Kuchnia

Gdy tej nocy wyszedłem na ulicę, nie wiedziałem, dokąd zaprowadzi mnie droga. Mój walizek wydawał się ciężki, jakby był wypełniony kamieniami, ale ściskałem go, jakbym niósł w nim swoją wolność.
Tokio - poznaj kolorową stolicę Japonii
Lidl zaserwował cenowy hit dla wszystkich. Prawa ręka w twojej kuchni za 99 zł
Wiele osób źle używa piekarnika. To przez to rachunek za prąd rośnie
Jest bardzo zdrowy, więc warto kupić, gdy zobaczysz. We Francji za nim przepadają
Dziczyzna w wersji rustykalnej
YouTube testuje granice naszej cierpliwości? Ta funkcja może być płatna
Magda Gessler robi takie faworki. Żadne inne nie mają szans
Gorzkie szczęście – Dlaczego ta dziewczyna ci się nie podoba? Dobra, skromna, porządna, studiuje, kocha cię – Elżbieta Igorewna patrzyła z wyrzutem na syna. – Mamo, poradzę sobie… – Denis stawiał kropkę w bezsensownej rozmowie. Elżbieta Igorewna wyszła. Myślała: „Poradzi sobie… Ile on już dziewczyn miał… Już prawie czterdziestka. niedługo żadna nie będzie potrzebna. Wszystko mu nie tak, nie to…” – wzdychała ciężko. – Synku, chodź na obiad, – zawołała z kuchni. Denis od razu przyszedł i zajadał mamin barszcz. – Dziękuję, mamuś. Pyszne jak zawsze. – Lepiej gdybyś to mówił swojej żonie, a nie mnie – Elżbieta nie mogła się uspokoić. – Mamo… – Denis wypił kompot i zamierzał wyjść. – Czekaj, synku. Przypomniało mi się… Kiedyś byłam u wróżki. Powiedziała mi od progu: „Twój syn będzie miał gorzkie szczęście”. – Mamo, nie wierz w to – Denis się uśmiechnął. W różnych okresach życia pojawiały się i znikały u Denisa kobiety. Inna była mądra, oczytana, doświadczona. Dawała mu dobre rady, choć była młodsza o dziewięć lat. Początkowo to mu się podobało, potem traktował ją jak koleżankę. Rozstali się, bo było jakoś bezbarwnie. Polina miała ośmioletniego syna, nie udało się nawiązać kontaktu, choć ją kochał. Była piękna, ale z trudnym charakterem. Prezenty nie łagodziły kłótni. Brakowało spokoju i stabilności. Weronika była ideałem, ale przyłapał ją z byłym kolegą ze szkoły i wrócił do mamy. – Będę sam. Najlepsza rodzina to z jedną osobą – żartował. Elżbieta wzdychała: – Czyżby twoje szczęście się nie znalazło, synku… A potem los się odmienił. Denis wyjechał w kolejną delegację. W pociągu poznał kobietę. – Młody człowieku, możemy się zamienić miejscami? – zapytała, prosząc o dolną koję. – Nie ma sprawy – odpowiedział. Kobieta nie wyróżniała się niczym szczególnym, ale serce zabiło mocniej. „To ona?” – pomyślał. Rozmowa z nieznajomą, która przedstawiła się jako Larysa, przeciągnęła się na cały wieczór. Wymienili się numerami. Kilka tygodni później Denis nie mógł przestać o niej myśleć. Spotkania, pocałunki, obietnice… Denis nie rozumiał, jak żył bez Larysy. Czterdzieści lat! Wszystkie inne kobiety odchodziły bez żalu. A tu ani brzegów, ani granic. Chciał się całkowicie zatopić w jej życiu. Otuliła go miłością, troską, zrozumieniem. Po trzech miesiącach oświadczył się. – Denis, jestem starsza o siedem lat, mam troje dzieci. Mieszkamy w akademiku – Larysa od razu rozłożyła karty na stół. – I jestem wdową. Laro, wiem o wszystkim. I widziałem twoje dzieci. Zamieszkacie ze mną. Kocham cię całym sercem. Jesteś moją ostatnią i przypadkową kobietą – Denis pocałował ją w usta. – Dobrze, spróbujmy – zawstydziła się Larysa. – Nie próbujmy, Laro. Bądźmy razem na zawsze – Denis ujął jej dłoń. Elżbieta Igorewna, poznając plany syna, wykrztusiła: – Wybrałeś – niepozorna… Dziewięć miesięcy później na świat przyszła ich… „słoneczna” córeczka. Denis cieszył się i martwił o Larysę. Dziecko słoneczne to ogromne wyzwanie. Dziś ich córka ma osiem lat, a cała rodzina ją uwielbia. Denis uwielbia Larysę. Gorzkie, ale szczęście…
Musicie nam oddać dziecko. To my jesteśmy jego prawdziwymi rodzicami” – oświadczyli obcy ludzie stojący w progu
Boston w amerykańskim TOP 10!
