Kuchnia

Drugie życie, drugie uczucie: historia Rity i bezdomnego fizyka, która zaczęła się od zapachu w kolejce, a skończyła nowym domem, rodzącym się uczuciem po pięćdziesiątce i walką o miłość mimo sprzeciwu dorosłego syna
Polski żeń-szeń. Postawi twoją wątrobę na nogi
– Przecież ty mnie nigdy nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz mnie zostawisz, gdy jestem chory… – Nie zostawię! – powiedziała Maria, obejmując Igora. – Jesteś najlepszym mężczyzną! Nigdy cię nie opuszczę… Igor nie mógł uwierzyć, iż to prawda. Miał kiepski nastrój… Maria była mężatką przez dwadzieścia pięć lat i przez cały ten czas podobała się mężczyznom. choćby za młodu była najbardziej rozchwytywaną dziewczyną. Co tu dużo mówić – jeszcze w szkole niemal wszyscy chłopcy biegali właśnie za nią. Choć wcale nie była klasyczną pięknością. Nie rozwiodła się z mężem, choć był osobą dość kontrowersyjną. Nie, Maria przeżyła z Władkiem do jego śmierci. Wychowali córkę, wydali ją za mąż. Mąż Darii zabrał ją do Włoch, teraz wysyłali piękne zdjęcia i zapraszali w gości. Tak oni z Władkiem nigdy się nie zebrali… Może Maria jeszcze kiedyś pojedzie. A Władek – to już przeszłość. Mąż Marii zginął w wypadku samochodowym. Tak głupio… podobno najprawdopodobniej zasłabł za kierownicą. Złapało go serce, stracił kontrolę, nie opanował auta. – Może zemdlał? – zastanawiała się Maria. – Już się nie dowiemy. – westchnęła jej przyjaciółka, lekarka. – Przyczyna: wielonarządowe obrażenia, nie do pogodzenia z życiem. Maria była w szoku. Przyjaciółka Ola pomagała wszystko zorganizować. To ona dowiedziała się wszystkich szczegółów swoimi kanałami. Pogrzebili Władka i Maria została sama w dużym domu, który całe życie budowała razem z mężem. Nie, jeżeli byli we dwoje, a jeszcze jak goście przyjechali, to dom wydawał się choćby nie za duży. Ale dla jednej osoby… dla kobiety – ogromny, do tego jeszcze przynosił ciężar. Dom to dom. Potrzeba w nim męskiej ręki… Daria przyjechała pożegnać się z ojcem. Zaczęła rozmowę z matką o sprzedaży domu, kupnie mieszkania i możliwym przeprowadzce Marii do nich. – A nie! – krzyknęła Maria. – Nie po to budowałam ten dom, żeby go teraz sprzedać. I do waszych Włoch nie chcę. Widziałam ja te Włochy… – Mamo! – Oj, Darunia, jaka ty niedoświadczona! – uśmiechnęła się Maria przez łzy. – Żartuję tylko. – No jak żartujesz, to nie pozostało tak źle. Wszystko było niejednoznaczne. Tak samo niejednoznaczny był i sam nieboszczyk. Z jednej strony Władek był troskliwym i kochającym mężem. Z drugiej strony – był człowiekiem od humorów. Bywało, iż w swoim złym nastroju potrafił wyprowadzić Marię z równowagi do granic możliwości. Potem się kajał i przepraszał, a Maria była na tyle lekka i pogodna, iż nie trzymała urazy. Tak przeżyli dwadzieścia pięć lat! Można zwariować… Daria pobyła i wróciła do domu – jej mąż dużo pracował, ona spieszyła wrócić, by dbać o własny domowy ogień. Maria została sama. Chociaż wiedziała, iż to nie potrwa długo. I tak właśnie było. Opuściła się w żałobie na pół roku, a kiedy wytarła łzy, zauważyła, iż wokół pojawił się już nowy zastęp adoratorów. choćby mama Marii była kiedyś zdziwiona takim wzięciem córki. – Co oni w tobie widzą? Po prostu padają u twoich stóp! Przecież