Kuchnia

Jak dopasować stół prostokątny rozkładany do wymiarów jadalni?
Kiedy teściowa oznajmiła: „W tym domu ja decyduję”, klucze już leżały w kryształowej misie. Najgorsze w niektórych kobietach to nie zło, a przekonanie, iż wszystko im się należy. Moja teściowa była jedną z tych pań: zawsze nienaganna, zawsze „w porządku”, z takim uśmiechem, iż jeżeli jej nie znasz, pomyślisz: „Jaka miła kobieta…”. Ale znający wiedzą – ten uśmiech to zamek: nie wpuszcza do środka. Tamtego wieczoru przyszła z ciastem, które pachniało nie słodyczą, ale demonstracją. Nie zadzwoniła. Nie zapytała. Po prostu weszła – swoim kluczem. Tak, miała klucz. To była pierwsza „normalność”, jaką mój mąż nazwał rodzinną tradycją. W jego świecie „rodzina” znaczyło: „Ja tu rządzę”. Znosiłam to długo – nie z bezsilności, ale z wiary, iż mąż w końcu zrozumie, iż granice to nie fanaberia, ale oddech. Ale są mężczyźni, którzy nigdy nie dorastają – uczą się tylko unikać konfliktów, aż to kobieta zaczyna kończyć sprawy sama. Teściowa weszła, zdjęła płaszcz i ogarnęła salon wzrokiem inspektora. „Zasłony są zbyt ciemne – tłumią światło”, rzuciła. Ciągłe „ty, ty, ty”, jakbym była tu lokatorką. Spokojnie się uśmiechnęłam: „Lubię je”. Zamilkła, jakby nie wierzyła, iż mogę mieć własny gust. „Porozmawiamy później,” powiedziała i poszła do kuchni – do moich szafek, moich przypraw, moich kubków, niczym kontroler w swoim królestwie. Mąż stał przy telewizorze, udając zajętego telefonem. Ten sam, który w towarzystwie jest lwem, a w domu tapetą. – Kochanie, twoja mama przyszła – rzuciłam spokojnie. – Tak, tak, tylko na chwilę – wymamrotał, jakby przepraszając przede wszystkim siebie. Teściowa wyciągnęła z torebki złożoną kartkę – nie dokument urzędowy, ale na tyle oficjalną, by wzbudzić niepokój. „Oto zasady” – oznajmiła, kładąc kartkę na stole. W swoim własnym domu. Spojrzałam: punkty, numeracja. „Sprzątanie – co sobotę do południa.” „Odwiedziny tylko po uzgodnieniu.” „Planowanie jadłospisu na tydzień.” „Rozliczanie wydatków.” Nie drgnęłam. Mąż zerknął… i zrobił to najgorsze – nie oburzył się, nie powiedział „Mamo, wystarczy”. Powiedział: „Może to dobry pomysł… będzie porządek.” Tak właśnie umiera miłość – nie z powodu zdrady, ale przez brak kręgosłupa. Patrzyłam na niego z łagodną ciekawością. „Naprawdę?” – zapytałam. Uśmiechnął się słabo. „Po prostu… nie chcę napięcia.” Właśnie. By nie było napięcia – odda klucz matce, nie żonie. Teściowa usiadła na fotelu jak królowa. „W tym domu potrzebny jest szacunek, a szacunek zaczyna się od dyscypliny.” Wzięłam kartkę, obejrzałam, odłożyłam – bez teatru. „Bardzo zorganizowane.” Jej oczy rozbłysły – myślała, iż wygrała. „Tak trzeba, to dom mojego syna. Nie pozwolę na chaos.” I wtedy wypowiedziałam zdanie, które było pierwszą rysą w jej władzy: „Dom nie jest własnością mężczyzny. Dom to przestrzeń, w której kobieta musi oddychać.” Teściowa się spięła. „Nowoczesne myślenie… Ale tu nie serial.” Uśmiechnęłam się: „Właśnie. Tu życie.” Nachyliła się, pierwszy raz jej głos był ostry: „Słuchaj, przyjęłam cię. Tolerowałam. Ale jeżeli chcesz tu mieszkać, będzie po moich zasadach.” Mąż westchnął ciężko, jakby problem leżał we mnie. Wtedy padła decydująca fraza: „W tym domu ja decyduję.” Cisza. We mnie nie była burza. Była decyzja. Spokojnie odpowiedziałam: „Dobrze.” Uśmiechnęła się zwycięsko. Wstałam. Poszłam do szafki w przedpokoju – tam, gdzie trzymaliśmy klucze. Były dwa komplety – mój i „zapasowy”, jej. Lubiła go mieć jak medal. Wtedy zrobiłam coś niespodziewanego. Wyjęłam z kredensu kryształową misę – prezent ślubny, nigdy nieużywaną. Postawiłam ją na stole. Włożyłam tam wszystkie klucze. Mąż mrugnął: – Co robisz? – szepnął. Odpowiedziałam cicho, bez emocji: – Kiedy pozwoliłeś swojej mamie kontrolować nasz dom, postanowiłam odzyskać władzę. Teściowa zerwała się: – Co ty sobie wyobrażasz?! Spojrzałam na misę. – Symbol – odparłam. – Koniec dostępu. Podbiegła, sięgnęła po klucze. Położyłam dłoń na misie, lekko. – Nie – powiedziałam. To „nie” nie było obraźliwe. Było ostateczne. Mąż wstał: – Daj jej klucz, jeszcze pogadamy. „Jeszcze pogadamy”. Jakby moja wolność była tematem na wtorek. Spojrzałam mu w oczy: – „Jeszcze” to twoje każde zdradzone słowo wobec mnie. Teściowa sykła: – Wyrzucę cię stąd! Uśmiechnęłam się – pierwszy raz szczerze: – Nie wygania się kobiety z domu, który już w myślach opuściła. I wtedy padło symboliczne zdanie: – Drzwi nie zamyka klucz. Zamyka decyzja. Wzięłam misę. Podeszłam do drzwi. Przy ich spojrzeniu, bez krzyku, dostojnie, wyszłam. Nie uciekłam. Wyszłam z taką godnością, iż tamci zostali w środku jak statyści w scenie, w której już nie są głównymi postaciami. Na zewnątrz było chłodno. Ale nie drżałam. Telefon zadzwonił. Mąż. Nie odebrałam. Po chwili sms: „Proszę, wróć. Ona tak nie myślała.” Uśmiechnęłam się. Oczywiście, „nie myślała”. Zawsze nie myślą, gdy zaczynają przegrywać. Następnego dnia zmieniłam zamek. Tak, zmieniłam – nie z zemsty, ale w ramach nowych zasad. Wysłałam im wiadomość: „Od dziś w tym domu można wejść tylko na zaproszenie.” Teściowa nie odpisała. Ona potrafi milczeć tylko, gdy przegra. Mąż przyszedł wieczorem – stał pod drzwiami bez klucza. I wtedy zrozumiałam: są tacy mężczyźni, którzy wierzą, iż kobieta zawsze otworzy. I są kobiety, które w końcu wybierają siebie. Weszła jak pani domu. Wyszłam jako właścicielka własnego życia. ❓A Ty… gdyby ktoś wszedł do twojego domu z roszczeniami i kluczem, czy byś to znosiła, czy odłożyła klucze do misy i wybrała wolność?
