z trasy, i tato odprowadził ją aż do sali operacyjnej.
Leonid nie wierzył, iż Irena jest jego córką, choć trzeba przyznać, iż żona Wiera pracowała w sklepie, gdzie plotkowano, iż często zamyka się z obcymi mężczyznami w zapleczu. Dlatego mąż nie wierzył, iż drobna Irenka to jego dziecko i nie darzył jej sympatią. Tylko dziadek pomagał wnuczce i zostawił jej w spadku dom. Tylko dziadek Matwiej kochał Irenkę W dzieciństwie Irenka często chorowała, była słaba, niskiego wzrostu. „Ani w mojej, ani w twojej rodzinie takich wątłych dzieci nie było” — mawiał Leonid. „Ten dzieciak to choćby do garnka nie dosięga”. Z czasem niechęć ojca do córki udzieliła się matce. Jedyną osobą, która naprawdę kochała Irę, był dziadek Matwiej. Jego dom stał na skraju wsi, przy lesie. Matwiej całe życie był leśniczym i choćby na emeryturze codziennie odwiedzał las, zbierał jagody, zioła, a zimą dokarmiał zwierzęta. Uchodził za dziwaka i czasem się go obawiano — bywało, iż coś przepowiedział, a to się sprawdziło. Jednak po zioła i wywary chodzono właśnie do niego. Matwiej pochował żonę dawno temu, a pocieszeniem stał się dla niego las oraz wnuczka. Gdy Irenka poszła do szkoły, mieszkała głównie u dziadka, który opowiadał jej o adekwatnościach ziół i korzeni. Nauka przychodziła jej łatwo. Gdy pytano, kim chce zostać, odpowiadała: „Będę leczyć ludzi”. Matka twierdziła, iż nie ma pieniędzy na naukę córki. Ale dziadek pocieszał: mówił, iż nie jest biedny, pomoże, a jeżeli trzeba — choćby krowę sprzeda. Zostawił wnuczce dom i szczęście w życiu Córka Wiera rzadko zaglądała do ojca, ale niespodziewanie pojawiła się raz w jego domu. Prosiła o pieniądze, bo jej syn Andrzej przegrał w karty w mieście i został pobity. Kazano mu zdobyć pieniądze, choćby spod ziemi. „Gdy cię przypiliło, to przekroczyłaś mój próg?” — spytał surowo dziadek Matwiej. „Latami mnie tu nie odwiedzałaś!”. Odrzucił prośbę: „Nie zamierzam spłacać długów Andrzeja. Muszę wnuczkę na ludzi wykształcić”. Wiera wybuchła gniewem: „Nie chcę was znać, nie mam już ani ojca, ani córki!” — krzyknęła i wybiegła z domu. Gdy Irena dostała się do medycznej szkoły, rodzice nie dali jej ani grosza. Tylko Matwiej ją wspierał, pomagała też stypendium, bo dobrze się uczyła. Przed końcem nauki dziadek zachorował. Przeczuwając śmierć, oznajmił, iż zapisuje wnuczce dom w spadku. Nakazał Irenie szukać pracy w mieście, ale o domu nie zapominać — „Dom żyje, póki czuć w nim ducha człowieka. Zimą trzeba palić w piecu. Nie bój się tu nocować, tu znajdziesz swoje szczęście” — przewidział Matwiej. „Będziesz szczęśliwa, dziecko”. Widocznie coś przeczuwał. Przepowiednia Matwieja się spełniła Jesienią Matwiej zmarł. Irena pracowała jako pielęgniarka w szpitalu powiatowym. W weekendy jeździła do domu dziadka, rozpalała piec w chłodne dni. Drewna dziadek nagromadził tyle, iż starczyło na długo. Pogoda nie wróżyła poprawy, a Irena miała dwa wolne dni. Nie chciała siedzieć w wynajmowanym pokoju u schorowanych krewnych koleżanki ze szkoły. Wieczorem przyjechała na wieś. W nocy rozpętała się śnieżyca. Rano wiatr przycichł, ale śnieg wciąż padał, drogi zamiecione. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Przed progiem stał nieznajomy młodzieniec. „Dzień dobry, potrzebuję odkopać samochód, utknąłem naprzeciwko pani domu. Ma pani łopatę?” — zapytał. „Stoi przy ganku, proszę wziąć. Może pomóc?” — odpowiedziała Irena. Rosły młodzieniec spojrzał z uśmiechem na drobną dziewczynę: „Jeszcze by brakowało, żeby panią zasypał śnieg”. Chłopak sprawnie machał łopatą, odpalił auto, ale nie przejechał choćby kilku metrów — znów ugrzązł. Podjął próbę jeszcze raz. Irena zaprosiła go do domu na herbatę. Śnieżyca miała niedługo minąć, droga powinna zostać odśnieżona — przecież to nie kompletna głusza, wiele aut tu jeździ. Nieznajomy, po chwili namysłu, machnął ręką i wszedł z Ireną do środka. „Nie boisz się mieszkać sama przy lesie?” — zapytał ją. Odpowiedziała, iż bywa tu tylko na weekendy, a w tygodniu pracuje w mieście. Martwiła się, jak wróci, gdyby autobus nie przyjechał. Nieznajomy, który przedstawił się jako Stanisław, zaproponował pomoc — i jemu również śpieszno było do miasta. Irena się zgodziła. Po pracy Irena zdecydowała się na spacer do domu. I wtedy spotkała niespodziankę — nagle obok pojawił się Staszek. „Chyba twój ziołowy napar ma jakąś magię” — zażartował. „Bardzo chciałem cię jeszcze raz zobaczyć. Może znowu poczęstujesz herbatą?” Nie było u nich ślubu — Irena nie chciała, Stanisław początkowo nalegał, ale potem odpuścił. Mieli za to prawdziwą miłość. Irena przekonała się, iż nie tylko w książkach piszą, iż mężczyźni noszą swoje żony na rękach. Gdy urodził się ich pierworodny, wszyscy w szpitalu dziwili się, jak z tak drobnej kobiety wyszedł taki mocarz! Na pytanie, jak nazwą syna, Irena odpowiedziała: „Będzie się nazywał Mateusz — po bardzo dobrym człowieku”.
Były mąż przyniósł kwiaty w zamiarze pogodzenia, ale nie przekroczył progu domu
Chrust z wieprzowiny z nadzieniem z kaszy bulgur. Sprawdź przepis Magdy Gessler z programu "Magda gotuje Internet"
Nóż bushcraftowy: jak wybrać ostrze do drewna, ognia i biwaku
Znany produkt znika z półek Netto. Ta zmiana dzieli klientów
Tatuś nie dotrzymał obietnicy