Kuchnia

"Nie znoszę wizyt mojej teściowej, bo zawsze urządza nam w domu inspekcję": choćby dzieci, gdy słyszą "babcia idzie", od razu zaczynają udawać chore
Faworki bez bicia ciasta wałkiem. Ten jeden składnik zmienia wszystko
Zupa, która stawia na nogi. Klasyczne flaki - smak Warszawy z Różyca
Zagrajcie ze mną dla WOŚP W Europejskim Centrum Astronautów w Kolonii astrona…
Wiera wracała do domu z ciężkimi siatkami pełnymi zakupów, martwiąc się o codzienne obowiązki, gdy zobaczyła pod blokiem karetkę pogotowia – czy to coś stało się jej mężowi? Okazało się jednak, iż zabierają samotną sąsiadkę, panią Ninę, prosząc Wierę, by zaopiekowała się jej kotką i – w razie czego – przekazała wiadomość dawno niewidzianej córce. Wiera wykonuje ten telefon, wywołując poruszającą rozmowę o rodzinnych urazach i tęsknocie za bliskością. Czy Nowy Rok przyniesie szansę na pojednanie między matką a córką? Poruszająca opowieść o sąsiedzkiej pomocy, przebaczeniu i docenieniu rodziny zanim będzie za późno.
Zamknij się!” — warknął mężczyzna, rzucając walizkę na podłogę. — Odchodzę od ciebie i od tego bagna, które nazywasz życiem.
Te owoce należy traktować jak deser. I nie chodzi o banany ani winogrona
Dość tego! – Opowieść o Natalii, która po trzech latach cierpliwości wobec krytykującej teściowej w końcu pokazuje, kto rządzi we własnym domu
— Jeszcze raz nazwiesz mój obiad świństwem, to będziesz jadła na dworze! — warknęła Janina do teściowej
To danie było hitem w PRL-u. Teraz wraca do łask
„Podwieczorki Czwartkowe” - muzyczny Tłusty Czwartek w Pałacu Potockich
Wylicytuj gotowanie z radiowcami. Trwa aukcja WOŚP [ZDJĘCIA]
Sprzedany przyjaciel. Opowieść dziadka I zrozumiał mnie! Wcale nie było wesoło, pojąłem, iż to głupi pomysł. Sprzedałem go. Myślał, iż to zabawa, a potem zrozumiał, iż go sprzedałem. Każde czasy są inne dla wszystkich. Dla jednych all inclusive to niedostatek, innym wystarczy czarny chleb z kiełbasą do syta. Tak i my żyliśmy różnie, bywało różnie. Byłem wtedy mały. Wujek, brat mojej mamy, przyniósł mi szczeniaka owczarka, byłem przeszczęśliwy. Szczeniak od razu się do mnie przywiązał, rozumiał mnie bez słów, patrzył mi w oczy i czekał, czekał aż mu dam komendę. – leżeć – mówiłem, a on kładł się, patrząc mi wiernie w oczy, jakby gotów był dla mnie umrzeć. – służyć – wydawałem komendę, a szczeniak wstawał na grube łapki i czekał, śliniąc się, aż go poczęstuję. A ja nie miałem czym go poczęstować. Sami wtedy głodowaliśmy. Takie to były czasy. Wujek, wujek Staszek, brat mamy, ten sam co przyniósł mi szczeniaka, któregoś dnia powiedział: – No nie martw się, chłopaku, patrz jaki on wierny, oddany. Sprzedaj go, a potem zawołaj – i tak przybiegnie do ciebie. Nikt nie zauważy. A będziesz miał parę groszy, dla siebie i dla mamy, coś dobrego kupisz. Posłuchaj wujka, wiem co mówię. Pomysł mi się spodobał. Nie pomyślałem, iż tak nie wolno. Przecież dorosły radzi, to musi być żart, a kupię coś dobrego. Szepnąłem Wiernemu do ciepłego futrzanego ucha, iż oddam go, a później go zawołam, żeby przyszedł do mnie i uciekł obcym. I on mnie zrozumiał! Szczeknął, iż tak zrobi. Następnego dnia założyłem mu obrożę i poszedłem z nim na dworzec. Tam wszyscy coś sprzedawali: kwiaty, ogórki, jabłka… Z pociągu wysiadali ludzie, zaczynali kupować, targować się. Wyszedłem trochę do przodu, przyciągnąłem psa na smyczy. Ale nikt nie podchodził. Wszyscy już prawie minęli, ale nagle podszedł do mnie jakiś mężczyzna z surową miną: – Ty, chłopaku, po kogo stoisz, a może psa chcesz sprzedać? No, ładny szczeniak, wezmę. I wcisnął mi pieniądze w dłoń. Podałem mu smycz, Wierny pokręcił głową i wesoło kichnął. – No chodź, Wierny, idź, przyjacielu, idź – wyszeptałem – ja cię zawołam, wracaj. I poszedł z tym panem, a ja skrycie śledziłem, dokąd prowadzi mojego psa. Wieczorem przyniosłem do domu chleb, kiełbasę i cukierki. Mama zapytała surowo: – Ukradłeś skądś? – Nie, mamo, rzeczy zanosiłem na dworcu, dali parę groszy. – No dobrze, synku, zjedz i chodź spać, zmęczona jestem. choćby nie spytała o Wiernego — adekwatnie nie miała do niego serca. Wujek Staszek wpadł rano. Szykowałem się do szkoły, choć sam chciałem biec po Wiernego, zawołać go. – No i co – zaśmiał się – sprzedałeś przyjaciela? I potargał mnie po głowie. Uciekłem i nie odpowiedziałem. I tak nie spałem w nocy, a chleba z kiełbasą nie tknąłem — nie wchodziło. Wcale nie było wesoło, zrozumiałem, iż to głupia sprawa. Nie na darmo mama nie lubiła wujka Staszka. – Głupek on, nie słuchaj go – mówiła mi. Chwyciłem tornister i wybiegłem z domu. Do tamtego domu było trzy ulice, pobiegłem bez tchu. Wierny siedział za wysokim płotem, przywiązany grubym sznurem. Wołałem go, ale patrzył smutno, głowę na łapach, merdał ogonem, próbował szczekać, ale głos mu się łamał. Sprzedałem go. Myślał, iż to zabawa, a potem zrozumiał, iż go sprzedałem. Wyszedł właściciel, ostro fuknął na Wiernego. Ten podwinął ogon i wiedziałem, iż klops. Wieczorem znów nosiłem rzeczy na dworcu. Mało płacili, ale zarobiłem potrzebną kwotę. Bałem się, ale podszedłem do furtki i zapukałem. Znajomy pan otworzył: – Aaa, chłopaku, po co przyszedłeś? – Wie pan, ja się rozmyśliłem, tutaj są pieniądze za Wiernego – wyciągnąłem do niego pieniądze, które dał za psa. Spojrzał podejrzliwie, bez słowa wziął pieniądze i rozwiązał sznurek: – Bierz go, chłopaku, tęsknił tu, nic z niego nie będzie na stróża, tylko uważaj, może ci już nie wybaczyć. Wierny patrzył na mnie ponuro. Zabawa zamieniła się dla nas w nauczkę. Potem podszedł, polizał mnie po dłoni i wtulił nos w mój brzuch. Od tego czasu minęło wiele lat, ale zrozumiałem, iż nigdy, choćby w żartach, nie sprzedaje się przyjaciół. A mama bardzo się ucieszyła: – Wczoraj byłam zmęczona, ale potem myślę – a gdzie nasz pies? Przywykłam już, nasz on, Wierny! A wujek Staszek zaczął rzadziej do nas wpadać — jego żarty przestały nam się podobać.
