Kuchnia

Kanada znowelizowała zalecenia odnośnie podróży na Kubę
Wędliny z Jedliny podbiły serca internautów. Co się kryje za tym sukcesem?
Jechać, czy nie jechać? (na Kubę) – oto jest pytanie!
Całe życie w błędzie? Czy pomidor to owoc czy warzywo?
Z życia wzięte. "Przyjechałam odpocząć, a skończyłam na kolanach ze ścierką": Jak mój syn i synowa mogą żyć w takim chlewie
Niemca z minimalną płacą kupuje prawie dwa razy więcej żywności niż Polak
Karton po pizzy — gdzie go wyrzucić?
Moja teściowa była bardzo zaskoczona, gdy przyszła do naszego ogrodu i zobaczyła, iż nie ma w nim żadnych warzyw ani owoców
Brat zaprasza na urodziny, ale jego żona urządza awanturę
Wyruszamy ku nowemu życiu — – Mamo, ile jeszcze będziemy tkwić w tej dziurze? Przecież to nie choćby prowincja, to prowincja prowincji! – zanuciła swoją ukochaną melodię córka, wracając z kawiarni. – Masza, sto razy ci mówiłam: tu jest nasz dom, nasze korzenie. Ja się nigdzie nie ruszam. Mama leżała na kanapie z nogami na poduszce, powtarzając, iż to jej pozycja „Lenin-gimnastyk”. – Znowu o tych korzeniach! Mamo, jeszcze dziesięć lat i zwiędniesz, a na koniec znów znajdziesz jakiegoś żuka, którego każesz mi nazywać ojcem. Po tych słowach mama podeszła do lustra w szafie. – Moje korzenie są w porządku, nie przesadzaj… – Dlatego mówię, iż jeszcze są okej, ale niedługo wybieraj sobie: rzepa, dynia czy batat – co ci podpasuje. – Córko, jak tak bardzo chcesz wyjechać, to wyjeżdżaj sama. Masz już od dwóch lat pełnoletność, w ramach kodeksu karnego wolno ci wszystko. Do czego jestem ci jeszcze potrzebna? – Dla sumienia, mamo. Jak wyjadę do lepszego życia, to kto się tobą zajmie? – Ubezpieczenie, stała pensja, internet, no i jakiś żuczek też się pewnie znajdzie, sama mówiłaś. Tobie łatwiej, jesteś młoda, ogarniesz się, nastolatki cię nie wkurzają, a ja już na półmetku do Walhalli. – No właśnie! Żartujesz jak moi znajomi, a masz przecież dopiero czterdzieści lat… – Po co mi to przypomniałaś na głos? Chciałaś zepsuć mi dzień? – W wersji kociej masz zaledwie pięć lat – poprawiła się córka. – Wybaczam. – Mamo. Póki nie jest za późno, wskakujemy w pociąg i uciekamy. Tu nie ma już nic, co by nas trzymało. – Wreszcie przeforsowałam prawidłową pisownię nazwiska na rachunkach za gaz i mamy przychodnię przydzieloną do adresu – wyciągnęła ostatnie argumenty mama. – Przecież wszędzie cię przyjmą z polisą, a domu nie musisz sprzedawać. Jak nie wyjdzie, będziemy miały dokąd wrócić. Ja cię gwałtownie wprowadzę do miasta i zobaczysz, jak się naprawdę żyje. – Lekarz na USG mówił, iż nie będziesz dawała mi spokoju. Myślałam, iż żartuje. Nic dziwnego, iż potem zajął trzecie miejsce w „Bitwie Wróżek”. No dobra, jedźmy, ale jeżeli nie wyjdzie, obiecaj, iż puścisz mnie z powrotem bez scen i awantur. – Słowo harcerza! – Twój współautor z urzędu stanu cywilnego to samo mi przysięgał, a macie taki sam czynnik Rh. *** Masza z mamą nie marnowały czasu w Poznań czy Kraków – od razu ruszyły podbijać Warszawę. Wybrały kawalerkę na peryferiach, tuż obok bazaru i dworca autobusowego, zapłaciły cztery miesiące z góry i odliczyły wszystkie oszczędności z ostatnich lat. Pieniądze skończyły się choćby zanim zaczęły je wydawać. Masza była spokojna i pełna energii. Od razu rzuciła się w wir stołecznego życia – artystycznego, towarzyskiego, nocnego. gwałtownie poznała ludzi, nauczyła się mówić i ubierać jak prawdziwa warszawianka, jakby nie mieszkała nigdy na końcu świata, tylko wyrosła prosto z miejskiego snobizmu i pyłu ze Stadionu Narodowego. Mama za to żyła między porannym hydroksyzyną a wieczornym melisą. Zamiast korzystać z uroków stolicy, już pierwszego dnia zaczęła przeglądać ogłoszenia o pracę. Oferty i zarobki nie grały ze sobą, w powietrzu wisiał podstęp. Mama wszystko przekalkulowała – bez pomocy uzdrowiciela – i przewidziała: pół roku i wracamy. Nie dała się nakłonić do kursów czy przekwalifikowania, tylko znalazła pracę kucharki w prywatnej szkole, a wieczorami zmywała naczynia w lokalnej kawiarni. – Mamo, znów całe dnie przy garach! Po co było wyjeżdżać?! Naucz się czegoś nowego – zostałaśby sommelierką albo chociaż robiła brwi. Metro byś poznała, kawę piła, zaadaptowała się! – Masza, jeszcze nie teraz. Nie jestem gotowa. Spokojnie, jakoś się odnajdę. Ty się martw o siebie. Masza dostosowywała się po swojemu – przesiadywała w kawiarniach, gdzie kawę stawiali jej poznani chłopcy z różnych stron Polski; duchowo wplatała się w stołeczny klimat zgodnie z poradami blogerki od run nordyckich; zaliczała grupy, w których liczył się tylko sukces i kasa. Pracy poważnej nie szukała, chłopaków też nie. Ona i miasto musieli się jeszcze do siebie docierać. Po czterech miesiącach mama opłaciła czynsz już z własnej pensji i rzuciła drugą robotę. Masza w tym czasie rzuciła kilka kursów, była na castingu do radia, zagrała statystkę w studenckim filmie i chwilę spotykała się z parą ulicznych muzyków – jeden był osłem, drugi wielodzietnym kotem, który nie chciał się ustatkować. *** – Mamo, idziesz dziś gdzieś? Może zamówimy pizzę i obejrzymy film? Padam na nos, już mi się nigdzie nie chce – westchnęła wieczorem Masza, leżąc jak Lenin-gimnastyk, gdy mama poprawiała fryzurę przed lustrem. – Zamów, przeleję ci pieniądze. Mnie nic nie zostawiaj, raczej nie będę głodna, jak wrócę. – Jak wrócisz? Skąd? – córka podniosła się gwałtownie z kanapy. – Mam dziś kolację poza domem – mama zaśmiała się jak nastolatka. – Z kim?! – Masza wcale się nie ucieszyła. – W naszej szkole była kontrola. Dałam im mielone, które lubisz od dziecka. Szef komisji prosił, żebym mu przedstawiła szefową kuchni. Pośmiałam się, wypiliśmy kawę, jak mówiłaś. Dziś zaprosił mnie na kolację do siebie, żebym ja ugotowała coś domowego. – Oszalałaś?! Do obcego faceta na kolację?! – I co z tego? – A nie myślałaś, iż nie tylko kolacji się po tobie spodziewa? – Córko. Mam czterdzieści lat i jestem panną. On ma czterdzieści pięć, jest przystojny, mądry i wolny. Dla mnie wszystko, czego się po mnie spodziewa – będzie tylko miłe. – Mówisz jak prowincjonalna sierota, jakbyś nie miała wyboru. – Nie poznaję cię! Sama mnie tu przywiozłaś, żeby żyć, a nie tylko wegetować. Trudno było to przebić argumentami. Do Maszy dotarło, iż zamieniły się rolami – aż za bardzo. Zamówiła największą pizzę i opychała się nią całą noc. Mama wróciła szczęśliwa, choćby światła nie zapaliła w korytarzu. – I jak było? – spytała ponuro Masza. – Świetny żuk i wcale nie kolorado, tylko nasz swojak – zachichotała mama i poszła pod prysznic. Mama coraz częściej wychodziła na randki: była w teatrze, na stand-upie, koncercie jazzowym, dostała kartę do biblioteki, wpisała się do miejscowego klubu herbacianego, przywiązała do przychodni. A po pół roku zapisała się na kursy zawodowe, zdobyła certyfikaty, nauczyła się nowych potraw. Masza też szukała swojego miejsca. Próbowała dostać się do prestiżowych firm, ale tam ją odrzucali przy każdej okazji. Znajomi, którzy nie chcieli za nią już płacić, się wykruszyli. W końcu została baristką, a potem nocną barmanką. Rutyna zabierała jej siły, rysowała cienie pod oczami, kradła czas. W barze klienci robili jej dziwne propozycje, ale z prawdziwą miłością nie miało to nic wspólnego. W końcu Masza miała tego dość. – Wiesz, mamo, miałaś rację, nie ma tu dla nas niczego. Przepraszam, iż cię tu przyciągnęłam, trzeba wracać – oznajmiła z progu po kolejnej męczącej zmianie. – O czym ty mówisz? Dokąd wracać? – spytała mama, właśnie pakując walizkę. – Do domu, gdzie indziej?! Tam, gdzie nazwisko na rachunkach jest poprawne i mamy przychodnię! Od początku miałaś rację. – Ja już tu jestem przypisana i nie chcę wracać – zatrzymała ją mama, patrząc jej w zaczerwienione oczy. – Ale ja nie! I chcę do domu! Tu mnie nic nie trzyma. Chyba też się pakujesz? – Przeprowadzam się do Żeni – nagle rzuciła mama. – Jak to „przeprowadzasz się do Żeni”?! – Uznałam, iż ty już jesteś ustawiona: dorosła, piękna, masz pracę, mieszkasz w Warszawie. Krany tu mają tysiące perspektyw. Dzięki tobie wybiłam się, nie zgnuśniałam w naszym bagnie. Tu naprawdę życie bije źródłem! Dziękuję ci! – mama wycałowała córkę, ale Masza była zbyt przybita, by się cieszyć. – Mamo, a ja? Kto się mną zaopiekuje?! – już nie kryjąc łez spytała córka. – Ubezpieczenie, stała pensja, internet, no i żuczek się znajdzie – zacytowała mama samą siebie. – Czyli zostawiasz mnie samą?! Tak po prostu? – Nie zostawiam, ale obiecałaś bez awantur, pamiętasz? – Pamiętam… Dobra, daj mi klucze. – Są w torbie. Mam tylko jedną prośbę. – Jaką? – Babcia też się szykuje na przeprowadzkę. Wszystko z nią przez telefon domówiłam. Idź do niej, pomóż się spakować. – Babcia tu się przeprowadza?! – Tak, w tutejszym UP szukają pracownika, a nasza babcia na poczcie robiła czterdzieści lat – każdy list, gdziekolwiek, dostarczy, murowany. Czas spróbować czegoś nowego, póki korzenie mocne!
