Kuchnia

Tutaj w Krakowie wolontariusze WOŚP otrzymają darmowy poczęstunek [LISTA LOKALI]
JAN ZAMOYSKI - RZUCIŁ MOSKWĘ NA KOLANA I KANON POLSKI
Gwiazda, koncerty i atrakcje. Lublin gotowy na finał WOŚP
Specjalna oferta w niedzielę. Restauracje przygotowały darmowy poczęstunek
Mąż zaprosił byłą żonę na urodziny synów – dla dzieci, a ja wyjechałam świętować w hotelu, bo w moim domu to już nie mój stół – Gdzie stawiasz tę wazę? Prosiłam, żebyś schował ją do kredensu, zupełnie nie pasuje do kompletu, – Marta starała się mówić spokojnie, choć w środku cała się gotowała, jak rosół na niedzielę. Nerwowo poprawiła fartuszek i spojrzała na męża, który bezradnie przekładał kryształową salaterkę z miejsca na miejsce. – Martusiu, przecież to nie ma znaczenia, – Andrzej uśmiechnął się przepraszająco, a ta jego skruszona mina irytowała ją dziś wyjątkowo. – Basia zawsze lubiła tę wazę. Mówiła, iż w niej śledzie prezentują się odświętnie. A skoro zbieramy się wszyscy razem, dla chłopaków, to czemu nie zrobić tak, żeby wszystkim było miło? Marta zamarła z nożem w ręce. Ostrze zawisło nad połową pokrojonego ogórka. Powoli wypuściła oddech, licząc w myślach do trzech, żeby nie wrzasnąć. – Andrzej, – jej głos był cichy i niebezpieczny. – Chcę mieć jasność. Organizuję przyjęcie w moim domu. Ja, twoja prawowita żona, od dwóch dni szykuję stół: marynowałam mięso, piekłam biszkopty, doprowadzałam podłogi do połysku. A teraz mówisz mi, iż mam postawić tę kiczowatą wazę, bo lubiła ją twoja była żona? Naprawdę uważasz, iż to normalny argument? Andrzej ciężko westchnął i opadł na krzesło, jakby cały ciężar świata spoczywał na jego barkach. – Marta, nie zaczynaj, proszę cię. Przecież się umawialiśmy. Chłopaki mają dwudzieste urodziny. Ważna data. Chcieli zobaczyć oboje rodziców. Co miałem zrobić? Powiedzieć Basi, żeby nie przyszła? Jest ich matką. To tylko jeden wieczór. Posiedzimy, zjemy tort, rozjedziemy się. Chciałbym, żeby było spokojnie, bez afer. Jesteś rozsądną kobietą. „Rozsądna kobieta”. To Marta słyszała za każdym razem, gdy oczekiwano od niej cierpliwości, przymykania oczu, wycofywania się i udawania, iż wszystko w porządku, gdy inni po niej depczą. Byli małżeństwem od pięciu lat. Marta przyjęła Andrzeja z jego przeszłością, alimentami, wiecznymi wizytami u synów bliźniaków, którzy wtedy byli problematycznymi nastolatkami. Nigdy nie utrudniała kontaktu. Chłopaki – Bartek i Paweł – często bywali u nich w odwiedzinach, ułożyła z nimi koleżeńskie relacje. Ale Basia… Basia była osobnym rozdziałem. Głośna, bezkompromisowa, przekonana, iż Andrzej wciąż do niej należy, tylko na chwilę wypożyczony innym. – Nie mam nic do chłopaków, Andrzej. choćby pogodziłam się z tym, iż zaprosiłeś Basię, chociaż normalni ludzie takie uroczystości robią w restauracji, nie sprowadzają byłych żon do domu obecnej. Ale czemu mam dostosowywać nakrycie do jej gustu? Może jeszcze powinnam założyć sukienkę, która jej się podoba, albo uczesać się w jej stylu? – Przesadzasz, – machnął ręką Andrzej, wstając. – Dobrze, schowam tę wazę. Tylko nie gniewaj się. Chłopaki będą za godzinę, Basia z nimi. Jej auto w warsztacie, podwiezie ją któryś z nich. Dajmy im spokojną, rodzinną atmosferę, chociaż przez ten jeden wieczór. Podszedł, cmoknął ją w policzek – szybko, rutynowo – i poszedł się ogolić. Marta została samotnie w kuchni, obstawiona miskami, garnkami i produktami. W piekarniku dochodziła pieczeń, na kuchence bulgotał żurek. Zapachy obłędne, ale Marta nie miała apetytu wcale. Miała wrażenie, iż szykuje stypę dla własnego szacunku do siebie. Godzinę później w przedpokoju rozległ się gwar. Śmiech, tupot, podniesione głosy. – Gdzie nasz tatuś? – ten głos Marta rozpoznałaby spośród tysięcy. Wysoki, przenikliwy, wypełniający całą przestrzeń. – Andrzejek! Jesteśmy! Marta zdjęła fartuch, poprawiła fryzurę w lusterku i wyszła na spotkanie. W przedpokoju zrobiło się ciasno. Bliźniacy, Bartek i Paweł, wysocy już na dwa metry, zdejmowali kurtki. Między nimi, jak królowa w orszaku, stała Basia. W intensywnie czerwonej sukience, zbyt obcisłej jak na jej figurę, i z lakierowaną fryzurą „na salon”. – O, dzień dobry Marta, – rzuciła od niechcenia, choćby nie spojrzawszy gospodyni w oczy. Już wypatrywała Andrzeja. – Przyszliśmy z prezentami! Andrzeju, chodź tu szybko, pomóż mamuśce z siatką, tam słoiki przyniosłam! Andrzej wyskoczył z pokoju promienny i rozgorączkowany. – Siema chłopaki! Sto lat z okazji urodzin! – objął synów, poklepał po plecach. – Basia, witaj. Po co słoiki, mamy mnóstwo jedzenia. – Znam wasze stoły, – Basia teatralnie przewróciła oczami, w końcu łaskawie zerkając na Martę. – Marta pewnie znów wszystko „fit” gotowała? Bez soli, bez tłuszczu? Chłopakom trzeba jedzenie, a nie posiłki sanatoryjne! Przyniosłam swoje ogórki, pomidorki, grzybki. I galaretę, taką na wieprzowych nóżkach, nie te twoje dietetyczne kurczaki! Marta poczuła gorąco na twarzy. Ostatnio, pół roku temu, Basia również była – też krytykowała wszystko po kolei. – Witam Basiu, – powiedziała chłodno. – Proszę bardzo, wystarczy dla wszystkich. Galareta u mnie dziś wołowa, przezroczysta jak łza. – Zobaczymy, – mruknęła Basia i już ruszała do salonu, nie czekając na zaproszenie. – I widzę, wersalka dalej ta sama? Andrzej, mówiłam ci rok temu, ten kolor nie pasuje. Starzeje pokój. I te zasłony… Smętnie jakoś. U nas zawsze było jasno, pamiętasz? Andrzej krzątał się za nią z torbami. – Basiu, nam jest dobrze. Jest przytulnie… – Przytulnie to tam, gdzie serce śpiewa, a tu jak w piwnicy, – skwitowała Basia i usiadła na „złym” narożniku. – Chłopaki, myć ręce! Marta, co tak stoisz? Serwuj, panowie głodni! Marta zacisnęła dłonie tak mocno, iż paznokcie wbijały się w skórę. „Spokojnie, – nakazała sobie. – Wyłącznie dla Andrzeja. Żeby chłopakom nie zepsuć święta”. Odeszła do kuchni. Za chwilę Andrzej przybiegł szeptem, łapiąc talerze. – Marta, nie przejmuj się jej, – szeptał. – Ona taka już jest, lubi rządzić. Pomogę z sałatkami. – Nie trzeba, sama przyniosę, – ucięła Marta. Kolacja zaczęła się fatalnie. Basia usadowiła się po prawej stronie Andrzeja, przysunęła się tak blisko, iż niemal się dotykali. Bliźniacy naprzeciwko. Marcie pozostało miejsce na brzegu, przy wyjściu, zupełnie jak kelnerce, która na chwilę siada odpocząć. – Za moich orłów! – wzniósł toast Andrzej, podnosząc kieliszek. – Dwudzieste urodziny! Jak z bicza strzelił! – Nie mów, Andrzeju, – Basia śmiała się, wtrącając. – Pamiętasz, jak mnie szpital rodzić wiozłeś? Lód na ulicy, auto nie chciało zapalić, biegałeś wokół malucha w koszuli, komiczny taki! Potem pod oknem krzyczałeś „Kto? Kto?”. Ojej, ale się uśmialiśmy! Roześmiała się głośno, kładąc dłoń na ramieniu Andrzeja. Ten spłonął rumieńcem, zanurzył się we wspomnieniach. – Tak, to były czasy… Młodzi, głupi… – A pamiętasz jak Paweł wpadł w kałużę w nowym garniturze? gwałtownie szliśmy wtedy do twojej mamy na jubileusz. Ty go podniosłeś, płakał cały w błocie. My go myliśmy w fontannie! Historia za historią. Basia żonglowała opowieściami z czasów, gdy byli rodziną. „A nasz wyjazd do Szklarskiej?”, „A pamiętasz tapetowanie mieszkania?”, „A jak nogę złamałeś, a ja cię karmiłam z łyżeczki?” Marta siedziała w milczeniu, grzebiąc widelcem w sałatce. Czuła się zbędna. Elementem obcym. Dekoracją. Synowie pochłonięci telefonami czasem tylko rzucali matce przytakujące „mmm”. Andrzej, rozmarzony – wino i nostalgia – zupełnie zapominał, iż obok niego siedzi obecna żona. – Marta, podaj chleb, – rzuciła Basia, nie przerywając opowieści o tym, jak Andrzej uczył ją parkować. – Skoro o tym mowa, krzyczał „Hamuj!”, a ja gaz wciskałam! Prawie wjechaliśmy w płot! Ale się wtedy postarzałeś o pół głowy! – Coś było, – roześmiał się Andrzej. – Byłaś zawsze moją rajdowczynią. „Moją”. To zabrzmiało jak strzał. Marta podniosła wzrok na męża. choćby nie zauważył, co powiedział. Spojrzał na Basię z rozczuleniem, jakby była symbolem młodości. – Sałatka