Pismo przeszłości
Igorze, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj auto! – krzyczała Marzena, choć już wiedziała, iż wszystko przepadło! Torby z prezentami i delikatesami, na które odkładali przez dwa miesiące – czerwona ikra, łosoś, drogocenna wędlina, same rarytasy na święta i ciepły pled dla babci – wypadły na trasę, a jadące za nimi samochody z pewnością ich nie zauważyły. Wszystko to miało być na wielki, rodzinny wyjazd do babci Ireny na wieś, gdzie czekała już babcia Maria z sąsiadką Janiną, które pół wieczoru modliły się o szczęśliwy powrót bliskich. Nie wiedzieli, iż te same, zgubione smakołyki i prezenty trafią w świąteczny wieczór do samotnych seniorek – Nadziei, Wery i ich sąsiada pana Józefa, dla których stół tego dnia, dzięki “przypadkowi”, stał się najbogatszy od lat. Szczęście – to być razem, choćby gdy życie przynosi straty!
Zgryźliwa Sąsiadka, czyli wojna o wc, gruszę, kury i męskie serce w polskiej wsi – historia Tamary, Pety „Motorynki” i zazdrosnej Ludzki, która choćby świętych nie oszczędza
Dlaczego grzebałeś w moim laptopie? – Tajemnica spojrzenia nieznajomego.
Ten babciny przepis na faworki jest hitem. Będą idealnie kruche
Smaczne i zdrowe gotowanie bez wysiłku – inteligentny piekarnik sam ustawia temperaturę, parę oraz czas pieczenia
Ogórki drożeją drastycznie. Oto powód
Chrupiące krokiety hiszpańskie mają idealnie aksamitne nadzienie. Środek rozpływa się w ustach jak krem
Kupuję sobie najwyższej jakości mięso z indyka na parowe kotlety, a mężowi podaję przecenioną wieprzowinę po terminie – po trzydziestu latach harówki i opiekowaniu się rodziną, teraz dbam o siebie, a on musi zadowolić się tańszym jedzeniem.
Opolska restauracja w prestiżowym światowym gronie! niedługo nowy lokal
Z automatu sięgamy po rozkłócone jajko. Czym najlepiej posmarować ciasto francuskie?
Przez pięć lat Helena myślała, iż mieszka ze swoim mężem, ale dopiero potem zrozumiała, iż oczekiwała od niego tego samego co od matki – czułości, troski i ciągłego zainteresowania jej życiem.
W ośrodku dla uchodźców Dadaab w Kenii – jednym z najdłużej istniejących osiedli dla uchodźców na świecie – jednym z…
Home office a zdrowie. Jak nie zaniedbać siebie, pracując zdalnie?