Siedziałam przy stole i trzymałam w rękach zdjęcia, które właśnie wypadły z prezentowej torebki od mojej teściowej. To nie były kartki. Ani życzenia. To były wydrukowane zdjęcia – takie jak z telefonu, specjalnie wywołane na papierze, jakby ktoś chciał, żeby zostały na zawsze. Serce mi zamarło. W mieszkaniu panowała cisza – słyszałam tylko tykanie zegara w kuchni i cichy szum piekarnika, który próbował utrzymać temperaturę. Dziś miała być zwykła rodzinna kolacja. Spokojnie. Uroczyście. Wszystko przygotowałam perfekcyjnie: obrus wyprasowany, identyczne talerze, najlepsze kieliszki, a serwetki – te na „gości” – choćby je wyciągnęłam. Wtedy właśnie weszła teściowa z torbą i swoim charakterystycznym spojrzeniem, w którym zawsze czułam ocenę. – Przyniosłam drobiazg – rzuciła i odłożyła torbę na stół. Nie było uśmiechu. Nie było ciepła. Przyniosła to, jakby chciała zostawić dowód. Otworzyłam torbę z grzeczności… a wtedy zdjęcia spadły na stół jak policzki. Pierwsze — mój mąż. Drugie — znowu mój mąż. Na trzecim już nie wytrzymałam. W głowie mi zawirowało — to był mój mąż… a obok niego kobieta. Widać ją było tylko z profilu, ale wystarczająco dobrze, żeby zrozumieć, iż to nie „przypadek”. Cała zesztywniałam. Teściowa usiadła naprzeciwko i starannie poprawiła rękaw, jakby właśnie podała herbatę, a nie zrzuciła bombę. – Co to jest? – zapytałam, a głos zabrzmiał mi dziwnie cicho. Nie spieszyła się z odpowiedzią. Upiła wody i spokojnie odpowiedziała: – To jest prawda. W myślach policzyłam do trzech, bo czułam, iż zaraz się rozpłaczę. – Prawda o czym? Teściowa oparła się na krześle, założyła ręce na piersi i dokładnie mi się przyjrzała – jakby oceniałam ją swoim wyglądem. – Prawda o tym, z kim mieszkasz – odpowiedziała. Poczułam łzy w oczach – ale nie z bólu, ale z poniżenia. Z tonu głosu. Z tego, iż ona to mówiła z satysfakcją. Sięgnęłam po zdjęcia jedno po drugim. Palce mi się spociły. Papier był zimny i ostry na brzegach. – Kiedy były robione? – zapytałam. – Wystarczająco niedawno – odparła. – Nie udawaj naiwnej. Wszyscy widzą, tylko ty nie chcesz zobaczyć. Wstałam. Krzesło zaskrzypiało głośno, aż w mieszkaniu rozległo się echo. – Po co mi to przyniosłaś? Dlaczego nie rozmawiałaś z moim mężem? Teściowa przechyliła głowę. – Rozmawiałam – odparła. – Ale on jest słaby. Żal mu ciebie. A ja… nie znoszę kobiet, które ciągną mężczyzn w dół. I wtedy zrozumiałam – to nie było ujawnienie. To był atak. Nie „akcja ratunkowa” – tylko okazja, by mnie upokorzyć. Sprawić, żebym się zmniejszyła. Żebym poczuła się niechciana. Nie patrząc na nią, odwróciłam się w stronę kuchni. W tej chwili piekarnik zapikał – kolacja była gotowa. Ten dźwięk sprowadził mnie na ziemię. Do rzeczywistości. Do tego, co zbudowałam. – Wie pani, co jest najbardziej obrzydliwe? – powiedziałam, dalej jej nie patrząc w oczy. – Powiedz mi – odpowiedziała sucho. Zaczęłam wykładać danie na talerze, ręce mi drżały, ale zajęłam je, żeby się nie rozpaść. – Najbardziej obrzydliwe jest to, iż przynosi to pani nie jako matka. Przynosi to pani jak wróg. Teściowa cicho się zaśmiała. – Jestem realistką – powiedziała. – I ty też powinnaś być. Równo ustawiłam talerze na stole. Jednym przesunęłam przed nią. Teściowa uniosła brwi. – Co robisz? – spytała. – Zapraszam panią na kolację – powiedziałam spokojnie. – Bo tego, co pani dziś zrobiła, nie pozwolę sobie odebrać wieczoru. I wtedy się zdezorientowała. Zobaczyłam to. Nie tego się spodziewała. Czekała na łzy, na sceny, na to, iż zadzwonię do męża. Czekała, aż się rozpadnę. Ale tego nie zrobiłam. Usiadłam naprzeciwko niej, zdjęcia ułożyłam w kupkę i przykryłam białą, czystą serwetką. – Pani chce, żebym się złamała – powiedziałam. – Ale to się nie stanie. Teściowa zmrużyła oczy. – Stanie się – odpowiedziała. – Kiedy on się zjawi i zrobisz mu scenę. – Nie – odparłam. – Kiedy wróci, dostanie kolację. I szansę, żeby wytłumaczyć się jak mężczyzna. Cisza między nami zgęstniała. Słychać było tylko brzęk sztućców, które porządkowałam bardzo uważnie, jakby to było najważniejsze na świecie. Po dwudziestu minutach usłyszałam klucz w drzwiach. Mąż wszedł i jeszcze z korytarza rzucił: – Ale pachnie… Potem zauważył teściową przy stole. Jego twarz się zmieniła. Poczułam to, zanim na niego spojrzałam. – Dlaczego tu jesteś? – zapytał. Teściowa się uśmiechnęła. – Przyszłam na kolację – powiedziała. – Przecież twoja żona to pani domu. Rzuciła to jak nóż. Spojrzałam na niego bez teatru, bez dramatu. Mąż podszedł do stołu. Zobaczył zdjęcia. Serwetka się lekko przesunęła – jedno zdjęcie wystawało. Zamarł. – To… – szepnął. Nie pozwoliłam mu uciec. – Wytłumacz mi. Przy mnie i przy twojej mamie. Ona tak wybrała. Teściowa pochyliła się do przodu, czekając na spektakl. Mąż westchnął ciężko. – To nic takiego. To stare zdjęcia. Kiedyś na firmowej imprezie koleżanka mnie złapała, ktoś zrobił zdjęcie… Spojrzałam na niego bez słowa. – Kto je wydrukował? – zapytałam. Rzucił spojrzenie na teściową. Teściowa nie mrugnęła, uśmiech na jej twarzy zrobił się złośliwy. I wtedy mąż zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Wziął zdjęcia, podarł je na pół. Potem jeszcze raz. I wrzucił do kosza. Teściowa zerwała się z krzesła. – Zwariowałeś?! – wykrzyknęła. Spojrzał na nią stanowczo. – To ty zwariowałaś. To nasz dom. To jest moja żona. o ile chcesz truć – wyjdź. Siedziałam bez ruchu. Nie uśmiechałam się, ale coś we mnie się odblokowało. Teściowa chwyciła torebkę, wybiegła, zatrzaskując drzwi – jej kroki na klatce schodowej brzmiały jak obraza. Mąż podszedł do mnie. – Przepraszam – wyszeptał. Spojrzałam mu w oczy. – Nie chcę przeprosin – powiedziałam. – Chcę granic. Chcę wiedzieć, iż następnym razem nie zostanę z nią sama. Skinął głową. – Nie będzie następnego razu – obiecał. Wstałam, sięgnęłam po strzępy zdjęć, wrzuciłam do reklamówki i mocno zawiązałam. Nie bałam się zdjęć. Po prostu nie pozwoliłam już nikomu zostawiać „dowodów” w moim domu. To było moje ciche zwycięstwo. A wy co byście zrobili na moim miejscu? Poradźcie mi…
Wychowujesz go na ciapę? – Po co zapisałaś go do szkoły muzycznej? Ludmiła Pietrowna minęła synową, ściągając po drodze rękawiczki. – Dzień dobry, pani Ludmiło. Proszę wejść. Ja też się cieszę, iż pani przyszła. Sarkazm minął prawie bez echa. Teściowa rzuciła rękawiczki na komodę i obróciła się do Marii. – Kostek mi wczoraj dzwonił. Cały szczęśliwy, mówi: będę grał na pianinie! Co to w ogóle ma być? On ci chyba nie dziewczynka, co? Maria powoli zamknęła drzwi wejściowe. Ostrożnie. By się tylko nie zagotować i nie wykrzyczeć wszystkiego. – To znaczy, iż pana wnuk będzie uczył się muzyki. Bardzo mu się to podoba. – Podoba! – Ludmiła prychnęła, jakby Maria palnęła straszną głupotę. – On ma sześć lat, sam nie wie co lubi. Ty masz go prowadzić. Chłopak – dziedzic, mój wnuk – a ty kogo z niego wyhodujesz? Teściowa weszła do kuchni, nacisnęła przycisk czajnika jak u siebie. Maria ruszyła za nią, aż bolały ją szczęki od zaciskania zębów. – Wychowuję go na szczęśliwe dziecko. – Wychowujesz go na ciapę i mazgaja! – Ludmiła stanęła szeroko – Na piłkę trzeba było go zapisać! Na karate! Żeby był facetem, a nie… jakiś tam pianista! Maria oparła się o framugę, odliczyła do pięciu. Nie pomogło. – Kostek sam prosił. Sam. Lubi muzykę. – Lubi! – machnęła ręką teściowa. – Sergiusz w jego wieku latał po podwórku z chłopakami, grał w hokeja! A twój co? Będzie gamy walił? Wstyd! W Marii coś pękło. Odepchnęła się od framugi i podeszła do teściowej. – Już skończyła pani? – Nie, nie skończyłam! Już dawno chciałam powiedzieć… – A ja już dawno chciałam pani powiedzieć – Maria ściszyła głos do szeptu – Kostek jest moim synem. Moim. I ja zdecyduję, jak go wychować. A pani nie pozwolę się wtrącać. Ludmiła Pietrowna aż poczerwieniała. – Ty… jak ty się do mnie odzywasz?! – Proszę wyjść. – Co?! Maria minęła teściową, zdjęła z wieszaka jej płaszcz i wcisnęła jej ręce. – Proszę opuścić mój dom. – Wyrzucasz mnie?! Mnie?! Maria otworzyła drzwi. Chwyciła teściową za łokieć i wyprowadziła ją do wyjścia. Ludmiła próbowała się szarpać, ale Maria była bardziej stanowcza. Wypchnęła teściową na klatkę schodową. – Jeszcze zobaczysz! – Ludmiła obróciła się, twarz wykrzywiona złością – Słyszysz mnie?! Nie pozwolę ci zniszczyć mojego jedynego wnuka! – Do widzenia, pani Ludmiło. – Sergiusz się dowie! Wszystko mu powiem! Maria zatrzasnęła drzwi. Oparła się o nie i długo, długo wypuszczała powietrze. Za drzwiami przez jakiś czas coś jeszcze wrzeszczała, potem tupot na schodach. Cisza przyszła po mniej więcej dwóch minutach. Teściowa wykończyła ją całkowicie. Te wieczne pretensje, rady, pouczenia – jak wychowywać, czym karmić, w co ubierać. A Sergiusz, jakby nie widział problemu. „Mama chce dobrze”, „Ma doświadczenie”, „No posłuchaj jej choć raz”. Matkę uwielbiał. Każde jej słowo – święte. A Maria musiała znosić. Dzień po dniu, wizyta po wizycie. Ale nie dziś. Sergiusz wrócił z pracy przed dziewiątą. Maria usłyszała, jak przekręcił klucz w zamku, i od razu wiedziała – teściowa już zadzwoniła do syna. Po tym, jak rzucił klucze na komodę. Po tym, jak ciężko przeszedł do kuchni, nie zajrzał choćby do pokoju, gdzie Kostek oglądał bajki. – Kostek, skarbie, posiedź tutaj – Maria przykucnęła przed synem, założyła mu szerokie słuchawki, włączyła na tablecie ulubiony robotyczny serial – Z tatą musimy porozmawiać. Kostek tylko skinął głową, wlepiał wzrok w ekran. Maria domknęła drzwi do pokoju dziecka i poszła do kuchni. Sergiusz stał pod oknem, ręce skrzyżowane na piersi. choćby się nie obrócił, gdy weszła Maria. – Wyrzuciłaś moją matkę. To nie było pytanie. Stwierdzenie. – Poprosiłam ją o wyjście. – Wypchnęłaś ją! – Sergiusz się obrócił, szczęka zadrżała. – Dwa godziny płakała do mnie przez telefon! DWA godziny, Maniu! Maria usiadła przy stole. Nogi bolały po całym dniu w pracy, a teraz jeszcze to. – A nie przeszkadza ci, iż ona mnie obrażała? Sergiusz na moment zamilkł. Potem machnął ręką. – Po prostu przejmuje się o wnuka. Co w tym złego? – Nazwała naszego syna ciapą i mazgajem. Naszego syna, Sergiusz. Sześcioletnie dziecko. – No gorąca jest, zdarza się. Ale w czymś mama ma rację, Manio. Chłopakowi potrzebny sport. Duch drużyny, hartowanie… Maria długo patrzyła na męża, aż ten opuścił wzrok. – Mnie w dzieciństwie kazano chodzić na gimnastykę. Mama postanowiła – będziesz gimnastyczką, koniec tematu. Pięć lat, Sergiusz. Pięć lat wyłam przed każdą treningiem. Przeciągałam szpagat przez ból, chudłam od wyczerpania, błagałam, by mnie stamtąd zabrać. Sergiusz nic nie mówił. – Do dziś nie mogę patrzeć na siłownię. Do dziś. I swojemu synowi tego nie