Kuchnia

Kominiarz wlepi zakaz użytkowania, a sąsiad pozwie Cię za smród i czad. Wystarczy, iż zrobisz ten błąd
Pączki w wersji "light" są hitem. Pulchne, pachnące i przepyszne
Igorze, bagażnik się otworzył! Zatrzymaj samochód! – krzyczała Marina, ale już wiedziała, iż wszystko przepadło… Torebki z prezentami i drogimi smakołykami, na które oszczędzali przez dwa miesiące – czerwona ikra, łosoś, pieczona szynka i cały zapas pyszności przygotowany na wyjazd do babci Igora do wiejskiej chaty na święta – wysypały się na trasę za Warszawą i zostały rozjechane przez kolejne auta, zanim zdążyli się zatrzymać. Dzieci były roztrzęsione, a atmosfera zepsuta… Dopiero na miejscu wita ich babcia Maria z sąsiadką Zosią, opowiadając o swoim złym przeczuciu i modlitwie za ich szczęśliwy powrót. Święta w rodzinnym gronie ratuje domowe jedzenie, ciepło i bliskość. Tymczasem w oddalonej wsi, gdzie mieszka samotny dziadek Stefan i jego siostry, znajdują porzuconą torbę z zagubionymi prezentami – dla nich to cud i nieoczekiwane szczęście. Nie warto żałować straconych rzeczy, bo może właśnie to uratowało rodzinę od większego nieszczęścia, a euforia przyniosło innym, którzy bardzo jej potrzebowali.
Nie wpuścili córki do domu — Dlaczego jej nie wpuściliście? — odważyła się w końcu zapytać Weronika, dręczona tym pytaniem od dawna. — Przecież wcześniej zawsze ją wpuszczaliście… Mama uśmiechnęła się z goryczą. — Bo się o ciebie boję, Nika. Myślisz, iż nie widzimy, jak się kulisz w kącie, kiedy twoja siostra wpada do domu w środku nocy? Jak chowasz podręczniki, żeby ci ich nie zniszczyła? Ona patrzy na ciebie i się wścieka. Irytuje ją, iż jesteś „normalna”. Ciebie jeszcze czeka inne życie, a ona swoje już dawno utopiła na dnie butelki… Weronika wtuliła głowę w ramiona, zamierając nad otwartym zeszytem — w pokoju obok znowu zaczynała się awantura. Ojciec choćby nie zdjął kurtki — stał na środku przedpokoju, ściskając w ręce komórkę i wrzeszcząc. — Nie wciskaj mi kitu! — ryknął do słuchawki. — Na co wydałaś wszystko? Dwa tygodnie po wypłacie! Dwa tygodnie, Larysa! Z kuchni wychyliła się Tatiana. Przez chwilę przysłuchiwała się monologowi męża, potem zapytała cicho: — Znowu? Walerian tylko machnął ręką i przełączył telefon na głośnik — przez aparat poniosły się łkania. Starsza siostra Weroniki miała wyjątkowy „dar” – potrafiła rozczulić choćby kamień. Ale rodzice po latach męczarni byli już zahartowani. — Co to znaczy „on cię wyrzuca”? — Walerian zaczął przemierzać wąski korytarzyk. — Słusznie robi. Kto by wytrzymał to twoje wieczne „bycie nieprzytomną”? Patrzyłaś kiedyś w lustro? Masz trzydzieści lat, a wyglądasz jak zbity pies. Weronika ostrożnie uchyliła drzwi swojego pokoju na kilka centymetrów. — Tato, proszę… — łkanie nagle ucichło. — On wyniósł moje rzeczy na klatkę schodową. Nie mam dokąd iść. Na dworze leje, zimno… Przyjadę do was, dobrze? Na kilka dni, tylko się prześpię… Mama drgnęła, jakby chciała sięgnąć po telefon, ale Walerian gwałtownie się odwrócił. — Nie! — uciął stanowczo. — Nie będzie cię tutaj, choćby duchem. Umówiliśmy się ostatnim razem? Umówiliśmy. Po tym jak zastawiłaś w lombardzie telewizor, gdy byliśmy na działce, drzwi tego mieszkania są dla ciebie zamknięte! — Mamo! Powiedz mu coś! — zakrzyczała do słuchawki Larysa. Tatiana ukryła twarz w dłoniach. Jej ramiona zaczęły drżeć. — Larysa, jak to możliwe… — wyszeptała matka, nie patrząc na męża. — Przecież jeździliśmy z tobą do lekarzy. Przecież obiecałaś. Miało wystarczyć na trzy lata po ostatnim leczeniu. Nie wytrzymałaś choćby miesiąca! — Te wasze terapie to bujda! — warknęła Larysa, a jej ton momentalnie zmienił się z żałosnego na agresywny. — Tylko kasę z was ciągną! Jest mi źle, rozumiecie? W środku wszystko mi płonie, nie mogę oddychać! A wy o jakimś telewizorze… To jego żal! A ja wam kupię nowy! — Za co go kupisz? — Walerian znieruchomiał, wpatrując się w jeden punkt na ścianie. — Za co, skoro wszystko przehulałaś? Znów pożyczyłaś od swoich „kumpli”? Albo wyniosłaś coś z mieszkania tego swojego… jak mu tam? — Nieważne! — wrzasnęła Larysa. — Tato, nie mam gdzie mieszkać! Chcecie, żebym spała pod mostem? — Idź do schroniska. Gdzie chcesz, — głos ojca stał się lodowato spokojny. — Do nas nie wejdziesz. Wymienię zamki, jeżeli zobaczę cię przy klatce. Weronika siedziała na łóżku, obejmując kolana ramionami. Zwykle w takich chwilach, kiedy starsza doprowadzała rodziców do furii, gromy leciały rykoszetem na nią. — A ty czego siedzisz? Znów w telefonie? Cała matka! Taka sama nieudacznica wyrośniesz! — słyszała te słowa przez ostatnie trzy lata. Ale dziś o niej zapomnieli. Nikt nie krzyczał, nikt się nie wyzłośliwiał. Ojciec rzucił słuchawkę, rozebrał się i rodzice przenieśli się do kuchni. Weronika cicho zeszła do korytarza. — Walerian, tak się nie da — lamentowała matka. — Ona przepadnie. Całkiem przepadnie. Wiesz, jaka jest, jak wtedy wraca… Nie panuje nad sobą. — To ja mam za nią panować? — ojciec z hukiem postawił czajnik na kuchence. — Mam pięćdziesiąt pięć lat, Tania. Chcę wrócić do domu i po prostu usiąść w fotelu. Nie chcę ukrywać portfela pod poduszką! Nie chcę słuchać skarg sąsiadów, iż widzieli ją na klatce z jakimiś podejrzanymi typami i iż ich zwyzywała! — To nasza córka — powiedziała matka cicho. — Była córką do dwudziestu lat. Teraz to stworzenie, które wysysa z nas życie. To pijaczka, Tania. Tego się nie da wyleczyć, jeżeli sama nie chce. A ona nie chce. Jej taki los pasuje. Wstaje, znajdzie sobie piwko, wleje i zapomni! Telefon odezwał się ponownie. Rodzice na moment zamilkli, potem rozległ się głos ojca. — Słucham. — Tato… — znów dzwoniła Larysa. — Siedzę na dworcu. Tu chodzi policja, zgarną mnie stąd, jak zostanę. Proszę… — Słuchaj mnie uważnie, — przerwał jej ojciec. — Nie wrócisz do domu. Kropka. — To mam sobie coś zrobić? — w głosie Larysy zabrzmiało wyzwanie. — Chcecie, żeby zadzwonili do was z prosektorium?! Weronika zamarła. To był jej stary chwyt – Larysa wyciągała tę kartę, gdy kończyły się inne argumenty. Dawniej działało. Matka płakała, ojciec łapał się za serce, dawali kasę, wpuszczali do domu, karmili, myli. Ale dziś ojciec nie poddał się manipulacji. — Nie strasz — powiedział. — Za bardzo siebie lubisz. Zrobimy tak. — Jak? — Larysa przez chwilę miała nadzieję. — Znajdę ci pokój. Najtańszy, na peryferiach. Opłacę pierwszy miesiąc. Dam trochę pieniędzy na jedzenie. Tyle. Dalej radzisz sobie sama. Znajdziesz pracę, przestaniesz balować — będziesz żyć. Nie — za miesiąc wylądujesz na ulicy i już mnie to nie obchodzi. — Pokój?! Zwykły pokój, nie mieszkanie? Tato, sama nie dam rady. Boję się. I… tam mogą być jacyś podejrzani ludzie. Poza tym jak mam mieszkać na wynajmie, bez niczego? choćby pościeli nie mam, wszystko zostało u niego! — Matka zbierze pościel do torby. Zostawi u portiera. Odbierzesz sobie. Do mieszkania nie wchodzisz, ostrzegam. — Wy potwory! — znów rozdarła się Larysa. — Rodzice własnej córki na wygnanie! Do jakiejś nory! Sami się gnieździcie w trzypokojowym, a ja mam jak szczur po kontach się chować?! Mama nie wytrzymała, chwyciła telefon. — Larysa, zamknij się! — wrzasnęła tak, iż Weronika aż podskoczyła. — Ojciec