„1+1 gratis” dla wszystkich. Promocja bez limitów w Biedronce już trwa!
Kluski kładzione robię po włosku. Kuszą kolorem i mięciutkim ciastem
Te produkty za 1gr klienci pakują do wózka. Promocja w Lidlu tylko do jutra
Pierwsza taka restauracja w mieście! Powstanie w wielkim centrum handlowym pod Łodzią
Oddałam mieszkanie córce i zięciowi, a teraz śpię na polowym łóżku w kuchni. Leżałam słuchając, jak za ścianą śmieją się i stukają kieliszki – pewnie znów otworzyli wino. Ja byłam tu, między garnkami i zapachem wczorajszej zupy. Bałam się choćby obrócić, żeby nie przeszkadzać. Nie chcieli, żebym przeszkadzała, więc starałam się być niewidzialna – wychodziłam wcześnie, wracałam wieczorem, a oni bawili się w salonie, przez który musiałam przechodzić do kuchni… Mam 64 lata. Całe życie byłam nauczycielką, córkę wychowałam sama, mieszkanie dostałam jeszcze za PRL-u, potem wykupiłam – dwa pokoje, dobre miejsce koło metra, mój dom, całe moje życie. Ale gdy córka wyszła za mąż, nie mieli gdzie mieszkać, więc oddałam im mieszkanie. Podarowałam, nie na chwilę, nie w testamencie, tylko naprawdę. Myślałam: będziemy razem, pomogę, będę babcią. Na początku było dobrze – jedliśmy wspólnie, rozmawialiśmy, jak rodzina. Potem coś się zmieniło. W końcu powiedzieli, iż potrzebują mój pokój na gabinet, a ja „tymczasowo” mam spać w kuchni. Tymczasowo już cztery miesiące. Prosiłam, iż mnie boli, iż zimno, iż ciężko, ale zawsze słyszałam: „Wytrzymaj jeszcze trochę”. Po moim pokoju pojawiły się drogie fotele i sprzęty, a ja wieczorami liczyłam, ile razy skrzypnie łóżko, gdy się przekręcę. Coraz bardziej czułam się intruzem – nie w swoim domu. Usłyszałam, jak za ścianą mówią o mnie: o tym, iż przeszkadzam, iż nie planowali, żebym z nimi mieszkała zawsze, o tym, czy nie powinnam iść do domu spokojnej starości. Wtedy zrozumiałam – wychowałam dziecko, oddałam wszystko i zostałam tą „trzecią, niepotrzebną”. Poszłam na spacer, zmarzłam, myślałam. Wróciłam i kolejnego dnia poprosiłam o poważną rozmowę. Powiedziałam, iż nie chcę dużo – tylko mojego pokoju, łóżka, żeby nie czuć się obco. Oddałam im dom, ale nie po to, by spać między kuchenką a lodówką. I po raz pierwszy mnie wysłuchali. Odzyskałam pokój. Polowe łóżko zniknęło, ja znów spałam normalnie. Wtedy coś zrozumiałam – pomagać dzieciom to miłość, oddać im wszystko to samozatracenie. Nie można oddać całego siebie, choćby tym, których się najbardziej kocha – bo bez niczego łatwo stać się „niepotrzebnym”. A Wy co sądzicie – czy rodzic powinien poświęcić wszystko dla dziecka, czy jest granica, za którą traci się własną godność?
Thanks to funding from the Lebanon Humanitarian Fund (LHF) United Nations OCHA Lebanon, our contract…
Światowy boom na koreański makaron. W tle K-pop i inflacja
Pojechała z mężem na narty. "To była jedna wielka porażka"
Tani, szybki i sycący gulasz. Mięso w nim jest delikatne i po brzegi napakowane żelazem i białkiem
Żona Tomasza Jakubiaka ujawniła jego ostatnie słowa. To wyznanie chwyta za serce
Ania odwiedzała ją co drugi dzień. Przynosiła jedzenie i wodę, zostawiała przy łóżku i odchodziła bez słowa.