zrobię. Zechce piłkę – proszę bardzo. Ale tylko jeżeli sam zechce. Na siłę – nigdy. – Mama chce dobrze… – To niech sobie urodzi jeszcze jednego syna i wychowuje jak chce – Maria wstała od stołu. – Do Kosi nikt nie będzie się wtrącał. Ani ona, ani ty – jeżeli cię trzyma po swojej stronie. Sergiusz jakby chciał coś powiedzieć, ale Maria wyszła z kuchni. Resztę dnia nie rozmawiali. Maria położyła Kostka spać, siedziała długo w ciemnościach pokoju dziecięcego, słuchając spokojnego oddychania synka. Kolejne dwa dni – napięte milczenie. Potem Sergiusz przy kolacji zażartował, Maria się uśmiechnęła – lody zaczęły topnieć. Do piątku rozmawiali już normalnie, choć temat teściowej z daleka omijali. W sobotni poranek Maria nagle się obudziła. Przez chwilę wpatrywała się w zegar – ósma. Za wcześnie jak na wolne. Sergiusz chrapał obok, Kostek pewnie jeszcze spał. Co ją obudziło? I wtedy usłyszała – cichy metaliczny szczęk przy wejściu, przekręcanie zamka. Maria zerwała się, serce tłukło jej się w gardle. Złodziej? W biały dzień? Chwyciła telefon z komody i na palcach wyszła do korytarza. Drzwi wejściowe otworzyły się. Na progu stała Ludmiła Pietrowna. W ręku pęk kluczy. Na twarzy – triumfujący uśmiech. – Dzień dobry, synowo. Maria stała boso na zimnej podłodze, w rozciągniętej koszulce i piżamowych spodniach, a teściowa patrzyła z góry, jakby miała pełne prawo włamywać się do cudzego domu o ósmej w sobotę. – Skąd ma pani klucze? Ludmiła zamachała pękiem kluczy przed nosem Marii. – Sergiusz mi dał. Przedwczoraj przywiózł. Powiedział: mamo, przebacz jej, nie chciała cię urazić. Tak się za ciebie tłumaczył. Maria mrugnęła. Raz, drugi. Próbując poukładać wszystko w głowie. – Czego pani tu chce? O takiej porze? – Przyszłam po wnuka – już zdejmowała płaszcz i wieszała go na haczyk. – Szykuj się, Kostek! Babcia zapisała cię na piłkę, dziś pierwszy trening! Złość wybuchła w niej natychmiast. Gorąca, duszna, ogłuszająca, do szaleństwa. Maria obróciła się i wpadła do sypialni. Sergiusz leżał plecami do ściany. Udawał, iż śpi – Maria widziała napięte ramiona pod kołdrą. – Wstawaj! – Manio, później… Maria zrzuciła z niego kołdrę, chwyciła za rękę i wyciągnęła do salonu. Sergiusz się potykał, próbował się wyrwać, ale Maria nie puszczała. Ludmiła już siedziała wygodnie na kanapie. Noga założona na nogę, przeglądała magazyn z ławy. – Dałeś jej klucze – Maria zatrzymała się na środku pokoju, dalej ściskając nadgarstek męża. – Do mojego mieszkania. Sergiusz milczał. Kręcił się niespokojnie. – To moje mieszkanie, Sergiusz. Moje. Kupiłam je przed ślubem. Za swoje pieniądze. Jak mogłeś dać swojej matce klucze do mojego domu? – Ależ ona jest drobiazgowa! – Ludmiła odrzuciła gazetę. – Moje, nie moje… Tylko sobie głowę zaprzątasz! A Sergiusz pomyślał o synu, dlatego dał mi klucze. Żebym mogła dobrze z wnukiem przebywać, skoro mnie nie wpuszczasz. – Proszę się natychmiast zamknąć! Teściowa aż się zachłysnęła, ale Maria patrzyła tylko na męża. – Kostek nie pójdzie na żadną piłkę. Dopóki sam nie zechce. – Nie tobie decydować! – teściowa zerwała się z kanapy. – Ty jesteś nikim! Chwilową przygodą w życiu mojego syna! Myślisz, iż jesteś niezbędna? Sergiusz cię znosi tylko dla dobra dziecka! Cisza. Maria powoli obróciła się do męża. Stał z głową spuszczoną. Nic nie mówił. – Sergiusz? Nic. Ani słowa w jej obronie. – Dobrze – Maria skinęła głową. Niespodziewane zimne, jasne opanowanie opadło na nią. – Chwilowa przygoda. I właśnie się kończy. Weźcie sobie syna, pani Ludmiło. Mąż już nie będzie moim mężem. – Nie masz prawa! – teściowa aż pobladła. – Nie możesz go sama zostawić! – Sergiusz – Maria mówiła cicho, patrząc mężowi w oczy – Masz pół godziny, żeby się spakować i wyjść. Albo wyjdę za ciebie w piżamie – nie dbam o to. – Manio, poczekaj, porozmawiajmy… – Już rozmawialiśmy. Obróciła się do teściowej i uśmiechnęła krzywo. – Klucze może pani zostawić. Dziś wymienię zamki. …Rozwód trwał cztery miesiące. Sergiusz próbował wracać, dzwonił, pisał, przyjeżdżał z kwiatami. Ludmiła Pietrowna straszyła sądem, opieką, znajomościami. Maria znalazła dobrego adwokata i przestała odbierać telefony. Dwa lata minęły w oka mgnieniu… …Sala koncertowa szkoły muzycznej tętniła głosami. Maria siedziała w trzecim rzędzie, ściskając w dłoni program – „Konstanty Woronow, 8 lat. Beethoven, Oda do radości”. Kostek wszedł na scenę – skupiony, poważny, w białej koszuli i czarnych spodniach. Usiadł przy fortepianie, położył dłonie na klawiszach. Pierwsze nuty wypełniły salę. Maria przestała oddychać. Jej chłopiec grał Beethovena. Jej ośmioletni syn, który sam poprosił o szkołę muzyczną, sam godzinami siedział przy instrumencie, sam wybrał utwór na koncert. Gdy zabrzmiał ostatni akord, sala wybuchła brawami. Kostek wstał, ukłonił się, odnalazł wzrokiem mamę i uśmiechnął się szeroko, szczęśliwie. Maria klaskała razem ze wszystkimi, a łzy spływały jej po policzkach. Zrobiła wszystko dobrze. Postawiła syna ponad wszystko – ponad cudze opinie, ponad małżeństwo, ponad strach przed samotnością. Tak właśnie powinna postępować matka…
Król Karol III ma surowe zasady. Tego nie można robić w pałacowej kuchni
Krowieńczak księżycoróg – władca krowich placów
Zwaryjowałeś?! To przecież nasz syn, nie obcy! Jak możesz wyrzucać go z domu?! – wrzasnęła teściowa, zaciskając pięści ze złości…
Oszczędni znajomi zaprosili mnie na urodziny – wyszłam głodna, bo porcje były na wagę złota!
Echo nocy w szpitalnej ciszy – Opowieść Aleksandry o samotności, utraconych świętach i niespodziewanej bliskości podczas Nowego Roku w polskim centrum rehabilitacji
Krzyknęłam przez okno: — Mamo, dlaczego tak wcześnie wstałaś? Zmarzniesz! — Odwróciła się, pomachała łopatą na powitanie: — Dla was, leniuchy, się staram. — A następnego dnia już jej nie było… Do dziś nie potrafię spokojnie przejść obok naszego podwórka… Za każdym razem, gdy widzę tę ścieżkę, serce mi się ściska, jakby ktoś je ścisnął dłonią. To ja zrobiłam to zdjęcie drugiego stycznia… Po prostu szłam, zauważyłam ślady na śniegu — i zatrzymałam się. Zrobiłam zdjęcie, sama nie wiem po co. A teraz to jedyne, co mi zostało z tamtych dni… Nowy Rok obchodziliśmy, jak zawsze, całą rodziną. Mama już od rana trzydziestego pierwszego była na nogach. Obudził mnie zapach smażonych kotletów i jej głos w kuchni: — Córeczko, wstawaj! Pomóż mi skończyć sałatki, bo tato zje wszystkie składniki, zanim się obejrzymy! Zeszłam na dół jeszcze w piżamie, z potarganymi włosami. Stała przy kuchence w swoim ulubionym fartuchu w brzoskwinie, który jej kiedyś podarowałam. Uśmiechała się, policzki rumiane od piekarnika. — Mamo, daj mi chociaż kawy napić się najpierw — marudziłam. — Kawa potem! Najpierw sałatka jarzynowa! — zaśmiała się, podała mi miskę z pieczonymi warzywami. — Kroisz drobno, jak lubię. Nie jak ostatnio — w kostki wielkości pięści. Kroiłyśmy, rozmawiając o wszystkim. Opowiadała, jak w jej dzieciństwie witano Nowy Rok — bez tych wszystkich zagranicznych sałatek, z jedną śledzią pod pierzynką i mandarynkami, które jej tata przynosił 'po znajomości’. Potem przyszedł tato z choinką. Ogromną, prawie do sufitu. — No to, kobiety, przyjmijcie piękność! — zawołał z dumą w progu. — Tata, co ty, cały las wyciąłeś? — aż jęknęłam. Mama wyszła, spojrzała, rozłożyła ręce: — Piękna, fakt, ale gdzie ją postawimy? W zeszłym roku była mniejsza. Ale i tak pomogła ubierać. Z siostrą Lerką wieszałyśmy lampki, a mama wyciągnęła stare ozdoby — te z mojego dzieciństwa. Pamiętam, jak wzięła szklanego aniołka i cicho powiedziała: — Tego kupiłam ci na twój pierwszy Nowy Rok. Pamiętasz? — Pamiętam, mamo — skłamałam. Tak naprawdę nie pamiętałam, ale kiwnęłam głową. Tak pięknie się uśmiechała, gdy myślała, iż pamiętam… Brat przyjechał późnym popołudniem. Jak zwykle z hałasem — z siatkami, prezentami, butelkami. — Mamo, tym razem mam porządnego szampana! Nie taką kwaśną podróbę jak rok temu. — Synku, żebyś tylko nie narobił nam wstydu, jak ostatnio! — zaśmiała się mama i objęła go. O północy wyszliśmy wszyscy na podwórko. Tata z bratem odpalali fajerwerki, Lera piszczała z radości, a mama stała obok mnie, ściskając za ramiona. — Patrz, córeczko, jaka piękna ta nasza Polska — szeptała. — Jak dobrze nam się żyje… Objęłam ją mocno. — Najlepiej, mamo. Piliśmy szampana prosto z butelki, śmialiśmy się, gdy raca poleciała w stronę szopy sąsiada. Mama, trochę już wstawiona, tańczyła w filcowych bamboszach pod „Pada śnieg, dzwonią dzwonki sań”, a tata porwał ją na ręce. Wszyscy śmialiśmy się do łez. Pierwszego stycznia cały dzień leżeliśmy do góry brzuchem. Mama znowu gotowała — tym razem pierogi i galaretę. — Mamo, ileż można! I tak już pękamy! — jęczałam. — Nowy Rok to się tydzień świętuje! — machała ręką. Drugiego stycznia wstała jak zwykle wcześnie. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi, wyglądam, a ona na podwórku z łopatą — odśnieża ścieżkę. W starym puchowym płaszczu, chustka na głowie. Wszystko robiła starannie: od furtki do schodów — wąska, równa dróżka. Śnieg zgarniała na bok, jak zawsze. Zawołałam przez okno: — Mamo, co tak wcześnie? Zmarzniesz! Odwróciła się, pomachała łopatą na powitanie: — Bo wy, lenie, do wiosny po zaspach byście brnęli! Idź, wstaw czajnik! Uśmiechnęłam się i poszłam do kuchni. Wróciła za pół godziny, policzki czerwone, oczy się śmieją. — Porządek już jest! — usiadła z kawą. — Ładnie wyszło, prawda? — Ładnie, mamo. Dziękuję. To był ostatni raz, gdy słyszałam jej głos taki silny. Trzeciego stycznia rano obudziła się i cicho powiedziała: — Dziewczyny… coś mnie w piersi kłuje. Niedużo, ale dziwnie. Od razu się zaniepokoiłam: — Mamo, zadzwonię po karetkę? — Daj spokój, córuś. Przemęczyłam się tylko. Tyle roboty, latania. Położę się, przejdzie. Położyła się na kanapie, my z Lerką czuwałyśmy obok. Tata poszedł do apteki po leki. Jeszcze żartowała: — Nie róbcie takich tragedii, dziewczyny. Jeszcze was wszystkich przeżyję. A potem zbladła. Złapała się za serce. — Oj… źle mi… Bardzo źle… Wezwałyśmy pogotowie. Trzymałam ją za rękę i szeptałam: — Mamusiu, wytrzymaj, zaraz przyjadą, będzie dobrze… Spojrzała na mnie i ledwo dosłyszalnie powiedziała: — Córeczko… tak was wszystkie kocham… Nie chcę się żegnać. Ratownicy byli szybko, ale… nie zdołali już pomóc. Rozległy zawał. Wszystko trwało kilka minut. Siedziałam na podłodze na korytarzu i wyłam. Nie mogłam uwierzyć. Jeszcze wczoraj tańczyła pod fajerwerkami, śmiała się, dziś… Ledwo stojąc na nogach, wyszłam na dwór. Śnieg prawie nie padał. Zobaczyłam jej ślady. Te małe, staranne, równe. Od furtki do schodów i z powrotem. Takie zostawiała od zawsze. Stałam i patrzyłam długo. Pytałam Boga: „Jak to możliwe, iż jeszcze wczoraj człowiek chodził po ziemi, zostawiał swoje ślady, a dziś już go nie ma? Ślady zostały, ale jej nie ma!” Wydaje mi się, iż to właśnie 2 stycznia wyszła ostatni raz — zostawić nam czystą ścieżkę. Żebyśmy mogli nią przejść już bez niej. Nie pozwoliłam nikomu tych śladów zasypać. Poprosiłam, by nikt nie ruszał. Niech znikną dopiero, gdy sam śnieg je przykryje. To ostatnie, co dla nas zrobiła. Jej zwykła troska była widoczna choćby wtedy, gdy już jej z nami nie było. Tydzień później spadło mnóstwo śniegu. Przechowuję to zdjęcie z ostatnimi śladami mamy. I co roku trzeciego stycznia je oglądam, patrzę potem na pustą ścieżkę przed domem. I tak bardzo boli mieć świadomość, iż gdzieś pod tym śniegiem — zostawiła swoje ostatnie ślady. Te, po których wciąż za nią idę…