Michel Moran walczył o wygraną tej licytacji WOŚP. Niezwykle osobista pamiątka
Gofrów w takiej odsłonie jeszcze nie jadłeś. U mnie zastępują kanapki
JAK ZNACZEK POCZTOWY… …Ilja odszedł od Kasi – mama westchnęła ciężko. – Jak to? – nie mogłam uwierzyć. – Sama nie rozumiem. Był miesiąc w delegacji, wrócił jakby odmieniony. Powiedział Kasi: „Wybacz, kocham inną” – mama zamyśliła się, patrząc w jeden punkt. – Naprawdę tak powiedział? To jakiś koszmar… – zaczęłam się denerwować na męża siostry. – Zadzwoniła Sonia, powiedziała, iż mamie źle, wezwała pogotowie. Okazało się, iż Kasia ma nerwowe zaburzenia połykania – mama zamrugała. – Spokojnie, mamo. Oczywiście, Kasia popełniła błąd, że, jak to się mówi, stawiała męża na piedestale pod obrazami. Wszystko dla niego, wiecznie go rozpieszczała. Teraz ma za swoje. Szkoda jej. Mam nadzieję, iż Ilji z tą nową to nic poważnego… On kocha Kasię i Sonię – nie chciałam wierzyć w to, co usłyszałam. …Ilję i Kasię połączyła gwałtowna miłość. Pobrali się po dwóch miesiącach znajomości. Urodziła się im córka Sonia. Wszystko układało się spokojnie i poukładanie. I nagle… Grom z jasnego nieba… Oczywiście, od razu pojechałam do siostry. Trudno rozmawiać o takich sprawach, zwłaszcza z kimś bliskim. – Kasia, jak to się stało? Ilja chociaż się tłumaczył? Oszalał? – zasypałam pytaniami. – Sama nie wiem. Skąd wzięła się ta kobieta? Może go sobie omotała? Ilja jak opętany do niej pomknął. Powiedział tylko: „Kasia, życie ma płynąć, a nie przeciekać”. Spakował się i pojechał. Czuję się, jakby mnie przejechali po asfalcie. Nie rozumiem nic… – łzy nie przestawały lecieć. – Poczekaj, Kasiu, może wróci. Bywa różnie – przytuliłam płaczącą siostrę. …Nie wrócił. Ilja osiedlił się w innym mieście. Z nową żoną. Ksenia była starsza od Ilji o osiemnaście lat. Różnica wieku nie przeszkadzała im być szczęśliwymi. „Dusza nie ma wieku” – mawiała Ksenia. Ilja zapatrzony był w swoją drugą żonę. Stała się jego drogowskazem. Charakter miała… wyrazisty. Potrafiła kochać, potrafiła nie kochać. Była dzika, wolna. Słowem potrafiła pieścić i ranić. Ilja ją wielbił. Często powtarzał: – Gdzie byłaś wcześniej, Ksenia… Pół życia cię szukałem… …A Kasia postanowiła mścić się na wszystkich mężczyznach. Była piękna. Oglądały się za nią i kobiety, i mężczyźni. Związała się z szefem w pracy. Zawróciła mu w głowie. – Kasiu, zostań moją żoną. Złotem cię obsypię. – Nie chcę znowu za mąż, Dymitrze, już mi wystarczy… Jedźmy lepiej nad morze. Chcę, żeby Sonia wypoczęła – mrugnęła lekko. – Jedziemy, kochana… Sławek był prostszy. Pomagał w domu, zrobił remont u Kasi. Ślubu nie proponował. Był żonaty… Kasia prowadziła ich obu na smyczy… O miłości nie było mowy. Pomagali jej żyć, zaplatać żal w warkocze, tyle. Tęskniła za Ilją. Śnił jej się po nocach. Budziła się z płaczem. Wspomnienia rozdzierały serce. Nie mogła przestać myśleć o Ilji. „Jak odciąć od siebie człowieka? Czym zawiniłam mężowi? Byłam posłuszna, troskliwa, spełniałam wszystkie zachcianki. Nigdy się nie kłóciliśmy…” …Minęły lata. Kasia żyła: raz tajemniczo uśmiechała się do Dymitra, raz Sławka odsyłała do żony. …Sonia miała dwadzieścia lat, kiedy postanowiła odwiedzić ojca. Wzięła bilet na pociąg. W drodze zastanawiała się, jak zacząć rozmowę z „rozdzielaczką” Ksenią. Przyjechała do innego miasta. …Zadzwoniła do drzwi. – Ty musisz być Zosia – w drzwiach stanęła wyjątkowa kobieta. „Mama dużo ładniejsza…” – pomyślała Sonia. – A pani to Ksenia? – Tak, wejdź. Taty nie ma w domu. Niedługo wróci – zaprowadziła Sonię do kuchni. – Jak tam u was? Jak mama? Herbaty? Kawy? – Ksenia, niech pani powie, jak udało się zabrać tacie rodzinę? On naprawdę kochał mamę, wiem to – Sonia spojrzała prosto w oczy Kseni. – Zosiu, nie wszystko da się przewidzieć. W miłości nie ma gwarancji. Zdarza się nieprzewidywalna namiętność. Czasem jedno spotkanie zmienia wszystko. Nie wiesz dlaczego, po prostu – nie potrafisz inaczej. Czasem trzeba zmienić partnera w tańcu, ot co. Tego się nie da wyjaśnić – Ksenia usiadła zmęczona. – Ale czy nie można się powstrzymać? Jest przecież rodzina, zobowiązania… – Nie da się, dziecko. – Dziękuję za szczerość – Sonia nie napiła się kawy. – To może dam ci radę? Facet jest jak znaczek pocztowy: im częściej na niego plujesz, tym mocniej się trzyma – zaśmiała się Ksenia – Z mężczyzną trzeba być raz stalą, raz aksamitem… A w ogóle, porządnie się z twoim ojcem pokłóciliśmy. – To może poczekam na tatę? – Nie wiem. Od tygodnia mieszka w hotelu. Dam ci adres – napisała coś na karteczce. – Proszę, weź. Sonia ucieszyła się, iż może szczerze porozmawiać z ojcem. – Do widzenia. Dziękuję za kawę – wyszła szybko. Znalazła hotel. Zapukała do ojca. Ilja ucieszył się na widok córki. Trochę się speszył. – Zosiu, właśnie miałem dziś wrócić… Wiesz, kłótnia i to wszystko… – Tato, to wasza sprawa. Ja po prostu chciałam cię zobaczyć – delikatnie wzięła go za rękę. – Jak mama? – zapytał Ilja. – Dobrze, tato. Przyzwyczaiłyśmy się bez ciebie – westchnęła. Spędzili z ojcem ciepły wieczór w hotelu, śmiech, łzy, rozmowa… – Tato, kochasz swoją Ksenię? – zapytała nagle. – Bardzo. Wybacz mi, córeczko – odpowiedział stanowczo. – Rozumiem. Czas na mnie. Niedługo mam pociąg – zaczęła się zbierać. – Zosiu, przyjeżdżaj do nas. Przecież jesteśmy rodziną – Ilja spuścił oczy. – Tak, tak… – Sonia wyszła z hotelu. …Wróciwszy do domu, postanowiła wziąć sobie do serca radę Kseni. Nie kochać, nie ufać pustym słowom mężczyzn, nie przywiązywać się. …Ale po trzech latach pojawił się wyjątkowy mężczyzna – Krzysztof. Był jej przeznaczeniem. Posłany przez niebo… Sonia od razu to wyczuła. Gdy znajduje się „to swoje”, nic innego już nie smakuje… Krzysztof otulił ją sercem i nie wypuścił. Dotknął jej duszy. I w końcu Sonia się zakochała. Bezwarunkowo. Bez reszty…
Nie tego spotykamy, nie za tego wychodzimy za mąż — opowieść o losie, sile kobiet i poszukiwaniu szczęścia w polskiej codzienności
„Zostawmy ją tu, niech zdycha!“ – krzyczeli, wrzucając babcię w śnieg. Nie wiedzieli, iż ich los już się toczy, a karma niedługo wróci.