"Największym problemem w polskiej pizzy jest ser". Magda Gessler szczerze o pizzy
Odmrożone małżeństwo – Słuchaj, Lenka… Może spróbujemy otwartego związku? – zaproponował ostrożnie Wiktor. – Że co?! – wytrzeszczyła oczy Elżbieta. – Ty chyba żartujesz, Witek? – A co w tym dziwnego? Przecież to teraz modne. W Europie ludzie żyją na luzie, wiesz, urozmaicają sobie życie, ich to podobno zbliża. Sama mówiłaś, iż na diecie trochę słodkiego nie zaszkodzi, bo inaczej człowiek zwariuje. No to właśnie o to mi chodzi, odrobina różnorodności. Elżbieta zamrugała powoli, próbując ogarnąć, co właśnie usłyszała. Porównanie kochanki do czekoladki wydawało się żałośnie głupie. Albo bezczelne. – Witek… – zaczęła. – jeżeli chcesz odejść, odejdź po ludzku. Dam ci wolność, ale mnie w to bagno nie wciągaj. – Lena, no czemu zaraz kłótnia? Przecież cię kocham. Tylko… już się chyba wypaliliśmy, nie iskrzy między nami. Przydałoby się trochę ognia. Śpimy już prawie osobno, rozmawiamy tylko o promocjach w Biedronce i rachunkach za prąd. No nuda. Nam obojgu przydałaby się rewolucja. Ja cię niczym nie ograniczam – możesz pogadać z kimś innym, może się choćby zabawisz. Co w tym złego? Elżbieta zmrużyła oczy. W jednej chwili zrozumiała: Witek kłamie. Nerwowo bębni w stół, nie patrzy jej w oczy… On tej wolności potrzebuje od dawna, nie od dziś. – Powiedz szczerze. Masz już kogoś na oku, tak? I teraz chcesz się usprawiedliwić? – O, no zaczyna się! – wzruszył ramionami Wiktor. – To po co bym cię pytał? Już żałuję, iż w ogóle zacząłem temat. Jesteś jak z poprzedniej epoki, Lena. Dobra, zapomnij… Po tych słowach zebrał się i demonstracyjnie wyszedł, a Elżbieta została sama z myślami. Dwadzieścia pięć lat razem. Dała mu najlepsze lata, przetrwali biedę, jego niekończące się delegacje – które teraz widzi zupełnie inaczej… A teraz on siedzi zadowolony i proponuje jej współudział w zdradzie małżeńskiej. Żeby się „odmulić”… Wygodne słowo. Tę noc spędzili w innych pokojach. Elżbiecie nie udało się zasnąć. Leżała, gapiąc się w sufit, myśląc, gdzie się zagubili. Przecież kiedyś Witek przynosił jej naręcza bzów, tyrał na wesele, cieszył się z narodzin córki. A dziś… Lepiej by już po prostu wyszedł i nie wrócił. Kiedy stracili do siebie drogę? Gdy przestała się malować dla niego w domu? Gdy on raz pierwszy zapomniał o rocznicy, tłumacząc się robotą? Tylko czy to już dziś istotne? Z jednej strony – chciało się po prostu złożyć pozew i zacząć od nowa. Z drugiej – czy tak łatwo wyrzucić z siebie połowę życia? Pomiędzy nimi nie było już ognia, ale była przyzwyczajenie, wspólne mieszkanie i domowy spokój. Dziecko już wyprowadzone, przyszłość coraz bardziej samotna, ale z Wiktorem zawsze ratowali się nawzajem w trudnych czasach. On kiedyś wziął choćby kredyt dla pomocy jej matce, nie każdy mężczyzna by tak postąpił. W środku Elżbiety buzowały żal, lęk, wściekłość. „Może on uważa, iż już nikogo nie znajdę?” – przemknęło jej przez głowę. – „Że będę siedzieć w domu, gotować mu zupki i czekać, aż łaskawie wróci po swoich eskapadach?” O, nie! – Dobrze, – oświadczyła rano mężowi. – niech będzie po twojemu. – To znaczy? – Zgadzam się na twój pomysł otwartego związku. Wiktor mało nie zachłysnął się herbatą. Spodziewał się awantury, a ona spokojnie rzuciła „tak”. – No… no to super. Może ci się choćby spodoba – rzucił i dodał: – Dzisiaj wrócę później. Serce Elżbiety zabolało. Tak wcześnie?.. … Wieczór był szary i cichy. Elżbieta czuła się zgnębiona i porzucona… Jak wycofany ze sprzedaży model telefonu. Spojrzała w lustro. Wyszarzałe oczy, zmarszczki w kącikach, nie taka cera jak kiedyś, ale figura wciąż zadbana, włosy gęste. Może wcale nie jest taka nieatrakcyjna? Może to z Witkiem coś nie tak? Innym podobała się, choćby Andrzej, szef sąsiadującego działu, co szedł z nią do firmy od miesiąca. Przystojny, z lekkimi siwiznami na skroniach, ciepłym basem i szelmowskim spojrzeniem. Od razu ją zauważył: komplementy, otwierał drzwi, przynosił kawę, raz czy dwa zaprosił na lunch, a tydzień temu na kolację w restauracji. – Panie Andrzeju, jestem na szczególnej diecie: „Mężatka” – ucięła wtedy. – Elu, ślub to tylko pieczątka – uśmiechnął się Andrzej. – Ale nic na siłę. Wiktor chce wolności? Oczekuje, iż się rozerwę? No to proszę. – Dobry wieczór, Andrzeju. Aktualne jeszcze to zaproszenie na kolację? Zrobiłam się głodna na złamanie diety – napisała mu. To nie była choćby zemsta. Elżbieta po prostu chciała na nowo poczuć się kobietą. Znaleźć dla siebie miejsce poza garami i humorami męża. … Wieczór minął dziwnie dobrze. Andrzej był perfekcyjny: przysuwał fotel, doglądał kieliszka, słuchał… i patrzył na nią tak, jakby była jedyna na świecie. Elżbiecie trochę było głupio, ale ożyło w niej dawno zapomniane uczucie: ekscytacja, potrzeba zainteresowania. Wreszcie znalazło się w jej życiu coś poza prozą dnia i brudnymi skarpetkami Wiktora. – Może do