Lubię tatara na ostro. Ten „transylwański” robi u mnie furorę
Co zrobić z koncentratem pomidorowym po otwarciu słoika? Z tym trikiem nic się nie zmarnuje
Kiedy nie mam ochoty piec, robię to ciasto. Było hitem PRL-u
Tak faworki robiły nasze babcie i prababcie. To najbardziej klasyczny i najlepszy sposób
Nie wszystko do plastiku. Sprawdź, gdzie wyrzucić opakowania po jedzeniu
Kupujesz pączki z Biedronki? Zdziwisz się, co jest w środku
Z życia wzięte. "Bardzo kocham moją mamę, ale jej decyzja jest poza wszelkim rozsądkiem": Moja 55 letnia matka postanowiła wyjść za mąż
To koniec wiercenia w kafelkach. Bez silikonu, bez śrub, nowy sposób rozwiązuje problem
Setne urodziny pani Elżbiety z Pietrzykowic
Prawidłowe korzystanie z kanalizacji sanitarnej
— Nie masz tu po co siadać do stołu. Ty masz nam podawać! — oznajmiła teściowa Stałam przy kuchence w ciszy poranka — w pogniecionej piżamie, z niedbale związanymi włosami. Pachniało tostami i mocną kawą. Przy stołku obok stołu siedziała moja 7-letnia córka, zapatrzona w blok rysunkowy, zawzięcie malując kolorowe zawijasy flamastrami. — Znowu te swoje dietetyczne chlebki robisz? — dobiegł mnie głos za plecami. Podskoczyłam. W drzwiach stała teściowa — kobieta o kamiennej twarzy i głosie nieznoszącym sprzeciwu. W szlafroku, z włosami spiętymi w kok, ustami zaciśniętymi w cienką linię. — Ja wczoraj na obiad jadłam, co się nawinęło! — ciągnęła dalej, klepiąc ściereczką w brzeg stołu. — Ani zupy, ani normalnego jedzenia. Umiesz zrobić jajka? Po ludzku, a nie po tych twoich… nowomodnych pomysłach! Wyłączyłam kuchenkę i otworzyłam lodówkę. W klatce piersiowej ścisnęła mnie spirala złości, ale ją przełknęłam. Nie przy dziecku. I nie tu, gdzie każdy centymetr zdawał się powtarzać „Jesteś tu tylko na chwilę.” — Zaraz będzie — wydusiłam z wysiłkiem i odwróciłam się, by nie widziała, jak mi drży głos. Moja córka nie odrywała wzroku od flamastrów, ale kątem oka obserwowała babcię — cicho, skulona, czujna. „Zamieszkamy z moją mamą” Kiedy mąż zaproponował, iż zamieszkamy z jego mamą, brzmiało to rozsądnie. — Zamieszkamy u niej — tylko na chwilę. Maksymalnie dwa miesiące. Mieszka blisko mojej pracy, a niedługo dostaniemy kredyt. Ona nie ma nic przeciwko. Wahałam się. Nie dlatego, iż byłam z teściową w konflikcie. Nie. Byłyśmy uprzejme, ale ja znałam prawdę: dwie dorosłe kobiety w jednej kuchni — to pole minowe. A teściowa była osobą, która miała maniakalną potrzebę porządku, kontroli i moralnych ocen. Wybór adekwatnie nie istniał. Stare mieszkanie gwałtownie sprzedaliśmy, nowe dopiero się urządzało. I tak całą trójką wprowadziliśmy się do dwupokojowego mieszkania teściowej. „Tylko na chwilę.” Kontrola stała się codziennością Pierwsze dni minęły spokojnie. Teściowa była wręcz uprzejma, choćby dodała krzesełko dla dziecka i poczęstowała nas szarlotką. Ale już trzeciego dnia zaczęły się „zasady”. — U mnie w domu jest porządek — oznajmiła podczas śniadania. — Wstaje się o ósmej. Buty tylko na półkę. Zakupy — ustalamy. I telewizor ciszej, bo jestem wrażliwa na hałas. Mąż machnął ręką i uśmiechnął się: — Mamo, jesteśmy tu na chwilę. Wytrzymamy. Kiwałam głową w milczeniu. Ale słowo „wytrzymamy” zaczęło brzmieć jak wyrok. Znikałam Minął tydzień. Potem kolejny. Reżim był coraz ostrzejszy. Teściowa zdjęła rysunki córki ze stołu: — Przeszkadzają. Zdjęła kraciasty obrus, który przyniosłam: — Niepraktyczny. Moje płatki śniadaniowe zniknęły z półki: — Stoją za długo, pewnie się popsuły. Szampony „przełożyła”: — Żeby mi się tu nie plątały. Czułam się nie jak gość, a jak ktoś pozbawiony głosu i prawa do opinii. Moje jedzenie było „niewłaściwe”. Moje zwyczaje — „zbędne”. Moje dziecko — „za głośne”. A mąż ciągle to samo: — Wytrzymaj. To mieszkanie mamy. Ona zawsze taka była. Ja… dzień po dniu traciłam siebie. Coraz mniej zostało ze spokojnej, pewnej siebie kobiety. Zostało tylko ciągłe dostosowywanie się i milczenie. Życie według cudzych zasad Codziennie wstawałam o szóstej, żeby pierwsza zająć łazienkę, ugotować owsiankę, przygotować dziecko… i uniknąć ataków teściowej. Wieczorem robiłam dwie kolacje. Jedną dla nas, jedną, „jak trzeba”, dla niej. Bez cebuli. Potem z cebulą. Potem tylko w jej garnku. Potem tylko na jej patelni. — Ja nie wymagam wiele — mówiła z wyrzutem. — Tylko po ludzku. Jak należy. Dzień, w którym upokorzenie stało się publiczne Pewnego ranka zdążyłam właśnie przemyć twarz i nastawić czajnik, gdy teściowa weszła do kuchni, jakby to było zupełnie normalne, iż wchodzi się bez pytania. — Dzisiaj przychodzą moje koleżanki. O drugiej. Jesteś w domu, więc przygotujesz