Ja NIE zapraszałam żadnych gości! – głos synowej załamał się. – Przecież WAS nie zapraszałam! Mark stał w kuchni, energicznie ubijając sos do makaronu. W jednej ręce trzymał rózgę, w drugiej otwartą książkę kucharską, a na twarzy malowało się skupienie. Aromat czosnku, pomidorów i bazylii wypełniał mieszkanie, mieszając się z lekkim zapachem palących się świec, które Anna rozstawiła w całym salonie. – Chyba mi wychodzi – odwrócił się do żony, która kroiła ser do sałatki. – Przynajmniej się nie zwarzył. Anna uśmiechnęła się do męża z czułością. Jej ciemne włosy były niedbale spięte w kok, a w dużych brązowych oczach odbijało się ciepłe światło kuchennej lampy. – Jesteś najzdolniejszy – Anna objęła go w pasie. – Pachnie cudownie. Jak w tej włoskiej knajpce w Krakowie. – Do tego dążymy! Wyobraź sobie: cisza, spokojna muzyka, kolacja przy świecach… Żadnych telefonów, żadnych gości. Tylko my dwoje. Pomysł, by jej urodziny spędzić tylko we dwoje, był ich wspólny. Po ciągłym zamieszaniu i niekończących się wizytach rodziny oboje marzyli o wieczorze tylko dla siebie. Anna wcześniej kupiła ulubione wino, a Marek wyszedł z pracy wcześniej, żeby samodzielnie przygotować kolację. Gdy skończyli przygotowania i przenieśli przystawki do salonu, Anna włączyła delikatną muzykę. – Wszystkiego najlepszego, kochanie – Marek uniósł swój kieliszek. – Niech ten rok przyniesie ci tylko szczęście i spokój. – Dziękuję, mój drogi – Anna stuknęła się z nim kieliszkiem. Wino miało cierpki, pełny smak. Zamknęła oczy, delektując się chwilą. Takiego wieczoru czekała od tygodni. W tej właśnie chwili rozległ się w przedpokoju głośny i przenikliwy dźwięk domofonu. Marek zmarszczył brwi. – Kto to może być? Przecież nikogo nie spodziewamy się. Anna wzruszyła ramionami, ale w środku coś jej zadrżało. Złe przeczucie, zimny dreszcz przeszedł po ciele. Marek podszedł do domofonu. – Tak? – zapytał do słuchawki. W odpowiedzi przez całe przedpokoje poniósł się radosny, zbyt znajomy głos. – Markuś, to my! Otwieraj, mamy słodkości! Przyszliśmy złożyć życzenia solenizantce! Twarz Marka pociemniała. Rzucił na Annę zdezorientowane spojrzenie. – Mama? – szepnął. – Co ty tutaj robisz? – Jak to co? Przyszłam do ukochanej synowej z życzeniami urodzinowymi! Otwieraj, na dworze wieje! Marek bezgłośnie wcisnął przycisk domofonu. W mieszkaniu zapanowała niezręczna cisza. – Twoja mama? Teraz? – cicho zapytała Anna. Jej głos zadrgał. – Przepraszam, nie wiem… Mówiła, iż tylko zadzwoni… Nie zdążyli dobrze zareagować, gdy do drzwi zapukano – głośno, natarczywie, jakby to nie byli goście, ale domownicy. Marek wziął głęboki oddech i otworzył. Na progu stała pani Teresa – jego mama. Niska, korpulentna kobieta z krótkimi włosami i wyraźnie podkreślonymi ustami. Była otulona barwną, puchową chustą i trzymała w rękach ogromny, parujący pojemnik plastikowy. – No w końcu otworzyliście! A my tu stoimy na zimnie jak bezdomne psy! – Bez przywitania weszła do mieszkania, energicznie zrzucając płaszcz. Dopiero wtedy Anna i Marek zobaczyli, iż za nią stoi cała ekipa. Do mieszkania wpadli: wujek Stefan, brat Teresy, potężny mężczyzna w dresie niosący skrzynkę z sokiem, jego żona, ciocia Halina, szczupła i ruchliwa, z wielkim tortem w kartonie, który trzymała przed sobą jak tarczę, oraz wreszcie ich dwudziestoletnia córka Wiktoria, od razu wlepiająca nos w telefon, i dwójka młodszych dzieci, które z wrzaskiem pognały w głąb mieszkania. – Mamo, co to ma znaczyć? – wykrztusił Marek. – A co takiego? – Teresa odwiesiła płaszcz na wieszak, zajmując przy tym trzy haczyki naraz. – Przecież jesteśmy rodziną! Chcieliśmy zrobić Ani niespodziankę! Wszystko dla ciebie, kochana! – zwróciła się do synowej, podając jej pudełko. – Trzymaj, domowy galaret. Marek go uwielbia. Anna odruchowo przejęła ciężką miskę. – Dziękuję, pani Tereso – wymamrotała. – Ale… nie spodziewaliśmy się gości… – Przestań, jakie goście! Swoi przecież! – zaśmiała się głośno teściowa i ruszyła do salonu. – O, jakie romantyczne świece! W tym czasie ciocia Halina już zdążyła wsadzić tort na stół, przesuwając wazon z kwiatami i kieliszki z winem. – Aniu, wszystkiego najlepszego! To ja sama upiekłam, tort „Warszawski”, stary przepis. Koniecznie spróbuj! Dzieci biegały po salonie, bawiąc się w berka. Jeden z chłopców omal nie strącił wysokiego wazonu, Anna instynktownie rzuciła się, by go złapać. Serce waliło jak młotem. Marek ocknął się pierwszy i próbował zapanować nad sytuacją. – Skoro już jesteście… Zapraszam, rozgośćcie się. Aniu, możemy rozłożyć… w kuchni? Ale Teresa już dawno zadecydowała inaczej. – Po co się kisić w kuchni? Tu pięknie posiedzimy! Stefan, przesuń stolik, Halina, talerze przynieś. Wiktoria, odłóż już ten telefon, pomóż nam, proszę! Wiktoria niechętnie podreptała do kuchni, nie odrywając wzroku od ekranu. Klimat intymnego, romantycznego wieczoru odszedł bezpowrotnie. Po dziesięciu minutach cały stół zapełnił się domowym jedzeniem: galaretem, śledziem pod pierzynką, sałatką jarzynową, marynowanymi grzybkami i tortem „Warszawskim”. – No to, solenizantka, opowiadaj: jak życie? – Teresa usiadła na kanapie, wbijając w Annę badawcze spojrzenie. – Wciąż pracujesz w tej samej firmie? Szef za bardzo nie denerwuje? – Wszystko w porządku, dziękuję – cicho odparła Anna, grzebiąc widelcem w sałatce. – A nasza Wiktoria nie może żadnej roboty znaleźć – ciągnęła dál teściowa, nie czekając na odpowiedź. – Uczyła się, starała, a teraz siedzi w domu. Może byś jej poszukała czegoś w swojej firmie? Zdolna dziewczyna, naprawdę. Anna tylko skinęła głową. Czuła, jak wszystko się w niej kurczy. Marek siedział obok, zgarbiony. Starał się podtrzymać rozmowę, odpowiadał na pytania Stefana o piłkę nożną, ale widać było, iż jest wykończony i zły. Ciągle rzucał Annie przepraszające spojrzenia, ale nie mógł nic zrobić. Dzieci najadły się słodyczy i wróciły do biegania. Młodszy, Szymek, znalazł na półce kolekcję kryształowych figurek, które Anna zbierała latami. – Mamo, patrz, jakie świecidełka! – krzyknął. – Ostrożnie, Szymek, to delikatne! – podniosła się Anna, ale już było za późno. Chłopiec ciągnął delikatną figurkę łabędzia. Usłyszeli krótkie, dźwięczne trzasknięcie. Kryształ rozsypał się na kawałki. Zapadła martwa cisza. choćby muzyka dawno ucichła. Słychać było tylko syk płonących świec. – Ojej, no i narozrabiał! – zawołała ciocia Halina. – Szymon, czego nie słuchałeś! – Daj spokój, co za problem – machnęła ręką Teresa. – Zwykłe szkło, wyrzucimy i już. Przecież dziecko nie z premedytacją! Anna podniosła na nią oczy. – To był prezent od mojej babci – powiedziała cicho i bardzo wyraźnie. – Nie żyje już od lat. – No, babcia to babcia, niech spoczywa w pokoju, ale najważniejsze są żywi – nie ustępowała Teresa. – Dzieci trzeba pilnować, a cenne drobiazgi odkładać, jak się gości przyjmuje. To była ostatnia kropla. Anna gwałtownie wstała, aż krzesło odsunęło się z hukiem. – Ale ja nie zapraszałam nikogo! – wreszcie jej głos się załamał. – Przecież was nie zapraszałam! My z Markiem chcieliśmy być dziś tylko we dwoje! To moje urodziny, nie rodzinne zebranie! W salonie zapadła grobowa cisza. choćby dzieci wyczuły napięcie. Wujek Stefan patrzył w talerz, ciocia Halina zaniemówiła. Teresa poczerwieniała. – To tak? – jej głos stał się lodowaty. – Przyjechaliśmy z życzeniami, z prezentami, zastawiliśmy stół, a jesteśmy tu zbędni? Nie wolno nam odwiedzić własnego syna? – Mama, dość – Marek wstał. Jemu też puściły nerwy. – Anna ma rację. Planowaliśmy wieczór tylko dla siebie. Nie miałaś prawa wtargnąć z całą rodziną bez uprzedzenia. – Wtargnąć? – podniosła głos Teresa. – Ja do własnego syna? Ja cię wychowałam! Teraz, bo żona się znalazła, to już nie mam po co przychodzić? – To nie o Anię chodzi! Chodzi o szacunek do naszych planów i prywatności! Rozkręciła się głośna, jałowa kłótnia. Teresa zarzucała, Marek próbował dojść do głosu, reszta rodziny milkła, wpatrując się w stół. Anna już nie wytrzymała. Wysunęła się bez słowa z salonu. Głosy dochodziły zza ściany – stłumione, ale bolesne. Nie wiedziała, ile minęło – dziesięć minut? Dwadzieścia? Kłótnia ucichła, nastała niezręczna cisza. Potem – kroki, stłumione rozmowy, dźwięk zamykanych drzwi wejściowych. Drzwi do sypialni cicho się otwarły. Wszedł Marek, całkiem rozbity. – Poszli – powiedział cicho. – Przepraszam, powinienem był wyłączyć domofon… – Ale tego nie zrobiłeś – Anna była bez życia. – Powinieneś ją zatrzymać! – To przecież moja matka… Chciała dobrze. – Dla kogo? – Anna odwróciła się do niego, ogień buchał jej w oczach. – Dla siebie? Żeby pokazać, jaka z niej gospodyni? Zepsuła cały wieczór, Marek! – Co miałem zrobić? Wyrzucić? Byłaby awantura… – A teraz nie była?! Anna przeszła do okna. Na parkingu widziała postacie Teresy i rodziny wsiadające do samochodu. Kryzys minął tylko pozornie. Anna wiedziała, iż to tylko pauza. – Nie wiem, co dalej, Marek – szepnęła. – Nie chcę żyć w strachu, iż kiedyś znowu twoja mama wpadnie bez zaproszenia z kluskami i radami. – Porozmawiam z nią. Na poważnie tym razem. Wytłumaczę, iż tak się nie robi… – Już sto razy mówiłeś. Nic się nie zmienia. Wymarzony wieczór nie zdążył się choćby zacząć, a już był skończony. – Przepraszam – wyszeptał Marek ponownie. – Wszystkiego najlepszego, kochanie. Anna zamknęła oczy. Miała trzydzieści trzy lata. A czuła się, jakby miała co najmniej sześćdziesiąt. – Może spróbujemy świętować dalej? – Marek zaproponował z nadzieją. – Tyle jedzenia zostało. – Nie mam już ochoty – odparła sucho Anna. – Jestem bardzo zmęczona, pójdę spać. Wyszła do łazienki. Chciała z siebie zmyć cały ten wieczór i zasnąć, żeby jak najszybciej nadszedł nowy dzień bez zaborczej teściowej i jej rodziny. Po kłótni Teresa obraziła się na syna i synową. Szczerze nie rozumiała, czym mogła przeszkodzić w tym wieczorze.