przesolona, – nagle ogłosiła Basia, wkładając do ust widelec z jarzynową. – Marta, zakochałaś się? Przesalamy, gdy się zakochuje! W kogo, w męża? Haha! Andrzej, spróbuj mojej galarety. Tam jest smak! Nie żałowałam czosnku. Przeciągnęła się przez stół, by wrzucić Andrzejowi swój kawałek galarety prosto do talerza, na przygotowany przez Martę żurek. – Basia, zabierz rękę, – powiedziała Marta cicho. – Słucham? – Basia zamarła. – Co ci jest? – Prosiłam, nie dotykaj talerza mojego męża. I zabierz galaretę. Dobrze wystarczy mojej kuchni. Zapanowała cisza. Bliźniacy oderwali się od telefonów. Andrzej mrugnął przestraszony. – Marta, czemu? No położyła, bo smaczna… – Smaczna? – Marta podniosła się powoli; krzesło zaskrzypiało, jakby zgrzyt metalu. – Smakuje ci to, co Basia podała? Miło wam wspominać stare czasy? Dobrze ci, gdy w twoim domu rządzi inna kobieta i krytykuje wszystko? – Daj spokój, – prychnęła Basia. – Ale z ciebie delikatna… Kompleksem? – Nie potrzebuję twoich rad, – patrzyła prosto w oczy Basi. – I nie potrzebuję twojego towarzystwa. Znosiłam to dla Andrzeja. Dla chłopaków. Ale świetnie sobie radzicie beze mnie. Macie tu swoją sielankę. Wspomnienia, żarty, stare czasy. Jesteście rodziną. Ja – personel techniczny: przynieść, podać, zniknąć. – Marta, przestań – Andrzej spróbował złapać ją za rękę, ale odtrąciła dłoń. – Źle zrozumiałaś, tylko sobie wspominaliśmy… – Wspominajcie dalej. Ja wam nie będę przeszkadzać. Marta odwróciła się i wyszła z salonu. W ślad za nią głośny syk Basi: – Histeryczka. Mówiłam ci Andrzej, nie pasuje ci – wyżej sra niż tyłek ma! Weszła do sypialni. Ręce drżały, ale w głowie niespotykany spokój. Wyjęła z szafy podróżną torbę. Wrzuciła kosmetyczkę, ubrania na zmianę, pidżamę, tablet. Przebrała się z „odświętnej” sukienki – czuła się w niej jak pajac na cudzej imprezie – w wygodne jeansy i sweter. Zamówiła taksówkę w aplikacji. Miała być za siedem minut. Wyszła do przedpokoju, wsunęła buty, narzuciła płaszcz. W salonie znów śmiech, Basia dowcipkowała – po niej, jakby już zapomniano. Myśleli: po prostu się wypłacze, wróci. Marta zerknęła do salonu. – Wychodzę, – powiedziała głośno. Zapadła cisza. Andrzej z kieliszkiem spojrzał zaskoczony. – Dokąd? Do sklepu? Zapomnieliśmy chleba? – Nie Andrzej, jadę do hotelu. Mam dziś również święto – dzień wyzwolenia od chamstwa i braku szacunku. Doskonale się bawicie w „starej gwardii”, więc celebrujcie dalej. Jedzenia pełna lodówka, tort na balkonie, zmywarka na kuchni, kapsułki pod zlewem. Mam nadzieję, iż Basia pokaże nie tylko jak jeść galaretę, ale i jak myć naczynia! – Zwariowałaś?! – Andrzej zerwał się, przewracając kieliszek, wódka zrobiła plamę na obrusie. – Jaki hotel? Noc, goście! – To twoi goście. Nie moi. Powodzenia. Sto lat, chłopaki. Wyszła i zamknęła za sobą drzwi, uciszając krzyki męża i bulgotanie Basi. W taksówce najpierw gapiła się w rozświetlony nocą Gdańsk. Potem zadzwoniła do najlepszego SPA w mieście. – Dobry wieczór, ma pan wolny pokój – apartament lub junior suite? Świetnie. Będę za dwadzieścia minut. Proszę o butelkę szampana i talerz owoców do pokoju. I masaż z samego rana. W hotelu cicho. Pachnie drogimi perfumami. Żadnych oparów smażonej cebuli, żadnego szczęku sztućców, żadnych obcych głosów. Pokój kusi chłodem i bielą pościeli. Wzięła prysznic, spłukała lepkość wieczoru, owinęła się w puszysty szlafrok, nalała kieliszek szampana i wyszła na balkon. Miasto błyszczało, obojętne i spokojne. Telefon dzwonił już w taksówce – wyciszyła. Teraz spojrzała. Piętnaście nieodebranych od Andrzeja. Trzy wiadomości: „Co ty wyprawiasz?” „Wróć, wstyd przed ludźmi!” „To nie jest śmieszne, Basia oniemiała.” Uśmiechnęła się, wyłączyła telefon całkiem. Upiła łyk szampana. Pierwszy raz od lat czuła absolutną wolność. Nie myślała, czy mięso smakuje gościom, czy telewizor za głośny, czy Andrzej się nie obrazi. Była sama – i dobrze jej było. Rano obudziła ją słońce. Z przyjemnością zamówiła śniadanie do pokoju – jajka po benedyktyńsku, croissant, kawa. Potem masaż, basen. Przedłużyła pobyt o dobę – nie chciało jej się wracać. Telefon włączyła dopiero następnego wieczoru. Teraz przyszło kilkanaście wiadomości. Zmienił się ton. „Marta, gdzie jesteś? Martwię się.” „Chłopaki wyszli od razu po tobie. Powiedzieli, iż wy robicie cyrk.” „Basia wyjechała wieczorem. Pokłóciliśmy się.” „Błagam, odbierz.” Marta wybrała numer męża. – Halo! Martusia! Boże, żyjesz? Gdzie jesteś? – Andrzej trząsł się w słuchawce. – W hotelu, Andrzej. Relaksuję się. – Przepraszam, – wykrztusił. – Jestem głupi. Idiota. Wszystko zepsułem. – Opowiadaj – powiedziała Marta sucho. – Jak przebiegł wieczór „wspominek z rodzinnej ławki?” – Koszmarnie. Zaraz po twoim wyjściu Paweł wstał i mówi: „No niezłe z was rodzice – matka furiatka, ojciec mięczak. Marta spoko babka, a wy ją wygryzacie”. I razem z Bartkiem wyszli. choćby tortu nie ruszyli. Marta poczuła satysfakcję. Synowie byli mądrzejsi. – Dalej? – Dalej Basia zaczęła wrzeszczeć. Że wychowałem niewdzięcznych. Że to ty ich nastawiłaś. Kazała mi sprzątać. Więc powiedziałem, żeby sama pomogła, skoro tak rządzi. Wpadła w szał, rozwaliła talerz – ten ze śląskiej porcelany po twojej mamie. – Basia rozbiła talerz? – Marta lodowatym tonem. – Tak… Przypadkiem. Wymachiwała rękami. Nie wytrzymałem już. Powiedziałem jej, żeby wezła taksówkę. Awantura na całego. Wypomniała mi wszystko: pensję sprzed lat, moją matkę, to iż zniszczyłem jej życie. Wygoniłem ją. Andrzej milczał, ciężko oddychał do słuchawki. – Siedzę tu sam. Naczynia brudne. Nic nie sprzątałem. Nie mam sił. Marta, wracaj, proszę. Jestem idiotą. Nigdy więcej… Żadnych byłych w naszym domu. Obiecuję. – Mówisz, iż nie posprzątałeś? – Marta spytała. – Nie. Wszystko zostawiłem. – Bardzo dobrze. Masz czas do rana, żeby lśniło. Żadnego śladu po Basi – żadnych słoików, galarety. Wyrzuć wszystko. jeżeli zobaczę okruszek albo poczuję zapach jej perfum, odwrócę się i idę do adwokata po rozwód. Jasne? – Jasne, Marta. Wszystko załatwię. Tylko wracaj. Kocham cię. Naprawdę nie chciałem źle. Chciałem dobrze… – „Dobrze” wychodzi ci tylko gdy myślisz głową, nie próbując być bohaterem dla wszystkich – powiedziała ostro Marta. – Przyjadę jutro na obiad. I Andrzej… jeżeli jeszcze ktoś raz w moim domu pozwoli sobie mnie krytykować, nie wyjadę do hotelu. Wyjadę na zawsze. Rozłączyła się. Za oknem hotelu zapalały się światła. Marta dopiła kawę. Żal jej było Andrzeja – słabego, pogubionego w chęci bycia „fajnym ojcem”. Ale jeszcze bardziej – siebie samej, tej, która znosiła to lata. Już nie zamierzała znosić. Ten krótki hotelowy ucieczka zmieniła wszystko. Zrozumiała, iż ma prawo być najważniejsza. Nie wygodna, nie rozsądna. Po prostu najważniejsza w własnym życiu. Następnego dnia, gdy weszła do mieszkania pachniało detergentem i cytryną. Okna otwarte, przewietrzone po awanturze. Andrzej z czerwonymi oczami i mokrymi rękami czekał w holu. – Posprzątałem wszystko – zameldował, patrząc na nią jak zbity pies. – choćby zasłony uprałem, bo wydawało mi się, iż śmierdzą lakierem do włosów. Marta weszła do kuchni. Idealna czystość. Zero słoików. Waza – z powodu której zaczęła się afera – zniknęła. – A gdzie waza? – spytała. – Wyrzuciłem – burknął Andrzej. – Razem z galaretą. Nie chcę jej więcej oglądać. Podejść do niego, spojrzała na zmęczoną twarz. – Dobrze – powiedziała, zdejmując płaszcz. – Wstaw czajnik. Zjemy mój tort. Chyba go nie wyrzuciłeś ze złości? Andrzej odetchnął z ulgą, objął ją, chowając twarz w jej ramieniu. – Tort zostawiłem. Jest pyszny. Zjadłem kawałek w nocy, z żalu. Marta, jesteś najlepsza. Przepraszam. – Przebaczam. Ale to był ostatni raz, Andrzej. Ostatni. Usiedli pić herbatę. Marta patrzyła na męża i myślała: czasem żeby ocalić związek, trzeba z niego odejść. Choćby na kilka dni. Puste miejsce przy stole mówi więcej niż tysiąc słów.
Tysiące dzieci zostało dotkniętych skutkami gwałtownych powodzi w Mozambiku….