mówi mądrze! To twoja ostatnia szansa. Albo pokój, albo ulica. Decyduj teraz, bo jutro nie będzie już nic! W słuchawce zapadła cisza. — Dobrze — burknęła w końcu Larysa. — Przysyłajcie adres. I przelejcie pieniądze… na kartę, jestem głodna. — Nie będzie przelewu — odparł Walerian. — Kupię jedzenie i zostawię w torbie. Wiem, na jaką „jedzenie” je wydasz. Rozłączył się. Weronika uznała, iż pora przejść do kuchni udając, iż chce się napić. Spodziewała się, iż teraz oberwie rykoszetem całą zgromadzoną złość. Ojciec popatrzy na jej koszulkę i powie, iż wygląda jak niechluj. Matka zarzuci jej, iż nic ją nie obchodzi — przecież mają taki problem, a ona jakby nigdy nic się po domu pałęta. Ale rodzice choćby głów nie odwrócili. — Weronik — powiedziała cicho matka. — Tak, mamo? — W szafie, na górnej półce, są stare prześcieradła i poszewki. Wyjmij je proszę i złóż do tej niebieskiej torby z komórki. — Dobrze, mamo. Weronika poszła wykonać polecenie. Znalazła torbę, wysypała jakiś grat. Nie mogła pojąć: jak Larysa wytrzyma sama? Ona choćby zupki nie umie ugotować. A jej nałóg… Weronika wiedziała, iż siostra bez butelki nie wytrzyma choćby dwóch dni. Weronika wróciła do pokoju rodziców, stanęła na stołku i zaczęła wyciągać pościel. — Nie zapomnij ręczników! — zawołał z kuchni ojciec. — Już spakowałam — odpowiedziała Weronika. Widziała, jak ojciec przeszedł do przedpokoju, założył buty i wyszedł bez słowa. prawdopodobnie pojechał szukać tej „nory”. Weronika weszła do kuchni. Mama siedziała w tej samej pozycji. — Mamo, może ci podać tabletkę? — spytała cicho Weronika. Mama popatrzyła na nią. — Wiesz, Nika… — zaczęła dziwnym, bezbarwnym głosem. — Jak była mała, myślałam: wyrośnie, będę mieć pomocnicę. Będziemy o wszystkim razem rozmawiać. A teraz siedzę i myślę… oby tylko nie zgubiła adresu pokoju. Oby tylko dotarła… — Dotarze — usiadła Weronika na skraju stołka. — Ona zawsze jakoś sobie radzi. — Tym razem nie poradzi sobie — pokręciła głową mama. — Ma inne oczy. Martwe. Jakby już nic tam nie zostało. Tylko skorupa, którą trzeba bez przerwy poić tą trucizną. Wiem, jak się jej boisz… Weronika zamilkła. Miała wrażenie, iż rodzice nie doceniali jej strachu, byli zbyt zajęci ratowaniem „straconej” Larysy. — Myślałam, iż macie mnie gdzieś — wyszeptała. Matka pogładziła ją po włosach. — Nie mamy. Po prostu nie mamy już sił. Wiesz, jak w samolocie? Najpierw maskę sobie, potem dziecku. My zakładaliśmy maskę jej przez dziesięć lat. Dziesięć lat, Nika! I kodowaliśmy, i do znachorów jeździliśmy, i do drogich klinik oddawaliśmy. A w końcu… sami prawie się udusiliśmy. W korytarzu rozległ się dzwonek. Weronika podskoczyła. — To ona? — spytała przestraszona. — Nie, tata ma klucze. Pewnie dostawa, tatuś zamówił zakupy. Weronika poszła otworzyć. Kurier przekazał dwa ciężkie siatki. Zaniosła je do kuchni i zaczęła rozpakowywać: kasze, konserwy, olej, herbata, cukier. Nic ponad to, co potrzebne. — Tego nie będzie jeść — powiedziała Weronika, odkładając paczkę kaszy. — Lubi wszystko gotowe. — Jak będzie chciała żyć, to ugotuje — ucięła matka, a w jej głosie wyczuć było dawną stanowczość. — Dość już pobłażania. Z litości ją do grobu wpędzimy. Po godzinie wrócił ojciec. Wyglądał, jakby przepracował trzy zmiany. — Znalazłem — rzucił krótko. — Klucze mam. Właścicielka – starsza, surowa nauczycielka. Od razu uprzedziła: jeżeli poczuje zapach alkoholu lub jakiś hałas – wyrzuci bez gadania. Powiedziałem jej wprost: „może pani wyrzucić od razu”. — Walerian… — westchnęła matka. — Co „Walerian”? Dosyć kłamstw. Niech ludzie wiedzą. Wziął torbę z pościelą, złapał siatki z jedzeniem i skierował się do wyjścia. — Zaniosę wszystko do portiera. Zadzwonię do niej, powiem gdzie odebrać. Weronika, zamknij drzwi na wszystkie zamki. Jak będzie dzwonić na domowy, nie odbieraj. Ojciec wyszedł, a matka zamknęła się w kuchni i rozpłakała. Weronice ścisnęło się serce. Jak to możliwe? Ona sama nie żyje, tylko istnieje, skacząc od jednej butelki do drugiej, a rodzicom nie daje chwili spokoju… *** Nadzieje rodziców się nie spełniły — po tygodniu zadzwoniła właścicielka i powiedziała, iż „lokatorkę” wyrzuciła razem z policją. Larysa przyprowadziła do pokoju trzech mężczyzn i urządziła im nocną balangę. I znów rodzice nie umieli zostawić córki samej — Larysa trafiła do ośrodka odwykowego. Zamkniętego, dobrze strzeżonego — tam obiecali, iż leczą z alkoholizmu przez rok. Może wydarzy się cud?..
Mało kto wie, iż podgrzewanie wody i mleka w mikrofalówce może być ryzykowne
Zimna, twarda i nieustępliwa podłoga z marmuru w kuchni. A tam, na tym lodowatym podłożu, siedziała pani Rozalia, 72-letnia kobieta.
Mickiewicz się zachwycał jego "cudną wonią". Taki bigos gotowano w "Panu Tadeuszu"
Nie wiem, jak przekonać synową, iż mój syn cierpi na zapalenie żołądka i potrzebuje specjalnej diety!
Podczas rozwodu żona powiedziała: „Weź wszystko!” — a rok później mąż gorzko pożałował, iż uwierzył Kiedy Ewa spokojnie patrzyła na rozwodowe dokumenty, nie czuła już choćby złości. – Czyli jednak się zdecydowałaś? – zapytał z irytacją Andrzej. – I co dalej? Jak to dzielimy? – Weź wszystko – odpowiedziała cicho, ale stanowczo. – Mieszkanie, działka, samochód, oszczędności. Nie chcę niczego. Nie sądził, iż naprawdę to zrobi. Przez następny rok będzie przeklinał dzień, w którym przyjął jej „prezent”…
Tę zupę gotuję niemal co tydzień. Teść nie może się nachwalić
Stosuję jeden trik przed wyjściem z domu. Termos trzyma ciepło godzinami
Zamknij się!” — warknął mąż, rzucając walizkę na podłogę. — „Odchodzę od ciebie i od tego bagna, które nazywasz życiem
Wiele atrakcji na ferie w Radoszycach. Hala Sportowa wypełniła się najmłodszymi mieszkańcami [wideo, zdjęcia]
W studiu Radia ZW gościliśmy uczniów klasy 2 TE z Zespołu Szkół nr 1 w Wieluniu oraz ich wychowawczynię, dr inż. Martę Konieczną-Kucharską
Mąż wyznał żonie, iż stracił do niej zainteresowanie, a ona tak bardzo się zmieniła, iż to on zaczął tracić do niej sympatię
Przepis na szczęście… Cała klatka przyglądała się, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadzają się nowi lokatorzy – rodzina kierownika wydziału miejscowej fabryki, tak ważnej dla naszego małego, prowincjonalnego miasteczka. – I po co oni tu, do starej kamienicy? – dopytywała swoje koleżanki emerytka Nina Andrzejewna. – Przy ich znajomościach, to przecież mogli sobie załatwić mieszkanie w nowym bloku. – Nie porównuj do siebie, mamo. Po co im blok, skoro u nas “stara dobra cegła” – wysokie sufity, duże oddzielne pokoje, przestronny przedpokój, a loggia jak osobny pokój… – odparła jej córka, trzydziestoletnia i wciąż niezamężna Ania, z wyrazistym makijażem. – Poza tym od razu założyli im telefon. U nas w klatce tylko trzy mieszkania z dziewięciu mają telefon… – Tobie tylko gadanie w głowie – skarciła Anię matka – już cię sąsiedzi mają dosyć. Tylko się do tych nowych nie wpraszaj, to poważni, zapracowani ludzie… – Wcale nie tacy poważni, młodzi są, dziewczynka ma dopiero dziewięć lat, Natalką ją wołają – odburknęła Ania, patrząc z urazą na mamę. – Prawie moi rówieśnicy, może pięć lat starsi. Nowi byli mili i uprzejmi. Lida pracowała w bibliotece szkolnej, a