nie jesteś klasyczną pięknością, czy ja coś przegapiam? – Mamo, ty jesteś dobra. – śmiała się Maria, poprawiając szminkę. – Uroda nic nie znaczy. To tylko pusty dźwięk. Kobieta ma być czarująca, mieć w sobie iskierkę. – No to idź już się bawić, kobieto – rechotała mama. – Bo narzeczony się zmęczy czekać i pójdzie. – Przyjdzie inny – obojętnie wzruszała ramionami Maria. Minęło prawie trzydzieści lat od tej rozmowy z matką, a nic się nie zmieniło. Kobiety narzekają, iż nie ma wolnych mężczyzn, nie ma za kogo wyjść za mąż po czterdziestce. Maria nie rozumiała tego problemu. Ona w wieku czterdziestu sześciu lat miała dwóch zalotników – i obaj byli w porządku. Sercem Maria była bliżej Artura. Bardzo jej się podobał z wyglądu i w rozmowie. Przystojny, inteligentny. Przyjemnie z nim rozmawiać i pokazać się ludziom. Tyle iż Artur był mistrzem… właśnie w rozmawianiu. Maria zakochała się w nim własnymi uszami, ale z racji wieku i doświadczenia wiedziała, iż ten człowiek nie nadaje się do życia. Nie pasuje do jej dużego domu. Drugi narzeczony, Igor, był prostym, konkretnym facetem. Z tych, co to na uroczystości potrafi wypić pół beczki, ale wszystko, co chwyci w ręce, mu się udaje. Prawdziwy mężczyzna ze złotymi rękami, spokojnym charakterem i silnym kręgosłupem. Dla żony taki będzie milutki i łagodny jak szczeniak, ale jeżeli trzeba, góry dla niej przeniesie. Tak się złożyło, iż Igor podobał się Marii mniej – typowa kobieca logika. Nie mówił jej pięknych słów. Na trzeźwo był raczej milczkiem. Jak wypił, to się rozgadał, opowiadał zabawne historie, żarty, potrafił poprowadzić rozmowę. Naprawdę potrafił wypić dużo, ale następnego dnia już był na nogach. Oblewał się zimną wodą i gwałtownie wracał do życia. Małomówny, ale konkretny. To jego wybrała Maria. Artur obraził się, iż jego piękne słowa nie zrobiły wrażenia, i odszedł. Maria wyszła za Igora, przez co on był wniebowzięty. Na weselu wypił za dużo, śpiewał i tańczył do upadłego. – No jesteś niesamowita – uśmiechnęła się Ola. – Ledwo rok po śmierci Władka, a ty już znów zamężna! Nic się nie zmienia! Kobiety ze świecą szukają faceta, a ty wystarczy, iż wyjdziesz z domu. – Jeszcze powiedz: „I co oni w tobie widzą? Nie jesteś przecież pięknością!” – Daj spokój… nie będę tego mówić. Ale, iż zawsze byłaś podejrzanie rozchwytywana, to prawda. – Nie wiem, Olu, co oni we mnie widzą. Pogadaj o tym z moją mamą. Maria porwała przyjaciółkę do tańca – właśnie podszedł jej mąż, poprosił do tańca. Tańczyła i w myślach odganiała ostatnie wątpliwości. I co z tego, iż Igor to prosty facet? Za to jaki silny. I złoto-ręki. I choćby z wyglądu całkiem jeszcze przystojny. Że większość czasu milczy – może to wcale nie tak źle. No, wybrałaby Artura, i co potem? Z ładnych słówek nie ma obiadu. W ciągu kilku miesięcy Igor zamienił ogród Marii w bajkowy sad. Usunął zbędne drzewa. Wyprostował teren pod kwiatowe rabaty, zrobił altanę. W domu czuło się mocną, męską dłoń. Maria nie myliła się, wybierając męża. Igor zarabiał, chciał dogadzać Marii prezentami. Porównywała krótki okres nowego małżeńskiego życia z dwudziestoma pięcioma latami z pierwszym mężem i żałowała, iż nie spotkała Igora wcześniej. Złoty facet! W ciepłe wieczory przygotowywali