Chłopiec obudził się w nocy, słysząc jęki chorej mamy – wzruszająca opowieść o Matwieju, jego mamie Marii, dobrej sąsiadce pani Ninie oraz spotkaniu z weteranem Nikitą, które odmieniło los samotnej rodziny, a wiara i ludzka dobroć poprowadziły ich do szczęścia i nowego życia
Nie wszystko można wrzucić do air fryera. Jeden błąd i kuchnia tonie w dymie
Tłusty czwartek 2026. Mini pączki skyrowe to prawdziwy hit
Tłusty czwartek 2026: Pączki lepsze niż tradycyjne? Sekret tkwi w tym składniku
Mąż zaproponował, abyśmy na wszystkie święta oddali naszą sypialnię jego rodzicom, a sami spali na podłodze – Przecież wiesz, iż tata ma rwę kulszową? Na kanapie nie da rady, wyprostować się potem nie będzie mógł. A mama nocami źle sypia, potrzebuje ciszy i ciemności, a w salonie latarnia z ulicy świeci wprost w okno. Przetrwamy ten tydzień, co my – takie delikatne? Marzena zamarła z łyżką w ręku, zapominając, iż właśnie nalewała zupę. Strużka powoli spływała z powrotem do garnka, podczas gdy sens słów męża sączył się jej do głowy niczym gęsta kisielka. Powoli odwróciła się do Sebastiana, który siedział przy kuchennym stole, intensywnie wpatrując się w wzorek na ceracie. – Poczekaj, Sebastian. Muszę się upewnić, czy dobrze cię zrozumiałam. Twoi rodzice przyjeżdżają do nas na całe Boże Narodzenie i Nowy Rok, od trzydziestego do ósmego. To już ustaliliśmy. Ale teraz proponujesz, żebyśmy oddali im naszą sypialnię – naszą łóżko z ortopedycznym materacem, który wybieraliśmy przez dwa miesiące i kosztował majątek – a sami przenieśli się do salonu? – No tak, – Sebastian w końcu podniósł wzrok, w którym malowało się poczucie winy i upartej determinacji. – No co? To przecież rodzice. Gościnność, szacunek dla starszych. Nie położę przecież ojca na rozkładanej kanapie, tam już sprężyna wychodzi. Następujące dni Marzena zapamiętała jako tygodniowy kurs przetrwania na nadmuchiwanym materacu w salonie, podczas gdy jej teściowie rozgościli się w ich małżeńskiej sypialni. Nie obyło się bez klasycznych rodzinnych konfliktów, nieporozumień i „rad” teściowej odnośnie idealnego przepisu na sałatkę jarzynową. Kulminacją był moment, gdy Marzena odkryła, iż jej drogi krem do twarzy został użyty przez teściową do pielęgnacji pięt teścia. Po tej „kropli” przepełnionej czary, Marzena postanowiła zrobić coś, na co nigdy wcześniej się nie odważyła – zarezerwowała pokój w luksusowym hotelu na dwie noce i opuściła rodzinne mieszkanie, zostawiając męża z rodzicami. Jak skończyła się ta batalia o prywatność, spokój i własny komfort? Czy Sebastian zrozumiał lekcję, a teściowa doceniła samodzielność synowej? O tym przeczytacie w tej historii o granicach, samoszanu i… ortopedycznych materacach.
Tradycyjny rodzinny przepis babci
Nowa pizzeria w Krakowie. Ideolo Pizza otwiera pierwszy lokal w naszym mieście
[PL, ES below]…
Posprzątaj swój dom po świętach! Jak zrobić to gwałtownie i praktycznie?
POWIAT BOCHEŃSKI. Od porozumienia do przyjaźni – jubileusz 25-lecia współpracy Powiatu Bocheńskiego i Powiatu Saarlouis [ZDJĘCIA]
Finansowy plecak przetrwania. Jak zabezpieczyć się na wypadek godziny „W”? [PORADNIK]
Słodko-gorzkie szczęście – Dlaczego ta dziewczyna ci nie odpowiada? Dobra z niej dziewczyna, skromna, porządna, uczy się i kocha cię – spojrzała wyczekująco pani Elżbieta na syna. – Mamo, poradzę sobie… – uciął temat Denis. Pani Elżbieta wyszła z pokoju, rozmyślając: „Poradzi sobie… Tyle już miał kobiet… Sam prawie czterdziestka na karku. Zaraz żadna nie będzie mu pasować… Zawsze coś nie tak…” – Synku, chodź na obiad – zawołała z kuchni pani Elżbieta. Denis ucieszył się na maminy barszcz. – Dziękuję, mamusiu, jak zawsze pysznie. – Lepiej byś to mówił własnej żonie, a nie mnie… – westchnęła ciężko. – Mamo… – Denis wypił kompot i chciał wychodzić. – Poczekaj synku… Przypomniało mi się. Byłam kiedyś u wróżki. I powiedziała mi od razu, iż twój los to słodko-gorzkie szczęście. – Oj mamo, nie wierz… – uśmiechnął się Denis. … Denis miał w życiu różne kobiety, żadna na dłużej. … Inga była mądra i dojrzała, dawała dobre rady starszemu od niej Denisowi. Z czasem traktował ją tylko jak koleżankę. … Pola miała ośmioletniego synka. Denis nie potrafił się z nim dogadać, choć była piękna, ale trudna. Brakowało spokoju i stabilizacji. … Weronika była ideałem. Denis chciał się z nią żenić, zamieszkał choćby w jej mieszkaniu. Jednak pewnego dnia zastał ją z dawnym kolegą… Denis wrócił do mamy. Postanowił, iż zostanie samotnikiem. – Najlepszy związek – z samym sobą – żartował. – Nie wierzę, iż nie znajdziesz swojej miłości… – wzdychała matka. A jednak – los zaskoczył. W pociągu podczas delegacji zamienił się miejscem z kobietą. Nic szczególnego, a jednak serce zabiło mocniej… – Larysa – przedstawiła się. – Denis. Rozmowa trwała całą noc. Wymienili się numerami na wszelki wypadek… Potem spotkania, pocałunki, obietnice… Denis nie wiedział, jak żył wcześniej bez niej – a już miał czterdzieści lat! Po trzech miesiącach poprosił Larysę o rękę. – Denis, jestem od ciebie starsza o siedem lat, mam troje dzieci. Mieszkamy w akademiku… – wyznała bez ogródek. – I jestem wdową. – Wiem o wszystkim, jestem gotów. Kocham was wszystkich – odpowiedział Denis. – Dobrze, spróbujmy – zawstydziła się Larysa. – Nie próbować, tylko być razem już zawsze! – objął ją Denis. Matka tylko westchnęła: – Wybrałeś sobie… Zupełnie niepozorna… … Dziewięć miesięcy później urodziło się słońce – córeczka ze specjalnymi potrzebami. Denis martwił się o Larysę, by nie złamała się pod ciężarem świata. Teraz ich córka ma osiem lat, rodzina kocha ją nad życie. Denis uwielbia Larysę. Słodko-gorzkie, ale prawdziwe szczęście…
To koniec PGNiG. Na fakturze za gaz zobaczysz logo innej, znanej firmy
To domowe toffee wygrywa z kupnymi kremami. Jedz bez wyrzutów sumienia
WOŚP na Żywiecczyźnie: Sztab z Węgierskiej Górki rozbił bank!