Wynoś się z mojego mieszkania! – powiedziała mama — Wynoś się, — powiedziała matka spokojnym tonem. Arina uśmiechnęła się lekceważąco i oparła oparcie krzesła — była przekonana, iż matka mówi do jej koleżanki. — Wynoś się z mojego mieszkania! — Natalia zwróciła się do córki. — Lenka, widziałaś post? — koleżanka wpadła do kuchni bez zdejmowania płaszcza. — Arisia urodziła! 3400 gramów, 52 centymetry. Cała wykapana tata, choćby taki sam zadarty nosek. Obiegłam już wszystkie sklepy, nakupowałam ubranek. Czemu taka markotna jesteś? — Gratuluję, Natalio. Cieszę się z was, — Lena wstała, by nalać koleżance herbaty. — Siadaj, płaszcz zdejmij. — Oj, nie mam czasu siedzieć, — Natalia przysiadła na skraju krzesła. — Tyle spraw, tyle spraw. Arinka taka dzielna, wszystko sama, wszystko o własnych siłach. Mąż jej to złoto, właśnie kupili mieszkanie na kredyt, remont kończą. Dumna jestem z mojej dziewczyny. Dobrze ją wychowałam! Lena bez słowa postawiła filiżankę przed koleżanką. No tak, dobrze… Gdyby tylko Natalia wiedziała… *** Dokładnie dwa lata temu Arina, córka Natalii, przyszła do niej bez zapowiedzi, z zapłakanymi oczami i trzęsącymi się dłońmi. — Ciociu Lenko, proszę, tylko nie mów mamie. Błagam! Jak się dowie, tego nie przeżyje, — wyła Arina, miętosiła mokrą chusteczkę. — Arina, uspokój się. Opowiedz, co się stało? — Lena się przestraszyła. — Ja… w pracy… — Arina pociągnęła nosem. — Koleżance zginęły z torebki pieniądze. Pięćdziesiąt tysięcy. A kamery zarejestrowały, jak wchodziłam do pokoju, gdy nikogo nie było. Przysięgam, ciociu Leno, nie brałam! Ale oni mówią: albo zwracam pięćdziesiąt tysięcy do jutra do południa, albo zgłaszają na policję. Mają „świadka”, iż niby widział, jak chowam portfel. To pułapka, ciociu Leno! Ale kto mi uwierzy? — Pięćdziesiąt tysięcy? — Lena zmarszczyła brwi. — Czemu nie poszłaś do ojca? — Poszłam! — Arina znów wybuchnęła płaczem. — Powiedział, iż sama jestem sobie winna, iż nie da mi ani grosza, skoro taka ze mnie ofiara. Powiedział: „Idź na policję, niech cię tam nauczą życia”. choćby do mieszkania mnie nie wpuścił, przez drzwi nawrzeszczał. Ciociu Lenko, nie mam już do kogo iść. Mam dwadzieścia tysięcy, odłożone. Brakuje mi trzydziestu. — A mama? Czemu jej nie powiesz? Jest twoją matką. — Nie! Mama mnie zje. I tak mówi, iż przynoszę jej wstyd, a tu jeszcze kradzież… Pracuje w szkole, wszyscy ją znają. Proszę, pożycz mi trzydzieści tysięcy, dobrze? Przysięgam, będę oddawać po dwa–trzy tysiące tygodniowo. Już szukam innej pracy! Proszę, ciociu Leno! Lena żal się zrobiło dziewczyny. Dwadzieścia lat, życie dopiero się zaczyna, a już taka plama. Ojciec odmówił, odwrócił się, matka naprawdę jeszcze jej… urwie głowę… — Kto w życiu nie popełnia błędów? — pomyślała wtedy Lena. Arina nie przestawała płakać. — Dobrze, — powiedziała. — Mam te pieniądze. Miały być na zęby, ale zęby poczekają. Tylko obiecaj, iż to ostatni raz. I twojej mamie naprawdę nic nie powiem, skoro tak się boisz. — Dziękuję! Dziękuję, ciociu Leno! Życie mi uratowałaś! — Arina rzuciła się jej na szyję. W pierwszy tydzień Arina rzeczywiście przyniosła dwa tysiące. Przybiegła radosna, powiedziała, iż wszystko załatwione, policja nie ingeruje, w nowej pracy jest świetnie. A potem… potem przestała odpowiadać na wiadomości. Miesiąc, dwa, trzy. Lena widziała ją na imieninach u Natalii, ale Arina zachowywała się tak, jakby z Leną były ledwie znajome — zimne „dzień dobry” i tyle. Lena nie naciskała. Myślała: — Młoda, wstydzi się, dlatego unika. Uznała, iż trzydzieści tysięcy to niewielka cena za wieloletnią przyjaźń z Natalią. Po prostu spisała dług na straty i zapomniała. *** — Słuchasz mnie w ogóle? — Natalia machnęła przed twarzą Leny ręką. — O czym tak myślisz? — Tak sobie, — Lena otrząsnęła się. — O swoich sprawach. — Słuchaj, — Natalia ściszyła głos. — Spotkałam Ksenie, no wiesz, dawną sąsiadkę? Wczoraj w sklepie do mnie podeszła. Dziwna jakaś. Zaczęła wypytywać o Arisię, czy oddała długi. Nie zrozumiałam, o co jej chodzi. Powiedziałam, iż moja Arina jest samodzielna, sama zarabia. A Ksena dziwnie się uśmiechnęła i poszła. Nie wiesz, czy Arisia była jej coś winna? Lena poczuła narastające napięcie. — Nie wiem, Natalio. Może drobne. — Dobra, idę już. Muszę jeszcze wpaść do apteki, — Natalia wstała, cmoknęła Lenę w policzek i wyszła. Wieczorem Lena nie wytrzymała. Znalazła numer Kseni i zadzwoniła. — Ksenia, cześć. To Lena. Słuchaj, dzisiaj widziałaś Natalię? O jakie długi pytałaś? Na drugim końcu usłyszała ciężki westchnienie. — Ojej, Lenka… Myślałam, iż jesteś w temacie. Przecież z nimi najbliżej jesteś. Dwa lata temu Arina przyszła do mnie. Cała roztrzęsiona, zapłakana. Powiedziała, iż ją o kradzież w pracy oskarżają. Albo oddaje trzydzieści tysięcy, albo więzienie. Błagała, żeby mamie nie mówić, płakała. Ja, głupia, dałam jej te pieniądze. Obiecała, iż za miesiąc odda. I przepadła… Lena ścisnęła słuchawkę. — Trzydzieści tysięcy? — powtórzyła. — Dokładnie trzydzieści? — Tak, powiedziała, iż jej dokładnie tyle brakuje. Oddała pięćset złotych po pół roku i zniknęła. A potem dowiedziałam się od Wiery z trzeciej klatki, iż do niej Arina z tą samą historią przyszła. Wiera dała jej czterdzieści tysięcy. I jeszcze pani Galina, ich dawna nauczycielka, też „ratowała” Arisię przed więzieniem. Tamta w ogóle dała pięćdziesiąt. — Poczekaj… — Lena usiadła na kanapie. — Czyli co? Do wszystkich przyszła z jedną historią i prosiła o identyczne sumy? — Wygląda na to, — głos Kseni stwardniał. — Dziewczyna po prostu zebrała „daninę” od wszystkich przyjaciółek matki. Od każdej po trzydzieści–czterdzieści tysięcy. Zmyśliła historię, grała na litość. Kochamy Natalię, więc milczałyśmy, nie chciałyśmy jej martwić. A Arina za te pieniądze najwyraźniej sobie pobalowała. Bo miesiąc później wstawiła na Facebooka zdjęcia z Turcji. — Ja też jej dałam trzydzieści tysięcy, — powiedziała cicho Lena. — No i widzisz, — parsknęła Ksena. — Jest nas takich pewnie pięć–sześć. To już biznes, Lenka. To nie „błąd młodości”, ale czyste oszustwo. A Natalia nie ma o niczym pojęcia. Chodzi dumna z córeczki. A córka — złodziejka! Lena odłożyła słuchawkę. W uszach szumiało. Pieniędzy jej nie żal — już dawno się z nimi pożegnała. Mdliło ją natomiast świadomość, jak przemyślanie i bez skrupułów dwudziestoletnia dziewczyna wyrolowała dorosłe kobiety, wykorzystując ich zaufanie. *** Następnego dnia Lena poszła do Natalii. Nie miała zamiaru robić afery. Chciała po prostu spojrzeć Arinie w oczy. Ta właśnie wróciła ze szpitala i, póki trwał remont jej mieszkania na kredyt, przebywała u matki. — O, ciociu Leno! — Arina uśmiechnęła się sztucznie na widok koleżanki mamy w drzwiach. — Proszę, herbaty? Natalia krzątała się przy kuchni. — Oj, Lenka, siadaj. Czemu nie zadzwoniłaś? Lena usiadła naprzeciw Ariny. — Arina, — zaczęła spokojnie. — Spotkałam Ksenę. I Wierę. I panią Galinę. Wczoraj długo rozmawiałyśmy. Założyłyśmy, można powiedzieć, klub „poszkodowanych”. Arina zamarła, pobladła i spojrzała gwałtownie na matkę, która stała odwrócona. — O czym mowa, Leno? — Natalia się odwróciła. — O tym Arina dobrze wie, — Lena spojrzała dziewczynie prosto w oczy. — Pamiętasz, Aro, tamtą paskudną historię sprzed dwóch lat? Kiedy prosiłaś mnie o trzydzieści tysięcy? I Ksenę o trzydzieści? I Wierę o czterdzieści, i panią Galinę o pięćdziesiąt. Wszystkie cię „ratowałyśmy” przed więzieniem. Każdej wydawało się, iż zna twoją wielką tajemnicę tylko ona. Ręka Natalii zadrżała, wrzątek wylał się na kuchenkę. — Jakie pięćdziesiąt tysięcy? — Natalia odstawiła czajnik. — Arina? O czym ona mówi? Pożyczałaś pieniądze moim koleżankom? choćby pani Galinie?! — Mamo… to nie tak… — Arina zaczęła się jąkać. — Ja… prawie wszystko oddałam… — Nic nie oddałaś, Arina, — Lena skwitowała. — Przyniosłaś mi dwa tysiące na odczepnego i zniknęłaś. Po prostu wyciągnęłaś od nas około dwustu tysięcy na zmyśloną historię. Milczałyśmy z litości dla twojej mamy. Ale zrozumiałam wczoraj, iż żałować należało nie jej — tylko samych siebie. — Arina, spojrzyj na mnie. Wyłudziłaś pieniądze od moich koleżanek?! Zmyśliłaś historię o kradzieży, żeby oszukać tych, którzy przychodzą do mnie w gości? — Mamo, bardzo potrzebne mi były pieniądze na wyprowadzkę! — krzyknęła Arina. — Nic mi nie dawaliście! Ojciec nie dał mi ani złotówki, musiałam zacząć życie! Co w tym złego? Im tych pieniędzy nie brakuje, przecież nie zabrałam ostatniego! Lena poczuła wstręt. Tak to więc wygląda… — Wszystko jasne. Natalio, przepraszam, iż ci to mówię akurat teraz, ale już nie mogę tego dłużej ukrywać. Nie chcę tego dalej tolerować. Wszystkie nas ma za głupie! Natalia stała oparta o stół. Jej ramiona drżały. — Wynoś się, — powiedziała spokojnym tonem. Arina uśmiechnęła się i oparła na krześle — była pewna, iż chodzi o Lenę. — Wynoś się z mojego mieszkania! — Natalia odwróciła się do córki. — Pakuj się, idź do męża. I żebym cię tu więcej nie widziała! Arina zbladła. — Mamo, mam malutkie dziecko! Nie mogę się denerwować! — Nie masz już matki, Arina. Matka była tej dziewczyny, którą uważałam za uczciwą. Ty jesteś złodziejką. Pani Galina… Boże, codziennie dzwoniła, pytała, co u nas, i ani słowa nie powiedziała… Jak ja jej teraz spojrzę w oczy? Jak? Arina chwyciła torbę, rzuciła ścierką o podłogę. — Udławcie się tymi swoimi pieniędzmi! — krzyknęła. — Wstrętne staruchy! Idźcie do diabła! Wpadła do pokoju, chwyciła gondolę z dzieckiem i wybiegła. Natalia opadła na krzesło i zakryła twarz dłońmi. Leni zrobiło się głupio. — Przepraszam, Natalio… — Nie, Lenka… To ja cię przepraszam. Że takiego… potwora wychowałam. Naprawdę wierzyłam, iż doszła do wszystkiego sama, a ona… Boże, jaki wstyd… Lena pogładziła przyjaciółkę po ramieniu, a Natalia się rozryczała. *** Po tygodniu mąż Ariny, blady i przybity, objechał wszystkich „wierzycieli”, przepraszał, nie patrząc w oczy. Obiecał, iż odda pieniądze. I faktycznie, zaczęły spływać przelewy — pięćdziesiąt tysięcy dla pani Galiny zwróciła Natalia. Lena nie czuje się winna. Oszustka przecież zasłużyła na karę. Prawda?