stół. Ogóreczki, sałatka, coś do herbaty — zwyczajnie. U niej „zwyczajnie” oznaczało stół jak na święta. — A… nie wiedziałam. Produkty… — Kupisz. Zrobiłam ci listę. Nic trudnego. Ubrałam się i poszłam do sklepu. Kupiłam wszystko: kurczaka, ziemniaki, koperek, jabłka na szarlotkę, herbatniki… Wróciłam. I zaczęłam gotować — bez przerwy. Na drugą wszystko było gotowe: stół zastawiony, kurczak upieczony, sałatka świeża, szarlotka rumiana. Przyszły trzy emerytki — zadbane, trzymające się prosto, pachnące czasami młodości. I już w pierwszej minucie wiedziałam, iż nie jestem „gościem.” Jestem „obsługą”. — Podejdź, podejdź… usiądź tu przy nas — uśmiechnęła się teściowa. — Będziesz nam podawać. — Podawać? — powtórzyłam. — No co? My już niemłode. Tobie nie będzie ciężko. I oto znowu ja: z półmiskiem, z łyżkami, z chlebem. „Podaj herbatę.” „Daj cukier.” „Sałatka się skończyła.” — Kurczak trochę suchy — mruczała jedna. — Szarlotkę spiekłaś — dołożyła druga. Zaciskałam zęby. Uśmiechałam się. Zbierałam talerze. Dolewałam herbatę. Nikt nie spytał, czy chcę usiąść. Albo złapać oddech. — Jak dobrze, iż jest młoda gospodyni! — powiedziała teściowa ze sztucznym ciepłem. — Wszystko na niej stoi! I wtedy… coś we mnie pękło. Wieczorem powiedziałam prawdę Kiedy goście wyszli, pozmywałam, posprzątałam resztki, wyprałam obrus. Usiadłam na brzegu kanapy z pustą filiżanką w ręce. Za oknem zapadał zmierzch. Dziecko spało skulone w kłębek. Mąż siedział obok — wpatrzony w telefon. — Słuchaj… — powiedziałam cicho, ale stanowczo. — Ja już nie mogę. Podniósł wzrok, zdziwiony. — Mieszkamy tu jak obcy. Ja tu tylko usługuję wszystkim. A ty… widzisz to w ogóle? Nie odpowiedział. — To nie jest dom. To jest życie, w którym ja ciągle się dostosowuję i milczę. Jestem tu z dzieckiem. Nie wytrzymam kolejnych miesięcy. Mam dość bycia wygodną i niewidzialną. Pokiwał głową… powoli. — Rozumiem… Przepraszam, iż nie zauważyłem wcześniej. Poszukamy mieszkania. Wynajmiemy cokolwiek… byle było nasze. I zaczęliśmy szukać już tego samego wieczoru. Nasz dom – choćby najmniejszy Mieszkanie było małe. Właściciel zostawił stare meble. Linoleum trzeszczało. Ale gdy przekroczyłam próg… poczułam ulgę. Jakbym wreszcie odzyskała głos. — No, jesteśmy — westchnął mąż i postawił torby. Teściowa nie powiedziała nic. choćby nie próbowała nas zatrzymać. Nie wiem, czy się obraziła, czy zrozumiała, iż przesadziła. Minął tydzień. Poranki zaczęły się od muzyki. Córka rysowała na podłodze. Mąż robił kawę. A ja patrzyłam na nich i się uśmiechałam. Bez stresu. Bez pośpiechu. Bez „wytrzymaj”. — Dziękuję ci — powiedział któregoś ranka, obejmując mnie mąż. — Że nie przemilczałaś wszystkiego. Spojrzałam mu w oczy: — Dziękuję, iż mnie usłyszałeś. Nasze życie dalekie było od ideału. Ale to był nasz dom. Na naszych warunkach. W naszym hałasie. W naszym życiu. I to było prawdziwe. ❓A Ty jak sądzisz: gdybyś była na miejscu tej kobiety, wytrzymałabyś „na chwilę”, czy uciekłabyś już w pierwszym tygodniu?
Ta babka wygląda jak deser z cukierni. Zamiast kolejnego suchego ciasta robię włoską ciambellę
Fosta lui” (translated directly as „Była jego”)
MAZUREK: SZEJNA - ZEGAREK, WÓDKA, POBICIE KOBIETY, CHIŃCZYCY
Szparagi solić, krety gubić Księga domowych porad wielkopolskiego dworu
Aksamitny sernik na Dzień Babci i Dziadka robię bez pieczenia. Biorę 2 puszki i wychodzi cudo
Królowało na polskich stołach, a teraz mało kto po nie sięga. To mięso jest zdrowsze od kurczaka
Najlepszy żółty ser. Idealny dla seniorów i dzieci, bo wspiera kości i zęby
McDonald’s w Krośnie zatrudni 5 osób – sprawdź warunki pracy i zarobki
Zmieniłem zdanie co do ślubu Archip, zapalony czterdziestoletni naukowiec, całymi dniami siedzi w laboratorium, pochłonięty pracą nad wyjątkowym ekstraktem z korzeni rzadkiej rośliny i choćby nie zauważa nieśmiałych zalotów młodziutkiej sprzątaczki Zosi. Gdy dziewczyna zaprasza go na herbatę z domową kiełbasą, Archip początkowo nieufnie podchodzi do jej wiejskich przysmaków, jednak gwałtownie pozwala się skusić i zakochuje się w Zosi po uszy. niedługo wybiera się ze swoją ukochaną do jej rodzinnej wioski, by poznać przyszłych teściów. Tam czeka go rodzinna burza: nadopiekuńcza mama Zosi, surowa gospodyni w podomce i walonkach, nie szczędzi mu gorzkich słów, a ojczym dziewczyny okazuje się być młodym, przystojnym mężczyzną. Pomiędzy awanturą, konfliktami i wiejską gościnnością Archip przekonuje się, iż życie z ukochaną na wsi to nie bajka. Skonfrontowany z nieustępliwą rodziną, licznymi absurdami i własnymi wątpliwościami, zaczyna wahać się przed podjęciem decyzji o ślubie z Zośką.