Na żywca… W tej polskiej rodzinie każdy żył własnym życiem. Tata Aleksander, oprócz żony, miał kochankę, czasem choćby niejedną. Mama Ewelina, podejrzewając męża o zdrady, również nie grzeszyła moralnością – lubiła spotkania poza domem ze swoim żonatym kolegą z pracy. Dwaj synowie praktycznie wychowywali się sami; nikt specjalnie nie zajmował się ich edukacją, więc najczęściej wałęsali się bez celu. Ewelina upierała się, iż szkoła powinna odpowiadać za dzieci. Cała rodzina spotykała się w kuchni przy niedzielnym obiedzie wyłącznie po to, by gwałtownie i w ciszy zjeść, a potem rozejść się do swoich spraw. Tym sposobem wszyscy tkwili w swoim zepsutym, grzesznym, ale słodkim świecie, aż do dnia, gdy nastąpiła tragedia… Gdy młodszy syn, Denis, miał dwanaście lat, tata po raz pierwszy zabrał go do garażu jako pomocnika. Podczas gdy Denis oglądał narzędzia, Aleksander na chwilę wyszedł do kolegów samochodziarzy. Wtem z garażu buchnęły czarne kłęby dymu i pojawił się ogień. (Okazało się potem, iż Denis przypadkowo przewrócił włączoną lampę lutowniczą na kanister z benzyną.) Ludzie osłupieli z przerażenia. Aleksander rzucił się do płonącego garażu – wyniósł na rękach nieprzytomnego, poparzonego syna. Całą odzież Denisa strawiły płomienie, nieuszkodzona została tylko twarz, którą chłopiec przykrył rękami. Wezwano straż pożarną i karetkę; chłopiec przeżył. Natychmiast trafił na stół operacyjny. Po wielogodzinnym oczekiwaniu lekarz oświadczył rodzicom: – Robimy wszystko, co się da. Wasz syn jest w śpiączce. Ma jeden na milion szans na przeżycie. Medycyna jest tu bezradna, ale jeżeli Denis znajdzie w sobie wolę życia, może wydarzy się cud. Aleksander i Ewelina pobiegli do pobliskiego kościoła. Lał deszcz jak z cebra, ale przerażeni rodzice modlili się żarliwie do św. Mikołaja. Złożyli obietnice, postawili krzyż na wszystkich romansach i zaczęli życie od nowa… Następnego dnia Denis wybudził się ze śpiączki. Rodzice czuwali przy jego szpitalnym łóżku. – Mamo, tato, proszę was, nie rozstawajcie się – wyszeptał Denis. – A moje dzieci będą miały wasze imiona. Dzięki poświęceniu rodziców chłopiec powoli wracał do zdrowia; cały wysiłek i majątek rodziny został przeznaczony na jego leczenie. Pożar pochłonął garaż i samochód, który też mógłby się przydać, ale najważniejsze – syn żył. Rodzina zjednoczyła się wokół wspólnego nieszczęścia. Minął rok. Denis był już w ośrodku rehabilitacyjnym, gdzie zaprzyjaźnił się z rówieśniczką Marysią, która również ucierpiała w pożarze. Ona zaś wstydziła się swoich blizn na twarzy, unikała luster. Między Denissem a Marysią narodziła się szczera przyjaźń, potem miłość. Cały wolny czas spędzali razem, łączyło ich podobne przeżycie bólu, rozpaczy i samotności w szpitalu. Z czasem Denis i Marysia wzięli skromny ślub i doczekali się dwóch dzieci – córki Aleksandry i po trzech latach syna Eugeniusza. Gdy rodzina na chwilę odetchnęła od nieszczęść, Aleksander i Ewelina postanowili się rozstać – zarówno tragedia syna, jak i własne wewnętrzne wypalenie sprawiły, iż para była emocjonalnie wyczerpana. Ewelina wyjechała do siostry na wieś, wcześniej prosząc w świątyni o błogosławieństwo księdza proboszcza, który przez całe lata towarzyszył rodzinie w trudnych chwilach i zawsze przypominał: – Ewelino, dziękuj Bogu, nie mnie! Nie pochwalał wyjazdu Eweliny, ale radził jej: – Jak musisz, odpocznij. Czasem samotność pomaga duszy. Ale pamiętaj – małżeństwo to jedność! Aleksander został sam w pustym mieszkaniu. Syny z rodzinami mieszkali osobno, a dziadkowie i babcie odwiedzali wnuki na zmianę, unikając się nawzajem. Każdy odnalazł swój spokój…
Były mąż przyniósł kwiaty dla pojednania, ale nie przeszedł dalej progu
Zawołałam przez okno: — Mamo, czemu tak wcześnie? Zmarzniesz! — Odwróciła się, pomachała łopatą: — Dla was, leniuchy, się staram! — Następnego dnia mamy już nie było… Wciąż nie potrafię spokojnie przechodzić obok naszego podwórka… Za każdym razem, gdy widzę tę ścieżkę, serce ściska się jak w garści. To ja zrobiłam to zdjęcie drugiego stycznia… Po prostu szłam, zobaczyłam ślady na śniegu — i się zatrzymałam. Zrobiłam zdjęcie, sama nie wiem po co. A teraz to jedyna pamiątka tamtych dni… Sylwestra spędzaliśmy, jak zawsze, całą rodziną. Mama już od rana trzydziestego pierwszego krzątała się w kuchni. Obudził mnie zapach kotletów i jej głos: — Córeczko, wstawaj! Pomóż mi zrobić sałatki, bo tata znowu zje pół składników zanim skończymy! Zeszłam na dół w piżamie, z rozczochranymi włosami. Stała przy kuchni w swoim ulubionym fartuszku w brzoskwinie, który dostała ode mnie jeszcze w liceum. Uśmiechała się, policzki czerwone od piekarnika. — Mamo, daj chociaż kawę wypić najpierw — jęknęłam. — Kawa później! Najpierw sałatka jarzynowa! — zaśmiała się, podała mi miskę z warzywami. — Kroisz drobno, jak lubię. Nie takie klocki jak ostatnio. Kroiłyśmy i rozmawiałyśmy o wszystkim. Opowiadała mi, jak w jej dzieciństwie