W taki sposób PiS zamierza wzmocnić dostępność do zdrowych, polskich produktów
Spróbowałam na urlopie i przepadłam. Włoski makaron, lepszy niż bolognese
Praca dzieci na Madagaskarze….
Wczoraj – Gdzie stawiasz tę salaterkę? Przecież zasłaniasz dostęp do wędlin! Przesuń kieliszki, zaraz przyjdzie Olek, a on lubi mieć przestrzeń do machania rękoma podczas rozmowy. Wiktor nerwowo przestawiał kryształy na stole, omal nie strącając widelców. Halina westchnęła ciężko, wycierając ręce o fartuch. Stoi przy kuchni od rana, nogi jej dudnią jak z ołowiu, plecy bolą jak zawsze, tuż pod łopatkami. Ale nie ma czasu w narzekania. Dziś do nich przyjeżdża „gwiazdorski gość” – młodszy brat męża, Olek. – Wicek, uspokój się – poprosiła, starając się, by głos brzmiał spokojnie. – Stół jest idealnie nakryty. Powiedz lepiej, kupiłeś chleb razowy? Olek ostatnio narzekał, iż mamy tylko biały, bo on przecież „dba o linię”. – Kupiłem, Borodziej, z kminkiem, jak lubi – Wiktor pognał do chlebaka. – Halinko, a mięso? Na pewno jest gotowe? Wiesz, on zna się na jedzeniu, po restauracjach chodzi, kotletami go nie zaskoczysz. Halina zacisnęła usta. Oczywiście, iż wie. Olek – czterdziestoletni kawaler, nazywający siebie „wolnym artystą”, a w praktyce wciąż żyjący z dorywczych fuch i wsparcia wiekowej mamy – uznaje się za wybitnego smakosza. Każda jego wizyta to dla Haliny egzamin, który zawsze z góry uważa za przegrany. – Upiekłam karczek w miodowo-musztardowej glazurze – wymieniła. – Świeże mięso, prosto z targu, siedem dych za kilo. jeżeli mu choćby to nie podejdzie, umywam ręce. – Nie dramatyzuj – krzywi się Wiktor. – Brat pół roku nie był, tęsknił. Chce posiedzieć rodzinnie. Postaraj się, dobra? Teraz ma trudny moment, szuka siebie. „Szukania pieniędzy, nie siebie”, pomyślała Halina, ale nic nie powiedziała. Wiktor ubóstwiał młodszego brata, uważał go za niedostrzeżonego geniusza i obrażał się za każde krzywe słowo pod jego adresem. Dzwonek zabrzmiał punkt siódma. Halina gwałtownie zdjęła fartuch, poprawiła fryzurę w lustrze i przywdziała swoją „dyżurną” uprzejmość. Wiktor już otwierał drzwi, promienny jak wypolerowany samowar. – Olek! Bracie! Nareszcie! W drzwiach stanął Olek. Wyglądał, o dziwo, stylowo: modne rozpięte palto, szalik rzucony z nonszalancją na ramię, lekki zarost dla podkreślenia męskiej ostrości. Ramiona rozłożył szeroko, pozwalając Wiktorowi się uściskać, sam tylko poklepał go po plecach. Halina rzuciła okiem na jego dłonie. Puste. Ani siatki, ani pudełka z ciastem, choćby biednego goździka. Przyszedł w gości po półrocznej nieobecności, do stołu zastawionego przysmakami, z absolutnie pustymi rękami. choćby dzieciom, które szczęśliwie dziś są u babci, nie zostawił ani czekoladki. – Witam, Halina – skinął jej głową, wchodząc do mieszkania i zamiast rozbierać buty, oglądał przedpokój. – Tapety wymienialiście? Kolor jakiś taki… szpitalny. Ale jeżeli wam się podoba… – Dzień dobry, Olek – powitała chłodno. – Myj ręce. Tu kapcie, nowe. – Swoje nie wziąłem, a od cudzych można grzyba złapać – machnął ręką. – Chodzę w skarpetach. Mam nadzieję, iż podłoga czysta? Halina poczuła, jak narasta w niej irytacja. Myła podłogę dwa razy, specjalnie na tę okazję. – Czysta, Olek. Zapraszam do stołu. Zasiedli w salonie. Stół rzeczywiście wyglądał świątecznie: śnieżnobiały obrus, eleganckie serwetki, trzy rodzaje sałat, mięsna i serowa deska, czerwona ikra, marynowane grzybki, które Halina sama zamykała jesienią. Na środku parowało gorące danie. Olek rozsiadł się wygodnie i spojrzał z góry na biesiadę. Wiktor krzątał się z butelką koniaku, kupioną specjalnie dla brata – drogi, pięcioletni. – To za spotkanie! – ogłosił Wiktor, rozlewając trunek. Olek wziął kieliszek, pokręcił nim, podniósł pod światło, powąchał. – Armeński? – skrzywił się. – Hm. Ja adekwatnie wolę francuski, ma subtelniejszy bukiet. Ten wali spirytusem. Ale dobra, darowanemu koniowi… Wypił duszkiem, bez namysłu, i od razu sięgnął widelcem po najdroższy kąsek wędliny. – Poczęstuj się, Olek – podsunęła Halina sałatkę. – Tu sałatka z krewetkami i awokado, nowy przepis. Gość wyłowił krewetkę, podniósł do oczu jak jubiler oglądający diament. – Krewetki były mrożone? – zadał pytanie, jakby wyrok. – Oczywiście, przecież nie mieszkamy nad morzem – zdziwiła się Halina. – W sklepie, królewskie. – Guma – ocenił Olek, odrzucając krewetkę do sałatki. – Halina, przegotowałaś je. Krewetkę się wrzuca na dwie minuty do wrzątku. A tu włókna twarde. Awokado niedojrzałe. Chrupie. Wiktor zamarł z łyżką w pół gestu. – Daj spokój, Olek, dobre jest! Próbowałem, wyszło świetnie. – Wicek, trzeba mieć smak – pouczył brat. – jeżeli całe życie jesz podróbki, nie poznasz prawdziwej kuchni. Byłem tydzień temu na otwarciu nowej restauracji, serwowali ceviche z przegrzebków. To była tekstura! A tu… Majonez domowy? Halinę zalał rumieniec wstydu. Majonez sklepowy „Kielecki”. Nie miała czasu w ubijanie jajek z olejem. – Sklepowy – odpowiedziała krótko. – Słabo – westchnął Olek z miną, jakby usłyszał wyrok śmierci. – Ocet, konserwanty, skrobia. Czysta trucizna. Daj mięso. Może chociaż to nie zepsuliście. Halina bez słowa nałożyła mu sporą porcję aromatycznego karczku, polała sosem, dodała pieczone ziemniaki z rozmarynem. Zapach aż ślinka ciekła. Ale Olek nie był zwykłym człowiekiem, był „koneserem”. Odciął kawałek, żuł długo, patrząc w sufit. Halina i Wiktor czekali jak na orzeczenie sędziego. Wiktor z nadzieją, Halina – z rosnącą złością. – Sucho – orzekł Olek. – A sos… miód zabija wszystko, za słodko. Mięso ma być mięsem, Halina. A nie deserem. Powinnaś je marynować dłużej. W kivi albo wodzie mineralnej. Włókna sztywne. – Marynowałam całą noc, w musztardzie i przyprawach – wymamrotała Halina. – Wszyscy zawsze chwalili. – „Wszyscy” to szerokie pojęcie. Twoim koleżankom może smakuje, one poza marchewką nic nie jadły. Ja mówię obiektywnie. Z głodu zjem, ale przyjemności brak. Odsunął talerz z porcją za trzy dychy i sięgnął po grzyby. – Grzyby chociaż swoje? Nie chińskie z puszki? – Nasze, sami zbieraliśmy, sami soliliśmy – syknęła Halina. Olek spróbował, skrzywił się. – Ocet za mocny. Żołądek ci wypali. I za słone. Halina, pewnie się zakochałaś, skoro tak solisz? – zażartował sam z siebie, zadowolony. – Wicek, uważaj na ciśnienie, z taką dietą daleko nie zajdziesz. Wiktor nerwowo parsknął, próbując złagodzić napięcie. – Daj spokój, Olek, dobre grzyby. Pod wódkę w sam raz. Lej jeszcze! Napili się. Olek się zarumienił, rozwiązał szalik, ale palta nie zdjęł, pokazując, iż jest tu przejazdem, iż robi łaskę. – Ikra lepsza nie było? – zapytał, grzebiąc w kanapce. – Ta drobna, pełno skórek. Z wyprzedaży? – Olek, to ikra z łososia, sześć stów za kilo. Specjalnie dla ciebie kupiliśmy, słoiczek. Sami nie jemy, oszczędzamy – nie wytrzymała Halina. Głos jej zadrżał. – Oszczędzanie na jedzeniu to najgorsza rzecz – filozofował Olek, wcinając kolejną „złą” kanapkę. – Jesteśmy tym, co jemy. Ja nigdy nie kupię taniej kiełbasy. Wolę być głodny. A wy… upychacie lodówkę promocjami, a potem narzekacie, iż sił nie macie i twarz szara. Halina spojrzała na męża. Wiktor wbijał wzrok w talerz, z zapałem żuł mięso, udając, iż nic się nie dzieje. Jego milczenie boli ją bardziej niż słowa Olka. Znowu ucieka od konfliktu, „dla braciszka”. – Wicek – zwróciła się do męża – też uważasz, iż mięso wyszło suche? Wiktor się zakrztusił. – E… nie, Haluś, smaczne. Bardzo smaczne. Ale Olek się zna, ma bardziej wyrafinowany smak… – Ach, wyrafinowany – Halina odłożyła widelec z hukiem. – To ja mam smak toporny, ręce krzywe i gotuję truciznę. – Halinka, nie rób scen – skrzywił się Olek. – Mówię tylko konstruktywnie. Żebyś się rozwijała. Powinnaś podziękować. Wicek wszystko zje i pochwali, to się rozleniwiłaś. Kobieta powinna się doskonalić. – Podziękować? – powtórzyła Halina. – Ty chcesz, żebym podziękowała? Wstała od stołu. Krzesło zgrzytnęło jak wystrzał. – Halina, gdzie idziesz? – przestraszył się Wiktor. – Jeszcze porządnie nie posiedzieliśmy! – Zaraz wracam – powiedziała dziwnym głosem. – Przyniosę deser. Olek lubi słodkie. Poszła do kuchni. Tam na blacie czekał jej popisowy „Napoleon”, pieczony wczoraj do drugiej w nocy. Dwanaście cienkich warstw, krem z prawdziwych żółtek, wanilia… Patrzyła na tort i na próżny kosz. Ręce jej drżały. Odkładana latami uraza wybuchła, zalewając rozsądek. Ile razy ten człowiek jadł za nic, pił, pożyczał pieniądze i nie oddawał? Ile razy krytykował jej mieszkanie, ubrania, dzieci? I Wiktor – zawsze cicho, zawsze usprawiedliwia. „Artysta jest, wrażliwy”. A ona, Halina, to co, ze stali? Nie tknęła tortu. Chwyciła duży półmisek i wróciła do pokoju. – To już deser? – ożywił się Olek, wyciągając szyję. – Oby nie jakiś marketowy rogal! Halina spokojnie zaczęła zbierać talerze. Najpierw mięso. Potem „gumowe” krewetki. Potem deska. – Ej, co robisz? – nie rozumiał Olek, gdy talerz z