mnie? – zapytał cicho Andrzej, gdy skończyła deser. – Wino, fajny film… miły wieczór. Kiwnęła głową. Coś w środku krzyczało: „Zastanów się!”, ale obrazek Wiktora, proponującego jej „wolność”, gwałtownie to zagłuszył. Już niemal u Andrzeja, gdy zadzwonił jej telefon. Mąż. Raz, drugi, nie odbiera. On nie ustępuje. – Tak? – starała się mówić spokojnie. – Gdzie się szlajasz?! – warczał Witek. – Jest dziesiąta! Lodówka pusta, głoduję tu, a ciebie nie ma! Zwariowałaś? Andrzej słysząc ton rozmowy, zniknął w drugim pokoju. Sielanka prysła. – Wiesz co… Witek, jestem na randce. – Jakiej, do cholery, randce?! – Mam ci tłumaczyć jak dziecku? Sam chciałeś otwartego związku. Uszczęśliwiłeś mnie, kazałeś się rozerwać. To się właśnie dzieje. Co, boli? Zapadła ciężka cisza, którą przerwał mąż. – Ty naprawdę poszłaś do kogoś? To był test! Sprawdzić cię chciałem! A ty tylko czekałaś na okazję, żeby mi przypiec. Myślałaś, iż nie zauważę?! Elżbieta zamilkła. – A sam gdzie byłeś dzisiaj? – W pracy, tylko w pracy! – odparł Wiktor. – Wiesz co… wynoś się albo ja wychodzę. Rozwód! Rzucił słuchawką. Ela zaniemówiła z szoku. – Wszystko w porządku? – zapytał Andrzej. – Tak… – próbowała się uśmiechnąć, ale nie wyszło. – Elu, myślę, iż lepiej będzie, jak wrócisz dziś do siebie i wszystko przemyślisz. Baśń się skończyła, karoca zmieniła się w dynię, a rycerz – w mężczyznę, który nie chce się babrać w cudzych kłopotach. Można go było zrozumieć. Może lepiej było złożyć papiery od razu. Ale mądrość przychodzi za późno. Tej nocy Elżbieta nie wróciła do domu. Pojechała do hotelu. Nie chciała patrzeć na wściekłego męża, musiała poukładać sobie w głowie, iż do dawnych czasów już nie ma powrotu. Minęły trzy lata… Czas sam z siebie wyrzeźbił nową rzeczywistość. Wiktor bardzo gwałtownie znalazł sobie nową partnerkę… jeszcze przed rozwodem. Ta jednak czmychnęła, gdy sprzedali mieszkanie, przy okazji zabierając jego część pieniędzy. Z Andrzejem nie wyszło. Spotykali się jeszcze w biurze, ale już tylko wymieniając grzeczności. Elżbieta doszła do prostego wniosku: mężczyźni, którzy chętnie grają kochanków, nie zdają egzaminu jako partnerzy na życie. Nie szukała już nikogo. Kiedy już mieszkała w swoim małym mieszkaniu, nagle okazało się, iż czas i energia należą tylko do niej. Bieganina za Witkiem zastąpiła pływalnię przed pracą i kursy angielskiego. Krótkie włosy, nowa szafa. Najważniejsze – została babcią. Córka, Maria, urodziła pół roku temu. Początkowo, gdy rozgrywał się rozwód, stanęła po stronie ojca, który zgrywał ofiarę. Opowiadał córce, iż matka zrujnowała rodzinę dla kochanka, zdradziła i zostawiła go samego. Czas jednak wszystko poukładał. Maria przyjechała do matki, by spojrzeć jej w oczy i zapytać wprost. Zobaczyła nie wyrodną żonę, jak sugerował ojciec, tylko zmęczoną, ale szczerą kobietę. Elżbieta wyjawiła prawdę. Że Witek sam wszystko zaczął. Że od dawna bywał „w pracy”. Że ona już od lat czuła się w tym małżeństwie samotna. Maria, sama już zamężna, zrozumiała matkę. A kiedy Wiktor gwałtownie znalazł sobie kochankę, stanęła bez wahania po stronie Elżbiety. Teraz Elżbieta siedziała w kuchni Marii, trzymając na kolanach wnuczkę. Mała Sonia entuzjastycznie łapała ją za palec. – Tata znowu dzwonił… – mruknęła Maria. – Chciał zobaczyć się z Sonią. – A co mu odpowiedziałaś? – spokojnie rzuciła Elżbieta. – Że nie będzie nas w mieście. Nie chcę go tu. On raz złości się na ciebie, raz prosi, żebyście się zeszli. Za każdym razem mam stres. A jeszcze próbowałby Sonie nagadać czegoś złego… Niech sobie dalej żyje tą swoją wolnością… Elżbieta milczała, przytulając mocniej wnusię. Wiktor dostał, czego chciał: pełną wolność. Nikt już niczego od niego nie oczekiwał, nikt nie przeszkadzał oglądać TV. Tylko ta wolność okazała się gorzka i samotna. Tyle iż na powrót już za późno.
Nigdzie nie mój dom Zbigniew jak co rano obudził się bez budzika, przed siódmą. W mieszkaniu panowała cisza, jedynie lodówka mruczała cicho w kuchni. Przez chwilę leżał wsłuchując się w ten dźwięk, potem sięgnął po okulary z parapetu. Na dworze szaro, pojedyncze samochody szurały po mokrym asfalcie. Jeszcze parę lat temu o tej porze szykował się do pracy. Wstawał, szedł do łazienki, słuchał, jak sąsiad za ścianą włącza radio. Teraz sąsiad wciąż włączał radio, a on leżał i zastanawiał się, co zrobi dziś. Oficjalnie był na emeryturze już trzeci rok, ale z przyzwyczajenia dalej żył według planu. Wstał, zarzucił dresy, przeszedł do kuchni. Wstawił wodę na herbatę, wyjął wczorajszy chleb z chlebaka. Zanim woda się zagotowała, podszedł do okna. Siódme piętro, blok z wielkiej płyty, podwórko z placem zabaw. Na dole, pod oknem stał jego stary Polonez, pokryty warstwą kurzu. Pomyślał, iż trzeba by zajrzeć do garażu, zobaczyć czy nie przecieka dach. Garaż miał na drugim końcu osiedla, w spółdzielni. Kiedyś spędzał tam pół weekendu, grzebiąc w aucie, wymieniając