Zawołałam przez okno: — Mamo, czemu tak wcześnie? Zmarzniesz! — Odwróciła się, pomachała łopatą: — Robię to dla was, leniuszki! — A następnego dnia mamy już nie było… Do dziś nie potrafię spokojnie przechodzić obok naszego podwórka… Za każdym razem, gdy patrzę na tę ścieżkę, serce ściska mi się jakby ktoś je ścisnął w dłoni. To ja zrobiłam to zdjęcie drugiego stycznia… Po prostu szłam, zobaczyłam ślady na śniegu — i zatrzymałam się. Zrobiłam zdjęcie, sama nie wiem po co. A teraz to jedyne, co mi zostało z tamtych dni… Nowy Rok spędziliśmy — jak zawsze — całą rodziną. Mama już od rana trzydziestego pierwszego była na nogach. Obudził mnie zapach smażonych kotletów i jej głos z kuchni: — Córeczko, wstawaj! Pomóż mi dokończyć sałatki, bo tata zje wszystkie składniki, gdy nie patrzymy! Schodziłam jeszcze w piżamie, z rozczochranymi włosami. Stała przy kuchence w swoim ulubionym fartuchu w brzoskwinie, który jej kiedyś podarowałam. Uśmiechała się, a policzki miała czerwone od piekarnika. — Mamo, daj mi chociaż kawę wypić! — jęknęłam. — Kawa później! Najpierw sałatka jarzynowa! — zaśmiała się i rzuciła mi miskę z pieczonymi warzywami. — Kroisz drobno, tak jak lubię. Nie takie klocki jak ostatnio! Kroiłyśmy i rozmawiałyśmy o wszystkim. Opowiadała, jak za jej dzieciństwa Nowy Rok się spędzało — bez tych wszystkich sałatek, tylko śledź pod pierzynką i mandarynki, które jej tata przynosił „spod lady”. Potem tata przyszedł z choinką. Wielką, niemal do sufitu. — No, dziewczyny, przyjmujcie piękność! — zakrzyknął dumnie od progu. — Oj, tato, las cały wyciąłeś? — westchnęłam. Mama spojrzała i rozłożyła ręce: — Ładna, ale gdzie my ją postawimy? W zeszłym roku była mniejsza… Ale pomogła ubrać, oczywiście. Z siostrą Lenką wieszałyśmy lampki, a mama wyciągnęła stare bombki — jeszcze z mojego dzieciństwa. Pamiętam, jak wzięła szklanego aniołka i cicho powiedziała: — Tego kupiłam ci na twój pierwszy Nowy Rok. Pamiętasz? — Pamiętam, mamo — skłamałam, ale kiwnęłam głową. Ona aż promieniała, ciesząc się, iż pamiętam tego aniołka… Brat przyjechał wieczorem. Głośno, jak zawsze — z siatkami, prezentami i butelkami. — Mamo, w tym roku mam dobre szampana! Nie jak w zeszłym roku — kwaśne! — Oj, synku, żebyście tylko się nie upili — zaśmiała się i przytuliła go. O północy wyszliśmy wszyscy na podwórko. Tata z bratem puszczali fajerwerki, Lenka piszczała z zachwytu, a mama stała obok, mocno obejmując mnie wpół: — Patrz, córciu, jaka piękność… Jakie dobre mamy życie… Przytuliłam ją. — Najlepsze, mamo. Piliśmy szampana prosto z butelki w kółku, śmialiśmy się, gdy petarda wyleciała w stronę sąsiadów. Mama, trochę „rozgrzana”, tańczyła w walonkach do “Pada śnieg, pada śnieg”, a tata ją uniósł na rękach. Śmialiśmy się wszyscy do łez. Pierwszego stycznia cały dzień leniuchowaliśmy. Mama znowu gotowała — tym razem pierogi i galaretkę. — Mamo, dość już! My już okrąglejemy! — marudziłam. — Nic nie szkodzi, dojedziecie. Przecież Nowy Rok tydzień się świętuje! — machała ręką. Drugiego stycznia znów wcześnie wstała, jak zwykle. Usłyszałam, jak trzasnęły drzwi, spojrzałam przez okno — ona już na podwórzu, z łopatą, odśnieża dróżkę. W starym puchowym płaszczu, chusta na głowie. Wszystko dokładnie — od furtki do ganku — wąska, równa ścieżka. Zgarniała śnieg pod ścianę domu, jak lubiła. Zawołałam przez okno: — Mamo, czemu tak wcześnie? Zmarzniesz! Odwróciła się, pomachała łopatą: — Bo wy, leniuszki, po zaspach do wiosny chodzić będziecie! Idź lepiej wstaw czajnik! Uśmiechnęłam się i poszłam do kuchni. Wróciła po pół godzinie, policzki czerwone, oczy błyszczą. — Już, porządek zrobiony — powiedziała, usiadła na kawę. — Dobrze wyszło, prawda? — Dobrze, mamo. Dziękuję. To był ostatni raz, gdy tak pogodnie słyszałam jej głos. Trzeciego stycznia rano powiedziała cicho: — Dziewczynki, coś mnie w piersi kłuje. Nie mocno, ale nieprzyjemnie. Od razu zmartwiłam się: — Mamo, wezwać pogotowie? — Daj spokój, córeczko… Przemęczyłam się, tyle gotowałam. Położę się — przejdzie. Położyła się na kanapie, a my z Lenką siedziałyśmy obok. Tata pojechał do apteki po tabletki. Mama jeszcze żartowała: — Nie patrzcie tak tragicznie… Jeszcze was wszystkich przeżyję. Nagle pobladła. Złapała się za pierś. — Ojej… bardzo mi źle… Pojechała karetka, trzymałam ją za rękę, szeptałam: — Mamusiu, wytrzymaj, zaraz przyjadą, będzie dobrze… Spojrzała na mnie i wyszeptała: — Córuś… tak was wszystkich kocham… Nie chcę się żegnać. Lekarze byli szybcy, ale… już nic nie mogli zrobić. Rozległy zawał. Wszystko trwało kilka minut. Siedziałam na podłodze w korytarzu i wyłam. Nie mogłam uwierzyć. Jeszcze wczoraj tańczyła pod fajerwerkami, dziś… Ledwo trzymając się na nogach wyszłam na podwórko. Śnieg prawie nie padał. Zobaczyłam ślady mamy. Te małe, równe kroki. Od furtki do ganku i z powrotem. Takie, jakie zawsze zostawiała. Stałam i patrzyłam długo. Zadawałam Bogu pytanie: „Jak to możliwe — jeszcze wczoraj człowiek chodził po ziemi, zostawiał ślady, a dziś już go nie ma? Ślady są, a jej… nie ma!” Wydawało mi się, iż wyszła wtedy ostatni raz — żeby nam zostawić oczyszczoną ścieżkę. Żebyśmy mogli nią przejść bez niej. Nie zamietliśmy tych śladów. Wszystkich poprosiłam, by nie ruszali ich. Niech zostaną, aż śnieg zasypie je na zawsze. To ostatnie, co mama dla nas zrobiła. Jej codzienna troska był widoczna choćby wtedy, gdy już jej nie było… Po tygodniu spadło mnóstwo śniegu. Przechowuję tamto zdjęcie z ostatnimi śladami mamy. Co roku trzeciego stycznia patrzę na nie, potem na pustą już dróżkę przy domu. I tak boli… wiedzieć, iż gdzieś pod tym śniegiem — ona zostawiła swoje ostatnie ślady. Te, po których wciąż za nią idę…
Wiera wracała do domu objuczona ciężkimi torbami z zakupami, myśląc o kolacji i dzieciach. Przed blokiem zobaczyła karetkę – przestraszyła się o męża, ale okazało się, iż to do starszej sąsiadki, pani Niny, którą zabierali do szpitala. Nina poprosiła Wierę, by zaopiekowała się jej kotką i dała jej numer telefonu do swojej córki, z którą była od lat skłócona. Wiera wahała się, ale zadzwoniła do córki Niny, która nie chciała o matce słyszeć. Wiera poruszona opowiedziała jej o stracie własnej mamy i o tym, jak istotny jest kontakt, póki można. Przed Nowym Rokiem Nina wróciła do domu, a towarzyszyła jej… córka. Obie pojednały się dzięki słowom Wier y. Wieczorem córka przyszła do Wier y z ciastem, opowiadając, jak rozmowa z sąsiadką otworzyła jej oczy i pomogła wrócić do matki. Wiera pomyślała o własnej mamie i postanowiła nigdy nie zaniedbywać tych ważnych więzi.