Iwan miał już dziesięć lat przepracowanych w fabryce. O tym wszystkim opowiadała Ania, kiedy wieczorem wychodziła posiedzieć z sąsiadkami na ławce przed blokiem. – Skąd ty wszystko wiesz? – dopytywały panie. – Ale z ciebie sędzia śledczy. – Ja do nich dzwonić chodzę. Inni nie wpuszczają, bo wiedzą, iż będę plotkować pół godziny przez telefon – mówiła Ania. Tak właśnie zaprzyjaźniła się z nowymi mieszkańcami i coraz częściej telefonowała do koleżanek lub pracy, przesiadując długo u nich w korytarzu, raz w nowych ciuchach, innym razem w domowym szlafroku, wyraźnie szukając przyjaźni z małżeństwem. Pewnego dnia zobaczyła, jak Iwan demonstracyjnie zamyka drzwi do pokoju z telewizorem, kiedy przychodziła. Potem zdarzało się to coraz częściej. Ania uśmiechała się do Lidki, dziękowała po rozmowie telefonicznej, zaglądała do kuchni, ale Lida odpowiadała tylko kiwnięciem i prosiła, by sama zamknęła drzwi. – Nie mogę – mam ręce w cieście, a zamek nam francuski, sam się zatrzaskuje – tłumaczyła Lida. – A co dziś pieczecie? Znowu drożdżówki? Tyle zawsze u was tej pachnącej słodkości… A ja nie umiem – wzdychała Ania. – Tak, na śniadanie będą tradycyjne watruszki z twarogiem. Rano nie ma czasu piec, więc robię teraz – mówiła Lida, odwracając się do ciasta. Ania marszczyła się i wychodziła zła, iż nie chcą z nią rozmawiać bardziej serdecznie. – Lida, rozumiem, niezręcznie ci odmówić, ale nasz telefon wiecznie zajęty, a do mnie z pracy nie mogą się dodzwonić – narzekał mąż. – Tak nie może być. – Też widziałam, iż czuje się już tu jak u siebie, trochę za swobodnie… – odpowiadała żona. Wieczorem znów Ania siedzi na pufie w korytarzu i plotkuje z koleżanką. – Ania, niedługo jeszcze rozmawiasz? My czekamy na istotny telefon – przypomniała Lida po dziesięciu minutach. Ania przytaknęła, ale zaraz wyciągnęła z kieszeni tabliczkę czekolady: – A ja dziś ze słodyczami! Chodźcie na herbatę, z okazji poznania. Poszła do kuchni, kładąc czekoladę na stole. – Nie, proszę. Schowaj to. Natalia zobaczy, a nie może jeść słodkiego – ma alergię. U nas w domu czekolada jest tabu. – Tabu? – speszyła się Ania. – Przecież z serca przyniosłam, podziękować chciałam. – Dziękować nie trzeba, ale i nie przychodź już tak często na telefony. Tylko gdy pilnie trzeba do lekarza, na pogotowie albo straż. To święta sprawa. W nocy też. Ale nasze, codzienne telefony to już za dużo. Nie obraź się – dodała Lida. – Mąż czeka na telefon, a Natalka odrabia lekcje. Staramy się nie hałasować. Ania schowała czekoladę i wyszła urażona, przekonana, iż to zazdrość sąsiadki o męża. – Przecież jestem młodsza i ładniejsza od niej – żaliła się matce – to ją gryzie. Ja po ludzku, a ona choćby herbaty nie zrobiła… – Głupia ty jesteś i uparta – ganiła ją Nina Andrzejewna. – Nie pcha się do cudzych rodzin. Ich telefony cię nie dotyczą. Tu nie dom otwarty. Narobiłaś sobie wstydu, a jeszcze się obrażasz i zazdrość wymyślasz. Znajdź sobie chłopa, postaw telefon i niech do ciebie sąsiedzi przyłażą dzwonić! Ostatniej próby nawiązania znajomości Ania podjęła się, prosząc Lidę o przepis na drożdżówki. – Może mi podyktujesz, bo już czas czegoś się nauczyć… – A zapytaj mamy. One wszystko wiedzą najlepiej – zdziwiła się Lida. – Ja “na oko” robię, w głowie mam proporcje, dokładnych nie znam. Dziś się spieszę, więc zapytaj mamę, koniecznie! Ania wróciła do domu. Wiedziała przecież, iż w kuchennej szafce leży podniszczony rodzinny zeszyt mamy – przepisy na sałatki, kotlety, zupy, a zwłaszcza wypieki. Choć sama nie lubiła piec, a mama już dawno przestała – przez nadciśnienie. Tym razem jednak wyjęła zeszyt i na obojętnie przekartkowanej stronie znalazła właśnie to, czego szukała, zadziwiając matkę. – Chcesz piec? – dziwiła się Nina Andrzejewna. – A co cię to dziwi? – Ania zamknęła zeszyt. – Może znów zaczynasz się z kimś spotykać? A myślałam, iż ze Sławkiem już koniec. – Nie aż taki – złościła się Ania. – A co tam czytałaś? Może podpowiem? – Nie trzeba. Właśnie się przygotowuję, psychicznie – wzdychała. Parę dni później w domu rozszedł się zapach drożdżowego ciasta. – No proszę! Pachnie drożdżówkami! – śmiała się mama zachwycona. – Chyba się naprawdę zakochałaś. – Nie plotkuj na całą klatkę, tylko chodź spróbuj. To nie drożdżówki – to watruszki tradycyjne, z twarogiem. Na stole już stukały filiżanki, dzbanek i talerz rumianych drożdżówek. – Masz do tego smykałkę – pochwaliła mama. – Myślałam, iż wszystko zapomniałaś, a tu proszę, świetnie ci wyszło… – Nie chwal na zapas. Naprawdę dobre? – dopytywała Ania. – Spróbuj sama! – zachęcała mama. Ania nagle wspomniała tatę – to on mawiał, iż coś jest “po prostu zjadliwe” – dla niego to była najwyższa pochwała. – No to zaproszę Sławka na herbatę i takie watruszki. Co myślisz, spodoba mu się? – Jeszcze jak. Ja twojego tatę tymi ciastami rozkochałam. Tak zaczęła odwiedzać Anię jej chłopak. Kłótni mniej, śmiechu więcej, a wieczory spędzali razem w kuchni. W końcu Sławek i Ania złożyli wniosek w Urzędzie Stanu Cywilnego. Mama aż się popłakała ze szczęścia – nareszcie… Zmieniła się Ania. Schudła, szykowała się do ślubu. Sławek zaś ciągle pytał: – Przestałaś piec te watruszki? A upieczesz coś na wesele? Przed domowym weselem gotowały trzy kobiety: Ania, mama i ciotka – dwa dni, chociaż gości miało być tylko dwadzieścia osób. Młodzi zamieszkali w dużym pokoju trzypokojowego mieszkania. Po roku w całej kamienicy założono telefony. Ania dzwoniła już krótko: – Rito, nie mogę gadać, ciasto mi rośnie, a Sławek zaraz wraca… Pędziła do kuchni, gdzie ciasto rosło niczym puszysta poduszka. Była już w ciąży, zbliżał się urlop macierzyński, ale nie odpuszczała – gotowała i piekła, żeby dogodzić mężowi. A i sama kochała domowe watruszki z twarogiem. Przysmak nie do podrobienia! Sławek rozpływał się nad nią za tę miłość i wypieki.
Lodówka niszczy twoje jedzenie. Ten błąd popełniają prawie wszyscy, ale jest jedno proste rozwiązanie
Fotel Dziadka: Nostalgiczny Relikt z Domowego Salonu
W wigilijną noc nakryłam do stołu dla dwojga, choć wiedziałam, iż usiądę sama. Wyjęłam z kredensu dwa kryształowe kieliszki, ułożyłam sztućce, talerze i śnieżnobiałe, wykrochmalone serwetki — tak, jakby miał zaraz wejść i powiedzieć, iż już czas zasiąść, iż za oknem zimno, a Wigilia nie czeka. Ale on już nie wróci, córka nie przyjdzie, wnuki nie zadzwonią… Przebiegłam dłonią po obrusie, który wyszywałam młoda, ugotowałam jego ulubione potrawy — nie dlatego, iż ktoś przyjdzie, ale bo tak każe serce, które nie potrafi pogodzić się z pustym miejscem przy stole. Odświeżyły mi się wspomnienia ostatniej wspólnej Wigilii i obietnicy, iż mimo wszystko nie zamknę się w sobie, będę żyć. Gdy wieczorem telefon zadzwonił tylko na chwilę, znów wróciła cisza. Podniosłam kieliszek z miejsca naprzeciwko, szepnęłam podziękowanie za miłość, za wspólne lata, a potem zaczęłam sprzątać, powoli, świadoma, iż ten wieczór się nie powtórzy. Święta trwały dalej za oknem, a w środku został już tylko wspomnienie… Stół był nakryty dla dwojga, ale jedno miejsce pozostało puste. Czy Ty też kiedyś zostawiłeś miejsce dla kogoś, kogo już nie ma — nie dlatego, iż czekasz, ale bo serce nie umie jeszcze go wypuścić?