Teściowa trzyma w szafce pod zlewem. Tak pożegnała uciążliwy problem
Masz już 40 lat? Do tego pubu nie wejdziesz
Jak skutecznie zwalczyć chęć na słodkie przekąski?
— Mamo, znowu całą noc było światło! — krzyknął Krzysiek, wchodząc zirytowany do kuchni.
Jennifer Garner od lat rozwija biznes z dala od kamer. Dziś jest wart ponad 724 mln dol.
Do daty wdrożenia – historia urzędniczki z trzeciego piętra: zamknięcie oddziału na Komunalnej, nowe warunki świadczeń, cicha lojalność i codzienna walka o ludzi od zapomóg po apteki
I dziś czasem budzę się w nocy i zastanawiam się, kiedy mój tata zdołał odebrać nam wszystko. Miałam 15 lat, gdy to się stało. Mieszkaliśmy w małym, ale zadbanym domu – z meblami, lodówką pełną w te dni, kiedy była wyprawa na zakupy, a rachunki prawie zawsze były opłacone na czas. Chodziłam do drugiej klasy liceum, a moim największym zmartwieniem było to, czy zdam matematykę i uzbieram pieniądze na wymarzone adidasy. Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy tata zaczął wracać coraz później. Wchodził, choćby nie mówił „cześć”, rzucał klucze na stół i od razu szedł do swojego pokoju z telefonem w dłoni. Mama mówiła: — Znowu się spóźniłeś? Myślisz, iż ten dom sam się utrzyma? A on odpowiadał sucho: — Daj mi spokój, jestem zmęczony. Słuchałam wszystkiego z pokoju, ze słuchawkami na uszach, udając, iż nic się nie dzieje. Pewnego wieczoru zobaczyłam, jak tata rozmawia przez telefon na podwórku. Śmiał się cicho, mówił „prawie załatwione” i „w porządku, wszystko ogarnę”. Jak mnie zobaczył, natychmiast skończył rozmowę. Poczułam coś dziwnego w żołądku, ale nic nie powiedziałam. W dzień, kiedy odszedł, był piątek. Wróciłam ze szkoły i zobaczyłam otwarty kuferek na łóżku. Mama stała w drzwiach sypialni z zaczerwienionymi oczami. Spytałam: — Gdzie tata idzie? choćby na mnie nie spojrzał, powiedział tylko: — Zniknę na jakiś czas. Mama krzyknęła: — Na jakiś czas z kim? Powiedz prawdę! Wtedy wybuchł: — Odchodzę do innej kobiety. Mam dość tego życia! Rozpłakałam się: — A ja? A moja szkoła? A dom? Tylko powiedział: — Poradzicie sobie. Zamknął kuferek, chwycił dokumenty z szuflady, wziął portfel i wyszedł, choćby się nie pożegnał. Tego wieczoru mama próbowała wypłacić pieniądze z bankomatu – karta była zablokowana. Następnego dnia poszła do banku i dowiedziała się, iż konto jest puste. Tata wypłacił wszystko, co razem oszczędzali. Dodatkowo okazało się, iż zostawił nieopłacone rachunki za dwa miesiące oraz wziął kredyt, zapisując mamę jako poręczyciela, nie mówiąc jej o tym. Pamiętam mamę siedzącą przy stole ze starym kalkulatorem, liczącą rachunki i płaczącą: — Nie starczy na nic… nie starczy… Starałam się jej pomagać, ale choćby połowy tego, co się działo, nie rozumiałam. Po tygodniu odcięli nam internet, niedługo potem prawie także prąd. Mama zaczęła szukać pracy – sprzątała domy. Ja zaczęłam sprzedawać słodycze w szkole. Wstydziłam się stać na przerwie z torbą czekoladek, ale robiłam to, bo w domu brakowało choćby tego, co najpotrzebniejsze. Był dzień, kiedy otworzyłam lodówkę – była tam tylko dzbanek z wodą i pół pomidora. Usiadłam w kuchni i rozpłakałam się sama. Wieczorem jadłyśmy biały ryż, bez dodatków. Mama przepraszała, iż nie może już dawać mi tego, co kiedyś. Dużo później zobaczyłam na Facebooku zdjęcie taty z tą kobietą w restauracji – wznieśli toast winem. Ręce mi się trzęsły. Napisałam: „Tato, potrzebuję na materiały do szkoły.” Odpisał: „Nie mogę utrzymywać dwóch rodzin.” To była nasza ostatnia rozmowa. Później już nie zadzwonił. Nie zapytał, czy zdałam, czy jestem chora, czy czegoś potrzebuję. Po prostu zniknął. Dzisiaj pracuję, wszystko płacę sama, pomagam mamie. Ale ta rana wciąż jest otwarta. Nie chodzi tylko o pieniądze. O porzucenie, o chłód, o to, jak zostawił nas na dnie i poszedł dalej, jakby nic się nie stało. A mimo to, wiele nocy budzę się z tym samym pytaniem, które dławi mnie w środku: Jak przetrwać, kiedy własny ojciec zabiera wszystko i zostawia cię, byś sama się uczyła, jak przeżyć – będąc jeszcze dzieckiem?
Wynoś się z mojego mieszkania! – powiedziała spokojnie mama — Wynoś się — zupełnie spokojnie powiedziała matka. Arina rzuciła ironiczny uśmiech i oparła się wygodniej na krześle — była przekonana, iż matka zwraca się do jej przyjaciółki. — Wynoś się z mojego mieszkania! — Natalia odwróciła się do córki. — Lena, widziałaś post? — Przyjaciółka dosłownie wpadła do kuchni, nie zdejmując płaszcza. — Arisha urodziła! 3400, 52 centymetry. Kopia ojca, tak samo zadarty nosek. Już obleciałam wszystkie sklepy, nakupiłam ciuszków. Czemu jesteś taka naburmuszona? — Gratuluję, Natalko. Cieszę się z was, — Lena wstała, żeby zrobić przyjaciółce herbatę. — Siadaj, zdejmij płaszcz. — Ojej, nie mam czasu w siedzenie, — Natalia przysiadła tylko na brzegu krzesła. — Tyle spraw, tyle spraw. Arinka taka dzielna, wszystko sama ogarnia, własnymi rękoma. Mąż złoty, mieszkanie na kredyt wzięli, remont kończą. Jestem dumna z mojej dziewczyny. Dobrze ją wychowałam! Lena postawiła kubek z herbatą przed przyjaciółką. No, dobrze… Gdyby tylko Natka wiedziała… *** Dokładnie dwa lata temu Arina, córka Natalii, pojawiła się u Leny bez zapowiedzi, zapłakana i roztrzęsiona. — Ciociu Lenko, tylko błagam, nie mów mamie. Proszę! jeżeli się dowie, dostanie zawału, — wyła Arina, miętosiła mokrą chusteczkę. — Arina, uspokój się. Opowiadaj, co się stało? — Lena naprawdę się przestraszyła. — Ja… w pracy… — Arina pociągnęła nosem — Koleżance zginęły z torebki pieniądze. Pięćdziesiąt tysięcy. A kamery nagrały, jak wchodziłam do biura, gdy nikogo nie było. Przysięgam, nie wzięłam! Naprawdę! Ale powiedzieli, iż albo oddam pięćdziesiąt tysięcy do jutra do południa, albo zgłaszają na policję. Niby mają „świadka”, który mnie widział z portfelem. To pułapka, ciociu Lena! Ale kto mi uwierzy? — Pięćdziesiąt tysięcy? — Lena zmarszczyła brwi. — A czemu nie poszłaś do ojca? — Byłam! — Arina zaniosła się kolejnym szlochem. — On powiedział, iż sama sobie winna, nie da mi ani grosza, jak taka nieudaczna jestem. Powiedział: „Idź na policję, tam cię życia nauczą”. choćby do mieszkania mnie nie wpuścił, przez drzwi nakrzyczał. Ciociu Lena, nie mam już do kogo iść. Mam dwadzieścia tysięcy, zbierałam. Brakuje mi trzydziestu. — A mama? Czemu nie powiesz? Przecież to twoja mama. — Nie! Mama mnie zabije. Zawsze powtarza, iż ją tylko wstydzę, a tu jeszcze kradzież… Przecież ona pracuje w szkole, wszyscy ją znają. Błagam, pożycz mi trzydzieści tysięcy, proszę! Przysięgam, będę oddawać po dwa-trzy tysiące tygodniowo. Mam już inną pracę! Proszę, ciociu! Serce Leny ścisnęło się z żalu. Dwudziestoletnia dziewczyna, całe życie przed nią, a tu taka plama. Ojciec odmówił, matka by ją zgromiła… — Kto w życiu nie popełnia błędów? — pomyślała Lena. Arina nie przestawała płakać. — Dobrze — powiedziała. — Mam te pieniądze. Odkładałam na zęby, ale poczekają. Tylko obiecaj, iż to ostatni raz. I twojej mamie ani słowa, skoro tak się boisz. — Dziękuję! Dziękuję, ciociu Lenko! Życie mi uratowałaś! — Arina rzuciła jej się na szyję. W pierwszym tygodniu Arina naprawdę oddała dwa tysiące. Przyszła szczęśliwa i powiedziała, iż wszystko się ułożyło, nie ma sprawy w policji, na nowej pracy wszystko dobrze. A potem… przestała odpowiadać na wiadomości. Miesiąc, dwa, trzy. Lena widywała ją u Natalii na rodzinnych imprezach, ale Arina zachowywała się, jakby były dla siebie prawie obce — obojętne „dzień dobry” i tyle. Lena nie chciała naciskać. — Młoda jest, wstydzi się, to unika — myślała. Uznała, iż te trzydzieści tysięcy to nie cena