grilla, jedli w altanie, gdzie Igor postawił piękny drewniany stół i ławki. Maria po obiedzie mrużyła się jak najedzony kot. Igor uśmiechał się, patrząc na nią. – Co jest, Igorze? – Nic. Cieszę się. Jego pierwsza żona była nudziarą. Nie myślał, iż trafi mu się taka wspaniała kobieta. Cieszyli się wspólnym szczęściem przez cztery lata, aż Igor nagle zaczął się źle czuć… gwałtownie się męczył. Chudł bez powodu. A jak już wypił – a Igor czasem lubił wypić – czuł się jeszcze gorzej. – Igorze, idź do lekarza! – zmartwiła się Maria. – Co ty zwlekasz? Coś wyraźnie jest nie tak. – Co ty, Marianko? Przejdzie samo! – Przecież to ciemnogród! A jak nie przejdzie? Co, boisz się lekarzy jak większość facetów? – Nie. Igor nie chciał powiedzieć Marii, czego się boi. A bał się tylko jednego: iż jeżeli naprawdę jest chory, Maria go zostawi. Igor nie był głupi. Wiedział, iż Maria wyszła za niego bardziej z rozsądku niż z wielkiej miłości. Ale on ją kochał! Na przekór wszystkiemu. Zobaczył w sklepie zagubioną kobietę, która szukała portfela w torebce, i od razu się zakochał. Ta jej zakłopotana mina była niesamowicie rozczulająca. Od razu miał ochotę podejść, wziąć ją w ramiona i chronić do końca życia. Choć jego mama, zobaczywszy wybrankę syna, powiedziała dziwnie: – Synku, żyj jak chcesz, ale co ty w niej widzisz? Nie jest piękna. Już nie taka młoda. A ty jeszcze masz szanse! Za tobą by każda młoda poleciała! Nikt inny nie był Igorowi potrzebny. Tylko Maria. Ale teraz, jakby naprawdę zachorował, to czy Maria będzie go jeszcze chciała? Nie dała rady namówić go do lekarza. Był sobotni wieczór. Byli u nich Ola z mężem, Borysem. Igor z Borysem pili piwko i robili grilla. Ola w kuchni, gdy kroiły z Marią sałatkę, zapytała: – Igor zachorował? – Sama nie wiem! – wyrzuciła z siebie Maria. – Błagam go, by poszedł do lekarza. A on ani myśli! Ty jesteś lekarką. Co myślisz? Igor nie jest zdrowy, prawda? – No… wygląda gorzej. Schudł. I miałam wrażenie, iż jego skóra jest jakaś żółtawa. – O, Boże! Olka, namów go na lekarza! Może ciebie posłucha? Bardzo cię proszę. Ola spojrzała uważnie na Marię. – Mario… ty go kochasz? Bo pamiętam twoje wahania… Maria zagryzła wargę i nie odpowiedziała. A Ola nie zdążyła go namówić – Igor zemdlał w trakcie biesiady. Wezwali karetkę. Maria pojechała z nim. Nie odzyskał przytomności, ona trzymała go za rękę i modliła się. Prawie natychmiast przeprowadzono operację. – Guz wątroby. – Rak?! – przestraszyła się Maria. – Czekamy na wyniki badań. Guz okazał się łagodny, choć już całkiem spory. Lekarze zabronili Igorowi niemal wszystkiego, uprzedzili o długiej rehabilitacji i niepewnym powrocie do zdrowia – w końcu ma już swoje lata. Igor posmutniał. Mama odwiedziła go w szpitalu. Maria była w pracy, mama przyszła za dnia. Przyniosła dozwolone jedzenie – póki co lista była bardzo krótka. – Synku, nie poznaję cię! – powiedziała pani Teresa. – No, dość tego rozczulania. Przeżyłeś. Nie masz raka. Ciesz się, a ty leżysz markotny. Zjedz te gotowane kotlety. – Nie chcę jeść. – A trzeba! O co chodzi? Maria przychodzi chociaż? – Przychodzi… jeszcze – powiedział Igor. – Co? Boisz się, iż cię zostawi? Głupia by była! – Przecież już… do niczego się nie nadaję! choćby pracować nie