Nowy Rok świętowało się — bez egzotycznych sałatek, za to zawsze była śledź pod pierzynką i mandarynki, które dziadek przynosił z pracy po znajomości. Potem tata wszedł z choinką — ogromną, aż pod sufit. — No i co, kobiety, przyjmujecie królową lasu? — wołał dumnie z progu. — Tato, ty chyba cały las wyciąłeś? — pisnęłam. Mama spojrzała i tylko rozłożyła ręce: — Ładna, ale gdzie ją postawić? W zeszłym roku była mniejsza. Ale i tak pomogła przy ubieraniu. Z siostrą Lenką wieszałyśmy lampki, a mama znalazła stare ozdoby — te z mojego dzieciństwa. Pamiętam, jak wzięła szklanego aniołka i cicho powiedziała: — Tego kupiłam ci na pierwszy Nowy Rok. Pamiętasz? — Pewnie, iż pamiętam, mamo — skłamałam. W rzeczywistości nie pamiętałam, ale pokiwałam głową. Tak się cieszyła, iż pamiętam tę małą ozdobę… Brat przyjechał wieczorem — jak zawsze z hukiem, siatkami i prezentami. — Mamo, mam już dobre szampana! Nie to co w zeszłym roku — kwaśny był. — Synku, tylko żebyście się nie opili, — śmiała się mama, tuląc go mocno. O północy wyszliśmy na podwórko. Tata z bratem odpalali fajerwerki, Lenka piszczała z radości, a mama stała obok mnie, mocno obejmując ramieniem. — Zobacz, córeczko, jakie piękno — szeptała. — Jakie dobre mamy życie… Objęłam ją: — Mamy najlepsze życie, mamo. Piliśmy szampana z butelki na zmianę, śmialiśmy się, gdy petarda poleciała obok szopy sąsiadów. Mama, już trochę wstawiona, tańczyła w filcowych kapciach pod „Wśród nocnej ciszy”, tata uniósł ją na rękach, wszyscy rechotaliśmy do łez. Pierwszego stycznia leniuchowaliśmy. Mama znów gotowała — już pierogi i galarety. — Mamo, no starczy już! Roztyjemy się na Nowy Rok! — narzekałam. — Przestaniesz, Nowy Rok świętuje się cały tydzień! — machała ręką. Drugiego stycznia wstała rano, jak zwykle. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi, spojrzałam przez okno — była na podwórku, z łopatą. Odśnieżała ścieżkę, w starym puchowym płaszczu, chustka na głowie. Porządnie — od bramki aż do schodów, wąziutka, równa ścieżka. Śnieg zsuwała pod ścianę, tak jak lubiła. Zawołałam przez okno: — Mamo, czemu tak wcześnie? Zmarzniesz! Odwróciła się, pomachała łopatą na powitanie: — Bo wy, leniuchy, do wiosny po zaspach będziecie brodzić! Idź lepiej czajnik wstaw! Uśmiechnęłam się, wróciłam do kuchni. Wróciła po pół godzinie, z czerwonymi policzkami, błyszczącymi oczami. — Gotowe, teraz porządek — powiedziała, siadając do kawy. — Fajnie wyszło, prawda? — Wyszło, mamo. Dziękuję. To był ostatni raz, gdy słyszałam jej energiczny głos. Trzeciego stycznia rano obudziła się i cicho powiedziała: — Dziewczyny, coś mnie kłuje w piersi. Nie mocno, ale dziwnie. Natychmiast się zaniepokoiłam: — Mamo, zadzwonić po pogotowie? — Oj, przestań, córciu. Przemęczyłam się. Tyle się kręciłam i gotowałam. Położę się i przejdzie. Położyła się na kanapie, my z Lenką przy niej. Tata pojechał po leki do apteki. Mama jeszcze żartowała: — Nie patrzcie na mnie tak jakby świat się kończył. Ja jeszcze was wszystkich przeżyję. A potem nagle zbladła, złapała się za pierś. — Ojej… niedobrze mi… bardzo niedobrze… Zadzwoniliśmy po karetkę. Trzymałam ją za rękę, szeptałam: — Mamusiu, wytrzymaj, zaraz przyjadą, będzie dobrze… Spojrzała na mnie, wyszeptała ledwo słyszalnie: — Córeczko… was wszystkich tak kocham… Nie chcę się żegnać. Lekarze przyjechali szybko, ale już nic nie mogli zrobić. Rozległy zawał. Wszystko trwało kilka minut. Siedziałam na podłodze w korytarzu i wyłam. Nie wierzyłam. Jeszcze wczoraj tańczyła pod fajerwerkami, śmiała się… Ledwo na nogach wyszłam na dwór. Śnieg prawie nie padał. I zobaczyłam jej ślady. Te same — małe, równe, prościutkie. Od bramki do schodów i z powrotem. Takie, jakie zawsze zostawiała. Stałam i patrzyłam bardzo długo. Pytałam Boga: „Jak to możliwe, iż jeszcze wczoraj człowiek chodził po ziemi, zostawiał ślady… a dzisiaj już go nie ma? Ślady są, człowieka nie ma!” Wydawało mi się, jakby 2 stycznia wyszła po raz ostatni — żeby zostawić nam czystą ścieżkę. Żebyśmy mogli po niej przejść, już bez niej. Nie pozwoliłam zamieść tych śladów. Wszystkim kazałam zostawić je w spokoju. Niech będą, dopóki śnieg sam ich nie zasypie na zawsze. To ostatnia rzecz, którą mama dla nas zrobiła. Jej zwykła troska o nas była widoczna choćby wtedy, gdy już jej nie było. Po tygodniu śniegu napadało dużo. Przechowuję to zdjęcie maminych ostatnich śladów. Co roku, trzeciego stycznia, na nie patrzę, potem na pustą ścieżkę przed domem. I boli tak bardzo, wiedząc, iż gdzieś pod tym śniegiem — ona zostawiła swoje ostatnie ślady. Te, którymi wciąż za nią idę…
Cud w Sylwestra, czyli jak Petruś zapomniał o prezencie pod choinkę i jak biały kotek oraz dwóch bezdomnych uratowali święta w rodzinie Kowalskich
Racuchy będą rumiane i delikatne jak biszkopt. Zmień jeden produkt
Wygląda jak remont, ale kosztuje ułamek ceny. Zmiana w kuchni bez gruzu i hałasu
GROŹBA HOŁOWNI. TUSK STRACI WIĘKSZOŚĆ?