za wieloletnią przyjaźń z Natalią. Po prostu darowała dług. Zapomniała. *** — W ogóle mnie słuchasz? — Natalia zamachała ręką przed twarzą Leny. — O czym rozmyślasz? — E, nic, własne sprawy — odpowiedziała Lena, potrząsając głową. — Słuchaj — Natalia ściszyła głos. — Spotkałam ostatnio Kasię, pamiętasz naszą byłą sąsiadkę? Podeszła wczoraj do mnie w sklepie. Dziwna jakaś. Zaczęła wypytywać o Arinkę, czy spłaciła długi. W ogóle nie rozumiałam, o co chodzi. Powiedziałam jej, iż Arinka samodzielna, sama zarabia. Kasia dziwnie się uśmiechnęła i poszła. Nie wiesz, czy Arina coś od niej kiedyś pożyczała? Lena poczuła, jak coś ściska jej wnętrzności. — Nie wiem, Natalka. Może jakieś drobniaki. — Dobra, uciekam. Muszę jeszcze do apteki — Natalia wstała, ucałowała Lenę w policzek i wyszła. Wieczorem Lena nie mogła już wytrzymać. Znalazła numer Kasi i zadzwoniła. — Kasia, cześć. Tu Lena. Widziałam się dziś z Natalią. O co chodziło z tymi długami Ariny? Po drugiej stronie zapadło ciężkie milczenie. — O rany, Lenka… Myślałam, iż wiesz. Przecież jesteście z nimi najbliżej. Dwa lata temu Arinka przyleciała do mnie. Cała roztrzęsiona, oczy czerwone. Powiedziała, iż oskarżyli ją w pracy o kradzież. Albo odda trzydzieści tysięcy, albo więzienie. Błagała, by mamie nie mówić, płakała. Durnowata, pożyczyłam jej te pieniądze. Obiecała oddać za miesiąc. Potem zniknęła… Lena aż ścisnęła telefon. — Trzydzieści tysięcy? — powtórzyła. — Dokładnie trzydzieści? — No właśnie. Mówiła, iż tyle brakuje. Oddała pięćset złotych po pół roku i cisza. A potem dowiedziałam się od Wery z trzeciej klatki, iż do niej Arina przyszła z identyczną opowieścią. Wera dała jej czterdzieści tysięcy. Galina Pietrowna, ich dawna nauczycielka, też „ratowała” Arinkę przed więzieniem. Dała jej pięćdziesiąt tysięcy. — Czekaj… — Lena opadła na kanapę. — To co, u wszystkich prosiła o mniej więcej te same kwoty i z tą samą historią? — No właśnie — Kasia zrobiła się ostra. — Dziewczyna po prostu zebrała „haracz” od wszystkich przyjaciółek mamy. Każdej po trzydzieści-czterdzieści tysięcy. Historyjkę o kradzieży wymyśliła, zagrała na litość. My przecież wszystkie Natalię lubimy, to milczałyśmy, nie chciałyśmy jej martwić. A Arina kasę pewnie przehulała. Zaraz potem zdjęcia z Turcji wrzucała na fejsa. — Ja też dałam jej te trzydzieści tysięcy — powiedziała cicho Lena. — No to pięknie, — westchnęła Kasia. — Tych osób jest pewnie z pięć czy sześć. Prawie biznes, Lena! To już nie „błąd młodości”, tylko po prostu oszustwo. A Natalia nie ma o niczym pojęcia. Dumna z córki, a córka — złodziejka! Lena odłożyła telefon. Zaszumiało jej w głowie. Nie żal jej było pieniędzy — już dawno się z nimi pogodziła. Było jej po prostu niedobrze, jak bardzo dwudziestoletnia dziewczyna cynicznie wykorzystała zaufanie dorosłych kobiet. *** Następnego dnia Lena poszła do Natalii. Nie planowała awantury. Chciała tylko spojrzeć Arinie w oczy. Akurat wróciła ze szpitala i do czasu skończenia remontu w nowym mieszkaniu mieszkała u mamy. — O, ciocia Lena! — Arina uśmiechnęła się sztywno na widok mamy przyjaciółki. — Zapraszam na herbatę? Natalia krzątała się przy kuchni. — Oj, Lenka, siadaj, czemu nie zadzwoniłaś? Lena usiadła naprzeciwko Ariny. — Arina, — zaczęła spokojnie. — Spotkałam Kasię. I Werę. I Galinę Pietrowną. Rozmawiałyśmy długo. Założyłyśmy taki „klub pomocy pokrzywdzonym”. Arina znieruchomiała, pobladła, rzuciła szybkie spojrzenie na matkę. — O co chodzi, Leno? — Natalia odwróciła się z niepokojem. — Arina wie, o co chodzi — Lena patrzyła na młodą kobietę. — Pamiętasz, Arinko, tę nieładną historię sprzed dwóch lat? Wtedy prosiłaś mnie o trzydzieści tysięcy. I Kasię. I Werę o czterdzieści. I Galinę Pietrowną o pięćdziesiąt. Wszystkie „ratowałyśmy” cię przed więzieniem. Każda myślała, iż zna twój sekret jako jedyna. Czajnik w dłoni Natalii zadrżał, woda prychnęła na kuchenkę. — Jakie pięćdziesiąt tysięcy? — Natalia ostrożnie odstawiła czajnik. — Arina? O czym ona mówi? Pożyczałaś pieniądze od moich koleżanek? choćby od Galiny Pietrownej?! — Mamo… to nie tak… — Arina zaczęła się jąkać. — Ja… ja oddawałam… prawie… — Nie oddałaś nic, Arina — przerwała Lena. — Przyniosłaś dwa tysiące na „pokaz”, potem zapadłaś się pod ziemię. Po prostu zebrałaś od nas sumę blisko dwustu tysięcy, wymyślając smutną bajeczkę. Milczałyśmy, bo szkoda nam było twojej mamy. Ale wczoraj zrozumiałam, iż szkoda, to było nas. — Arina, popatrz mi w oczy. Wyłudziłaś pieniądze od moich przyjaciółek?! Zmyśliłaś kradzież, żeby okraść tych, którzy mnie odwiedzają? — Mamo, potrzebowałam pieniędzy na przeprowadzkę! — wybuchła Arina. — Przecież nic mi nie dawaliście! Ojciec nie dał grosza, a mi trzeba było zacząć życie! Co w tym złego? Dla nich to nie majątek, nie zabrałam ostatnich pieniędzy! Lena poczuła obrzydzenie. Tak to wygląda naprawdę… — Rozumiem. Natalka, przepraszam, iż teraz to wszystko wyciągam, ale nie zamierzam tego dalej kryć. Nie chcę zachęcać do takich zachowań. Traktowała nas wszystkie jak idiotki! Natalia oparła ręce na stole. Drżała cała. — Wynoś się, — spokojnie powiedziała. Arina uśmiechnęła się pobłażliwie, pewna, iż mama mówi do Leny. — Wynoś się z mojego mieszkania! — Natalia zwróciła się do córki. — Natychmiast zbieraj rzeczy i idź do męża. Nie chcę cię tu widzieć! Arina zbielała. — Mamo, mam małe dziecko! Nie wolno mi się denerwować! — Nie masz już matki, Arina. Matka była wtedy, gdy myślałam, iż jesteś uczciwą osobą. Ty jesteś złodziejką. Galina Pietrowna… Boże, przecież ona codziennie do mnie dzwoniła, pytała jak się mamy, ani słowa nie pisnęła… Jak ja jej teraz w oczy spojrzę?! Arina złapała torbę, rzuciła na podłogę ręcznik. — Udławcie się tymi pieniędzmi! — wrzasnęła. — Stare wariatki! Idźcie w diabły, obie! Arina pobiegła do pokoju, złapała nosidełko z dzieckiem i wybiegła z mieszkania. Natalia osunęła się na krzesło i zakryła twarz dłońmi. Leny było wstyd. — Przepraszam, Natalko… — Nie, Leno… To ja ciebie przepraszam. Za to, iż takie zero wychowałam. Naprawdę wierzyłam, iż sama osiągnęła sukces, a ona… Boże, co za wstyd… Lena pogłaskała przyjaciółkę po ramieniu, a Natalia zaniosła się płaczem. *** Tydzień później mąż Ariny, blady i wychudzony, objechał wszystkich „wierzycieli”, przepraszał ze spuszczonym wzrokiem. Obiecywał, iż wszystko spłaci. I rzeczywiście, po kilku dniach zaczęły spływać przelewy — pięćdziesiąt tysięcy Galinie Pietrownej zapłaciła Natalia. Lena nie czuła się winna. Oszustka zasłużyła na konsekwencje. Prawda?
Nie pozwolę, by mój syn utrzymywał cudze dziecko – historia Taty, Mamy, Mamy Pashy i trudnych rozmów o alimentach oraz rodzinnych granicach
Dziś traktowane jak niepotrzebne chwasty. Kiedyś te rośliny ratowały przed głodem
Jana wróciła z porodówki – a w kuchni stała druga lodówka. – Ta jest moja i mamy, nie wkładaj tam swoich rzeczy – oznajmił mąż.
Wygryzł twaróg z lodówek. Dietetycy zachwyceni. Pomaga gubić kilogramy
Prawie każdy popełnia ten błąd. Sprawdź, gdzie naprawdę wyrzucać resztki z obiadu
Męskie gotowanie: Bigos po kozacku. Będziecie zaskoczeni smakiem
Kłodzko - kolizja pod McDonald's
3,5 hektara upraw, 72 tony warzyw i ponad 4200 osób korzystających ze zbiorów. Drugi sezon Miejskiej Farmy.
Pela znowu dokazuje z Folwarską. Fani nie mają złudzeń: Oj, chyba Agnieszka taka była
„PO CO GO RATOWAŁAŚ? PRZECIEŻ TO WARZYWO! TERAZ CAŁE ŻYCIE BĘDZIESZ MU PIELUCHY ZMIENIAĆ, A JA JESTEM MŁODA, POTRZEBUJĘ FACETA!”— KRZYCZAŁA NARZECZONA W REANIMACJI. LEKARKA LIDIA MILCZAŁA. WIEDZIAŁA, ŻE TEN PACJENT TO NIE „WARZYWO”, ALE JEDYNY, KTÓRY JĄ SŁYSZY.