Nieoczekiwany Przyjazd i Prawda, Której Nigdy Nie Chciałem Poznać
Tego nie wolno odgrzewać w mikrofalówki. Niektóre produkty mogą eksplodować
Tę tanią i aromatyczną zupę nasze babcie gotowały w mroźne dni. Młodsze pokolenie o niej zapomniało
Kominiarz wlepi zakaz użytkowania, a sąsiad pozwie Cię za smród i czad. Wystarczy, iż zrobisz ten błąd
Pączki w wersji "light" są hitem. Pulchne, pachnące i przepyszne
Igorze, bagażnik się otworzył! Zatrzymaj samochód! – krzyczała Marina, ale już wiedziała, iż wszystko przepadło… Torebki z prezentami i drogimi smakołykami, na które oszczędzali przez dwa miesiące – czerwona ikra, łosoś, pieczona szynka i cały zapas pyszności przygotowany na wyjazd do babci Igora do wiejskiej chaty na święta – wysypały się na trasę za Warszawą i zostały rozjechane przez kolejne auta, zanim zdążyli się zatrzymać. Dzieci były roztrzęsione, a atmosfera zepsuta… Dopiero na miejscu wita ich babcia Maria z sąsiadką Zosią, opowiadając o swoim złym przeczuciu i modlitwie za ich szczęśliwy powrót. Święta w rodzinnym gronie ratuje domowe jedzenie, ciepło i bliskość. Tymczasem w oddalonej wsi, gdzie mieszka samotny dziadek Stefan i jego siostry, znajdują porzuconą torbę z zagubionymi prezentami – dla nich to cud i nieoczekiwane szczęście. Nie warto żałować straconych rzeczy, bo może właśnie to uratowało rodzinę od większego nieszczęścia, a euforia przyniosło innym, którzy bardzo jej potrzebowali.
Nie wpuścili córki do domu — Dlaczego jej nie wpuściliście? — odważyła się w końcu zapytać Weronika, dręczona tym pytaniem od dawna. — Przecież wcześniej zawsze ją wpuszczaliście… Mama uśmiechnęła się z goryczą. — Bo się o ciebie boję, Nika. Myślisz, iż nie widzimy, jak się kulisz w kącie, kiedy twoja siostra wpada do domu w środku nocy? Jak chowasz podręczniki, żeby ci ich nie zniszczyła? Ona patrzy na ciebie i się wścieka. Irytuje ją, iż jesteś „normalna”. Ciebie jeszcze czeka inne życie, a ona swoje już dawno utopiła na dnie butelki… Weronika wtuliła głowę w ramiona, zamierając nad otwartym zeszytem — w pokoju obok znowu zaczynała się awantura. Ojciec choćby nie zdjął kurtki — stał na środku przedpokoju, ściskając w ręce komórkę i wrzeszcząc. — Nie wciskaj mi kitu! — ryknął do słuchawki. — Na co wydałaś wszystko? Dwa tygodnie po wypłacie! Dwa tygodnie, Larysa! Z kuchni wychyliła się Tatiana. Przez chwilę przysłuchiwała się monologowi męża, potem zapytała cicho: — Znowu? Walerian tylko machnął ręką i przełączył telefon na głośnik — przez aparat poniosły się łkania. Starsza siostra Weroniki miała wyjątkowy „dar” – potrafiła rozczulić choćby kamień. Ale rodzice po latach męczarni byli już zahartowani. — Co to znaczy „on cię wyrzuca”? — Walerian zaczął przemierzać wąski korytarzyk. — Słusznie robi. Kto by wytrzymał to twoje wieczne „bycie nieprzytomną”? Patrzyłaś kiedyś w lustro? Masz trzydzieści lat, a wyglądasz jak zbity pies. Weronika ostrożnie uchyliła drzwi swojego pokoju na kilka centymetrów. — Tato, proszę… — łkanie nagle ucichło. — On wyniósł moje rzeczy na klatkę schodową. Nie mam dokąd iść. Na dworze leje, zimno… Przyjadę do was, dobrze? Na kilka dni, tylko się prześpię… Mama drgnęła, jakby chciała sięgnąć po telefon, ale Walerian gwałtownie się odwrócił. — Nie! — uciął stanowczo. — Nie będzie cię tutaj, choćby duchem. Umówiliśmy się ostatnim razem? Umówiliśmy. Po tym jak zastawiłaś w lombardzie telewizor, gdy byliśmy na działce, drzwi tego mieszkania są dla ciebie zamknięte! — Mamo! Powiedz mu coś! — zakrzyczała do słuchawki Larysa. Tatiana ukryła twarz w dłoniach. Jej ramiona zaczęły drżeć. — Larysa, jak to możliwe… — wyszeptała matka, nie patrząc na męża. — Przecież jeździliśmy z tobą do lekarzy. Przecież obiecałaś. Miało wystarczyć na trzy lata po ostatnim leczeniu. Nie wytrzymałaś choćby miesiąca! — Te wasze terapie to bujda! — warknęła Larysa, a jej ton momentalnie zmienił się z żałosnego na agresywny. — Tylko kasę z was ciągną! Jest mi źle, rozumiecie? W środku wszystko mi płonie, nie mogę oddychać! A wy o jakimś telewizorze… To jego żal! A ja wam kupię nowy! — Za co go kupisz? — Walerian znieruchomiał, wpatrując się w jeden punkt na ścianie. — Za co, skoro wszystko przehulałaś? Znów pożyczyłaś od swoich „kumpli”? Albo wyniosłaś coś z mieszkania tego swojego… jak mu tam? — Nieważne! — wrzasnęła Larysa. — Tato, nie mam gdzie