Żyj zdrowo – chleb
Zapiekanki z kaszą gryczaną. Z dodatkiem mięsa lub warzyw. Prosto, zdrowo i na każdą porę roku
Ten pojemny air fryer ma aż 18 funkcji! Smaży, piecze, grilluje, a choćby robi popcorn
Bez tej przyprawy dziadek choćby nie zaczynał marynować mięsa. Pachnie tak, iż zapomnisz o bazylii i oregano
Najlepsze restauracje na walentynki 2026 – romantyczne adresy w Warszawie
26.01.2026 Żyj zdrowo – chleb
Dlaczego grzebałeś w moim laptopie? – Tajemnica przed obcym spojrzeniem.
Dom Magdy Gessler to eksplozja kolorów. Restauratorka odpoczywa na łożu godnym królowej
Pocztowy znaczek… — Irek odszedł od Kasi — mama westchnęła ciężko. — Jak to? — nie mogłam uwierzyć. — Sama nie rozumiem. Był miesiąc na delegacji, wrócił jak nie swój. Powiedział Kasi: „Przepraszam, kocham inną”. Mama zamyśliła się, patrząc w dal… — Naprawdę tak powiedział? To chyba jakiś żart… Okropne — zaczęłam się złościć na szwagra Irka. — Dzwoniła Sonia, mówiła, iż mama źle się poczuła, wezwała pogotowie. Okazało się, iż Kasia dostała nerwowego zaburzenia połykania — mama zamyśliła się ponownie, mrugając szybko. — Spokojnie, mamo. Kasi szkoda. Szkoda, iż jak to się mówi, wsadziła męża na ołtarzyk i stale mu nadskakiwała. Teraz sama cierpi. Ale Irek na pewno nie traktuje tamtej poważnie. Przecież kocha Kasię i Sonię — nie chciałam wierzyć w to, co słyszę… …A przecież Irek i Kasia byli szaleńczo w sobie zakochani. Pobrali się po dwóch miesiącach znajomości. Urodziła im się córka Sonia. Ich życie było spokojne, poukładane… aż tu nagle wszystko runęło. Lawina z gór… Oczywiście od razu pobiegłam do siostry. O trudnych rzeczach trudno się rozmawia, zwłaszcza z bliskimi… — Kasieńko, jak to możliwe? Irek choćby się wytłumaczył? Oszalał? — zasypałam ją pytaniami. — Sama nie rozumiem. Skąd ta kobieta? Może go zauroczyła? Irek jak opętany do niej pobiegł, nie można go zatrzymać. Powiedział tylko: „Kasia, życie musi płynąć, a nie wyciekać”. Rzucił rzeczy do torby i wyszedł. Mam wrażenie, jakby mnie ktoś przetarł twarzą po szutrze. Nic nie rozumiem… — łzy leciały jej ciurkiem po policzkach. — Spokojnie, Kasiu. Poczekajmy, może twój uciekinier się opamięta. Zdarza się. — Przytuliłam płaczącą siostrę. …Uciekinier nie wrócił. Irek urządził się w innym mieście. Z nową żoną. Ksenia była o osiemnaście lat starsza. Ta różnica wieku im nie przeszkadzała. „Dusza nie ma wieku” — mówiła często Ksenia. Irek był oczarowany drugą żoną. Stała się jego życiowym drogowskazem. Charakter miała niełatwy… Potrafiła być kochająca, ale i lodowata. Była wolna, dzika. Umiała mówić słodkie słowa, ale i ciąć bezlitośnie. Irek ją uwielbiał. Ciągle pytał: — Gdzie ty byłaś wcześniej, moja Ksenia… Szukałem cię pół życia… …A Kasia w tym czasie postanowiła mścić się na wszystkich facetach. Była piękna. Oglądały się za nią i kobiety, i mężczyźni. W pracy zaczęła romans z szefem. Zawróciła mu w głowie. — Kasieńko, wyjdź za mnie. Złotem cię obsypię. — Nie chcę za mąż, Dymitrze, już się naczekałam… Lepiej jedźmy nad morze, Sonię chcę podleczyć. — Pewnie, kochana… Sławek był prostszy. Pomagał w domu, zrobił remont u Kasi. O ślubie mowy nie było. Miał żonę i dzieci… Kasia wodziła obu za nos… O miłości nie było mowy, pomagali jej żyć, po prostu… Najbardziej tęskniła za Irkiem. Śnił się jej po nocach. Budziła się w łzach. Wspomnienia nie dawały spokoju. „Jak odpiąć od siebie człowieka? Czym zawiniłam? Byłam cicha, uległa, dbałam o wszystko, nigdy się nie kłóciliśmy…” …Minęły lata. Kasia wciąż lawirowała między szefem a Sławkiem… …Kiedy Sonia miała dwadzieścia lat, postanowiła odwiedzić ojca. Kupiła bilet na pociąg. Po drodze zastanawiała się, jak zacząć rozmowę z rozbijaczką małżeństw, Ksenią. Dotarła do innego miasta. …Zadzwoniła do drzwi. — Pewnie jesteś Zosia — w drzwiach stanęła intrygująca kobieta. „Mama o wiele ładniejsza” — pomyślała Sonia. — A pani to Ksenia? — Tak, zapraszam. Tata zaraz będzie, nie ma go w domu. — Ksenia zaprosiła ją do kuchni. — Co u was słychać? Jak Kasia? — Ksenia zaczęła krzątać się przy herbacie. — Ksenia, jak pani się udało rozbić moją rodzinę? Przecież tata kochał mamę, wiem to na pewno. — Sonia spojrzała w oczy Kseni. — Zosieńko, nie na wszystko w życiu mamy wpływ. W miłości nie ma gwarancji. Bywa, iż jedna przypadkowa chwila zmienia wszystko. Jakby niebo poprzestawiało ludzi. Czasem musisz zmienić partnera w tańcu, nie potrafię tego wyjaśnić — Ksenia usiadła zmęczona. — Ale czy naprawdę nie można się powstrzymać? Co z lojalnością wobec rodziny… — Sonia nie rozumiała Kseni. Przeszyła ją wzrokiem. — Nie można, dziecko — odpowiedziała krótko Ksenia. — Dziękuję za szczerość — Sonia nie napiła się kawy. — Zosiu, a chcesz figlarną radę? Facet to jak znaczek pocztowy — im częściej na niego plujesz, tym mocniej się przykleja — Ksenia zaśmiała się — W ogóle, z mężczyzną raz musisz być stalą, raz aksamitem… A poza tym, pokłóciliśmy się mocno z twoim ojcem. — Dziękuję za radę. Czy mogę poczekać na tatę? — Nie wiem. Od tygodnia mieszka w hotelu. Dam ci adres — Ksenia zapisała coś na kartce. — Proszę. Sonia ucieszyła się z takiego