Wlej do bigosu. choćby babciny przepis wypadnie przy tym blado
Nie wylewaj wody po gotowaniu warzyw. Ma kilka zaskakujących zastosowań w domu
Serowe placuszki bez miksera. Już po 4 minutach rumienią się na patelni
W czasach PRL-u były prawdziwym rarytasem. Dziś znów wracają do łask
Oksana wraca niespodziewanie do mamy na Sylwestra, by sprawić rodzinie radość. Gdy puka do drzwi, wybiega jej na spotkanie ukochana siostrzyczka Hania! Cały dzień upływa na przygotowaniach, krojeniu sałatek i zapachu ulubionej potrawy Oksany – schabu po francusku. – Wiedziałam, iż przyjedziesz, – mówi mama. – Ale myślałam, iż pojawisz się z kimś. Po rozstaniu z Igorem z nikim nie rozmawiasz? – Nie, mamo, – odpowiada Oksana. Nagle dzwoni telefon. Oksana patrzy na wyświetlacz i aż siada ze zdumienia – to Andrzej, którego poznała w pociągu dzień wcześniej…
Sprawiłam, iż syn się rozwiódł — i bardzo tego żałuję… – Wczoraj znów synowa przyprowadziła mi wnuczkę na weekend – żaliła mi się sąsiadka, pani Ludmiła, kiedy spotkałyśmy się na klatce schodowej. – Nie mogę normalnie nakarmić dziecka! “Mama powiedziała mi, iż księżniczki dużo nie jedzą!” – tłumaczy, zje dwie łyżki i koniec! A przecież cała jest chuda i blada, aż świeci z niedożywienia! Pani Ludmiła od początku nie polubiła żony swojego syna Andrzeja – Oksany – tylko dlatego, iż była od niego starsza aż o siedem lat. A Andrzej to był jeszcze chłopak, dopiero maturę zdał. – On przed nią w ogóle nie znał dziewczyn! – oburzała się sąsiadka. – Nic dziwnego, iż tak na nią poleciał! Uwiodła go swoim doświadczeniem, ot i wszystko! A Oksana była piękną, zadbaną kobietą. Dbała o figurę, elegancko się ubierała, robiła karierę. Nic dziwnego, iż syn sąsiadki się w niej zakochał – każdy facet by spojrzał. Czysta biologia. Oksana od zawsze pilnowała diety i zdrowego stylu życia, czego uczyła też córkę: jeść z umiarem, nie objadać się i dbać o zdrowie oraz sylwetkę. Po kilku miesiącach znajomości Oksana zaszła w ciążę. Może z przekory wobec przyszłej teściowej, która starała się ich rozdzielić, może po prostu chciała wyjść za mąż. Tak czy inaczej, Andrzej postanowił się z nią ożenić, choć dopiero skończył 18 lat, a Oksana miała już 25. Po maturze Andrzej poszedł do technikum, łączył naukę z pracą – on i młoda żona zamieszkali osobno od rodziców; trzeba było utrzymać rodzinę. Najpierw wynajmowali mieszkanie, potem kupili mały pokój w akademiku. Byli szczęśliwi, ale teściowa nie dawała za wygraną: czepiała się Oksany o wszystko – o gotowanie, o prasowanie koszul, o opiekę nad dzieckiem. Dla Ludmiły synowa miała same wady – żadnych zalet. Wytykała Oksanie wszystko i marudziła też synowi. W końcu Oksana ograniczyła kontakt z teściową do minimum. Sama zawoziła córkę do przedszkola, na gimnastykę, na szachy – biegała z pracy do przedszkola, potem na zajęcia… A jeszcze musiała znaleźć czas na siłownię, manicure, fryzjera… W domu bywała rzadziej, niżby chciała. Andrzej wracał do pustego mieszkania: córka na zajęciach, żona w rozjazdach albo zajęta sobą. Pewnego wieczoru zapukała sąsiadka – pani Marzena, 38-letnia wdowa z dwójką nastolatków. Zepsuł się kran w kuchni wspólnej dla akademika – prosiła Andrzeja o pomoc, zanim zaleją sąsiadów z dołu. Andrzej miał „złote ręce”, więc gwałtownie się uporał. W tym czasie Marzena gotowała makaron z kotletami; w ramach podziękowania zaprosiła go na obiad. Andrzej chętnie przyjął, bo Oksana nie robiła kotletów i ostatnio rzadko gotowała domowe obiady – po prostu brakowało jej czasu. Od tego dnia Marzena często zapraszała Andrzeja na kolację, gdy Oksany i córki nie było w domu. Spędzali wieczory w kuchni akademika na rozmowach i domowym jedzeniu. Z czasem coś między nimi zaiskrzyło – choćby nie zauważyli, kiedy nie potrafili już żyć bez tych wspólnych wieczorów. A życie w akademiku jest jak na dłoni – zawsze ktoś patrzy i słucha. Ktoś więc doniósł Oksanie, iż jej mąż odwiedza sąsiadkę nie po to, by czytać książki. Awantura była głośna, cały korytarz aż huczał. Dumna Oksana wyrzuciła męża z mieszkania, a jego rzeczy wylądowały na korytarzu. Do rodziców było daleko, nie miał dokąd pójść – został więc u Marzeny, która chętnie go przyjęła. Wtedy córka Oksany i Andrzeja miała 6 lat, Andrzej – 25, Oksana – 32, a Marzena – 39. Kiedy Ludmiła, sąsiadka, dowiedziała się, iż syn pokłócił się z żoną i odszedł, cieszyła się – sukces! Ale gdy usłyszała, iż Andrzej zamieszkał z kobietą starszą o 14 lat i z dwójką dzieci, nagle zamilkła… Zachowanie Ludmiły bardzo mnie zdziwiło. Latami uprzykrzała życie Oksanie tylko dlatego, iż była starsza, a tu – cisza i akceptacja. Czyżby właśnie tu uświadomiła sobie swoją porażkę? Rozwód Oksany i Andrzeja miał miejsce piętnaście lat temu. Przez te lata Andrzej jest z drugą żoną, Marzeną. Wspólnych dzieci nie mają. Żyją jednak szczęśliwie, mimo różnicy wieku: dziś Andrzej ma 40, Marzena 54. Ludmiła przyjmuje ich bez narzekania, w domu panuje spokój i harmonia. I widzę, iż Andrzej jest naprawdę szczęśliwy. A Wy jak uważacie, czy szczęście jest możliwe, gdy kobieta jest starsza?