mogę. Nic nie mogę. Mam dopiero pięćdziesiątkę przed sobą, a jestem inwalidą. Komu potrzebny inwalida? – Co tu się dzieje? – zdziwiła się Maria, wchodząc. – Głośno się tu robi. Dzień dobry, pani Tereso! – No, idę już. Cześć, Mario. Trzymajcie się. – Co się stało? Mama Igora machnęła ręką i wyszła. Maria umyła ręce i podeszła do łóżka, przy którym leżał jej nieszczęśliwy mąż. – No już, inwalido! Ręce i nogi masz na miejscu, jaki z ciebie inwalida? Reszta się zagoi. Wiesz co przeczytałam o wątrobie? – No co? – Wątroba to jedyny organ, który się regeneruje! jeżeli zostaje 51% wątroby – masz szansę na całkowity powrót do zdrowia. Tobie zostało 60%. Daj jej czas. Wszystko się unormuje! – A ja mam jeszcze ten czas? – Co? – nie zrozumiała Maria. – Czas. – Igor, o co chodzi?! Coś mi lekarze nie powiedzieli? Poprosiłeś ich, żeby coś przede mną ukrywali? – Nie o to chodzi… Igora wypisali. Zaczęła się najtrudniejsza część jego życia. Wystarczyło, iż trochę się poruszał i był wykończony. To go najbardziej bolało. Przed nim był jubileusz, a myśl o nim napawała smutkiem – nic nie zje, nie wypije. Super zabawa! Maria jakby nie zauważała, iż Igor gwałtownie się męczy, z entuzjazmem pałaszowała z nim dietetyczne jedzenie. – Marianko… – w końcu się odważył. – Co teraz z nami będzie? – W jakim sensie? – nie zrozumiała. – No… bardzo wolno wracam do zdrowia. Zostawisz mnie, tak? Powiedz od razu. – Dlaczego miałabym cię zostawić? Jest mi z tobą dobrze. – To było, gdy wszystko robiłem i pracowałem. A teraz co miłego? Mi samemu ze sobą źle. – A głupoty gadasz! Weź się w garść! – Staram się! Ale co to za życie? Dwa machnięcia młotkiem i jestem padnięty! Maria podeszła do niego i objęła go od tyłu. Przylgnęła policzkiem do jego karku. – Kocham cię. I nigdy cię nie zostawię. Nie śpiesz się z rehabilitacją. Niech wszystko idzie, jak ma iść. – Kochasz? Naprawdę? – Naprawdę, naprawdę. Maria nie zostawia Igora. On powoli, ale wraca do siebie. Jubileusz Maria zorganizowała mu bez mocnych trunków, żeby nie cierpiał, iż sam sobie nie może pozwolić. Przyszło kilku przyjaciół, posiedzieli w altanie, pograli w planszówki. – Szczęściarz z ciebie, Igorze – powiedzieli przyjaciele wychodząc. – Pewnie teraz pójdziecie i napijecie się za moje zdrowie? – zażartował. Pośmiali się, rozeszli. Wieczorem Maria i Igor siedzieli na ganku, patrzyli w gwiaździste niebo. Szczęśliwi. Tego wieczoru Igor po raz pierwszy od miesięcy poczuł się naprawdę lepiej. Uwierzył, iż wraca do zdrowia. I iż żona go nie zostawi. Przytulił Marię mocniej. – Co tam, Igorze? – Wszystko dobrze! – odpowiedział. – Wreszcie – westchnęła Maria i pocałowała go w policzek. Byli szczęśliwi…
Galentynki: Alternatywa dla Walentynek
Siekam kurczaka i smażę. Kotleciki tak delikatne, iż choćby teściowa zachwala
Zacznie się w poniedziałek. Gigantyczne promocje w Lidlu. Masło, mięso i schab choćby o połowę taniej
Wygląda jak owsianka, smakuje jak marcepan. Ten bałkański deser to prawdziwy hit