obrotu sprawy. Będzie mogła spokojnie, sam na sam porozmawiać z ojcem. — Do widzenia. Dziękuję za kawę — Zosia wyszła pospiesznie. …Znalazła hotel. Zapukała do ojca. Irek ucieszył się na jej widok. — Zosiu, miałem dziś wrócić… Sam wiesz, kłótnia i te sprawy… — Tato, to wasza sprawa. Ja tylko chciałam cię zobaczyć — Sonia delikatnie ujęła go za rękę. — Jak u was? — zapytał nieco niezdarnie Irek. — W porządku, tato. Przyzwyczaiłyśmy się żyć bez ciebie — Sonia westchnęła. …Spędzili miły wieczór w hotelowym pokoju, cicho rozmawiali, śmiali się, płakali… — Tato, ty kochasz tę Ksenię? — zapytała nagle Zosia. — Bardzo. Wybacz, córciu — odpowiedział pewnie Irek. — Rozumiem. Czas na mnie, zaraz mam pociąg — pożegnała się dziewczyna. — Przyjeżdżaj, Zosiu. Przecież jesteśmy rodziną — spuścił wzrok Irek. — Jasne, jasne… — Sonia wymknęła się z hotelu. …Po powrocie do domu postanowiła stosować się do rady Kseni. Nie kochać, nie przywiązywać się, nie wierzyć pustym męskim słowom. Pluć na nich… …Ale kilka lat później pojawił się TEN mężczyzna. Krzysiek. Był stworzony tylko dla Soni. Przysłany przez samo niebo… Sonia wiedziała to od razu. Przeczuwała… Kiedy spotkasz swoje, wszystko inne traci smak… Krzysiek objął swoją kobietę sercem i nie wypuścił. Dotknął jej duszy… Sonia zakochała się do szaleństwa, bez żadnych warunków… Znaczek pocztowy: Historia Kasi, którą opuścił mąż, córki Soni szukającej własnej drogi i kobiet, które szukają szczęścia po polsku
„Niech leci sama. Może ją tam ukradną” – zmarszczyła brwi teściowa Duszny wieczór tuż przed wakacjami powinien był być wypełniony lekkim podekscytowaniem i przyjemnym zamieszaniem. Ale w mieszkaniu Antoniego i Alicji atmosfera była napięta. W samym środku salonu, niczym pomnik niepokoju, stała pani Stanisława, matka Antoniego, ściskając pilota od telewizora. – Nie pozwolę! Oszaleliście?! – jej głos, przyzwyczajony do wydawania poleceń w pokoju nauczycielskim (była emerytowaną polonistką), zabrzmiał chłodno i ostro. Na ekranie zatrzymał się kadr z kolejnego sensacyjnego reportażu: ponury prowadzący, na tle mapy Azji Południowo-Wschodniej, rysował czerwone strzałki zagrożeń. Alicja, pakując walizki z zadziwiającym dla takiej atmosfery spokojem, tylko cicho westchnęła. Ten scenariusz znała na pamięć. Antoni z twarzą pełną cierpliwego znużenia próbował zabrać głos. – Mamo, daj już spokój! To są bzdury! Przecież jedziemy do normalnego hotelu, na wycieczkę… – Bzdury?! – pani Stanisława rozłożyła ręce, a pilot prawie wyleciał jej z dłoni. – Antoni, przejrzyj w końcu na oczy! Albo cię Aliśka wykończy! W Tajlandii… tam co drugi jest handlarzem ludźmi! Wyślą cię po piwo do jakiejś dziury, to już nie wrócisz! Wytną ci nerkę, wątrobę, wszystko co się da i wywiozą w lodówce! A ją – wskazała teatralnym gestem na Alicję – sprzedadzą do burdelu albo zrobią z niej niewolnicę! W telewizji pokazywali reportaż! Alicja przestała pakować ubrania. Spojrzała zaskoczona na panią Stanisławę, wytrzymując pauzę, której Antoni nigdy by nie zniósł. – Pani Stanisławo – głos Alicji był cichy, ale zdecydowany. – Naprawdę wierzy pani, iż każdy Taj to mafioso z dyplomem transplantologa, a przy okazji sutener? – Nie kpij! Nie masz żadnych argumentów! W telewizji mówili! Jadą tam naiwni, szukający egzotyki, a potem rodzina dostaje paczkę z ich organami w słoiku po ogórkach! Antoni przetarł dłonią twarz. – Mamo, to programy dla emerytów. Straszą was, żebyście oglądali dalej, nakręcają sztuczną grozę. Turystów są tam miliony… – I tysiące giną bez wieści! – ripostowała Stanisława. – A ty, Alicjo, bilety już kupione? Nie oddasz? – Oczywiście, iż kupione. Nie zamierzam oddawać, – odparła spokojnie Alicja. – Dwa lata zbieraliśmy na ten wyjazd. Czytałam opinie, rezerwowałam przez sprawdzone biuro podróży. Nie będziemy włóczyć się nocą po slumsach. Hotel, plaża w Pattayi, tajskie jedzenie… – Jeszcze wam tam czegoś dosypią do zupy i do widzenia – mruknęła teściowa. – Antoni, synku, opamiętaj się. Niech leci sama, skoro tak jej się spieszy do kłopotów. Jej problem, jej ryzyko. Ty zostań tu, zdrowy i cały. Matczyne serce czuje zagrożenie. Zawisła ciężka, dusząca cisza. I wtedy Alicja powiedziała coś, co przez lata kumulowało się w jej wnętrzu: – W porządku, – stwierdziła, zatrzaskując walizkę. – Ma pani rację, pani Stanisławo. Ryzyko to szlachetna rzecz. Polecę sama. – Alicja! Zwariowałaś?! – Antoni zamarł. – Słyszałeś, co mówi mama. Jej serce czuje niebezpieczeństwo. Nie chcę mieć twoich nerek na sumieniu. Ty zostaniesz – będziesz pił herbatę i oglądał rewelacje o światowym spisku. A ja… – uśmiechnęła się lodowato – pojadę w ten „tajski horror” sama. Pani Stanisława wyglądała na triumfującą i lekko zdezorientowaną. Dopięła swego, ale gotowość synowej do samotnego wyjazdu wytrąciła ją z równowagi. – I dobrze, sama sobie winna, – mruknęła, już bez dawnego zapału. – Skoro tego chcesz. Antoni próbował jeszcze przekonywać żonę, ale Alicja była nieugięta. Ostatnią noc przed wylotem spędzili leżąc tyłem do siebie. – Może się rozmyślisz? – zapytał w końcu. – Nie. ***** Samolot wylądował w