olej, rozmawiając z sąsiadami o cenach paliwa i piłce. Potem wszystko uprościło się: serwis, warsztat, sklep internetowy. Ale garażu nie porzucił. Tam stały narzędzia, stare opony, kartony z kablami, deskami, „przydasie” jak mawiał. I działka. Domek w ogrodach działkowych za miastem. Drewniany, z wąskim gankiem, dwiema izbami i maleńką kuchnią. Gdy zamykał oczy, widział te deski, pęknięcia w podłodze, słyszał, jak deszcz stuka o dach. Działka została im z żoną po jej rodzicach. Dwadzieścia parę lat temu jeździli tam z dziećmi prawie co weekend. Kopali grządki, piekli ziemniaki, z krzesełkiem wynosili radio do ogrodu. Żony nie było już cztery lata. Dzieci dorosły, wyprowadziły się do własnych mieszkań, mają rodziny. Działka i garaż zostały z nim. Trzymały go jakoś w stałym porządku świata. Jest mieszkanie. Jest działka. Jest garaż. Wszystko na swoim miejscu. Czajnik zagwizdał. Zbigniew zaparzył herbatę, usiadł przy stole. Na krześle naprzeciw leżał złożony wczoraj sweter. Jadł kanapkę, patrzył na sweter i myślał o wczorajszej rozmowie. Wczoraj wieczorem byli dzieci. Syn z żoną i małym chłopcem, wnuczkiem. Córka z mężem. Pili herbatę, rozmawiali, kto kiedy pojedzie na urlop. Potem rozmowa zeszła – jak ostatnio często – na pieniądze. Syn mówił o kredycie, ratach. Córka, iż przedszkole drogie, do tego zajęcia, ubrania. Słuchał ich i kiwał głową. Pamiętał, jak sam kiedyś liczył grosze do wypłaty. Ale wtedy nie miał ani działki, ani garażu. Tylko wynajmowany pokój i nadzieję. A potem syn, po dłuższym milczeniu, zapytał: – Tato… My z Anią o tym gadaliśmy… I z Kasią też. Może byś coś sprzedał? No… działkę na przykład. Albo garaż. W końcu prawie tam nie jeździsz. Zbigniew wtedy zażartował, zmienił temat. Ale w nocy długo nie mógł zasnąć. To „w końcu i tak tam nie jeździsz” krążyło mu w głowie. Dokończył kanapkę, dopił herbatę, odłożył kubek do zlewu. Spojrzał na zegarek. Była ósma. Postanowił, iż pojedzie dziś na działkę. Sprawdzić, jak tam przetrwała zimę. I… udowodnić coś samemu sobie. Ubrał się cieplej, wziął klucze do działki i garażu. W przedpokoju zatrzymał się przy lustrze w wąskiej ramie. W odbiciu: mężczyzna z siwymi skroniami, zmęczonym, ale jeszcze silnym spojrzeniem. Nie starzec. Poprawił kołnierz i wyszedł. Do garażu zajrzał po drodze, żeby zabrać parę narzędzi. Zamek skrzypnął, drzwi otworzyły się z wysiłkiem. Pachniało kurzem, benzyną, starą szmatą. Na półkach słoiki ze śrubkami, kartony z kablami, kaseta opisane flamastrem. Pod sufitem pajęczyny. Przebiegł wzrokiem po półkach. Tu leżał podnośnik, pierwszy, jaki kupił. A obok deski – z nich miał kiedyś zrobić ławkę na działkę. Nie zrobił. Ale leżą, czekają. Wziął skrzynkę z narzędziami, plastikowe kanistry, zamknął garaż i pojechał dalej. Droga za miasto ponad godzinę. Po bokach jeszcze zalegał brudny śnieg, miejscami czerniała ziemia. W ogrodach działkowych cicho, zbyt wcześnie na tłumy. Przy bramie znajoma portierka w puchowej kurtce skinęła mu głową. Domek powitał go tą samą bezruchem co zwykle poza sezonem. Drewniany płot, lekko przekrzywiona furtka. Otworzył ją, przeszedł ścieżką z chrupiących zeszłorocznych liści. Wewnątrz czuć było stęchliznę i drewno. Zbigniew otworzył okna, zdjął z łóżka starą kapę, otrzepał. W kuchni na stole stał emaliowany garnek, w którym kiedyś gotowali kompot. Na haczyku pęk kluczy, między nimi ten od szopy z narzędziami. Chodził po domu, dotykał ręką ścian, klamek. W pokoju, gdzie spały kiedyś dzieci, stało piętrowe łóżko. Na półce pluszowy miś z urwanym uchem. Pamiętał jak syn płakał o to ucho, a on nie mogąc znaleźć kleju, przykleił je taśmą. Wyszedł na działkę. Śnieg prawie całkiem zszedł, grządki czarne, mokre. W rogu stał zardzewiały grill. Przypomniał sobie ogniska, jak z żoną siedzieli na ganku, pili herbatę ze szklanek i słuchali, jak na sąsiedniej działce ktoś się śmieje. Zbigniew westchnął i wziął się za robotę. Wyczyścił ścieżkę, naprawił poluzowaną deskę, sprawdził dach szopy. W szopie znalazł stary plastikowy stołek, wyniósł na podwórko i usiadł. Słońce świeciło, zrobiło się cieplej. Wyjął telefon, spojrzał na połączenia. Syn dzwonił wieczorem. Córka pisała, iż trzeba by spokojnie pogadać. „My nie jesteśmy przeciwko działce, tato, tylko… pomyślmy rozsądnie” – napisała. Rozsądnie. Słowo coraz częstsze ostatnio. Rozsądnie – to znaczy żeby pieniądze nie leżały odłogiem. Rozsądnie – to znaczy, iż starszy człowiek nie powinien się szarpać z działką i garażem. Rozsądnie – pomóc młodym, póki się żyje. Rozumiał ich. Naprawdę rozumiał. Ale tu, na plastikowym stołku, gapiąc się jak pies szczeka w oddali, „rozsądnie” schodziło na dalszy plan. Tu liczyło się co innego. Zbigniew pozamykał domek, powiesił ciężką kłódkę na drzwiach. Wsiadł do auta, wrócił do miasta. Do domu dotarł koło południa. Zdjął kurtkę, odstawił torbę z narzędziami. W kuchni wstawił czajnik i wtedy dopiero