kanapkami odpłynął spod jego nosa. – Przecież jeszcze nie skończyłem! – Po co masz jeść? – zdziwiła się Halina, patrząc mu w oczy. – Przecież to wszystko niejadalne. Mięso suche, sałatki z majonezową trucizną, krewetki guma, ikra słaba. Nie pozwolę gościowi się tym truć. Nie jestem twoim wrogiem. Wiktor zerwał się. – Halina! Przestań! Co to za teatr?! Odstaw jedzenie na stół! Przeproś! Halina postawiła półmisek na blacie i zwróciła się do męża. W oczach zero łez, tylko chłód. – Ja cię kompromituję? A ty, jak siedziałeś cicho, gdy mnie poniżał, to nie czułeś wstydu? Jesteś facet czy ciapa, Wicek? Wpieprzył ikrę za stówę w pięć minut i powiedział, iż kiepska. Ty mi taką ikrę kiedyś kupiłeś bez okazji? Nie. Wszystko co najlepsze – dla gości. A gość się śmieje w twarz. – To mój brat! Moja rodzina! – A ja jestem twoja żona. Dziesięć lat ci piorę, gotuję, sprzątam. Wczoraj po pracy pół nocy przy garach! Po co? Żeby usłyszeć, iż mam dwie lewe ręce? jeżeli jeszcze raz mnie obwinisz, ten tort założę ci na głowę. Nie żartuję! Wiktor cofnął się. Nigdy nie widział żony takiej. Halina zawsze była miękka, ustępliwa, „wygodna”. Teraz stała przed nim rozszalała furia. Olek zagląda do kuchni, wyraźnie zbity z tropu. – No wiecie… – zaczął – Nie widziałem takiego „gościnności”. Przychodzę z sercem, a tu chlebem wytykają? – Przychodzisz z sercem? – parsknęła Halina. – A gdzie to serce? W pustych rękach? Choć raz przyniosłeś coś – paczkę herbaty? Ty przychodzisz tylko jeść i krytykować. – Ja… jestem bez grosza! Mam chwilowe problemy! – Masz chwilowe od dwudziestu lat. Palto nowe, szalik markowy. Na prezentacje chodzisz. A od brata pięć stów pożyczyć i nie oddać – to już święte prawo. – Halina, przestań! Nie wypominaj cudzych pieniędzy! – To nie cudze, to nasze! Nasze rodzinne, które odkładamy kosztem dzieci, żeby wykarmić tego… smakosza! Olek złapał się teatralnie za serce. – Koniec! Dłużej tu nie wytrzymam. Wicek, nie sądziłem, iż się ożenisz z taką zrzędą. Nigdy więcej tu nie zajrzę! Odwrócił się na pięcie do przedpokoju. Wiktor poleciał za nim. – Olek, poczekaj! Nie słuchaj jej, pewnie PMS albo po pracy zmęczona! Zaraz się uspokoi! – Nie, bracie – ton Olka był dramatyczny, zakładał już buty na skarpetki. – Tego się nie wybacza. Wychodzę. Nie dzwoń, póki nie przeprosi. Drzwi trzasnęły. Wiktor stał w przedpokoju, patrzył na zamknięte drzwi jak na utracony raj. Potem powlókł się do kuchni, gdzie Halina spokojnie przekładała mięso do pudełek. – Zadowolona? – wymamrotał. – Skłóciłaś mnie z bratem. – Pozbyłam się darmozjada – odparła. – Siadaj, jedz. Mięso jeszcze ciepłe. Czy też za suche? Wiktor usiadł przy stole, objął głowę rękami. – Jak mogłaś! To gość… – Gość powinien się zachowywać jak gość, nie jak sanepid. Posłuchaj mnie, Wicek. Nigdy już więcej, nigdy nie będę dla niego szykować. Chcesz się z nim widywać – rób to poza domem, w kawiarni. Za swoje. Moich pieniędzy ani mojej pracy na niego nie tracę. – Stałaś się okrutna – szepnął. – Stałam się sprawiedliwa. Jedz. Albo mam zabrać? Wiktor spojrzał na soczysty karczek. Żołądek zdradziecko zabulgotał. Był głodny, aromat mięsa nie dawał spokoju. Z trudem sięgnął po widelec. Ukroił kawałek. Spróbował. Mięso rozpływało się w ustach. Słodko-gorczycowy sos, mięciutki karczek – pycha. – I jak? – zapytała Halina, patrząc czujnie. – Bardzo smaczne – szepnął. – Naprawdę dobre, Halinko. – No widzisz. A twój brat to zwykły zazdrosny nieudacznik, ubliża innym żeby się dowartościować. Zrozum to w końcu. Wiktor jadł i myślał. Po raz pierwszy pojawiła się w nim myśl, iż żona może mieć rację. Przypomniał sobie puste ręce Olka. Pogardliwy ton. Niezręczne uczucie, gdy brat wyśmiewał jedzenie. – A tort? – zapytał nagle. – Zjemy tort? Halina uśmiechnęła się szczerze, pierwszy raz tego wieczoru. – Zjemy. Zrobimy herbatę, z tymiankiem – jak lubisz. Pokroiła „Napoleona”, wspaniałego, pięknego. Siedzieli sami w kuchni, jedli tort, popijali herbatę, napięcie powoli znikało. – Wiesz – powiedział Wiktor, zjadając drugi kawałek – choćby mamie na urodziny nic nie dał. Powiedział, iż „on sam to prezent”. – No widzisz, zaczynasz przejrzeć – przytaknęła Halina. Telefon Wiktora zabrzęczał. Przyszła wiadomość od Olka: „Mógłbyś parę kanapek dać na wynos, wyszedłem głodny. Przelej 5 stów na kartę za 'straty moralne’.” Wiktor przeczytał na głos. Zawisła cisza. Halina spojrzała pytająco. – I co odpiszesz? Wiktor spojrzał na żonę, na przytulną kuchnię, na tort. Potem na komórkę. Długo, powoli napisał odpowiedź: „Zjedz w restauracji, przecież jesteś smakoszem. Nie mam pieniędzy.” I nacisnął „Zablokuj”. – Co napisałeś? – zapytała Halina. – Że idziemy spać. Halina udawała, iż wierzy, choć kątem oka widziała ekran. Podeszła, objęła męża za ramiona. – Dobrze ci idzie, Wicek. Choć długo się rozkręcasz. Tego wieczoru zrozumieli o sobie coś ważnego. Żeby ocalić rodzinę, czasem trzeba pogonić z niej zbędnych ludzi. choćby jeżeli są rodziną. I mięso było naprawdę wyśmienite, bez względu na opinie domorosłych koneserów z pustym portfelem.
Losy na szpitalnym łóżku – „Proszę, zajmij się nim, bo ja choćby z łyżki boję się go karmić!” – kobieta rzuciła reklamówkę na łóżko, gdzie leżał jej chory mąż. – Niech się pani tak nie martwi! Mąż wyzdrowieje, trzeba mu tylko troskliwej opieki. Pomogę panu Dymitrowi stanąć na nogi – jako pielęgniarka musiałam nie po raz pierwszy uspokajać żonę pacjenta z gruźlicą. Dymitra przywieźli w ciężkim stanie, ale rokowania były dobre. Pacjent chciał żyć, a to połowa sukcesu. Szkoda, iż jego żona, Alina, nie wierzyła w medycynę. Wydawało mi się, iż już z góry skreśliła męża. Zdradzę, iż ich syn, Kuba, wiele lat później także zachoruje na gruźlicę w otwartej formie. Alina od razu postawi na nim krzyżyk. Ale Kuba wyzdrowieje. Dymitr, choć miał ciężką diagnozę, cały czas żartował i starał się jak najszybciej opuścić oddział gruźliczy. W tej wsi, gdzie mieszkał z rodziną, nie było odpowiedniej placówki, więc żona nie zaglądała do niego prawie wcale. Żal mi się robiło tego młodego faceta – zaniedbany, porzucony, w starych ubraniach. – Dymek, nie będzie ci przykro, jeżeli przyniosę ci trochę rzeczy? choćby kapci nie masz, przecież w butach chodzisz. Przyjmiesz ode mnie paczkę? – próbowałam rozładować atmosferę żartem. – Od pani, pani Wioleto, to choćby truciznę jak lek przyjmę. Ale nie trzeba, daj mi tylko wyzdrowieć, a potem… – Dymitr delikatnie ujął moją dłoń. Ostrożnie ją zabrałam i wyszłam z sali. Serce waliło mi jak oszalałe. Zakochałam się? Nie chcę burzyć czyjegoś małżeństwa… Nie wyjdzie z tego nic dobrego… Ale serca nie da się przekonać. Coraz częściej zaglądałam do sali Dymka, długo z nim rozmawiałam, szczególnie na nocnych dyżurach. Przeszliśmy na „ty” niepostrzeżenie. Dymitr ma pięcioletniego syna. – Mój Kuba to wykapana mama. Wiesz, Wiolu, kochałem Alinę bardzo. Życie pod nogi jej kładłem. Ale ona kocha tylko siebie. Nic się z tym nie da zrobić. Jej egoizm zjada wszystko, jak żrący kwas. choćby teraz ty się mną opiekujesz, a nie własna żona – westchnął ciężko. – Ale wiesz, do szpitala daleko, nie zawsze się chce jeździć – próbuję tłumaczyć Alinę. – Daj spokój! Jak się kochało, to i do więzienia by miejsce kupiła. A do kochanka to śmiga przez pół Polski – Dymitr już się denerwował. – Dobranoc, Dymku. Nie robisz nic pochopnie, wszystko się ułoży – powiedziałam i zgasiłam światło. Dymek bardzo cierpiał. Był bezradny w łóżku, a żona w tym czasie dobrze się bawiła gdzie indziej. Może nie śmiertelnie, ale dla mrówki i rosa to powódź. Po tygodniu usłyszałam wrzawę w sali Dymka. – Żebyś mi tu więcej nie wracała, szmato! Wynocha! – wrzeszczał na wystraszoną Alinę. Wybiegła jak z procy. – Co się stało? – zapytałam zdziwiona. Dymitr odwrócił się do ściany, cały się trząsł pod kołdrą. Musiałam go uspokoić zastrzykiem. Minął miesiąc – Alina nie odwiedziła go ani razu. – Dymek, może zadzwonić do żony? – Dzięki, Wiolu, nie trzeba. Rozwodzimy się. – Przez chorobę? Bzdura, przecież wracasz do zdrowia – byłam zaskoczona. – Pamiętasz, jak ją wygoniłem? Przyjechała tylko po to, żeby powiedzieć mi o swoim kochanku. Chciała go wprowadzić do naszego domu – dach przecieka, a ona twierdzi, iż jej męskie ręce potrzebne. – Straszne! – tylko tyle zdołałam powiedzieć. Niedługo potem Alina przyjechała z jakimś mężczyzną. Dymitr nie widział go, ale ja przez okno wszystko obserwowałam. Alina po godzinie wybiegła z oddziału, poleciała do niego, przytuliła, coś zażartowała i razem odeszli. – Dymku, wychodzisz – oznajmiłam. – Wiolu, chciałem cię zapytać… a zresztą, nieważne… – Dymek, zgadzam się. O to chciałeś zapytać, prawda? Nie mylę się? – odważyłam się. Dymitr wyznał: – Wioleto, nie mam już domu. Mogę zamieszkać u ciebie? Z Aliną wszystko jasne, ona wychodzi za mąż. – Dymek, mam dziecko. jeżeli zaakceptujesz moją córkę, zbudujemy dobrą rodzinę – musiałam być szczera. – Dziecko nie przeszkadza. Już ją kocham – spojrzał mi w oczy i roztopiłam się jak śnieżynka. Od tego czasu minęło już wiele lat i zim. Mamy z Dymkiem dwoje wspólnych dzieci. Udało nam się stworzyć ciepły dom. Kuba, syn Dymitra, często nas odwiedza z rodziną. Moja córka z poprzedniego związku mieszka za granicą. Szczerze mówiąc, żadnego ślubu nie było – po prostu „potknęłam się” w młodości. Tak jak uwierzyłam kiedyś młodemu chłopakowi w obietnice wiecznej miłości. Zaplanował dla nas wspólne szczęście, ale melodia się nie zagrała. Nie wyszło. Nie żałuję. A Alina? Wychodziła jeszcze za mąż, miała syna z przypadkowym mężczyzną. Chłopiec całe życie zmagał się z chorobą psychiczną. Alina nie okazywała mu żadnego ciepła. Wyrósł na samotnika. Gdy Alina zmarła, oddano go do domu pomocy społecznej. A my z Dymkiem jesteśmy już staruszkami, ale kochamy się jeszcze mocniej niż w młodości. Idziemy razem przez życie, ceniąc każdy dzień, każdy uśmiech, każde wspólne tchnienie…