Przepis na szczęście… Cała klatka patrzyła, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadzają się nowi lokatorzy – rodzina kierownika hali z ważnego zakładu w małym, prowincjonalnym polskim miasteczku. – I co, chcą mieszkać w starym bloku? – pytała koleżanek emerytka pani Nina, – przy ich znajomościach to by mogli spokojnie złapać mieszkanie w nowym bloku. – Nie oceniaj innych swoją miarą, mamusiu – poprawiała ją córka, trzydziestoletnia, wciąż niezamężna Ania z wyrazistym makijażem. – Po co im nowy blok, skoro mamy tu przedwojenną kamienicę: sufity wysokie, pokoje duże i osobne, przestronny przedpokój, a loggia jak osobny pokój… No i telefon od razu im zamontowali. U nas to przecież tylko trzy telefony na dziewięć mieszkań… – Ty to tylko przez telefon byś gadała – zganiła ją matka – już sąsiadom się znudziłaś. Do tych nie zaglądaj, bo to porządni, zajęci ludzie… – Oj, nie tacy zajęci, są młodzi, a córka ich ma na imię Natalka, dziewięć lat. W sumie są w moim wieku, no, może z pięć lat starsi – odparła Ania, patrząc na matkę z urazą. Sąsiedzi okazali się uprzejmi i uśmiechnięci. Lida pracowała w szkolnej bibliotece, a pan Iwan miał już dziesięć lat stażu w zakładach. O tym wszystkim opowiadała Ania na ławce przed blokiem, gdzie wieczorami przesiadywała jej matka z sąsiadkami. – Skąd ty to wszystko wiesz, dziewczyno? – dziwiły się kobiety – ty nasza lokalna pani detektyw! – A bo ja do nich dzwonić chodzę, a oni, w przeciwieństwie do niektórych, pozwalają – śmiała się Ania, aluzji do zamkniętych przed ewidentnie gadatliwą sąsiadką drzwi nie pomijając. Tak Ania zaprzyjaźniła się z nowymi sąsiadami i coraz częściej dzwoniła do koleżanek albo pracy właśnie od nich, nie kryjąc, iż rozmowy przeciągają się w nieskończoność. Raz pojawiała się w nowej sukience, raz w domowym szlafroku, wyraźnie szukając bliższych kontaktów z małżeństwem. Któregoś dnia zobaczyła, jak pan Iwan demonstracyjnie zamyka drzwi do pokoju, gdzie oglądał telewizję, kiedy tylko weszła zadzwonić. Tak powtarzało się kilka razy. Ania uśmiechała się do Lidy, dziękowała zaglądając na kuchnię – a Lida odpowiadała tylko kiwnięciem głowy i prosiła, by domknęła drzwi. – Nie mogę za panią zamknąć, mam ręce w cieście – tłumaczyła Lida – zamka mamy francuskiego, sam się zatrzaskuje. – Ojej, a co znowu piecze pani? Znowu drożdżówki? Ciągle u państwa pachnie wypiekami… A ja taka niezdara, nie umiem piec – wzdychała Ania. – Na śniadanie będą serniczki drożdżowe, rano nie ma czasu, to piekę teraz – uśmiechała się Lida i wracała do wyrabiania ciasta. Ania była rozgoryczona coraz krótszymi, niezobowiązującymi rozmowami. – Lido, rozumiem, iż ci głupio odmówić sąsiadce, ale nasz telefon jest wiecznie zajęty, moi znajomi nie mogą się dodzwonić – zaczął któregoś wieczoru Iwan. – Też to zauważyłam, babka robi się bezceremonialna jak u siebie – przyznała żona. Tego samego wieczoru Ania znowu przyszła, odświętnie ubrana, usiadła w przedpokoju i długo prowadziła rozmowę telefoniczną. – Ania, będziesz jeszcze długo rozmawiać? Czekamy na istotny telefon, – delikatnie upomniała ją po dziesięciu minutach Lida. Ania odłożyła słuchawkę i, wyjmując z torebki czekoladę, rzuciła: – Przyszłam dziś na słodko, zapraszam na herbatę, z okazji znajomości! Weszła do kuchni, kładąc tabliczkę na stole. – Nie, proszę schować – odrzekła Lida. – Natalka nie może słodyczy, ma alergię. Chęci doceniam, ale do herbaty się dziś nie nada. U nas czekolada to temat tabu. – Jak to tabu? – speszyła się Ania – chciałam podziękować z serca… – Nie ma za co dziękować, a i proszę z tymi telefonami już się ograniczyć. Tylko nagłe przypadki – lekarz, pogotowie, straż – zawsze można. Ale rozmowy na długo nie wchodzą w grę. Bez urazy – wydusiła Lida – mąż czeka na telefon z pracy, a Natalka uczy się w pokoju, nie chcemy przeszkadzać. Ania schowała czekoladę i wyszła, nie rozumiejąc przyczyny traktowania. Uważała, iż sąsiadka zazdrości jej urody i figury. – Przecież jestem młodsza, pewnie męża jej bym zainteresowała! – narzekała matce – a ona choćby na herbatę nie zaprosiła… – Oj, głupiaś ty i uparta! – wzdychała pani Nina. – Każda rodzina to nie przechowalnia, nie każdemu twój telefon potrzebny. Pokazali ci, gdzie twoje miejsce. Szukaj chłopa i zaproś sąsiadki, niech u ciebie dzwonią… Ostatnią próbę zbliżenia się do Lidy Ania podjęła, prosząc o przepis na tradycyjne drożdżówki z serem. – Lepiej zapytaj mamy, nasze matki wiele wiedzą – uśmiechnęła się Lida – ja robię wyłącznie z pamięci i na oko, nie notuję przepisów… I spieszę się, nie mam czasu. Zawstydzona Ania wróciła do domu. Wiedziała, iż w szafce kuchennej leży zaczytany zeszyt z przepisami mamy – na sałatki, kotlety, zupy i ciasta. Ale sama nie miała ochoty piec, mama już nie piekła – od lat walczyła z wysokim ciśnieniem i dietą. Ale wyjęła zeszyt i pomiędzy zapisanymi przepisami znalazła potrzebną recepturę, co zaskoczyło matkę. – Ooo, ty coś chcesz upiec?! – zdziwiła się pani Nina. – A dlaczego cię to dziwi? – Ania zamknęła zeszyt, zaginąwszy kartkę. – Pewnie znowu z tym Sławkiem ci się układa? – spytała matka – a ja już myślałam, iż jak z innymi, rozeszło się… – A może właśnie nie! – zirytowała się Ania. Wkrótce, gdy matka wróciła do domu, poczuła znajomy aromat wypieków. – No popatrz, ciasto w domu pachnie! Ty chyba zakochana! – śmiała się mama. – Cicho, nie krzycz na całą klatkę – Ania podała herbatę i jeszcze ciepłe drożdżówki z twarogiem. – No, nie zapomniałaś wszystkiego, córcia – przyznała ze wzruszeniem mama. – Dawno razem nie piekłyśmy, a jednak talent został… – Nie chwal mnie, tylko spróbuj i powiedz szczerze – poprosiła Ania. – Sama spróbuj, bardzo dobre! – usłyszała, powtarzając słowa dawno zmarłego ojca: „bardzo jadalne”, najlepsza pochwała z możliwych. – Teraz zaproszę Sławka, zobaczymy, czy mu posmakują! – Pewnie! Twój ojciec też przepadał za moimi drożdżówkami… Od tego dnia Sławek odwiedzał Anię częściej, coraz mniej się kłócili, matka przywykła do śmiechu i wspólnego gotowania. Gdy córka oznajmiła, iż z Sławkiem idą do urzędu stanu cywilnego, pani Nina się popłakała – wreszcie… Ania się zmieniła, zadbała o siebie. Sławek upominał: – Nie pieczesz już drożdżówek? Upieczesz mi takie na wesele? Do wesela przygotowania trwały dwa dni: pomagała mama i ciocia, a gości było ok. 20, sami najbliżsi. Młodzi zamieszkali w dużym pokoju trzypokojowego mieszkania. Rok później wszystkim założono telefon. Ania znów wszystkich obdzwaniała, ale teraz już krótko i rzeczowo. – Rita, nie mam czasu, ciasto już wyrosło, Sławek zaraz wraca z pracy! Śpieszyła się do kuchni, gdzie ciasto rosło w misce. Była w ciąży, za miesiąc miała iść na urlop macierzyński, ale nie rezygnowała z pieczenia, by dogodzić mężowi – i sobie, bo kochała drożdżówki z domowym twarogiem. I Sławek też kochał żonę – za ciepło domowe, śmiech i tę pyszną, tradycyjną polską drożdżówkę z serem…
Mąż przyprowadził do domu kumpla „na tydzień”, a ja bez słowa spakowałam walizki i wyjechałam do sanatorium – czyli jak nieproszony gość może zmienić życie małżeństwa i nauczyć męża szacunku dla żony
Wszyscy by chcieli takiej „pomocy” – czyli jak teściowa Nadzieja wprowadziła się ratować rodzinę, wyrzuciła mleko dla niemowlaka, przemeblowała mieszkanie i doprowadziła synową do rozwodu: historia Poliny, która odnalazła spokój poza „pomocnymi” rękami teściowej
Sama sobie na głowę sprowadziłam — Tato, co to za nowe zdobycze? Okradłeś antykwariat? — Z niedowierzaniem uniosła brwi, oglądając białą, szydełkową serwetkę na swoim komodzie. — Nigdy bym nie pomyślała, iż lubisz takie starocie. Gust masz jak babcia Zośka… — Oj, Krystynko? Co Ty tu robisz bez zapowiedzi? — pan Olek wyszedł z kuchni. — My… tzn. ja, nie spodziewałem się Ciebie… Ojciec wyraźnie próbował wyglądać na pogodnego, ale jego spojrzenie zdradzało jakąś winę. — Tak, widzę, iż się nie spodziewałeś — Krystyna nadąsana zacisnęła usta i ruszyła do salonu, gdzie czekały ją nowe odkrycia. — Tato… Skąd to wszystko? Co tu się dzieje? Krystyna nie poznawała już własnego mieszkania. …Gdy tylko dostała lokal od babci, wnętrze wyglądało ponuro. Stare meble PRL, wypukły telewizor na obdartej szafce, zardzewiałe grzejniki, miejscami odklejające się tapety… Ale to była jej własna kawalerka. Do tego czasu Krystyna miała już trochę oszczędności. Wrzuciła je w remont i nie byle jaki – wybrała styl skandynawski: jasne kolory i minimalizm sprawiły, iż dwupokojowe mieszkanie wydawało się przestronniejsze. Z taką miłością dobierała akcenty, szukała odpowiednich zasłon, rozkładała puszyste dywany… Teraz zamiast jej ciężkich, niemal nieprzepuszczających światła zasłon wisiał zwykły nylonowy tiul, a włoska sofa była zasypana syntetycznym kocem w tygrysa. Na ławie do kawy stała jaskraworóżowa plastikowa waza ze sztucznymi różami w tym samym kolorze. I to jeszcze pół biedy. Najbardziej niepokoiły Krystynę zapachy. Z kuchni dochodziło smażenie na oleju i rybia woń. Śmierdziało tytoniem. A przecież jej ojciec nie palił… — Krystynko, wiesz… — w końcu odezwał się Olek. — Sprawa jest taka… Nie jestem tutaj sam. Chciałem Ci powiedzieć wcześniej, ale no… wyszło jak wyszło. — Jak to „nie sam”? — zbaraniała Krystyna. — Tato, tak się nie umawialiśmy! — Krystynko, przecież rozumiesz, iż z mamą życie mi się nie skończyło. Jestem jeszcze młody, choćby na emeryturę się nie kwalifikuję. Nie mam prawa do prywatnego życia? Krystyna zaniemówiła ze zdumienia. Ojciec miał prawo spotykać się z innymi kobietami, ale przecież nie w jej mieszkaniu! …Rodzice rozwiedli się rok temu. Mama zniosła zdradę spokojnie, jakby pozbyła się ciężaru, i rzuciła się w wir samorozwoju. Przyjaciółki miała tłumy, więc na smutki nie było czasu. Ojciec za to skowyczał. Wrócił do swojej kawalerki sprzed małżeństwa i przeraził się. Przez dziesięć lat wynajmował ją studentom, aż w końcu jeden z nich zasnął z papierosem. Nie miał kasy na remont i w rezultacie zapomniał o tym mieszkaniu. Dla bezpieczeństwa nie sprzedawał, ale też nie planował tam zamieszkać. Szczerze mówiąc, tam nie dało się żyć. Ściany pokryte sadzą, wybite szyby, pleśń na parapetach… Wyglądało to bardziej na kryptę z horroru niż na mieszkanie. — Oj, Krystynka, nie wiem, jak mam tu żyć… — żalił się wtedy ojciec, ciężko wzdychając. — Tu przebywać to niebezpieczne, a przed zimą z remontem nie zdążę. I tyle pieniędzy nie mam, by wszystko naraz zrobić. No trudno, zamarznę… Widać taki mój los. Krystyna nie wytrzymała. Nie mogła pozwolić, by człowiek, który ją wychował, mieszkał w takich warunkach. A gdyby coś mu się stało? Tym bardziej, iż jej mieszkanie teraz stało puste. Niedawno wyszła za mąż i przeprowadziła się do męża. Mając na uwadze złe doświadczenia ojca z wynajmowaniem, nie miała zamiaru go powtarzać. — Tato, zamieszkaj u mnie — zaproponowała. — Wszystko gotowe, wszystkie wygody są. Remont u siebie zrobisz na spokojnie, potem się przeprowadzisz. Ale jeden warunek — żadnych gości. — Naprawdę mogę? — zdziwił się ojciec. — Córeczko, dziękuję Ci ogromnie! adekwatnie mnie uratowałaś. Obiecuję, będzie cicho i spokojnie. No cóż. Spokojnie… Gdy Krystyna przypominała sobie tę rozmowę, drzwi do łazienki otworzyły się, wypuszczając obłok