zauważył na blacie kartkę. Krótką, wyrwaną z notesu: „Tata, wpadniemy wieczorem, musimy pogadać. S.” Usiadł, położył dłonie na stole. Czyli dziś. Dziś naprawdę pogadają, bez żartów. Wieczorem przyszli we troje. Syn z żoną i córka. Wnuczka zostawili u teściowej. Zbigniew przywitał, wpuścił ich do przedpokoju. Syn się rozebrał, powiesił kurtkę na haczyku – odruchowo, jak kiedyś w dzieciństwie. Usiedli w kuchni przy stole. Herbata, ciastka, cukierki. Nikt nie ruszał. Parę minut rozmowy o niczym: jak wnuk, praca, korki w mieście. W końcu córka spojrzała na brata, ten skinął głową, i ona powiedziała: – Tata, pogadajmy szczerze. Nie chcemy cię naciskać, ale… wszyscy musimy się określić. Zbigniew poczuł ścisk w środku. Skinął głową: – Mówcie. Syn zaczął: – Masz mieszkanie, działkę i garaż. Mieszkania oczywiście nie ruszamy, to świętość. Ale działka… Sam mówisz, iż ciężko. Grządki, dach, płot. Każdego roku tam wydatki. – Dziś tam byłem – cicho przerwał Zbigniew. – Wszystko w porządku. – No właśnie teraz – wtrąciła się synowa. – A za pięć lat, za dziesięć? Nie będziesz wiecznie młody… Przepraszam, ale musimy to brać pod uwagę. Zbigniew odwrócił wzrok. Słowa o tym, iż nie będzie wieczny, zabolały choć nie chciała ranić. Córka odezwała się łagodniej: – Tata, nie mówimy żebyś wszystko rzucił. Uważamy, iż można sprzedać działkę i garaż, a pieniądze podzielić. Trochę dla ciebie, żebyś miał na życie, reszta dla nas – na kredyt. Sam zawsze mówiłeś, iż chcesz nam pomóc. Faktycznie, mówił. Kiedyś. Gdy był świeżo na emeryturze i jeszcze dorabiał. Wtedy wydawało się, iż długo będzie silny, dorzuci grosz, pomoże dzieciakom. – I tak pomagam – odparł. – Czasem odbiorę wnuka z przedszkola, kupię wam zakupy. Syn nerwowo się uśmiechnął: – Tato, to nie to. Potrzebne są konkretne pieniądze, żeby odetchnąć. Sam widzisz te raty. Nie każemy ci oddać wszystkiego. Po prostu… są nieruchomości, które stoją bezużytecznie. Nieruchomości – zabrzmiało dziwnie w jego mieszkaniu. Poczuł, iż dzieli ich niewidzialny mur – z cyfr, tabel i umów. Sięgnął po kubek, upił zimnej już herbaty. – Dla was to nieruchomości – powiedział powoli. – Dla mnie… Szukał słowa. Nie chciał brzmieć górnolotnie. – To kawałki życia – w końcu powiedział. – Ten garaż budowałem własnymi rękoma. Z dziadkiem. Działka… Tam dorastaliście. Wy. Córka spuściła wzrok. Syn milczał, po chwili zmiękł: – Rozumiemy. Naprawdę. Ale prawie tam nie bywasz. Stoją puste. Nie dasz tam rady sam. – Dziś byłem – powtórzył. – Wszystko jest okej. – Dziś – odparł syn. – A wcześniej? Jesienią? Tata, bądźmy szczerzy. Zamilkli. Słychać było tylko tykanie zegara z pokoju. Zbigniew nagle zobaczył ich przy stole, jak rozmawiają o jego starości jak o projekcie do zoptymalizowania. Wydatki, podział majątku. – Dobrze – powiedział. – Co proponujecie? Syn od razu się rozruszał – plan był gotowy. – Mamy kontakt do pośredniczki. Za działkę można dostać dobrą cenę. Garaż też pójdzie. My zajmiemy się wszystkim – oględziny, dokumenty. Ty tylko podpisujesz pełnomocnictwo. – A mieszkanie? – spytał Zbigniew. – Mieszkanie zostaje, choćby nie ruszamy – gwałtownie zapewniła córka. – To twój dom. Skinął głową. Słowo „dom” zabrzmiało inaczej. Czy dom to tylko te ściany? Czy działka też? Garaż, gdzie spędził tyle godzin, brudząc ręce, ale mając poczucie sensu? Wstał, podszedł do okna. Podwórko rozświetlone latarniami. Takie samo jak dwadzieścia lat temu. Tylko samochody inne, dzieci na placu z komórkami. – A jeżeli nie chcę sprzedawać? – rzucił, nie obracając się. Zamilkli. Po chwili córka ostrożnie: – Tato, to twoja własność. Ty decydujesz. Nie chcemy cię zmuszać. Tylko… martwimy się. Sam narzekałeś, iż nie masz już siły. – Siły mniej – zgodził się. – Ale póki mogę, sam zdecyduję. Syn westchnął: – Tato, nie chcemy się kłócić. Ale wygląda, jakbyś się kurczowo trzymał rzeczy. Nam jest ciężko. I finansowo, i psychicznie. Martwimy się, co będzie, jak nagle zachorujesz. Kto pojedzie, posprząta, komu przypadną ruiny? Uderzyło go poczucie winy. Też się tego bał. jeżeli umrze nagle, dzieci będą załatwiać urzędy, dzielić domki, garaże. Naprawdę będzie im ciężko. Wrócił do stołu. – A może… – zaczął i zaciął się. – Może przepiszę działkę na was, ale będę tam jeździł, póki dam radę? Syn i córka spojrzeli po sobie. Synowa zmarszczyła brwi. – Tato – zaczęła – to będzie dalej nasz problem. Nie damy rady jeździć, jak ty chcesz. Praca, dzieci. – Nie proszę, żebyście jeździli. Sam dam radę. Potem zdecydujecie. Czuł, iż szuka kompromisu. Dla siebie – prawo zachować miejsce ważniejsze niż kawałek ziemi. Dla nich – pewność, iż sprawy są uporządkowane. Córka się zamyśliła. – To by było rozwiązanie… Ale szczerze? My nie będziemy tam mieszkać. Planujemy z mężem przeprowadzkę do innego miasta. Tam taniej, lepsza praca. Zbigniew zadrżał, nie wiedział o tym. Syn też spojrzał zaskoczony. – Nie mówiłaś mi – rzucił. – Jeszcze tylko myślimy – zbyła go siostra. – Po prostu… działka to nie to samo dla nas, co dla ciebie. Nie widzimy tam przyszłości. Złapał się słowa „przyszłość”. Dla nich była gdzieś indziej: inne miasta, mieszkania, projekty. Jego przyszłość kurczyła się do kilku adresów. Mieszkanie, garaż, działka. Miejsca, których każdy kąt znał. Rozmowa krążyła jeszcze z dwadzieścia minut. Oni argumentowali liczbami – on wspomnieniami. Oni zdrowiem – on, iż bez zajęcia zwiędnie. Syn w końcu rzucił (ostrzej niż chciał): – Tato, przecież nie będziesz wiecznie kopał tych grządek. Przyjdzie czas, kiedy nie dasz rady. Co wtedy? Zmarnieje wszystko? Przyjedziemy raz do roku zobaczyć ruiny? Zbigniew poczuł złość. – To dla ciebie ruiny? – zapytał. – Tu w dzieciństwie się bawiłeś. – W dzieciństwie – odpowiedział syn. – Teraz mam inne sprawy. Zapadła cisza. Córka próbowała załagodzić: – Szymon, daj spokój… Za późno. Zbigniew zrozumiał, iż mówią innym językiem. Dla niego działka to życie. Dla nich – przeszłość, miła, ale niepotrzebna do szczęścia. Wstał. – Dobrze – powiedział. – Muszę to przemyśleć. Nie dziś. Nie jutro. Dajcie mi czas. – Tato – zaczęła córka – nam też się nie śpieszy, ale mamy ratę w przyszłym miesiącu… – Wiem – przerwał. – Ale zrozumcie też mnie. To nie szafa. Zamilkli. Potem zaczęli się zbierać. W korytarzu długo sznurowali buty. Na pożegnanie córka przytuliła go mocno. – Naprawdę nie jesteśmy przeciwni działce, tylko… martwimy się o ciebie. Skinął głową, nie ufając głosowi. Kiedy wyszli, mieszkanie zalała cisza. Zbigniew wszedł do kuchni, usiadł przy stole. Na stole zostały szklanki, ciastka. Patrzył na nie i czuł coraz większe zmęczenie. Długo siedział w ciemności. Za oknem zapalały się światła. W końcu wstał, wziął z szafy teczkę z dokumentami. Dowód, papiery na działkę, garaż. Przyglądał się planowi ogródka – prostokąt z podziałem na grządki. Przesunął palcem po liniach, jakby po ścieżkach w rzeczywistości. Następnego dnia pojechał do garażu. Musiał robić coś rękoma. Było chłodno. Otworzył na oścież drzwi, żeby wpuścić światło. Przeglądał narzędzia, wyrzucił część złomu: zepsute części, zardzewiałe śruby, przewody „na wszelki wypadek”. Zajrzał sąsiad z boksu obok, pan Janek. – Po co złom wywalasz? – spytał. – Porządki robię – odpowiedział Zbigniew. – Myślę, co mi jeszcze potrzebne, a co nie. – I dobrze. Ja swój już sprzedałem. Synowi pieniądze na auto były potrzebne. Teraz bez garażu, za to syn zadowolony. Zbigniew nic nie powiedział. Sąsiad wrócił do siebie, on został między swoimi skrzynkami i myślami. Sprzedał – syn się cieszy. Proste, jak oddać starą kurtkę. Podniósł klucz francuski, ciężki od lat. Obrócił w palcach. Przypomniał sobie, jak kiedyś syn mały błagał, żeby mu dać pokręcić. Wtedy wydawało się, iż zawsze będą blisko. Garaż, działka, samochód – to wspólny język. Teraz okazało się, iż syn już tym językiem nie mówi. Wieczorem znów wyjął dokumenty. Siedział długo, aż w końcu zadzwonił do córki. – Zdecydowałem – powiedział. – Działkę przepiszemy na was z Szymonem. Po równo. Ale sprzedaży na razie nie chcę. Będę jeździł póki mogę. Co potem – sami zdecydujecie. Po drugiej stronie cisza. – Tato, jesteś pewny? – Jestem – odpowiedział, choć pewności nie miał. Czuł, iż odcina sobie coś ważnego, ale inaczej się nie da. – Dobrze – rzekła cicho. – Spotkajmy się jutro, omówmy to. Odłożył telefon, usiadł. Cisza. Poza zmęczeniem poczuł dziwną ulgę. Tak, jakby musiał podjąć decyzję, przed którą i tak nie uciekniesz. Tydzień później poszli do notariusza. Umowa darowizny. Zbigniew podpisywał, dłoń lekko drżała. Notariuszka spokojnie tłumaczyła gdzie podpisać, jakie papiery zabrać. Dzieci dziękowały. – Tato, bardzo nam pomagasz – mówił syn. Kiwnął głową. Miał poczucie, iż to również one jemu pomagają: zwalniają z martwienia się „co potem”. Teraz „potem” było zapisane w papierach. Garaż zostawił sobie. Na razie. Dzieci sugerowały sprzedaż, stanowczo odmówił. Wyjaśnił, iż garaż jest mu potrzebny, by nie gnuśnieć. To zaakceptowali. Na zewnątrz kilka się zmieniło. przez cały czas mieszkał u siebie, czasem jeździł na działkę – już jako gość. Klucze miał, nikt mu nie bronił. Pierwszy raz po załatwieniu wszystkiego pojechał tam sam, w ciepły kwietniowy dzień. Myślał, iż domek już nie jego – cudzy adres. Ale gdy otworzył furtkę, usłyszał znajomy skrzyp, zobaczył ścieżkę do ganku – dziwne wrażenie cudzości znikło. Wszedł do środka, powiesił kurtkę na gwoździu przy drzwiach. Wszystko jak wcześniej: łóżko, stół, miś z przymocowanym uchem. Usiadł na stołku przy oknie. Słońce oświetlało parapet, wydobywało kurz. Przesunął dłonią po drewnie, poczuł każdą nierówność. Myślał o dzieciach, ich życiu, ratach, planach. Myślał o sobie. O tym, iż jego plany to już nie lata ale sezony. Doczekać wiosny, jeszcze raz przekopać grządki, jeszcze raz posiedzieć na ganku. Wiedział, iż decyzja dzieci, by