Dramatyczny apel z Brukseli: 450 milionów Europejczyków ma się przygotować na najgorsze. Trzeba wytrzymać 72 godziny
Szybka przekąska na karnawałową imprezę. Paluchy z pysznym pesto jako pierwsze znikną ze stołów
Z życia wzięte. "Syn namówił mnie na wcześniejszą emeryturę i obiecał wsparcie finansowe": Zamiast pomocy synowa urządziła mi prawdziwe piekło
Rodzina żądała, byśmy oddali im naszą sypialnię na święta, ale skończyło się na awanturze i wyjechali z niczym – „Gdzie mam ten gar z galaretą postawić?” – czyli opowieść o wizycie krewnych, sporze o łóżko i nieodłącznym zimnym nóżkach na balkonie w polskim mieszkaniu
Wyjść za mąż nie mogę się już doczekać Alicja bardzo pragnęła znaleźć szczęście w małżeństwie, choć raz już „poszło nie tak”. Miała syna Artura, lat 20. …Dawno temu przyłapała męża na zdradzie – wróciła z delegacji dzień wcześniej, a on półnagi ścielił łóżko w sypialni, podczas gdy najlepsza przyjaciółka parzyła kawę w jej szlafroku! Typowa klasyka! Rozwód był natychmiastowy, a przyjaciółka-zdrajczyni usunięta z kontaktów. Alicja nie chciała babrać się w szczegółach. Jest wina – musi być kara. Wyrzuciła męża za drzwi i zakazała synowi kontaktów z ojcem. Wtedy nie miała jeszcze trzydziestu lat. Od tego czasu minęło ponad dziesięć lat. Alicja zdążyła obronić najpierw doktorat, potem habilitację. Czterdziestoletnia została profesorem nauk filologicznych i objęła katedrę na uniwersytecie pedagogicznym, gdzie była szanowanym autorytetem. Przez dziesięć lat kobiecej samotności nie porzucała nadziei na znalezienie prawdziwego partnera. Miała wielu adoratorów – jeden już na pierwszej randce zaproponował małżeństwo i… pożyczył gotówkę („bo jesteśmy już prawie rodziną!”) i tyle go widziała. Inny zaś szukał matki dla swoich dzieci (był wdowcem) i zaprosił ją do siebie na rodzinny obiad – poprosił, by ugotowała coś pysznego dla całego domu. Alicja nie była na to gotowa, ale obiad ugotowała, dzieci nakarmiła (było ich troje, jedno mniejsze od drugiego). Potem wróciła do domu i się popłakała – żal jej było tych dzieci i ojca-samotnika. Ale ciągnąć taką gromadę sama by nie dała rady. „Może jestem egoistką,” tłumaczyła się przed sobą. Z każdym rokiem było coraz mniej opcji. I właśnie gdy straciła ostatnią nadzieję i chciała postawić kropkę na tych nieudanych miłosnych historiach – na horyzoncie pojawił się ON. …Student z Algierii. Wahid – lat 28 – kiedyś uczył się w jej grupie, była jego wykładowczynią. Po ukończeniu studiów został w mieście i założył własny biznes. Pewnego dnia Alicja zatankowała auto na stacji, której Wahid był właścicielem. Pogadali, powspominali dawny uniwersytet, zażartowali. Wahid wręczył jej swoją wizytówkę. Od tej pory Alicja raz w tygodniu odwiedzała stację – i Wahida. On zaczął ją zapraszać do restauracji, na koncert muzyki klasycznej… Alicja była onieśmielona, nie wierzyła w szczerość byłego ucznia i odmawiała. Ale Wahid nie dawał za wygraną. Pamiętała go – wyróżniał się pilnością, pracowitością. Świetnie mówił po polsku. Był przystojnym brunetem i większość studentek wzdychała na jego widok. Kiedyś podarował jej rzeźbioną szkatułkę, a w środku znalazła liścik: „Pani Profesor Alicjo! Kocham Panią!” Wtedy Alicja uznała to za dowcip – oddała szkatułkę i uciekła, a za przeprosiny kazała mu wrócić na zajęcia. Aż do końca studiowania Wahid tylko ukradkiem na nią spoglądał. Teraz sytuacja się powtórzyła. Alicja była rozdarta – przyjąć zaloty czy odrzucić? „Teraz nie jestem mu już nikim, jesteśmy po prostu kobietą i mężczyzną… Może warto spróbować?” W końcu poddała się losowi… …Rozpoczął się krótki roman. Pierwsze spotkanie z Wahidem było niezapomniane. Potrafił ją zaskoczyć – był delikatny, dowcipny, romantyczny. Takich adoratorów Alicja jeszcze nie spotkała. Różnica wieku zupełnie im nie przeszkadzała. choćby zmieniła imiona – Wahida nazywała po swojemu: Władkiem, a on ją z kolei Ają. Alicja była szczęśliwa jak nigdy wcześniej. Czuła się wreszcie pożądana. Rozpaliła się wielka miłość… Ale Wahid nie prosił jej o rękę, planował wrócić do Algierii – tam już czekała wybrana przez rodzinę narzeczona, siedemnastoletnia Chadidża. Alicja i tak nie zdecydowałaby się opuścić Polski. Nie mogła porzucić syna, mamy. I nie liczyła na akceptację rodziny Wahida. Postanowiła całą swoją tęsknotę, całą miłość oddać Wahidowi – póki był obok. „Ile jeszcze zostało mi kobiecego szczęścia? Tyle co nic. Będę kochać tego chłopaka na maksa! Wypiję szczęście do dna!” – wyznała mamie. Mama była przeciwna „obcemu”. – Aluśka, po co ci ten cudzoziemiec? Naszych Władków ci brak? Nigdy nie dam matczynego błogosławieństwa! Twój były wciąż cię szuka, zabiega… – Mamo, Darek mnie zdradził! – – Och, przestępstwo… Sto razy już przepraszał! A poza tym, sama jesteś winna – ciągle praca, doktoraty… a jak chłop zostaje bez opieki, to wiadomo! Nie każdemu uda się oprzeć pokusom… – A czemu ty, mamo, nie wybaczyłaś ojcu? On też przepraszał. – No cóż, to nie to samo… – O, mamo, nie zamierzam za Wahida wychodzić! Jestem dla niego za stara… Poczekam aż pierwszy odejdzie. Sama bym nie potrafiła. – Ach, córeczko, i stara klacz do soli łakomie się ciągnie… – westchnęła mama. …Po trzech latach Wahid pożegnał się z Alicją. „Będę się z tobą kontaktować, ukochana,” powiedział na odchodne. Alicja była na to gotowa, ale i tak było jej gorzko oddawać Wahida młodziutkiej Chadidży. Na pożegnanie wręczył jej tę samą rzeźbioną szkatułkę – w środku było niezwykłe pierścionek z dwiema anielskimi figurkami i brylantowym sercem. – Zostawiam przy tobie moje serce, Ajo – Wahid gorąco ją pocałował. Odpłynął samolotem do Algierii. …Po roku przysłał jej zdjęcie ślubne z podpisem „Moja żona Chadidża”. Po kolejnym roku dalsze – „Moja druga żona Mariam”. Wahid opowiadał, iż w Algierii wielożeństwo jest prawnie dopuszczalne. Kiedy Alicja patrzyła na te „raporty” z jego życia, nie czuła zazdrości. „Co tam wiedzą o słodkiej miłości te niedojrzałe dziewczęta?” Trochę ją cieszył smutny wzrok pana młodego – może tęskni, może wciąż kocha? Chociaż… stara miłość rdzewieje, gdy powieje nowa. …Bajka się skończyła. Strona odwrócona. Przez ten czas syn Alicji też się ożenił i sprowadził do domu żonę. Gdy urodziła się wnuczka, Alicja poprosiła, by nazywano ją Ają – chciała zachować we wspomnieniu historię swojej burzliwej miłości. Alicja wybaczyła (a może po prostu pożałowała) byłego męża. Wina była, ale przebaczenie przyszło. Darek działał przez teściową. Ta matka potrafiła przekonać Alicję do zgody: – On dawno już pojął swoją winę. A któż jest bez grzechu? Pokusy i namiętności nie każdemu łatwo odeprzeć… …Dziś Alicja i Darek żyją razem, starają się nie rozstawać. A Alicja właśnie skończyła kurs robienia na drutach. Teraz dzierga wnuczce Ajce skarpetki – z arabskim wzorem…
Tysiąc złotych w gotówce nie wystarczy. Lista 5 rzeczy, które musisz mieć, gdy zgaśnie światło
Tyle gotówki musisz mieć na czarną godzinę. Zabezpiecz się. Kryzys może przyjść niespodziewanie
Zapomniana zupa z łemkowskiej kuchni. choćby najstarsze gospodynie nie pamiętają przepisu
Wielkopolska wchodzi do elity AgroWoman 2026. Trzy rolniczki z regionu w programie, który ma zmienić polską wieś
Szaleństwo w Biedronce. Rybny hit za 2 złote i masło w cenie sprzed lat
Jednoczą pokolenia. Planszówki i stare komputery „zagrały” dla chorych dzieci [ZDJĘCIA]
Brat męża poprosił o wynajem mojego mieszkania na czas remontu — odmówiłam
Ładocha zamieniła warszawski apartament w "małą Tajlandię". Tak go urządziła
Mąż zaprosił byłą żonę na urodziny synów, a ja wybrałam hotel zamiast domowej imprezy – historia o tym, jak zamieniłam rodzinny skandal na własne święto wolności i spokoju
Już jutro w programie Między Ziemią a Niebem TVP zdradzimy przepis na niezwykłą…
Teściowa przed wyjściem przełożyła moje delikatesy z lodówki do swojej torby
Poranne światło wypełniało szarość, ekspres do kawy stuknął, a para leniwie unosiła się nad szybą.