Oksana, jesteś zajęta? – zapytała mama, zaglądając do pokoju córki. – Chwilkę, mamo. Muszę tylko wysłać maila i już ci pomogę – odpowiedziała Oksana, nie odrywając wzroku od ekranu. – Majonez mi się skończył do sałatki. Źle obliczyłam. I koperku zapomniałam kupić. Może skoczysz jeszcze do sklepu, zanim zamkną? – Dobrze. – Wybacz, iż cię ciągle proszę o pomoc. Już masz zrobioną fryzurę, a ja tu w amoku przez te święta – westchnęła mama. – Już skończyłam. – Oksana zamknęła laptopa i spojrzała na matkę. – Co mówiłaś? Założyła kozaki, płaszczyk, ale czapki nie wzięła, żeby nie zniszczyć fryzury. Sklep był pod blokiem, nie zdąży zmarznąć. Na zewnątrz był lekki mróz, sypał drobny śnieg – jak w bajce na Nowy Rok. W sklepie kilka ludzi. Przyszli tylko ci, którzy w świątecznym zamieszaniu czegoś zapomnieli. Koperek został już tylko w zestawie z pietruszką i szczypiorem – zwiędły. Oksana chciała zadzwonić do mamy, zapytać, czy taki może być, ale zdała sobie sprawę, iż telefon został w domu. Po krótkim namyśle wzięła zestaw zieleniny, sięgnęła po ostatnią paczkę majonezu z pustej półki, zapłaciła i wyszła na dwór. Nie zdążyła odejść od sklepu, gdy zza rogu wyjechał samochód, oślepiając ją światłami. Oksana odskoczyła w bok. Obcas jej buta pośliznął się na śliskim lodzie, przysypanym cienką warstwą śniegu. Kostka się wygięła, a Oksana legła na chodniku. Torebka poleciała w bok. Próbowała wstać, ale ból w kostce był tak ostry, iż oczy zaszły jej łzami. Wokół nikogo. Telefonu brak. Co teraz? Nie słyszała nawet, jak za plecami cicho zatrzasnęły się drzwi auta. – Wszystko w porządku? – Nachylił się nad nią młody mężczyzna. – Da radę pani wstać? Pomogę, proszę… – wyciągnął do niej rękę. – Chyba przez pana złamałam nogę. Jeździcie tu samochodami, a drogę zamieniliście w lodowisko – syknęła Oksana przez łzy, ignorując jego pomoc. – Sama sobie winna. Kto chodzi w szpilkach wieczorem po śniegu? – A czego pan się czepia! – odburknęła Oksana, pociągając nosem. – Chce pani tu zostać do rana? Dobra, chodźmy. Nie zabijam ładnych dziewczyn. Gdzie pani mieszka? – Tam. – Oksana wskazała blok tuż obok. Mężczyzna odszedł. ale po chwili Oksana usłyszała dźwięk silnika. Auto podjechało do niej. – Pomogę pani wstać – proszę nie stawać na chorej nodze. Raz, dwa, trzy – zanim zdążyła zaprotestować, podniósł ją i ostrożnie postawił na jednej nodze. – Moja torebka! – zawołała Oksana, gdy wsadził ją do auta. Mężczyzna wrócił, podał torbę na tylne siedzenie. Pod blokiem pomógł jej wysiąść i zaraz podniósł na ręce. Butem zamknął drzwi samochodu. Pod klatką przystanął. – Klucze są w torebce? Ktoś jest w domu? – Mama. – To wybierz kod i poproś, żeby otworzyła drzwi. W bloku nie było windy. Musiał nieść Oksanę na trzecie piętro po schodach. Objęła go za szyję. Słyszała jego ciężki oddech, na pochylonym czole błyszczał pot. „Dobrze ci tak, nie będziesz szarżować autem pod sklepem”, pomyślała z satysfakcją. – Proszę mnie postawić, dalej sama pójdę – poprosiła przed drzwiami swojego mieszkania. Milczał, tylko głośno sapał. Nagle otworzyły się drzwi i stanęła mama. – Oksana? Co się dzieje? Mężczyzna niemal wpadł na zszokowaną kobietę. Musiała ustąpić. Ostrożnie postawił Oksanę na ziemi i wziął głęboki oddech. – Proszę przynieść krzesło – zwrócił się do zaskoczonej mamy. Na krześle Oksana usiadła, trzymając bolącą nogę. Mężczyzna klęknął przed nią. – Co się tutaj dzieje? – zapytała mama. On zdawał się jej nie słyszeć. Trzymając nogę Oksany, jedną ręką gwałtownie odpiął