Wnuk Się Nie Liczy — Mama uważa, iż Irka sobie nie radzi — w końcu wydusił mąż. — Że jej trzeba bardziej pomagać, bo nie ma męża. A my — jakby wszystko u nas stabilnie… — Stabilnie? — Wera się odwróciła. — Sławek, po porodzie przytyłam piętnaście kilo. Boli mnie kręgosłup, trzeszczą kolana. Lekarz powiedział: albo zaczynam dbać o zdrowie, albo za rok nie podniosę Pawła na ręce. Muszę chodzić na siłownię. Dwa razy w tygodniu po półtorej godziny. Ty ciągle w pracy, grafik nieregularny. Kogo mam prosić, żeby posiedział z synkiem? Twojej mamie wnuk nie jest potrzebny, bo już ma wnuczkę! Sławek milczał. No właśnie, kogo? Wera przyłożyła czoło do chłodnej szyby, patrząc, jak stara „micra” teściowej powoli wyjeżdża z podwórka. Czerwone światła zaświeciły się na pożegnanie i znikły za zakrętem. Na kuchennym zegarze była dokładnie siódma wieczorem. Nadzieja Pietrowna była u nich równo czterdzieści pięć minut. W salonie Sławek próbował zabawić rocznego synka. Mały Pawełek z zapałem kręcił kołem plastikowej wywrotki, czasem zerkając na drzwi, za którymi zniknęła babcia. — Pojechała? — Sławek zajrzał do kuchni, rozcierając bolący kark. — Odpłynęła — poprawiła Wera, nie odwracając się. — Powiedziała, iż Pawełek już „marudzi ze zmęczenia” i nie chce rozwalać mu trybu. — W sumie jęknął parę razy, jak wzięła go na ręce — Sławek próbował się uśmiechnąć, ale wyszło niezręcznie. — Jęknął, bo jej nie poznaje. Przez trzy tygodnie jej nie widzieliśmy. Trzy! Wera gwałtownie odwróciła się od okna i zaczęła wkładać brudne kubki do zlewu. — Daj już spokój, Werka — Sławek podszedł z tyłu, próbował ją objąć w talii, ale ona umiejętnie się wywinęła, sięgając po gąbkę. — Mama po prostu… przywykła do Lidzi. Lidka jest już duża, cztery lata, jest z nią łatwiej. — Wcale nie łatwiej, Sławek. Z nią jest ciekawiej dla twojej matki. Lidka — to córka Irki. A Irka to ulubiona córka. A my… jesteśmy… jak piąte koło u wozu. W zeszły piątek sytuacja wróciła jak z kalki. Nadzieja Pietrowna wpadła „na minutkę”, przywiozła Pawełkowi tanią plastikową grzechotkę i od razu zaczęła zerkać na drzwi. Sławek tylko zdążył napomknąć, iż w sobotę wyjeżdża służbowo i dobrze byłoby, gdyby mama posiedziała chwilę z wnukiem, kiedy Wera wyskoczy do apteki i sklepu. — Oj, Sławeczku, absolutnie nie mogę! — załamała ręce Nadzieja Pietrowna. — Idziemy z Lidzią do teatru lalek, potem Irka prosiła, by ją do siebie zabrać na cały weekend. Biedna dziewczyna tak się męczy w pracy, musi jeszcze życie sobie ułożyć. Siostra Sławka samotnie wychowywała córkę, ale to „samotnie” było raczej warunkowe. Gdy Irka „szukała siebie” i zmieniała adoratorów, Lidka tygodniami mieszkała u babci. Babcia odbierała ją z przedszkola, prowadzała na taniec, kupowała drogie kurtki, znała imiona wszystkich lalek w pokoju dziecka. — Widziałeś jej status? — Wera skinęła głową na telefon leżący na stole. — Zobacz, co wrzuciła twoja mama. Sławek niechętnie sięgnął po telefon, przesunął palcem po ekranie. Zdjęcia: Lidka je lody, babcia huśta ją na huśtawce, razem lepią coś z plasteliny w sobotę wieczorem. Podpis: „Moje największe szczęście, moja radość”. — Cały weekend z nimi spędziła — Wera przygryzła wargę, powstrzymując łzy. — Do nas wpadła na dziesięć minut! A tam — sielanka. Sławek, Pawełek ma dopiero rok. To też jej wnuk. Twój syn. Dlaczego tak go traktuje? Sławek milczał — nie miał co odpowiedzieć. Przypomniało mu się, jak w zeszłym miesiącu mama zadzwoniła w nocy, bo „popsuł się kran i wszystko zalewa”, a on, rzuciwszy wszystko, jechał przez pół miasta naprawiać awarię. Przypomniał, jak spłacał chwilówkę mamy, którą wzięła, by kupić Irce nowy telefon na urodziny. Przypomniał, jak każdą sobotę w maju harował w jej ogródku, gdy siostra z córką grzały się na leżakach. — Poprosimy mamę jeszcze raz — zaproponował niepewnie Sławek. — Pogadam z nią, wytłumaczę, iż chodzi o zdrowie, nie o fanaberie. Wera nie odpowiedziała. Wiedziała, iż nic z tego nie będzie. *** Rozmowa odbyła się we wtorek wieczorem. Sławek włączył głośnik, żeby Wera wszystko słyszała. — Mamo, cześć. Słuchaj, sprawa jest… Wera musi chodzić na siłownię na zalecenie lekarza. Kręgosłup całkiem wysiadł… — Oj, Sławeczku, jaka siłownia? — głos Nadziei Pietrownej brzmiał energicznie, w tle słychać było śmiech Lidki. — Niech se trochę poćwiczy w domu. Mniej bułek jeść, to i kręgosłup przestanie boleć. — Mamo, to nie podlega dyskusji. Lekarz zlecił ćwiczenia i masaże. Czy mogłabyś we wtorek i czwartek od 18 do 20 zostać z Pawełkiem? Będę cię zabierał z domu. W słuchawce zapadła cisza. — Sławku, sam znasz mój grafik. Lidkę odbieram z przedszkola o piątej. Potem dodatkowe zajęcia, potem idziemy do parku. Irka pracuje do późna, liczy na mnie. Nie mogę zostawić dziecka, żeby twoja Werka latała po siłowniach. — Mamo, Paweł to też twój wnuk. On też potrzebuje uwagi. Widzisz go raz w miesiącu! — Nie zaczynaj proszę. Lidka to dziewczynka, lgnie do mnie, kocha mnie. A Paweł jest za mały, nic nie rozumie. Dorośnie — będziemy rozmawiać. Teraz nie mam czasu, zabieramy się za rysowanie. To pa. Sławek wolno odłożył telefon na stół. — Słyszałaś? Czyli mój syn musi zasłużyć na jej uwagę? Dorosnąć na tyle, żeby babcia łaskawie go zauważyła? — Sławek, wiedziałam, iż tak odpowie… — Ja wiedziałem to już wtedy, kiedy wychodziliśmy ze szpitala, a ona spóźniła się dwie godziny, bo Lidce trzeba było kupić nowe rajstopy! Sławek, nie chodzi mi o siebie. Mam gdzieś jej opinię, czy jestem gruba czy leniwa. Ale szkoda mi Pawełka. Będzie pytał: „Mamo, czemu babcia Nadzieja zawsze jest z Lidką, a mnie nigdy nie odwiedza?” I co mu powiem? Że ciotka to jej oczko w głowie, a tata to tylko portfel i złota rączka dla własnej matki? Sławek wstał i zaczął przemierzać kuchnię krokami. Miotał się dobrych dziesięć minut, aż nagle zatrzymał się i zdecydowanie oznajmił: — Słuchaj! Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o remoncie jej kuchni? Wera przytaknęła. Odkładali pieniądze pół roku, mieli zrobić Nadziei niespodziankę na okrągłe urodziny. Sławek już upatrzył zestaw mebli, znalazł ekipę, załatwił zniżkę. Kwota była niemała — starczyłaby na roczny karnet do najlepszego fitness klubu z basenem i trenerem personalnym dla Wery. — Remontu nie będzie — powiedział stanowczo Sławek. — Jutro dzwonię do salonu i odwołuję zamówienie. — Ty poważnie? — Wera patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. — Jak najbardziej. jeżeli moja matka ma czas i siły tylko dla jednej wnuczki, to powinna mieć też siły, by sama ogarniać swoje problemy. Albo niech prosi Irkę. Niech Irka naprawia jej krany, przywozi ziemniaki z działki i spłaca długi. A my wynajmiemy ci opiekunkę na czas twoich treningów. *** Następnego dnia Nadzieja Pietrowna zadzwoniła sama. — Sławeczku, przemyślałam sprawę… Wspominałeś, iż w tym tygodniu miałeś przyjechać, sprawdzić co z wyciągiem w kuchni? Całkiem szwankuje, dym w całym mieszkaniu. A Lidka już tęskni, pyta: „Gdzie jest wujek Sławek?”… Sławek, siedząc w biurze, przymknął oczy. Normalnie już by się zrywał, zastanawiał, jak podjechać do marketu budowlanego. Ale teraz… — Mamo, nie przyjadę — odparł spokojnie. — Jak to nie?! — ton matki od razu stał się urażony. — A wyciąg? Zaczadzę się! — Poproś Irkę. Albo jej nowego faceta. Mam teraz inne zajęcia — postanowiliśmy zadbać o zdrowie Wery, więc cały wolny czas mam rozplanowany co do minuty. Będę siedział z synem. — Przez takie bzdury? — matka prychnęła. — Przez fanaberie żony rzucasz matkę? — Nikogo nie rzucam. Ustalam po prostu priorytety. Tak jak i ty, mamo. U ciebie najważniejsze — Lidka i Irka. U mnie — Paweł i Wera. Wydaje mi się, iż to sprawiedliwe. — Ty mnie obrażasz?! — matka aż się zadławiła z oburzenia. — Ja dla ciebie wszystko zrobiłam! Wychowałam, człowieka z ciebie zrobiłam! A ty mi się tak odwdzięczasz?! — Czym „wszystko”, mamo? — spytał spokojnie Sławek. — Pomagałaś Irce za moje pieniądze? Dawałaś jej odpocząć, gdy ja harowałem w twoim ogródku? A wiesz, jeszcze pomyśleliśmy… Mebli do kuchni już nie kupimy. Te pieniądze pójdą na nasze potrzeby. Na opiekunkę, bo babcia Pawełka „nie ma czasu” dla własnego wnuka. Trzy sekundy później w słuchawce zabrzmiał krzyk matki: — Jak śmiesz! Ja matka! Całe życie wam poświęciłam! Przez tę twoją Werę całkiem ci odbiło! Przecież Lidka to sierota przy żywym ojcu, potrzebuje czułości! A wasz Pawełek żyje jak pączek w maśle! Dlaczego sądzisz, iż mam go kochać? Moje serce należy do Lidki, ona jest dla mnie najważniejsza! Niewdzięczny! Nie dzwoń do mnie więcej! Nie waż się przekraczać mojego progu! Sławek spokojnie zakończył rozmowę. Ręce lekko mu drżały, ale poczuł dziwną ulgę. Wiedział, iż ten konflikt — to dopiero początek. Teraz matka zadzwoni do Irki, siostra zacznie wysyłać gniewne SMS-y, oskarżając ich o zimne serce i skąpstwo. Będą łzy, będą przekleństwa, próby wzbudzenia poczucia winy i żądania. Tak właśnie się stało. Wieczorem, gdy wrócił do domu, Wera już wiedziała wszystko — teściowa nagrała jej pięciominutową wiadomość głosową, gdzie „żmiją pod poduszką” była najłagodniejszym określeniem. — Sławek, jesteś pewny, iż dobrze robimy? — spytała cicho, gdy Pawełek zasnął i usiedli do kolacji. — To przecież twoja mama. — Matka to ktoś, kto kocha wszystkie swoje dzieci i wnuki, Werka. Nie wybiera sobie faworytów i nie wykorzystuje reszty jako zasób. Długo to ignorowałem, myślałem, iż po prostu taka jest. Ale kiedy powiedziała, iż twoje zdrowie ją nie obchodzi, a Paweł to dla niej tylko „przeszkoda w grafiku z Lidką”… Nie. Wystarczy. ** Kłótnie trwały długo. I Irka, i jej matka, pozbawione stałego wsparcia, wydzwaniały i wypisywały do Sławka i Wery: wyzywały, żądały, groziły, próbowały apelować do „syna i brata”. Małżonkowie trzymali się razem, ignorowali telefony i wiadomości. A dwa tygodnie po aferze do Sławka przyszła siostra. Irka od progu zaczęła wrzeszczeć, nazwała brata „pantoflem i niewdzięcznikiem”, domagała się by natychmiast opłacił rachunki mamy i dał pieniądze na jedzenie i leki. Sławek po prostu zamknął jej drzwi przed nosem. Dosyć. Bycia „wdzięcznym synem” miał już serdecznie dość.