kiedyś sprzedać działkę, jest nieuchronna. Może za roku, za pięć lat. Gdy już nie da rady przyjeżdżać. Powiedzą, iż trzymanie pustego domku nie ma sensu. Będą mieli rację. Ale na razie domek stał. Dach trzymał, w szopie łopaty, na grządkach pierwsza zieleń. Chodził jeszcze po działce, schylał się, podnosił z ziemi gałąź. Wyszedł przed dom. Spojrzał na inne ogródki. U sąsiada ktoś już sadził cebulę, na innym suszyło się pranie. Życie trwało. Zbigniew zrozumiał, iż jego strach nie dotyczy tylko działki i garażu. Bał się być niepotrzebny. Te miejsca były dowodem, iż jeszcze coś może – naprawić, kopać, malować. Teraz ten dowód stał się kruchy. Notarialne papiery mówiły jedno, nawyki – co innego. Ale siedząc na ganku poczuł, iż nie wszystko rozstrzyga papier. Wyjął z torby termos z herbatą, nalał do kubka. Przysłuchał się sobie. W środku trochę było goryczy, ale już mniej niż tamtego wieczoru w kuchni. Decyzja podjęta, cenę znał. Oddał dzieciom kawałek tego, co uważał za swoje, zamiast dostał coś innego – prawo być tu, nie według papierów, ale wspomnień. Spojrzał na drzwi, na zamek, na klucz w dłoni. Stary klucz, starty na główce. Odwrócił go, ścisnął. Kiedyś ten klucz trafi do córki, syna, może obcych, którym sprzedadzą domek. Wsadzą go do zamka, nie wiedząc, ile historii z tym ruchem związane. Poczuł przy tym i smutek, i spokój. Świat się zmienia, rzeczy przechodzą z rąk do rąk. Najważniejsze – zdążyć pobyć tu, póki dom jest nie w akcie notarialnym, ale w sercu. Dopił herbatę, powstał. Poszedł po łopatę do szopy. Musiał przekopać choć jedną grządkę. Dla siebie. Nie dla przyszłych właścicieli, dzieci, które już chyba myślały ile co warte. Dla siebie – by poczuć ziemię pod nogami i w dłoniach. Wbił łopatę w ziemię, nadepnął. Ziemia ustąpiła. Pierwsza bryła odsłoniła wilgotną głębię. Wciągnął zapach, zamachnął się drugi raz. Robota szła wolno – plecy bolały, ręce drżały. Z każdym ruchem jednak czuł, jakby przekopywał nie tylko grządkę, ale i własny lęk. Pod wieczór usiadł na ganku, otarł czoło. Przed domem rzędy świeżo przekopanej ziemi. Nad działką niebo różowieje. Gdzieś krzyknął ptak. Spojrzał na dom, własne ślady, łopatę przy ścianie. Pomyślał o jutrze, za rok, za pięć lat. Odpowiedź nie przyszła. Ale miał pewność, iż tu, na tej ziemi, pozostało u siebie. Wstał, zamknął domek. Na progu zatrzymał się na chwilę w ciszy. Potem przekręcił klucz w zamku. Metal szczęknął. Włożył klucz do kieszeni i poszedł do auta, starając się nie deptać świeżo przekopanej ziemi.
Zawołałam przez okno: — Mamo, czemu tak wcześnie? Przemarzniesz! — Odwróciła się, pomachała łopatą i zawołała: — Dla was, leniuchy, się staram! — A następnego dnia mamy już nie było… Do dziś nie mogę spokojnie przejść obok naszego podwórka… Za każdym razem serce ściska na widok tej ścieżki. To wtedy, drugiego stycznia, zrobiłam to zdjęcie… Po prostu przechodziłam, zobaczyłam ślady w śniegu i się zatrzymałam. Sfotografowałam je — nie wiedząc choćby dlaczego. Teraz to jedyne, co pozostało mi z tamtych dni…
Ku Nowemu Życiu – czyli jak Masha namówiła mamę na wielką przeprowadzkę ze swojskiej prowincji do Warszawy, mama trafiła do stołecznej szkoły, Masha pędziła za karierą i kawą, a wszystko skończyło się randkami, pizzą, barmańską nocą i planowaną emigracją babci do stolicy
Mąż zrezygnował z wyjazdu nad morze przez oszczędności, a później zobaczyłam zdjęcie jego mamy z wakacji w Sopocie
Dzień Miłośników Sera
Najlepszy do zagęszczenia fasolki po bretońsku. Podbija smak, a zupa syci jeszcze bardziej
Kruchutkie i złociste faworki robię na białkach. Stary warszawski przepis nigdy mnie nie zawiódł
Shoty zimowe na odporność i lepsze samopoczucie. 3 najlepsze przepisy
10 MILIARDÓW STRAT. POLSKIE STAKI POD OBCĄ BANDERĄ
Dino pokazało nowe hity cenowe! Co od dzisiaj w największych promocjach?
Fortuna Jego
Musisz nam oddać dziecko. To my jesteśmy jego prawdziwymi rodzicami” – oświadczyli obcy ludzie na progu waszego domu
Wytrzymaj jeszcze chwilę – Historia Marii, która całe życie wspierała rodzinę, aż w końcu postanowiła żyć dla siebie. Dramat codzienności w polskiej rodzinie między poświęceniem, rozczarowaniami i marzeniami o lepszym jutrze
Odejdź ode mnie! Nie obiecywałem ci małżeństwa! I w ogóle nie wiem, czyje to dziecko.
Michelin tworzy nowy przewodnik, nie po restauracjach. Szczegóły nowego projektu
Rząd wydał nowe ostrzeżenie dotyczące podróży dla osób chcących udać się na Kubę
Poczęstunek dla księdza podczas kolędy. Co najlepiej przygotować na wizytę duszpasterską
Polska kiełbasa spadła na drugie miejsce. Lepszy portugalski wyrób z dodatkiem chleba?
Czy można trzymać masło na wierzchu? Ekspert podzielił się sprytną wskazówką
"Zdrowy" napój, który szkodzi kościom. Większość z nas ma go w kuchni
Z życia wzięte. "Teściowa udawała moją przyjaciółkę tylko przez chwilę": Gdy dowiedziała się prawdy, stała się moim największym wrogiem