mieszkać! Chcecie, żebym spała pod mostem? — Idź do schroniska. Gdzie chcesz, — głos ojca stał się lodowato spokojny. — Do nas nie wejdziesz. Wymienię zamki, jeżeli zobaczę cię przy klatce. Weronika siedziała na łóżku, obejmując kolana ramionami. Zwykle w takich chwilach, kiedy starsza doprowadzała rodziców do furii, gromy leciały rykoszetem na nią. — A ty czego siedzisz? Znów w telefonie? Cała matka! Taka sama nieudacznica wyrośniesz! — słyszała te słowa przez ostatnie trzy lata. Ale dziś o niej zapomnieli. Nikt nie krzyczał, nikt się nie wyzłośliwiał. Ojciec rzucił słuchawkę, rozebrał się i rodzice przenieśli się do kuchni. Weronika cicho zeszła do korytarza. — Walerian, tak się nie da — lamentowała matka. — Ona przepadnie. Całkiem przepadnie. Wiesz, jaka jest, jak wtedy wraca… Nie panuje nad sobą. — To ja mam za nią panować? — ojciec z hukiem postawił czajnik na kuchence. — Mam pięćdziesiąt pięć lat, Tania. Chcę wrócić do domu i po prostu usiąść w fotelu. Nie chcę ukrywać portfela pod poduszką! Nie chcę słuchać skarg sąsiadów, iż widzieli ją na klatce z jakimiś podejrzanymi typami i iż ich zwyzywała! — To nasza córka — powiedziała matka cicho. — Była córką do dwudziestu lat. Teraz to stworzenie, które wysysa z nas życie. To pijaczka, Tania. Tego się nie da wyleczyć, jeżeli sama nie chce. A ona nie chce. Jej taki los pasuje. Wstaje, znajdzie sobie piwko, wleje i zapomni! Telefon odezwał się ponownie. Rodzice na moment zamilkli, potem rozległ się głos ojca. — Słucham. — Tato… — znów dzwoniła Larysa. — Siedzę na dworcu. Tu chodzi policja, zgarną mnie stąd, jak zostanę. Proszę… — Słuchaj mnie uważnie, — przerwał jej ojciec. — Nie wrócisz do domu. Kropka. — To mam sobie coś zrobić? — w głosie Larysy zabrzmiało wyzwanie. — Chcecie, żeby zadzwonili do was z prosektorium?! Weronika zamarła. To był jej stary chwyt – Larysa wyciągała tę kartę, gdy kończyły się inne argumenty. Dawniej działało. Matka płakała, ojciec łapał się za serce, dawali kasę, wpuszczali do domu, karmili, myli. Ale dziś ojciec nie poddał się manipulacji. — Nie strasz — powiedział. — Za bardzo siebie lubisz. Zrobimy tak. — Jak? — Larysa przez chwilę miała nadzieję. — Znajdę ci pokój. Najtańszy, na peryferiach. Opłacę pierwszy miesiąc. Dam trochę pieniędzy na jedzenie. Tyle. Dalej radzisz sobie sama. Znajdziesz pracę, przestaniesz balować — będziesz żyć. Nie — za miesiąc wylądujesz na ulicy i już mnie to nie obchodzi. — Pokój?! Zwykły pokój, nie mieszkanie? Tato, sama nie dam rady. Boję się. I… tam mogą być jacyś podejrzani ludzie. Poza tym jak mam mieszkać na wynajmie, bez niczego? choćby pościeli nie mam, wszystko zostało u niego! — Matka zbierze pościel do torby. Zostawi u portiera. Odbierzesz sobie. Do mieszkania nie wchodzisz, ostrzegam. — Wy potwory! — znów rozdarła się Larysa. — Rodzice własnej córki na wygnanie! Do jakiejś nory! Sami się gnieździcie w trzypokojowym, a ja mam jak szczur po kontach się chować?! Mama nie wytrzymała, chwyciła telefon. — Larysa, zamknij się! — wrzasnęła tak, iż Weronika aż podskoczyła. — Ojciec mówi mądrze! To twoja ostatnia szansa. Albo pokój, albo ulica. Decyduj teraz, bo jutro nie będzie już nic! W słuchawce zapadła cisza. — Dobrze — burknęła w końcu Larysa. — Przysyłajcie adres. I przelejcie pieniądze… na kartę, jestem głodna. — Nie będzie przelewu — odparł Walerian. — Kupię jedzenie i zostawię w torbie. Wiem, na jaką „jedzenie” je wydasz. Rozłączył się. Weronika uznała, iż pora przejść do kuchni udając, iż chce się napić. Spodziewała się, iż teraz oberwie rykoszetem całą zgromadzoną złość. Ojciec popatrzy na jej koszulkę i powie, iż wygląda jak niechluj. Matka zarzuci jej, iż nic ją nie obchodzi — przecież mają taki problem, a ona jakby nigdy nic się po domu pałęta. Ale rodzice choćby głów nie odwrócili. — Weronik — powiedziała cicho matka. — Tak, mamo? — W szafie, na górnej półce, są stare prześcieradła i poszewki. Wyjmij je proszę i złóż do tej niebieskiej torby z komórki. — Dobrze, mamo. Weronika poszła wykonać polecenie. Znalazła torbę, wysypała jakiś grat. Nie mogła pojąć: jak Larysa wytrzyma sama? Ona choćby zupki nie umie ugotować. A jej nałóg… Weronika wiedziała, iż siostra bez butelki nie wytrzyma choćby dwóch dni. Weronika wróciła do pokoju rodziców, stanęła na stołku i zaczęła wyciągać pościel. — Nie zapomnij ręczników! — zawołał z