Wyruszamy ku nowemu życiu — Mamo, ile jeszcze będziemy tkwić na tym zadupiu? Przecież to już choćby nie prowincja, tylko zapomniana przez Boga dziura — zagaiła córka Maja, wracając z kawiarni i nucąc swoją ulubioną piosenkę. — Majka, ile razy mam ci powtarzać: to jest nasz dom, tu nasze korzenie. Ja nigdzie się nie ruszam. Mama leżała na kanapie, z nogami opartymi na poduszce, pozie, którą nazywała „Lenin – akrobata”. — Znowu te korzenie! Mamo, jeszcze dziesięć lat i twoje natka zwiędnie, a przyplącze się kolejny „żuk ziemniaczany”, którego każe mi nazywać tatą. Obrażona mama wstała i podeszła do lustra w szafie. — Dobrze moje natka wygląda, nie gadaj głupot… — Serio, jeszcze się trzyma, ale niedługo… Sama zdecyduj – burak, dynia czy batat, co wolisz jako kucharka? — Córciu, jak ci tak zależy, to sama się przeprowadzaj. Masz już dwa lata pełnoletności. Po co ci ja? — Dla spokoju sumienia, mamo. Pojadę w poszukiwaniu lepszego życia, a kto się tobą zajmie? — Ubezpieczenie mam, pensję stałą też, internet jest, no i żuk się jakiś znajdzie, jak sama mówiłaś. Ty masz łatwiej – jesteś młoda, ogarniasz ten nowoczesny świat, nastolatki cię jeszcze nie wkurzają, a ja już jedną nogą na cmentarzu. — No popatrz! Żartujesz jak moi znajomi, a masz dopiero czterdzieści… — Po coś to powiedziała? Zepsuć mi dzień? — W przeliczeniu na kocie lata dopiero pięć — poprawiła się gwałtownie córka. — Wybaczona. — Mamo, póki nie jest za późno, wskakujmy w pociąg i uciekajmy. Tu już naprawdę nie ma nic, co by nas zatrzymało. — Miesiąc temu wywalczyłam w gminie, iż nasze nazwisko na rachunku za gaz piszą poprawnie, a poza tym mamy tu przychodnię rodzinną — wypaliła matka ostatnie argumenty. — Z polisą wszędzie cię przyjmą, a domu nie musisz sprzedawać. W razie czego będzie gdzie wrócić. A ja cię gwałtownie nauczę, jak się żyje w wielkim świecie. — Lekarz na USG mówił mi kiedyś: nie da ci spokoju. Myślałam, iż żartuje. Nie na darmo zdobył potem brąz w „Bitwie na głosy”. Dobra, jedziemy, ale jeżeli się nie uda, obiecaj, iż pozwolisz mi wrócić bez dramatu i krzyków. — Obiecuję! — Twój tata w urzędzie też to obiecywał, a wasza grupa krwi identyczna… *** Majka i mama nie zadowoliły się wojewódzkim miastem — od razu postanowiły zdobyć Warszawę. Wypłaciły wszelkie oszczędności, wynajęły z rozmachem kawalerkę na peryferiach, między bazarem a dworcem autobusowym i z góry opłaciły cztery miesiące. Pieniądze skończyły się, zanim tak naprawdę zaczęły je wydawać. Majka była spokojna i pełna energii. Bez marnowania czasu w nudne rozpakowywanie, od razu rzuciła się w wir stołecznego życia: kulturalnego, towarzyskiego i nocnego. gwałtownie łapała kontakty, poznawała modne miejsca, umiała się dogadać i ubrać jak rodowita Warszawianka, jakby nigdy nie mieszkała na końcu Polski, tylko wyrosła z miejskiego powietrza i pogardy. Mama tymczasem żyła od porannego relanium do wieczornego nasenki. Już pierwszego dnia, mimo namów córki na spacer, zaczęła intensywnie przeglądać oferty pracy. Warszawa oferowała stanowiska i pensje, które nijak do siebie nie pasowały i śmierdziały podstępem. Po krótkiej kalkulacji doszła do wniosku: dłużej niż pół roku nie pociągniemy, wrócimy. Nie przyjmując do siebie krytyki nowoczesnej córki, podążyła utartym szlakiem — została kucharką w prywatnej szkole, a wieczorami zmywała naczynia w lokalnej kawiarni. — Mamo, znowu cały dzień przy garach! Jakbyśmy w ogóle się nie ruszyły z domu. Poznaj nowy świat – zostań projektantką, sommelierką, a choćby choćby stylistką brwi. Metro, kawa na wynos, szybka adaptacja! — Majka, ja nie jestem gotowa na takie kursy. Jeszcze się tu odnajdę. Ty się martw o siebie. Ja dam radę. Westchnąwszy nad postępującym zacofaniem matki, Majka „się urządzała”. Wygodnie rozsiadała się w kawiarniach, gdzie młodzi faceci z innych miast płacili za kawę, łapała miejskie flow, budowała relacje z miastem według zaleceń blogerek od energii i sukcesu, lądowała w kręgach, gdzie nie gadało się o niczym prócz hajsu i kariery. Nie goniła za etatem ani poważnymi związkami – najpierw musiała się z Warszawą dotrzeć. Po czterech miesiącach mama już własną pensją opłacała czynsz, rzuciła zmywak na rzecz gotowania w drugim oddziale szkoły. Majka w tym czasie porzuciła kilka kursów, zaliczyła casting radiowy, zagrała statystkę w studenckim filmie (wypłata: makaron z konserwą) i pokręciła się z dwoma „bremeńskimi muzykami”: jeden okazał się kompletnym osłem, drugi „kocurem” z piątką dzieci. *** — Mamo, masz ochotę gdzieś wyjść? A może pizza i film jak za dawnych czasów? Strasznie się zmęczyłam, dziś nigdzie się nie ruszam — ziewała wieczorem Majka w pozie „Lenina-akrobaty”, gdy mama upiększała się przy lustrze. — Zamów sobie, przeleję ci na kartę. Mi zostawić nie musisz, raczej nie będę głodna po powrocie. — Jak to? Skąd wrócisz? — córka usiadła, wpatrzona w plecy mamy. — Zaproszono mnie tu dzisiaj na kolację — mama aż chichotała jak nastolatka. — Kto?! — nieoczekiwanie zaniepokoiło to Majkę. — Była kontrola w szkole, poczęstowałam ich twoimi ulubionymi kotletami. Szef komisji poprosił, by go „przedstawić szefowej kuchni”. Zażartowałam. Wypiliśmy kawę — jak radziłaś. Dziś idę do niego z domową kolacją. — Zwariowałaś?! Do obcego faceta? Na kolację! — A co w tym dziwnego? — Wiesz, iż on może chcieć czegoś więcej niż kolacja? — Córciu. Mam czterdzieści lat, nie mam męża. On czterdzieści pięć, przystojny, inteligentny, wolny. I wiesz co? Miło będzie, czego by nie oczekiwał. — Jakbyś nie miała wyboru! Typowa prowincja. — Ty mnie nie poznajesz. Sama miałaś mnie tu sprowadzać dla nowego życia. Trudno to było przebić. Do Majki nagle dotarło, iż zamieniły się miejscami. Zamówiła największą pizzę i cały wieczór topiła smutki w jedzeniu. Mama coraz częściej chodziła na randki: teatr, stand-up, jazz, karta do biblioteki, klub herbaciany i przychodnia na nowo. Pół roku później zaliczyła kursy doszkalające, zdobyła certyfikaty i nauczyła się wykwintnych dań. Majka też nie próżnowała – próbowała dostać posadę w prestiżowych firmach, ale każda „perspektywiczna oferta” ostatecznie kładła ją na łopatki. Nowi znajomi przestali stawiać kawę „za piękny uśmiech”, więc Majka zatrudniła się jako baristka, a potem nocna barmanka. Dni mijały, podkrążone oczy mówiły swoje, czas i siły przeciekały przez palce. Związek? W barze nieśmiałe zaczepki pijanych gości nie miały wiele wspólnego z „czystą miłością”. W końcu Majka miała dość. — Wiesz co, mamo, jednak miałaś rację. Nie ma tu dla nas nic. Przepraszam, iż cię tu przyciągnęłam. Czas wracać. — Majka, roztrzęsiona, pakowała na gwałtownie rzeczy. — O czym ty mówisz? Gdzie wracać? — mama właśnie pakowała walizkę. — Do domu, gdzie chociaż nazwisko na rachunku piszą dobrze, do przychodni, do znajomych. Masz rację od początku. — Ja już tu mam swoje, nie chcę wracać. — Mama spojrzała córce w zapłakane oczy. — A ja mam! Ja chcę do domu! Tu mnie nic nie trzyma, a ty też już się pakujesz! — Ja się wyprowadzam do Żeni — oznajmiła mama. — Co znaczy „do Żeni”? — Uznałam, iż już jesteś na swoim, dasz radę z opłatami. To prezent ode mnie! Dojrzała, ładna, z pracą, w stolicy. Perspektywy leją ci się z kranu. Jestem ci wdzięczna, iż mnie tu przywiozłaś. Gdyby nie ty, dalej bym marniała na naszym zadupiu. A tu życie aż kipi! Dzięki! — wycałowała córkę, ale Majka nie podzielała tej euforii. — Ale jak ja tu sama?! Kto się mną zaopiekuje?! — już płacząc spytała córka. — Ubezpieczenie, pensja, internet i jakiś życzliwy „żuk” na pewno się znajdzie, — zacytowała mama samą siebie. — Czyli po prostu mnie zostawiasz?! — Nie zostawiam, ale obiecałaś mi bez dramatu, pamiętasz? — Pamiętam… Dobra, dawaj klucze do domu. — Są w torebce. Mam tylko jedną prośbę. — Jaką? — Babcia też się pakuje do przeprowadzki. Już wszystko ustaliłam przez telefon. Pomóż jej spakować rzeczy. — Babcia tu przyjeżdża?! — Tak, przekonałam ją tym samym tekstem, którym ty mnie: lepsze życie, żuki i zadupie. A akurat na pocztę tu szukają kogoś. Babcia przecież przez czterdzieści lat ogarniała pocztę lepiej niż GPS. Niech spróbuje, zanim jej natka zwiędnie.