Bangkoku, a fala ciepła i egzotycznego aromatu objęła Alicję jak kołdra. Strach? Nie, tylko zmęczenie i rosnąca ciekawość. Zgodnie z planem chodziła po ulicach, podziwiając uśmiechniętych ludzi i błyszczące świątynie, jadła pyszne uliczne przysmaki. Nikt nie próbował jej okraść ani porwać. Uprzejmi sprzedawcy na bazarach jedynie zachęcali do targowania się o dziesięć bahtów. Wysłała do wspólnego czatu z Antonim i… panią Stanisławą (której zależało na relacji na bieżąco) zdjęcie: uśmiechnięta z koktajlem owocowym na tle lazurowego morza. Podpis: „Organy na miejscu. Propozycji pracy w burdelu jeszcze nie było. Czekam!” Antoni odsyłał emotki-serduszka, Stanisława czytała i milczała. Potem Alicja pojechała na północ, do Cziang Mai. Tam, w rodzinnym guesthousie, gdzie starsza Tajka o imieniu Nok uczyła ją robić autentyczny pad-thai, stało się coś niezwykłego. Nok, mówiąca łamanym angielskim, okazała się zaskakująco podobna do pani Stanisławy. Starsza kobieta przejmowała się losem córki, która wyjechała pracować do Seulu. – Ona tam całkiem sama, zimno tam, ludzie się nie uśmiechają, jedzenie dziwne – narzekała Nok, mieszając makaron. – W telewizji mówili: tam promieniowanie w powietrzu i wszyscy są niemili! Alicja spojrzała na jej zatroskaną twarz i wybuchnęła śmiechem. Śmiała się tak długo, aż pociekły jej łzy. Nok patrzyła zaintrygowana. Wtedy Alicja, obrazkami w telefonie i prostymi słowami, opowiedziała jej o pani Stanisławie, o telewizji, o organach i handlu ludźmi. Nok słuchała z szeroko otwartymi oczami, po czym sama zaczęła się śmiać – dźwięcznie, jak dzwoneczek. – Ach te matki! – zawołała. – Na całym świecie jesteśmy takie same! Boimy się tego, czego nie znamy. Telewizor i u nas gada bzdury! Wieczorem Alicja zadzwoniła przez wideo nie do Antoniego, a prosto do Stanisławy. Ta wyglądała na zmęczoną i wycofaną. – No co? Żywa? – rzuciła bez wstępów. – Cała i zdrowa, wszystkie organy na miejscu, proszę spojrzeć. Alicja obróciła kamerę na taras, niosąc tackę z herbatą i owocami; wyszła Nok. Uśmiechnęła się szeroko, widząc surową polską twarz na ekranie. – Dzień dobry! – zawołała wesoło Nok. – Pani synowa jest świetna! Dobrze gotuje! Nie ma się czym martwić, dopilnuję jej! Żadnego handlu ludźmi! – i objęła Alicję ramieniem. Stanisława milczała, patrzyła to na wesołą Tajkę, to na spokojną, opaloną Alicję. – I… organy? – wydusiła wreszcie, mniej pewnie. – Wszystko na miejscu, – roześmiała się Alicja. – choćby apetyt wrócił! Pani Stanisławo, tu jest pięknie, ludzie są dobrzy. Nok mówi, iż jej córka w Korei, a ona boi się, bo w telewizji mówili, jacy tam źli i zimno. Zapadła długa cisza. – Daj mi ją do telefonu, tę… Nok. Alicja podała aparat. Dwie kobiety, oddzielone tysiącami kilometrów i różnicą kultur, rozmawiały przez dziesięć minut. Nie rozumiały słów, ale chyba rozumiały się bez nich. Nok kiwała, śmiała się. Twarz Stanisławy łagodniała. Kończąc rozmowę, ta choćby spróbowała się uśmiechnąć – nieporadnie, ale już bez maski lęku. Po rozłączeniu Antoni napisał sms: „Mama właśnie wyłączyła telewizor. Powiedziała: Dość tej paniki. Zapytała, kiedy wrócisz”. Alicja nie odpisała od razu. Spojrzała na gwiazdy nad Cziang Mai. Potem zrobiła zdjęcie, na którym ona i Nok uśmiechnięte stoją objęte; wysłała je na czat. Podpis: „Mam sojuszniczkę. Jutro lecę na paralotni. W razie czego – nerki całe. Całus!” Powrót do Polski był spokojny. Na lotnisku czekał Antoni, a nieco z boku, z bukietem jaskrawych astrów, pani Stanisława. Nie rzuciła się na szyję, ale też nie zrobiła awantury. Chrząknęła, podała kwiaty. – No i co, żyjesz? – Jak widać. I choćby bez nowych właścicieli… – No dobra już… – mruknęła teściowa. – Opowiesz, jak tam… A ta twoja Nok, co słychać? Po drodze Alicja opowiadała o świątyniach, jedzeniu, życzliwych ludziach i zabawnych sytuacjach. Stanisława słuchała i czasem pytała. Telewizor w salonie milczał. W czarnym ekranie odbijały się trzy sylwetki: mąż obejmujący żonę i teściowa, która po raz pierwszy spojrzała na świat nie przez pryzmat strachu z telewizji, ale oczami tej, która była „w samym piekle” i wróciła nie tylko cała, ale i szczęśliwa. Wieczorem przy herbacie Stanisława cicho, jakby na próbę, rzuciła: – Za rok… może i ja bym z wami pojechała? Tylko nie do takich dzikich miejsc… Antoni z Alicją wymienili porozumiewawcze uśmiechy. To było zaskoczenie: Stanisława spojrzała na wszystko zupełnie inaczej. Jednak kilka dni później przyszła w odwiedziny i od progu, czerwona i rozemocjonowana, oświadczyła: – Nigdzie z wami nie jadę! Tobie, Alicja, po prostu się fartnęło! Widziałam w telewizji, ilu ludzi niedawno odzyskali z niewoli! Nie chcę tam trafić! – Jak tam sobie pani życzy, – wzruszyła ramionami Alicja. – Antoni, ty też nie musisz tam jechać. Po Polsce można równie fajnie jeździć, – podsumowała dumnie Stanisława. Syn pokręcił głową, ale już nie dyskutował, wiedząc, iż to walka z wiatrakami.
Zdecydowało zaledwie 26 głosów. Miasto podzielone w sprawie nocnej prohibicji
Jabłka do szarlotki zagęszczam „metodą na sypko”. To prosty, babciny sposób, by kruche ciasto nie namokło