kuchni ojciec. — Już spakowałam — odpowiedziała Weronika. Widziała, jak ojciec przeszedł do przedpokoju, założył buty i wyszedł bez słowa. prawdopodobnie pojechał szukać tej „nory”. Weronika weszła do kuchni. Mama siedziała w tej samej pozycji. — Mamo, może ci podać tabletkę? — spytała cicho Weronika. Mama popatrzyła na nią. — Wiesz, Nika… — zaczęła dziwnym, bezbarwnym głosem. — Jak była mała, myślałam: wyrośnie, będę mieć pomocnicę. Będziemy o wszystkim razem rozmawiać. A teraz siedzę i myślę… oby tylko nie zgubiła adresu pokoju. Oby tylko dotarła… — Dotarze — usiadła Weronika na skraju stołka. — Ona zawsze jakoś sobie radzi. — Tym razem nie poradzi sobie — pokręciła głową mama. — Ma inne oczy. Martwe. Jakby już nic tam nie zostało. Tylko skorupa, którą trzeba bez przerwy poić tą trucizną. Wiem, jak się jej boisz… Weronika zamilkła. Miała wrażenie, iż rodzice nie doceniali jej strachu, byli zbyt zajęci ratowaniem „straconej” Larysy. — Myślałam, iż macie mnie gdzieś — wyszeptała. Matka pogładziła ją po włosach. — Nie mamy. Po prostu nie mamy już sił. Wiesz, jak w samolocie? Najpierw maskę sobie, potem dziecku. My zakładaliśmy maskę jej przez dziesięć lat. Dziesięć lat, Nika! I kodowaliśmy, i do znachorów jeździliśmy, i do drogich klinik oddawaliśmy. A w końcu… sami prawie się udusiliśmy. W korytarzu rozległ się dzwonek. Weronika podskoczyła. — To ona? — spytała przestraszona. — Nie, tata ma klucze. Pewnie dostawa, tatuś zamówił zakupy. Weronika poszła otworzyć. Kurier przekazał dwa ciężkie siatki. Zaniosła je do kuchni i zaczęła rozpakowywać: kasze, konserwy, olej, herbata, cukier. Nic ponad to, co potrzebne. — Tego nie będzie jeść — powiedziała Weronika, odkładając paczkę kaszy. — Lubi wszystko gotowe. — Jak będzie chciała żyć, to ugotuje — ucięła matka, a w jej głosie wyczuć było dawną stanowczość. — Dość już pobłażania. Z litości ją do grobu wpędzimy. Po godzinie wrócił ojciec. Wyglądał, jakby przepracował trzy zmiany. — Znalazłem — rzucił krótko. — Klucze mam. Właścicielka – starsza, surowa nauczycielka. Od razu uprzedziła: jeżeli poczuje zapach alkoholu lub jakiś hałas – wyrzuci bez gadania. Powiedziałem jej wprost: „może pani wyrzucić od razu”. — Walerian… — westchnęła matka. — Co „Walerian”? Dosyć kłamstw. Niech ludzie wiedzą. Wziął torbę z pościelą, złapał siatki z jedzeniem i skierował się do wyjścia. — Zaniosę wszystko do portiera. Zadzwonię do niej, powiem gdzie odebrać. Weronika, zamknij drzwi na wszystkie zamki. Jak będzie dzwonić na domowy, nie odbieraj. Ojciec wyszedł, a matka zamknęła się w kuchni i rozpłakała. Weronice ścisnęło się serce. Jak to możliwe? Ona sama nie żyje, tylko istnieje, skacząc od jednej butelki do drugiej, a rodzicom nie daje chwili spokoju… *** Nadzieje rodziców się nie spełniły — po tygodniu zadzwoniła właścicielka i powiedziała, iż „lokatorkę” wyrzuciła razem z policją. Larysa przyprowadziła do pokoju trzech mężczyzn i urządziła im nocną balangę. I znów rodzice nie umieli zostawić córki samej — Larysa trafiła do ośrodka odwykowego. Zamkniętego, dobrze strzeżonego — tam obiecali, iż leczą z alkoholizmu przez rok. Może wydarzy się cud?..
Zimna, twarda i nieustępliwa podłoga z marmuru w kuchni. A tam, na tym lodowatym podłożu, siedziała pani Rozalia, 72-letnia kobieta.
Mickiewicz się zachwycał jego "cudną wonią". Taki bigos gotowano w "Panu Tadeuszu"
Nie wiem, jak przekonać synową, iż mój syn cierpi na zapalenie żołądka i potrzebuje specjalnej diety!
Podczas rozwodu żona powiedziała: „Weź wszystko!” — a rok później mąż gorzko pożałował, iż uwierzył Kiedy Ewa spokojnie patrzyła na rozwodowe dokumenty, nie czuła już choćby złości. – Czyli jednak się zdecydowałaś? – zapytał z irytacją Andrzej. – I co dalej? Jak to dzielimy? – Weź wszystko – odpowiedziała cicho, ale stanowczo. – Mieszkanie, działka, samochód, oszczędności. Nie chcę niczego. Nie sądził, iż naprawdę to zrobi. Przez następny rok będzie przeklinał dzień, w którym przyjął jej „prezent”…
Tę zupę gotuję niemal co tydzień. Teść nie może się nachwalić
7 przekąsek „na jeden kęs”, które nie rozmiękają na talerzu. Idealne na imprezę
Zamknij się!” — warknął mąż, rzucając walizkę na podłogę. — „Odchodzę od ciebie i od tego bagna, które nazywasz życiem
Wiele atrakcji na ferie w Radoszycach. Hala Sportowa wypełniła się najmłodszymi mieszkańcami [wideo, zdjęcia]