Polacy myślą, iż wystarczy roztopić ser. Szwajcarzy dopracowali przepis do perfekcji
Ponownie ruszamy w plener
Dino ma w ofercie prawdziwy hit. Te słoiki przypomną ci, jak smakuje lato
Remont biblioteki na finiszu (ZDJĘCIA)
Ile kalorii ma pączek? Rozwiewamy wątpliwości raz na zawsze
Minimalizm w kuchni – jak dobrać kubki, które pasują do każdej zastawy?
W poszukiwaniu słońca… Nowy kierunek lotów z Krakowa
4-minutowa sałatka z kapusty pekińskiej to królowa każdej imprezy. 1 tani dodatek robi całą robotę
„Masz dwa tygodnie na spakowanie się i znalezienie nowego miejsca do życia” – córki oburzone decyzją mamy, która całe życie poświęciła rodzinie, a teraz na 50. urodziny zostaje sama
Sąsiadka robi klopsiki w zalewie octowej. Spróbowałem i od razu wziąłem od niej przepis
Oto najzdrowsze warzywo na świecie. Naukowcy przyznali mu 100 na 100 punktów
Smash burgery w restauracji Prowincja. Od piątku smakowa rewolucja na talerzu!
„Wielkopolskie Jadłodzielnie” wystartował nabór do VII edycji
Anna Skura jest w szpitalu na Bali. Pokazała, co dostała do jedzenia. Sama była w szoku
Mają dużo więcej potasu niż banany. Oto dlaczego warto włączyć je do diety
Kawa z tym dodatkiem to hit. Wspiera odporność, a mózg działa sprawnie jak komputer
Leśną Pokusę piekę raz w miesiącu. choćby na diecie nie można odmówić sobie kawałeczka
Mieszkańcy obśmiali program „Mieszkanie za remont” w Tychach. „To chyba mieszkania dla psów”
Zaproszenie na Bal Karnawałowy w Centrum Kultury w Gdowie
Dziadku, spójrz! — Lilka przyklejona nosem do okna. — Piesek!
Nieproszeni goście w naszym mieszkaniu, czyli jak po powrocie z urlopu zastaliśmy w salonie rodzinę ze Smoleńska, zaproszoną przez teściową bez pytania
Żona spakowała walizki i zniknęła bez śladu. „Przestań się zgrywać na świętą. Wszystko się ułoży, kobiety gwałtownie się uspokajają. Najważniejsze, iż cel osiągnięty — mamy syna, ród trwa.” Danka milczy. – Gieniu, mówiłeś mi tydzień temu, iż 'załatwiłeś’ sprawę ciąży u Sylwii. Co to znaczy? Gienek odkłada widelec i opiera się o krzesło. – Dokładnie to znaczy. Przez pięć lat mi zawracała głowę: „Nie jestem gotowa”, „Kariera”, „Później”. A kiedy to niby miało być to „później”? Mam trzydzieści dwa lata, Danka. Chciałem dziecka. Normalnej rodziny, jak ludzie. No to… podmieniłem jej tabletki antykoncepcyjne. Danka osłupiała. – Powiedziałeś jej to? Kiedy? – W ten sam dzień, gdy wyszła z domu – burknął Gienek. – Zrobiła awanturę, więc powiedziałem jej wprost. Myślałem, iż się uspokoi, zrozumie, iż nie ma wyjścia. A ona… całkiem oszalała. Złapała torbę i wyszła. *** Na kuchennym stole, obok sterty nieumytych butelek, leżała zapomniana przez brata szczotka do włosów. Danka patrzyła na nią i czuła, jak narasta w niej irytacja. Dlaczego musi być tu taki bałagan?! Maluch w łóżeczku w sąsiednim pokoju w końcu przysnął, ale cisza nie przynosiła ulgi – za godzinę, góra dwie, znowu się zacznie… Danka poprawiła szlafrok i wzięła czajnik. Miesiąc temu odbierali Sylwię, swoją szwagierkę, ze szpitala. Gienek wtedy promieniał, biegał z bukietami, a Sylwia… Wyglądała, jakby prowadzili ją nie do domu, a na szafot. Danka zrzuciła to na zmęczenie związane z pierwszym porodem, hormonami i tak dalej… A przecież powinna się była domyślić. Trzasnęły drzwi w przedpokoju – brat wrócił z pracy. Przeszedł do kuchni rozluźniając krawat i od razu zajrzał do lodówki. – Coś do jedzenia jest? – zapytał, choćby nie patrząc na siostrę. – W garnku makaron, a parówki ugotowałam. Gieniu, mały właśnie zasnął. Ciszej, dobra? Gienek prychnął, wyjmując talerz. – Jestem padnięty, Danka. Cały dzień latam, a klienci wyssali ze mnie całą energię. Jak tam berbeć? – Berbeć to twój syn – Danka postawiła kubek zbyt mocno na stół. – Ma na imię Olek i płakał przez trzy godziny. Brzuch go boli. – No, ale dajesz sobie radę – wzruszył ramionami Gienek i usiadł do stołu. – Jesteś kobietą, macie to we krwi. Mama też nas sama ogarniała, kiedy tata był na budowach. Danka przygryzła wargę. Miała ochotę rzucić w niego talerzem. Mieszkała tu tymczasowo, póki nie spłaci długu za wynajem swojej pracowni, ale przez dwa tygodnie zamieniła się w darmową nianię, kucharkę i sprzątaczkę. A Gienek zachowywał się, jakby nic się nie stało. Jakby to nie jego żona spakowała rzeczy i zniknęła bez śladu. – Dzwoniła Sylwia? – spytała Danka, patrząc, jak brat łapczywie pochłania kolację. Gienek zamarł z widelcem w ustach. Twarz na moment pociemniała. – Nie odbiera. Odrzuca połączenia. Zobacz, do czego to doszło — zostawić dziecko! Chyba się wściekła, bo zmieniłem jej tabletki. Chciałem, żeby szybciej była w ciąży. – Jesteś draniem, Gienek – powiedziała cicho Danka. – Słucham?! – wytrzeszczył oczy. – Dla rodziny się starałem! Pracuję, pieniądze przynoszę! A ona zostawiła dziecko! Kto tu jest winny? – Odebrałeś jej wybór – Danka wstała. – Oszukałeś ją. Jak miała ci za to podziękować? „Kochanie, dziękuję, iż zniszczyłeś mi życie”? – Oj, nie zaczynaj – wzruszył ramionami. – Przebije się. Gdzie ona pójdzie? Dziecko tu, rzeczy tu. Kasa jej się skończy, wróci na kolanach. A póki co… możesz mi pomóc? Nie mam czasu zajmować się małym, zbliża się zamknięcie miesiąca w pracy. Danka nie odpowiedziała. Wyszła do dziecięcego pokoju. Olek spał ze ściśniętymi piąstkami. Danka patrzyła na niego i czuła ból w sercu. Z jednej strony — ta bezbronna istotka, a z drugiej — Sylwia, która została wmanewrowana w pułapkę. Żal jej było obojga… Wyjęła telefon i otworzyła komunikator. Sylwia była online trzy minuty temu. Danka długo pisała, kasowała, znów pisała. „Sylwia, to Danka. Nie proszę, żebyś wracała. Chcę tylko wiedzieć, czy jesteś bezpieczna. I… ciężko mi samej. Pogadajmy, błagam, bez kłótni”. Odpowiedź przyszła po dziesięciu minutach. „Jestem w hotelu. Za trzy dni wyjeżdżam służbowo do innego miasta na trzy tygodnie. Było zaplanowane jeszcze zanim… długo przed tym, jak się dowiedziałam. Wrócę — składam pozew o rozwód. Olka nie zostawiam, Danka. Ale nie mogę tam być teraz. Nie umiem na niego