zamek buta. Dziewczyna wykrzyknęła z bólu. – Proszę tak nie robić, to boli! – Co pan robi?! Przecież ją boli! – w tej samej chwili zawołały i córka, i matka, patrząc przerażone na opuchniętą, ciemniejącą kostkę. – Wezwę karetkę – powiedziała mama. – To tylko zwichnięcie. Jestem lekarzem. Proszę gwałtownie po lód – polecił mężczyzna. Mama bez słowa pobiegła do kuchni i wróciła z zamrożonym kurczakiem. – Niech pani przyłoży do kostki – mężczyzna wstał i chwycił za klamkę. – Odchodzi pan? – spytała przerażona Oksana. – Zejdę po bandaż elastyczny do samochodu. Przy okazji wezmę pani torbę – odpowiedział, wychodząc. – Ty zostawiłaś torbę u niego? Oksana, kim on jest? – zapytała mama, przykładając kurczaka. Dziewczyna skrzywiła się z bólu. – Wyjechał zza rogu autem, potknęłam się, upadłam, przyniósł mnie do domu. Nic więcej nie wiem. – Może to oszust? Zaraz odejdzie z torbą, a w środku przecież karta, pieniądze, klucze… Może zadzwonić na policję, póki jeszcze jest? – szepnęła mama. – Mamo, jaką policję? Gdyby chciał mnie okraść, zostawiłby mnie pod sklepem. Przyniósł mnie na rękach do domu. – Nie wiem, nie wiem… – wahała się mama. W tej chwili zabrzęczał domofon. – To on. Otwórz drzwi, proszę – poprosiła Oksana. Mężczyzna wszedł, oddał torbę, ściągnął kurtkę i uklęknął na niej. – Sprawdzcie, czy wszystko jest. Teraz będzie boleć, trzeba nastawić. Chwyćcie się krzesła. Jedną ręką ujął stopę Oksany, delikatnie wygiął. Dziewczyna syknęła, zagryzając wargi. – Coś się pani przypala – rzucił do mamy. Mama pobiegła do kuchni. W kolejnym momencie kostka eksplodowała bólem tak ostrym, iż Oksana aż straciła oddech. – Już po wszystkim, za chwilę przejdzie – powiedział cicho mężczyzna. Mama wpadła do przedpokoju, patrząc na zapłakaną córkę. – W piekarniku nic… – zaczęła, ale mężczyzna jej przerwał. – Zwichnięcie nastawione. Nie obciążać nogi. – Ostrożnie postawił jej stopę, wstał i sięgnął po kurtkę. – Dziękujemy. Przepraszam, iż źle o panu pomyślałam – powiedziała mama. – Może zostanie pan na kolacji? Wigilia za pasem, wszędzie zamknięte, u mnie już wszystko gotowe… Zawahał się. – Skoro nie przeszkadzam… – Ależ skąd! Pomógłby pan otworzyć szampana. – Mamo! – rzuciła Oksana z wyrzutem. – Co? Wyjmę mięso z piekarnika, a pan odprowadzi Oksanę do pokoju – uznała mama. Podpierając się na jego ramieniu, Oksana doskoczyła do kanapy. Próbowała stanąć na palcach – bolało, ale znośnie. Smiało przytulała się do jego boku, czując dłoń na talii. – Dziękuję – powiedziała, siadając i wyciągając nogę. – To ja przepraszam, to przez mój samochód – powiedział mężczyzna. – Nieprawda! Sama się przestraszyłam. Jak pan się nazywa? – Waldek. Może mówmy sobie na „ty”? – Oczywiście. Jesteś naprawdę lekarzem? – Chirurgiem. Wpadłem do sklepu po coś… – powiedział, siadając obok. – Pewnie żona czeka, denerwuje się. – Odeszła ode mnie pół roku temu. Miała dość mojej nieobecności i dyżurów w święta. Zabrała córkę do teściowej. – Wyglądam pewnie okropnie – zawstydziła się Oksana. – Przeciwnie. Tak w trójkę spędzili ten Nowy Rok. Jak go zaczniesz, tak go spędzisz… Gdy Waldek wyszedł, Oksana i mama położyły się spać. Ale Oksana nie mogła zasnąć. Wciąż czuła jego rękę na talii, pamiętała, jak niósł ją na rękach. Rano