zapachowego pary. Z wnętrza wyszła kobieta około pięćdziesiątki. W jej własnym frotowym szlafroku. Ulubionym. Teraz ledwo zakrywał pełne kształty nieznajomej. — O, Olesiu, mamy gości? — zapytała tubalnym, przepalonym głosem dama, pokpiwając. — Mógłbyś uprzedzić, bo jestem w domowym… — Przepraszam, kim Pani adekwatnie jest? — zmrużyła oczy Krystyna. — I czemu ma Pani na sobie mój szlafrok? — Jestem Żaneta, ukochana Twojego ojca. Czemu się tak denerwujesz? No wzięłam szlafrok. I tak wisiał nieużywany. Serce Krystyny zadrżało ze złości. — Proszę go natychmiast zdjąć — syknęła. — Krystyna! — zapłakał ojciec, stając między nimi. — Nie zaczynaj cyrku! Żaneczka tylko… — Żaneta tylko wzięła cudzy ciuch w cudzym domu! — przerwała Krystyna. — Tato, oszalałeś? Wciągnąłeś tu swoją kochankę, pozwoliłeś jej grzebać w moich rzeczach bez pytania?! Żaneta wywróciła ostentacyjnie oczami i przeszła do salonu, ciężko siadając na koc w tygrysa. — Ale z Ciebie niewychowana dziewucha — oznajmiła. — Gdybym była Olkiem, dałabym Ci lanie, mimo Twojego wieku. Jak Ty się odzywasz do ojca? To, iż mieszka z inną kobietą, nie powinno Cię obchodzić, kochanieńka. Krystyna zaniemówiła. Jakaś obca kobieta, siedząca na jej sofie, próbowała ją pouczać. — Nie powinno — zgodziła się. — Dopóki nie dzieje się to w moim domu. — W Twoim? — Żaneta uniosła brwi i spojrzała pytająco na Olka. Stał pod ścianą, wciśnięty w ramiona, przenosił wystraszone spojrzenie z rozjuszonej córki na bezczelną kochankę. Liczył chyba, iż burza sama się rozejdzie, ale prognoza właśnie się pogorszyła. — Aaa… Tata zapomniał Pani o tym powiedzieć? — Krystyna zimno się uśmiechnęła. — No to ja powiem. On tu jest nikim. Gość. To moje mieszkanie i wszystko tu, do ostatniego garnka, kupiłam ja. Pozwoliłam mu się tutaj zatrzymać, ale nie przypuszczałam, iż zacznie sprowadzać swoje… wybranki. Żaneta spłonęła rumieńcem. — Olek?.. — jej głos stał się lodowaty. — Co ona plecie? Przecież mówiłeś, iż to Twoje mieszkanie. Kłamałeś? Ojciec wcisnął się w ścianę, prawie stapiając się z tapetą. Uszy mu płonęły ze wstydu. — No… Żaneczko, nie o to mi chodziło. Źle mnie zrozumiałaś — mam swoje mieszkanie, tylko inne, nie to. Nie chciałem Cię obarczać szczegółami. — Nie chciałeś obarczać?! No, dzięki! Przez Ciebie słucham tutaj niemiłych uwag! Krystynie skończyła się cierpliwość. — Proszę wyjść — powiedziała cicho. — Co? — zdziwiła się Żaneta. — Wynocha. Oboje. Macie godzinę. o ile nie opuścicie mieszkania, porozmawiamy formalnie. Wpuściłam, nazywa się, do mojego domku… Krystyna ruszyła do drzwi, ale Olek nagle oderwał się od ściany i rzucił do niej. — Córeczko! Chcesz własnego ojca na ulicę wyrzucić? Przecież wiesz, co tam u mnie się dzieje! Przecież tam zamarznę! Ojciec złapał ją za rękaw, a serce Krystyny na moment zadrżało. Dziecięce wspomnienia, poczucie obowiązku, współczucie dla niemal już starszego rodzica… Poczuła gulę w gardle. Ale spojrzała na Żanetę. Siedziała tam, w cudzym szlafroku, patrząc na Krystynę z tak straszną wrogością, iż wszystkie wątpliwości zniknęły. Gdyby Krystyna teraz odpuściła, jutro ta kobieta zmieniłaby zamki i tapety. — Tato, jesteś dorosły. Wynajmij sobie mieszkanie — powiedziała, uwalniając rękę. — Sam sobie winien. Umawialiśmy się, iż będziesz mieszkał sam, a Ty wziąłeś tutaj obcą kobietę, pozwoliłeś jej nosić moje rzeczy i zasyfiłeś mój dom… — Oj, brzydko tak się cieszyć swoim domem! — przerwała jej Żaneta. — Chodź Olek. Nie poniżaj się przed nią. Wychowałeś niewdzięcznicę… Po pół godzinie pakowania sprawa była załatwiona. Ojciec odchodził milcząco, zgarbiony, jakby postarzał się o dekadę. Na zawsze zapamiętała jego wzrok — wzrok bitego psa, którego wyrzucono na deszcz. Ale Krystyna wytrzymała to dzielnie, nie drgnęła nawet. Gdy wyszli, pierwsze co zrobiła, to otwarła okna, by pozbyć się smrodu ryby, fajek i tanich perfum. Zebrała szlafrok, koc i wszystko, co zostawiła Żaneta. Wszystko trafiło do śmietnika. Następnego dnia wezwała firmę sprzątającą i ślusarza do wymiany zamków. Brzydziła się dotykać czegokolwiek, czego używała tamta kobieta. Zwłaszcza tej. …Minęły cztery dni. Teraz w mieszkaniu Krystyny nie było nic zbędnego. Żadnych sztucznych kwiatków, żadnych przykrych „aromatów”. Mieszkała już oczywiście u męża, ale i tak czuła ulgę. Z ojcem nie rozmawiała już więcej. Na czwarty dzień to on do niej zadzwonił. — Halo, — odebrała niechętnie, odkładając wzrok. — No i co, Krystyna… — zaczął ojciec chrypiącym głosem. — Jesteś zadowolona? Szczęśliwa? Żaneta odeszła. Zostawiła mnie i poszła… — Ale niespodzianka — nie wytrzymała córka. — Pozwól, iż zgadnę. Stało się to, gdy zobaczyła Twoje prawdziwe mieszkanie i zrozumiała, iż trzeba będzie harować? Ojciec pociągnął nosem. — Tak… Postawiłem farelkę. Spałem na dmuchanym materacu. Wytrzymała trzy dni… Rano powiedziała, iż jestem gołodupiec i oszust, zabrała rzeczy i wyjechała do siostry. Powiedziała, iż strata czasu… A my się przecież kochaliśmy! — Jaka to tam miłość? Ty szukałeś wygody, ona — też. Po prostu się przeliczyliście. Zapadła cisza. Ojciec ewidentnie nie skończył. — Źle mi tu samemu, córeczko… — w końcu powiedział. — Tu jest strasznie… Mogę wrócić? Będę sam, przysięgam! Naprawdę! Krystyna spuściła wzrok. Jej ojciec siedział gdzieś tam, w ruinie i zimnie. Ale tę ruinę zbudował sam: najpierw zdradził matkę, potem oszukał córkę, a potem okłamał Żanetę. Tak, było jej żal ojca. Ale to współczucie mogłoby zniszczyć ich oboje. — Nie, tato. Nie wpuszczę Cię — odpowiedziała Krystyna. — Zatrudnij ekipę, zrób remont. Naucz się żyć w warunkach, które sam stworzyłeś. Jedyne, czym mogę pomóc, to polecić solidnych fachowców. Przepraszam. Jak będziesz chciał, daj znać. Po tym rozłączyła się. Okrutne? Może. Ale Krystyna nie chciała już, by ktoś zostawiał plamy na jej szlafroku i duszy. Nie każdą brud da się usunąć, czasem trzeba go po prostu do siebie nie wpuszczać…
W drodze do sklepu Anna nagle rozpoznała w starszej kobiecie idącej naprzeciw matkę swojej pierwszej wielkiej miłości. Ku jej zdumieniu, kobieta również ją poznała i nie mogła powstrzymać łez.
„Valeria zmywała naczynia w kuchni, gdy do pomieszczenia wszedł Jan i zgasił światło. — pozostało jasno, nie ma co marnować prądu — mruknął ponuro. — Chciałam nastawić pranie — odezwała się Valeria. — Zrobisz to w nocy, kiedy prąd jest tańszy. I nie puszczaj tak mocno wody, za dużo zużywasz. Wylewasz nasze pieniądze w kanalizację. — Jan ściszył strumień, a Valeria spojrzała na męża ze smutkiem, wytarła ręce i usiadła do stołu. — Jan, czy kiedykolwiek spojrzałeś na siebie z boku? — zapytała. — Codziennie tylko na to patrzę — odpowiedział gniewnie Jan. — A co powiesz o sobie jako mężu i ojcu? — Mąż jak mąż, ojciec jak ojciec. Zwyczajny, jak wszyscy. Czego chcesz? — Chcesz powiedzieć, iż wszyscy mężowie są tacy jak ty? — A co, chcesz się pokłócić? — przerwał Jan. Valeria wiedziała, iż nie ma już odwrotu i trzeba rozmawiać dalej, aż wreszcie do niego dotrze, iż życie z nim to udręka. — Wiesz, Janie, dlaczego jeszcze się ze mną nie rozstałeś? — A czemu niby miałbym odejść? — Bo mnie nie kochasz i dzieci też. I nie zaprzeczaj — nie kochasz nikogo, więc nie marnujmy czasu w kłótnię. Chciałam powiedzieć, iż zostałeś ze mną tylko przez swoją skąpstwo. Jesteś takim dusigroszem, iż rozstanie kojarzy ci się z wielką stratą. Ile lat już razem? Piętnaście? Co w tym czasie osiągnęliśmy? Poza tym, iż mamy dzieci. Chociaż… jakie są nasze osiągnięcia? — Przed nami całe życie — rzucił Jan. — Nie całe. Przez tyle lat ani razu nie byliśmy nad morzem, choćby w Polsce. Wakacje w mieście, do lasu na grzyby nigdy. Wszystko za drogie. — Oszczędzamy na przyszłość — odpowiedział Jan. — My? Może ty? A niby dla kogo? — Dla was przecież staram się — Dla nas? Dla mnie i dzieci? To w takim razie daj mi pieniądze, kupię nam nowe ubrania, bo ja do dziś noszę rzeczy ślubne i po żonie twojego brata, a dzieci chodzą w rzeczach po kuzynach. I jeszcze wyniosę się wreszcie od twojej mamy, bo mam dość mieszkania w jej mieszkaniu. — Mama dała dwa pokoje, nie powinnaś narzekać — powiedział Jan. A ubrania po co nowe? Przecież po rodzinie wszystko jest jak nowe. — A ja niby po kim mam się stroić? Po żonie twojego brata? — A po co ci się stroić, masz 35 lat, jesteś matką dwójki dzieci! Powinnaś myśleć o czymś ważniejszym niż ciuchy. — O czym? — O sensie życia, rozwijaj się duchowo, a nie zawracaj głowy pierdołami. — Dlatego wszystkie pieniądze trzymasz na swoim koncie i nic nam nie dajesz? Dla naszego szczęścia? — Bo wam nie można ufać, od razu wszystko roztrwonicie. A jak się coś stanie, na czym będziemy żyć? — No właśnie, Janie, na czym będziemy żyć, jak się coś stanie? Ale czy nie widzisz, iż już teraz żyjemy, jakby to „coś” się wydarzyło? — Ty choćby na mydle, papierze i serwetkach oszczędzasz, a z pracy przynosisz wszystko, co dadzą do rąk. — Grosz do grosza… — rzucił Jan sucho. — To ile jeszcze mamy tak żyć na twojej wersji oszczędności? 10 lat? 15? 20? Teraz mam 35, pewnie za wcześnie? A 40? 50? 60? Wtedy będziesz miał już tyle na koncie, iż pozwolisz nam kupić nową odzież? A co, jeżeli do tych 60 nie dożyjemy, bo przez twoją skąpstwo żywimy się byle jak i jesteśmy wiecznie w złym humorze? — Jak się wyprowadzimy, nie damy rady oszczędzać. — A ja właśnie dlatego odchodzę. Mam dość twojej skąpstwa. Wynajmę mieszkanie, starczy mi na ubrania i jedzenie, a przede wszystkim nie będę już musiała słuchać twoich wykładów o prądzie, gazie i wodzie. I papier też kupię najlepszy, a do sklepu pójdę, kiedy będę chciała, nie polując na promocje. — Ty nic nie odłożysz! — Przeciwnie, alimenty od ciebie odłożę. Albo i nie, bo nie chcę. Będę wydawać wszystko, co mam. I na weekendy będę przywozić dzieci do was z mamą, a sama pójdę do teatru czy restauracji, a latem nad morze. Jeszcze nie wiem gdzie, ale na pewno się zdecyduję, jak już się od ciebie uwolnię. Jan pobladł, kalkulując w głowie wydatki i alimenty, a najbardziej bolały go wymarzone podróże Valerii nad morze, bo uznał je za marnotrawstwo swoich pieniędzy. — Jeszcze jedno: podzielimy konto, na którym trzymasz pieniądze za te piętnaście lat — Po równo — dodała Valeria — i je też wydam, do ostatniego grosza. Bo nie chcę oszczędzać na życie, ja chcę wreszcie żyć. A moim marzeniem jest, żeby na koniec życia na moim koncie nie było już ani złotówki — wtedy wiem, iż wszystko wydałam na siebie i moje życie. Dwa miesiące później Jan i Valeria się rozwiedli.”
To danie ze Słowacji podbija zimowe stoły. Nie trzeba jechać w góry, by je zjeść
Włoski deser w uproszczonej wersji. Już nie tracę czasu w tradycyjne tiramisu
Ty zwariowałeś?! To przecież nasz syn, nie obcy człowiek! Jak możesz wyrzucać własne dziecko z domu?! – krzyknęła teściowa, zaciskając pięści ze złości…
BOCHNIA. Wpadnij na Białą 23! Jedno miejsce, dwie restauracje, dziesiątki kulinarnych emocji!
Czemu znowu nie dzwonił, mamo?” — zapytał Andrzej, patrząc na kobietę siedzącą przy stole nieuzbrojonym wzrokiem.
Karmiłem obcych każdego wieczoru przez piętnaście lat — aż do momentu
Teściowa na moje 35. urodziny podarowała mi książkę kucharską z wrednym podtekstem – więc oddałam jej prezent i pokazałam, gdzie są granice