Wystarczy łyżka dziennie, a twoja wątroba będzie jak nowa. Polej ulubioną sałatkę albo wymieszaj z twarożkiem
Mąż przyprowadził kumpla “na tydzień” do naszego mieszkania – a ja bez słowa spakowałam walizkę i wyjechałam do sanatorium na Mazurach
Późnym wieczorem w supermarkecie.
Wczoraj – Gdzie ty stawiasz tę salaterkę? Przecież zasłaniasz dostęp do wędlin! I przesuń kieliszki, zaraz przyjdzie Olek, on lubi mieć dużo przestrzeni, żeby gestykulować przy rozmowie. Wiktor nerwowo przestawiał szkło na stole, prawie zrzucając widelce. Halina ciężko westchnęła, wycierając ręce o fartuch. Stała przy kuchence od rana, nogi bolały jak z ołowiu, a plecy rwały w ulubionym miejscu, tuż pod łopatkami. Ale nie miała czasu w narzekanie. Dziś miał przyjechać „gwiazdorski gość” – młodszy brat męża, Olek. – Wiki, uspokój się – poprosiła, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie. – Stół jest idealnie nakryty. Lepiej powiedz, kupiłeś chleb żytni? Olek ostatnio narzekał, iż mamy tylko bułkę, a on przecież dba o linię. – Kupiłem, kupiłem, razowy z kminkiem, tak jak lubi – Wiktor pobiegł do chlebaka. – Halina, a mięso? Mięso gotowe? Wiesz, iż on zna się na jedzeniu, po restauracjach chodzi, kotleciki go nie wzruszają. Halina zacisnęła usta. Oczywiście, iż wiedziała. Olek, czterdziestoletni kawaler stylizujący się na „wolnego artystę”, a w rzeczywistości żyjący z dorywczych fuch i wsparcia starszej mamy, uważał się za wielkiego smakosza. Każda jego wizyta była dla Haliny egzaminem, na którym z góry czuła się skazana na porażkę. – Upiekłam schab w miodowo-musztardowym sosie – odparła. – Świeże mięso z rynku, kilogram za siedem stów. jeżeli i tego nie doceni, umywam ręce. – Czemu ty od razu tak zaczynasz? – skrzywił się mąż. – Brat pół roku nie przyjeżdżał, tęsknił. Chce posiedzieć rodzinnie. No staraj się trochę, dobra? Ma teraz trudny czas, szuka siebie. „Raczej pieniędzy niż siebie”, pomyślała Halina, ale nie powiedziała nic. Wiktor całował ziemię pod bratem, uważał go za niedocenionego geniusza i obrażał się na najlżejszą krytykę jego osoby. Dzwonek do drzwi rozległ się idealnie o siódmej. Halina zdjęła fartuch, poprawiła włosy i przygładziła uśmiech. Wiktor już witał Olka w drzwiach, błyszcząc jak samowar po polerce. – Olku! Bracie! No wreszcie! Na progu stanął Olek. Trzeba przyznać, wyglądał efektownie: modny płaszcz rozpięty, szalik nonszalancko zarzucony przez ramię, lekki zarost nadający mu – według wszelkiego zamysłu – męską nutę. Rozłożył szeroko ręce, pozwalając bratu się przytulić, sam odwdzięczył się jedynie lekkim klepnięciem w ramię. Halina spod oka zerknęła na jego dłonie. Puste. Ani torby, ani ciasta, ani choćby głupiego kwiatka. Przyjechał w gości po półrocznej przerwie, na stół uginający się od potraw, z pustymi rękami. choćby dzieciom, które na szczęście były dziś u babci, nie przyniósł czekoladki. – Cześć, Halina – kiwnął jej głową, przechodząc przez mieszkanie i rozglądając się po korytarzu, nie zdejmując od razu butów. – Tapety nowe? Kolor taki… szpitalny. Ale najważniejsze, iż wam się podoba. – Witaj, Olku – odpowiedziała powściągliwie. – Idź umyj ręce. Pantofle nowe, proszę. – Swoich nie wziąłem, w cudzych można złapać grzybicę – machnął lekceważąco. – Przejdę, w samych skarpetkach. Podłoga czysta? Halina poczuła, jak gotuje się w niej złość. Myła podłogę dwa razy przed jego wizytą. – Czysta, Olku. Idź do stołu. Rozsiedli się w salonie. Stół rzeczywiście prezentował się świątecznie: biała jak śnieg serweta, eleganckie serwetki, trzy sałatki, deska z wędlinami i serami, czerwona ikra, marynowane grzyby robione własnoręcznie przez Halinę jesienią. Na środku gorące dania do pary. Olek odchylił się w fotelu, oglądając obfitość. Wiktor krzątał się z butelką koniaku, którą dzień wcześniej kupił specjalnie dla brata – drogi, pięcioletni. – No to za spotkanie! – ogłosił Wiktor nalewając trunek. Olek ujął kieliszek, pokręcił w dłoni, spojrzał pod światło, powąchał. – Armeński? – skrzywił się. – Ja jednak wolę francuski, ma subtelniejszy bukiet. Ten zalatuje spirytusem. Ale dobra, darowanemu koniowi… Wypił jednym haustem, nie smakując i od razu wyciągnął widelec po wędlinę. Halina zauważyła, iż wybiera najdroższy kawałek baleronu. – Smacznego, Olku – powiedziała, przesuwając mu salaterkę. – Sałatka z krewetkami i awokado, nowy przepis. Gość podniósł widelcem krewetkę, obejrzał, jak jubiler analizujący błyskotkę. – Krewetki mrożone? – pytanie retoryczne. – Oczywiście, przecież nie mieszkamy nad morzem – zaskoczyła się Halina. – Królewskie z marketu. – Guma – orzekł Olek i rzucił krewetkę z powrotem. – Halina, rozgotowałaś je. Krewetkę trzeba wrzucić dokładnie na dwie minuty do wrzątku. A tu… włókna twarde. Awokado chyba niedojrzałe. Chrupie. Wiktor, nakładający sobie sałatkę, zamarł z łyżką w powietrzu. – Przestań, Olku, dobre! Ja jadłem, znakomite. – Wiki, smak trzeba kształcić – pouczył brat. – jeżeli całe życie jadasz podróbki, nigdy nie zrozumiesz, czym jest prawdziwa kuchnia. Na ostatniej prezentacji restauracji jadłem ceviche z przegrzebków. To jest tekstura! A tu… Chociaż majonez domowy? Halina poczuła, jak napływa jej rumieniec. Majonez był zwykły, sklepowy „Kielecki”. Po prostu nie miała siły już ubijać jajek z olejem. – Sklepowy – odrzekła krótko. – Jasne – westchnął Olek takim tonem, jakby usłyszał o śmiertelnym schorzeniu. – Ocet, konserwanty, skrobia. Trucizna. Dobra, daj to swoje mięso. Może chociaż tu nie zawaliliście. Halina bez słowa nałożyła mu duży, soczysty kawałek schabu, polała sosem, dodała ziemniaki z rozmarynem. Zapach taki, iż każdemu ślinka by ciekła, ale Olek był „znawcą”. Odciął kawałeczek, przeżuwał długo, patrząc w sufit. Halina i Wiktor siedzieli w oczekiwaniu. Wiktor spoglądał z nadzieją, Halina – z narastającą nienawiścią. – Sucho – wydał wyrok Olek. – A sos… miód zabija wszystko. Zbyt słodko. Mięso powinno być mięsem, Halina, a ty deser zrobiłaś. Do tego za krótko marynowałaś. Włókna sztywne. Trzeba było w kiwi albo gazowanej wodzie chociaż dzień przetrzymać. – Marynowałam noc, w przyprawach i musztardzie – cicho powiedziała Halina. – Zawsze wszystkim smakowało. – No, „wszystkim” bywa względne. Twoim koleżankom z pracy, to możliwe, one może poza marchewką nic nie jadły. Ja mówię obiektywnie. Z głodu by się zjadło, ale przyjemności żadnej. Odchylił talerz z drogim mięsem, sięgnął po grzyby. – Grzyby wasze? Czy chińskie z puszki? – Nasze – prychnęła Halina. – Zebrane samodzielnie, solone własnoręcznie. Olek włożył do ust, skrzywił się. – Za dużo octu. Żołądek wypali. Sól też przesadnie. Halino, zakochałaś się? – zażartował. – Wiki, uważaj na ciśnienie, z taką dietą długo nie pociągniesz. Wiktor nerwowo zaśmiał się, próbując załagodzić. – Przestań, brat, dobre grzyby. Do setki akurat. Dawaj, nalej jeszcze. Wypili. Olek się zarumienił, poluzował szalik, ale płaszcza nie zdejmuje, podkreślając, iż siedzi tu gościnnie, jakby łaskę komuś robił. – Nie było lepszej ikry? – spytał, grzebiąc w kanapce. – Ta jakaś drobna, same błonki. Z promocji? – Olek, to ikra z łososia, sześć tysięcy za kilo – nie wytrzymała Halina. Głos jej zadrżał. – Kupiliśmy ją specjalnie dla ciebie, puszkę. Sami nie jemy, oszczędzamy. – Oszczędzanie na jedzeniu to najgorsze – filozoficznie rzucił Olek, wpychając kolejną kanapkę z „kiepską” ikrą. – Jesteśmy tym, co jemy. Ja na przykład nigdy nie kupię taniej wędliny. Wolę głodować. A wy… Napychacie lodówkę śmieciami z promocji i narzekacie, iż energii brak, twarz szara. Halina spojrzała na męża. Wiktor siedział ze wzrokiem wbitym w talerz, żuł mięso starając się udawać, iż nic się nie dzieje. Najbardziej bolało ją jego milczenie. Znów wybrał pozycję strusia. – Wiki – zwróciła się do męża – twoim zdaniem mięso jest też suche? Wiktor się zakrztusił. – Yyy… nie, Halinko, dobre. Bardzo dobre. Ale Olek, on się zna, ma subtelniejszy smak… – Aha, subtelniejszy – Halina odłożyła widelec. Metal zabrzęczał o porcelanę niczym wystrzał. – Czyli mój smak jest gruby i prostacki. I ręce mam lewe. I truję wszystkich tym, co gotuję. – Halina, nie histeryzuj – skrzywił się Olek. – Przecież to konstruktywna krytyka. Dziękujesz i się rozwijasz. Przywykłaś, iż Wiki wszystko zjada i chwali, to się rozluźniłaś. Kobieta ma być ambitna. – Dziękuję? – powtórzyła Halina. – Chcesz, żebym podziękowała? Wstała od stołu. Krzesło zgrzytnęło ostro. – Halino, gdzie idziesz? – przestraszył się Wiktor. – Przecież choćby nie pogadaliśmy! – Zaraz