patrzeć, rozumiesz? Widzę w nim Gienka!” Danka westchnęła. „Rozumiem. Naprawdę rozumiem. Gienek wszystko mi powiedział.” „I co? Dumny z siebie?” „Coś w tym stylu. Jest przekonany, iż wrócisz.” „Niech śni dalej. Danka, jak już całkiem nie dasz rady – powiedz. Znajdę sposób, żeby zatrudnić nianię, przeleję pieniądze. Ale do niego nie wrócę. Nigdy.” Danka odłożyła telefon i cicho westchnęła. Musiała szukać pracy, spłacić długi, poukładać swoje życie. Ale nie mogła zostawić Olka z Gienkiem, który choćby nie wiedział, jak zmienić pieluchę. *** Kolejne trzy dni były koszmarem. Gienek wracał późno, jadł i od razu szedł spać. Na każdą prośbę o pomoc z dzieckiem odpowiadał: „Jestem zmęczony” lub „Ty się lepiej znasz”. Którejś nocy Olek ryczał tak długo, iż Danka nie wytrzymała. Weszła do pokoju brata i zapaliła światło. – Wstawaj – powiedziała chłodno. Gienek zacisnął powieki, nakrywając głowę poduszką. – Danka, idź. O szóstej muszę wstać. – Wcale mnie to nie obchodzi. Idź i bujaj syna. Chce jeść, a ja nie mogę karmić, bo trzęsą mi się ręce ze zmęczenia. – Zwariowałaś?! – Gienek poderwał się, wkurzony. – Po to tu mieszkasz! Daję ci dach nad głową, płacę za światło i wodę! – A czyli jestem tu służącą? – wybuchła Danka. – Nazwij to jak chcesz – mruknął. – Jak Sylwia wróci, to odpoczniesz. A póki co — pracuj. Danka wyszła bez słowa. Tej nocy już nie spała. Siedziała w kuchni, bujając kołyskę stopą i rozmyślała, jak dać nauczkę bratu. Gienek sięgnął dna. Rano, kiedy wyszedł, znowu napisała do Sylwii. „Musimy się spotkać. Dziś. Póki go nie ma. Proszę”. Sylwia zgodziła się. Spotkały się w małym parku niedaleko bloku. Sylwia wyglądała fatalnie: blada, z podkrążonymi oczami, wychudzona. Podeszła do wózka i długo patrzyła na synka. Ręce jej drżały. – Urósł – powiedziała cicho. – Tak bardzo się zmienił przez dwa tygodnie… – Sylwia, on cię choćby nie pozna – powiedziała łagodnie Danka. – Wiem – Sylwia zakryła twarz dłońmi. – Danka, nie jestem potworem. Chyba go kocham. Gdzieś głęboko czuję, iż to mój syn. Ale jak wyobrażę sobie, iż miałabym tu wrócić do Gienka, spać w jednym łóżku z kimś, kto mnie tak skrzywdził… czuję, jak duszę się. – A jeżeli nie z Gienkiem? – spytała Danka. Sylwia podniosła głowę. – O czym mówisz? – On sądzi, iż nigdzie nie pójdziesz. Że należysz do niego z tym dzieckiem. Ale on nie jest ojcem. Jest menadżerem projektu „Idealna Rodzina”. Nie wstaje do niego w nocy, nie wie, jak zrobić mleko. Chodziło mu o sam fakt, nie o wychowanie. – Co proponujesz? – Wyjeżdżasz w delegację – zaczęła stanowczo Danka. – Pracuj, dochodź do siebie. Zostaję z małym. Przez trzy tygodnie przygotuję grunt. – Jaki grunt? – Rozwód. Kontakt z prawnikiem. Sylwia, nie wracaj do niego. Możesz wynająć mieszkanie, ja się do ciebie przeprowadzę, pomogę z Olkiem, póki pracujesz. Moja sytuacja finansowa się poprawia, mam zlecenia online. Damy radę. Bez niego. Sylwia patrzyła nieufnie. – Pójdziesz przeciw bratu? – Jest moim bratem, ale zachował się podle. Nie chcę być wspólniczką w tym cwaniactwie. Myśli, iż jestem po jego stronie, bo nie mam dokąd pójść. Mylą się. Sylwia długo milczała, obserwując promień słońca tańczący po daszku wózka. – A on? Nie odda tak po prostu dziecka. Zrobi awanturę. – Zrobi – potwierdziła Danka. – Ale mamy asa w rękawie. Przyznał się, iż podmienił tabletki. jeżeli wypłynie to w sądzie, przy świadkach… Potwierdzę wszystko. I jak naprawdę „pomagał” w domu – też opowiem. Nie chodzi mu o dziecko, Sylwia, tylko o władzę. Jak zrozumie, iż Olek wymaga prawdziwej pracy, sam się wycofa. Łatwiej mu grać rolę „porzuconego ojca-bohatera”, niż faktycznie zajmować się małym. Sylwia pierwszy raz od dawna słabo się uśmiechnęła. – Wydoroślałaś, Danka. – Musiałam – westchnęła. – Jesteśmy umówione? – Tak. Dziękuję ci. Trzy tygodnie minęły szybko. Gienek stawał się coraz bardziej rozdrażniony – zauważył, iż Danka już nie biega za nim z talerzem, gdy wraca do domu. – Sylwia kiedy wraca? – spytał wieczorem, rzucając teczkę na kanapę. – Jutro – odparła krótko Danka, tuląc Olka. – Nareszcie. W końcu pójdziemy do normalnej restauracji, mam już dość twojego makaronu. Trzeba jej kupić jakiś prezent, żeby nie marudziła. Pierścionek, czy kolczyki, baby to lubią. Danka spojrzała na niego z niemal fizycznym wstrętem. – Myślisz, iż pierścionek wszystko naprawi? – Daj spokój – Gienek próbował ją klepnąć, odsunęła się. – Przestań się zgrywać na świętą. Wszystko się ułoży. Kobiety gwałtownie się uspokajają. Najważniejsze – cel osiągnięty: mamy syna, ród trwa. Danka milczała. *** Następnego ranka Sylwia przyjechała, gdy Gienek był w pracy. Nie weszła do mieszkania, czekała na dole w samochodzie. Danka wcześniej spakowała wszystko dla małego, swoje bagaże i najpotrzebniejsze rzeczy. Trzykrotnie schodziła po schodach, żeby wszystko wynieść. Olek spał w foteliku samochodowym. Gdy ostatnia torba zniknęła, Danka wróciła do mieszkania, by zostawić klucze. Położyła je na kuchennym stole, tam gdzie trzy tygodnie temu leżała szczotka Gienka. Obok zostawiła kartkę: „Gienek, odchodzimy. Nie szukaj Sylwii, skontaktuje się przez adwokata. Olek jest z nią. Ja też. Chciałeś rodziny, ale zapomniałeś, iż rodzinę buduje się na zaufaniu, nie na manipulacji. Makaron jest w lodówce. Teraz sam musisz sobie z nim poradzić”. Odeszły. Sylwia wynajęła małe, ale przytulne mieszkanie na drugim końcu miasta. Pierwsze dni były trudne: Olek marudził, Sylwia często płakała, a telefonu Danki nie przestawał wydzwaniać brat. Gienek wrzeszczał w słuchawce, groził, straszył sądem, odebraniem dziecka, zostawieniem bez grosza. Danka spokojnie to znosiła. Przetrwały. Gienek po kilku dniach wściekłości zniknął z horyzontu. Rozwód odbył się w sądzie, na rozprawie Gienek choćby nie wspomniał, iż chce wychowywać syna. Danka miała rację – bratu nie chodziło o dziecko. Wolał zapłacić alimenty i mieć spokój. choćby spotkań z synem specjalnie nie chciał.
Jabłka do szarlotki zagęszczam bez wysiłku 1 prostym trikiem. Bez kisielu i długiego gotowania