wracam – odparła obcym głosem. – Przyniosę deser. Olek lubi słodkie. Wyszła do kuchni. Na blacie stał jej popisowy „Napoleon”, pieczony do drugiej w nocy. Dwanaście cienkich blatów, domowy krem, wanilia… Spojrzała na tort, potem na pusty kosz na śmieci. Ręce jej drżały. Żal zbierany latami właśnie wylewał się poza brzeg. Ile razy ten człowiek wchodził do ich domu, jadł, pił, pożyczał pieniądze i nie zwracał? Ile razy krytykował jej remont, ubrania, dzieci? Zawsze Wiktor milczał. Zawsze usprawiedliwiał. „Artysta, wrażliwy”. A ona, Halina, to co, stalowa? Nie tknęła tortu. Wzięła duży półmisek i wróciła do pokoju. – Już deser? – ucieszył się Olek, wyciągając szyję. – Mam nadzieję, iż nie sklepowy pseudo-rolad. Halina podeszła do stołu i zaczęła spokojnie zbierać talerze. Najpierw mięso. Potem „gumowe” krewetki. Potem deskę. – Ej, co robisz? – nie zorientował się Olek, gdy spod jego nosa odpłynęły kanapki. – Jeszcze nie skończyłem! – Po co masz jeść? – zdziwiła się Halina, patrząc prosto w oczy. – Przecież to wszystko niejadalne. Mięso suche, sałatki z majonezową trucizną, krewetki gumowe, ikra kiepska. Nie pozwolę, by gość się tak truł. Przecież nie jestem twoim wrogiem. Wiktor zerwał się z krzesła. – Halina! Przestań! Co ty wyprawiasz?! Odstaw jedzenie! Przeproś natychmiast! Halina odstawiła półmisek na blat, spojrzała na męża. W oczach nie było już łez, tylko zimna determinacja. – Ja kogoś kompromituję? A ty, gdy kiwałeś głową podczas poniżania mnie, czułeś się godny? Jesteś facet czy wycieraczka, Wiki? On wyjadł ikry za tysiaka w pięć minut i oznajmił, iż kiepska. Sam mi tej ikry nigdy nie kupiłeś. My wszystko najlepsze – dla gości. A gość wyciera o nas buty. – On jest moim bratem! Krew z krwi! – Ja jestem twoją żoną! Dziesięć lat ci piorę, gotuję, sprzątam. Wczoraj po zmianie pół nocy przy garach ślęczałam. Po co? By usłyszeć, iż wszystko mi nie wychodzi? jeżeli jeszcze raz zaczniesz mnie obwiniać, cały ten Napoleon ci na głowę wyłożę. Nie żartuję. Wiktor odsunął się. Nigdy nie widział Haliny takiej. Była zawsze łagodna, ustępliwa, „wygodna”. Teraz stanęła naprzeciw gotowa do bitwy. Do kuchni zajrzał Olek. Z miną już nie luzaka, ale człowieka zagubionego i skrzywdzonego. – To się nazywa gościnność? Ja do was z sercem, a wy mi wypominacie kromkę chleba? – Ty do nas z sercem? – zaśmiała się Halina. – A gdzie to serce? W pustych rękach? Przez tyle lat choćby herbatę kiedyś przyniosłeś? Chodzisz tylko jeść i krytykować. – Mam teraz problemy finansowe! – Twoje „problemy” realizowane są dwadzieścia lat. Ale płaszcz nowy i szalik markowy. Po prezentacjach łazisz. Ale pożyczę od brata stówkę i zapomnę zwrócić – tradycja święta. – Halina, zamknij się! – krzyknął Wiktor. – Przestań liczyć cudze pieniądze! – To nie cudze, nasze pieniądze! Rodziny, które odejmujemy sobie i dzieciom, by wykarmić tego… smakosza! Olek chwycił się teatralnie za serce. – Dosyć. Nie zostanę tu ani minuty dłużej. Wiktor, nie sądziłem, iż się z taką babą ożenisz. Moja noga więcej tu nie postanie. Obrócił się i wyszedł do przedpokoju. Wiktor pobiegł za nim. – Olku, zostaw! Nie słuchaj jej, pewnie PMS ma, albo z pracy padnięta! Zaraz się uspokoi! – Nie, brat – Olek brzmiał tragicznie, już zakładał buty na skarpetki. – Tego znieważenia nie zmyjesz. Wychodzę. Nie dzwoń, póki nie przeprosi. Trzasnęły drzwi. Wiktor stał w przedpokoju, patrząc na zamknięte drzwi jak na bramy do raju. Potem powoli wrócił do kuchni, gdzie Halina przekładała mięso do pojemników. – Jesteś zadowolona? – spytał cicho. – Skłóciłaś mnie z jedynym bratem. – Pozbyłam się darmozjada – odpowiedziała, nie patrząc. – Siadaj, jedz. Mięso jeszcze ciepłe. Czy też za suche? Wiktor usiadł przy stole, łapiąc się za głowę. – Jak mogłaś? Przecież był gościem… – Gość powinien być gościem, a nie inspektorem sanepidu. Wiki, zapamiętaj. Nigdy, przenigdy nie będę już dla niego szykować stołów. Chcesz się z nim widywać – idź do niego. Albo do kawiarni. Za swoje! Mój budżet i moja praca na niego nie pójdzie. – Stałaś się okrutna – mruknął. – Stałam się sprawiedliwa. A teraz jedz. Mam sprzątnąć? Wiktor spojrzał na pachnący schab. Żołądek zabulgotał. Był głodny, a zapach mięsa, mimo kłótni, pobudzał apetyt. Nieśmiało wziął widelec. Odkroił kawałek… spróbował. Mięso było soczyste, delikatne. Sos subtelnie słodki, musztarda – pikantna. Znakomite. – I jak? – spytała Halina, zauważając uśmiech na jego twarzy. – Dobre – wyszeptał cicho. – Bardzo dobre, Halu. – No właśnie. A twój brat to po prostu zawistny nieudacznik, który dowartościowuje się poniżaniem innych. Zrozum wreszcie. Wiktor żuł i myślał. Po raz pierwszy zakiełkowało mu w głowie, iż żona może mieć rację. Przypomniał sobie puste ręce Olka, pogardliwy ton, własne uczucie wstydu. – A tort? – zapytał. – Tort zjemy? Halina uśmiechnęła się. Pierwszy raz tego wieczoru szczerze. – Zjemy. I herbatę z cząbrem jak lubisz. Wyjęła „Napoleona”, rozkroiła na wielkie porcje. Siedzieli w kuchni razem, pili herbatę, jedli tort, a napięcie znikało. – Wiesz – mruknął Wiktor, kończąc drugi kawałek – On choćby mamie nic nie kupił na urodziny. Powiedział, iż jego obecność to prezent. – No właśnie – Halina kiwnęła głową. – Otwierasz oczy. Wiktorowi zadzwonił telefon. Wiadomość od Olka: *„Mógłbyś zapakować kanapki na wynos, wychodzę głodny. Zwróć 5 stów za straty moralne, przelej na konto”*. Wiktor przeczytał na głos. Zawisła cisza. Halina uniosła brwi. – I co napiszesz? Wiktor spojrzał na żonę, kuchnię, wyborny tort, potem na telefon. Powoli wpisał: *„Idź do restauracji, jesteś znawcą. Po kasę do pracy”*. I wcisnął „Zablokuj”. – Co napisałeś? – spytała Halina. – Że idziemy spać. Halina udawała, iż wierzy, choć kątem oka zobaczyła ekran telefonu. Podeszła do męża i przytuliła go zza pleców. – Jesteś mój, Wiki. Wolno łapiesz, ale łapiesz. Tego wieczoru zrozumieli coś ważnego o sobie. Czasem, żeby ocalić rodzinę, trzeba wyrzucić kogoś z niej. choćby jeżeli to krewny. A mięso naprawdę było wyśmienite, niezależnie od opinii „znawców” z pustym portfelem.
Choinki niedługo zgasną
Chroni serce i regeneruje wątrobę. Oczyszcza organizm po spożyciu alkoholu i ciężkostrawnych posiłków
Znudziły ci się kopytka i kluski śląskie? Niemieckie kluseczki z serem to najlepszy "pocieszacz" na chłodne dni
Rodzina zażądała ode mnie mojej sypialni na święta i wyjechała z niczym – jak ciotka Halina próbowała przejąć łóżko w nowym mieszkaniu, a barszcz został na balkonie
​Polskie miasto z najgorszym powietrzem na świecie. Lepiej nie wychodzić z domu
Czy masz w domu tuńczyka z puszki i makaron? Bezproblemowy makaron o ogromnym smaku
Niezastąpione źródło błonnika i pomoc w odchudzaniu. Na śniadanie lepsze od owsianki
Pączki zupełnie inne niż wszystkie. Na tłusty czwartek zrobię chorwackie fritule
Mąż zaprosił byłą żonę na urodziny synów, więc spakowałam walizkę i pojechałam świętować do hotelu – bo dla dzieci wszystko, ale szacunek do siebie jest ważniejszy
Szary poranek, ekspres do kawy cyka, para leniwie unosiła się nad szybą.
Teściowa przyszła zrobić kontrolę w mojej lodówce i była w szoku, gdy odkryła nowe zamki w drzwiach – Co tu się dzieje?! Klucz nie pasuje! Zabarykadowaliście się? Irenka! Witek! Wiem, iż ktoś jest w domu, licznik prądu się kręci! Otwierajcie zaraz, bo mam ciężkie torby, ręce mi już odpadają! Głos pani Tamary, donośny i apodyktyczny jak gwizdek harcerza na apelu, rozbrzmiewał echem po całej klatce, odbijając się od świeżo pomalowanych ścian i niosąc choćby przez podwójne drzwi sąsiadów. Stała przed drzwiami mieszkania syna, szarpiąc zawzięcie klamkę i próbując wsadzić stary klucz do błyszczącego, nowego zamka. Obok, na betonowej posadzce, czekały dwa wielkie szmaciane wory, z których wystawały więdnące kopry i szyjka słoika z podejrzaną, białą zawartością… [Pozostała treść w oryginale…] Teściowa z niezapowiedzianą wizytą i rewizją w mojej lodówce była w szoku, gdy zobaczyła wymienione zamki i usłyszała: „Klucza nie będzie, mamo! Tu są teraz moje zasady!”
Samotność w sercu wielkiego miasta
Teściowa wyniosła delikatesy z mojego lodówki do swojej torby tuż przed wyjściem z naszej uroczystości – czy mąż dobrze zrobił, iż w końcu postawił granicę mamie?
Małe rytuały, które poprawiają nastrój. Jak odpocząć w weekend?
Żółtka do pączków, a białka na włoskie ciasteczka. Trudno wybrać, które są lepsze
Sekret francuskich cukierni. Bugnes znikają w karnawale szybciej niż pączki
Rachunki w Irlandii – czy to cisza przed burzą?