mogła już stąpać na nogę. Kostka opuchła bardziej, bandaż uciskał. Chodzić można. Była szczęśliwa, gdy Waldek wpadł znów. Zdjął bandaż, obejrzał nogę, założył jeszcze raz. – Możesz stawać? – Przecież jesteśmy na „ty”. Tak, mogę – uśmiechnęła się Oksana. – Herbaty? – zaproponowała mama. – Następnym razem. Czas na dyżur. – Przyjedziesz jeszcze? – zapytała Oksana. Uśmiechnął się w odpowiedzi. Po dwóch miesiącach Oksana się do niego wprowadziła. – Jeszcze się nie rozwiódł. A jeżeli żona wróci? – kręciła głową mama, gdy Oksana pakowała walizkę. – Nie wróci. Waldek mówi, iż już kogoś ma. – Sama nie wiem. Może się spieszysz… To był szczęśliwy rok. Oksana była zazdrosna o córkę, o byłych. Ale kiedy Waldek był w domu – promieniała. Minął rok. Mimo wszystko – to był szczęśliwy rok. Waldek przez cały czas nie miał rozwodu. To było jedyne, co Oksanę smuciło. Mama ciągle radziła postawić sprawę jasno. Ale Oksana zwlekała. Trzydziestego pierwszego krzątała się po kuchni. W pokoju migotała lampkami piękna choinka, na łóżku leżała sylwestrowa sukienka. Oksana sprawdziła mięso i usłyszała telefon. Waldek rozmawiał przez okno. – Dobrze, zaraz będę – powiedział i spojrzał na nią. – Znowu musisz iść do szpitala? – spytała roztrzęsiona Oksana. – Nie. Zadzwoniła była. Córka płacze, nie chce spać beze mnie. Zaraz wrócę. – Waldek, do północy niecałe trzy godziny… – głos Oksany drżał od łez. – Zdążę, nie martw się. Uspokoję córkę i wrócę. Dam prezent. gwałtownie wrócę – pocałował ją w policzek i wyszedł. Oksana próbowała się nie przejmować, nagotowała, ubrała nową sukienkę. Czas zbliżał się do północy, a Waldka nie było. Nie dzwoniła, może prowadził. Napisała SMS, nie odpisał. Zmęczona czekaniem, zgasiła świece. Jak nigdy zrozumiała żonę Waldka. A jeżeli mama miała rację i żona wróci? Co z nią będzie? Przecież kocha Waldka. Nie mogła dłużej czekać. Przypomniała sobie o pani Jadzi z parteru. Zawsze była sama. Waldek mówił, iż nigdy nie była mężatką. Oksana też była teraz sama. Przyniosła sałatkę i kawałek ciasta w plastikowych pudełkach, zeszła na dół. Pani Jadzia długo nie otwierała. W końcu przekręciła zamek i spojrzała na Oksanę. – Przyniosłam pani sałatkę i ciasto, własnej roboty. Przyjmie pani? – Wejdź – powiedziała cicho staruszka. Była drobna, zgarbiona, ale w domu było przytulnie. Nie było ani choinki, ani świątecznego stołu, tylko grał cicho telewizor. – Proszę, częstuj się – Oksana postawiła pudełka na stole. – Dziękuję. Siadaj. Herbaty? – staruszka poszła do kuchni. – Mieszka pani z Waldkiem? – spytała przy herbacie. – Tak. Skinęła głową z aprobatą. – Jego żona zawsze była wpatrzona tylko w siebie. Ty jesteś inna. Znów go wezwali do szpitala? – Pojechał do córki. – Wróci, nie martw się. To porządny facet. – A pani mieszka sama? – Całe życie. Miłość miałam, ale przyjaciółka mi go odbiła. – Jak to… – Po szkole do medyka, on został w rodzinnej wsi. 31 grudnia, po zajęciach, jechałam do niego. Chciałam świętować Nowy Rok razem. Autobus się zepsuł. Nie było wtedy komórek. Kierowca poszedł po pomoc, a ja pieszo w zamieci. Żeby zdążyć. Przemarzłam. Kiedy dotarłam, byłam chora. Cztery dni nieprzytomna. Gdy doszłam do siebie, przyjaciółka powiedziała, iż Felek jest teraz z nią – iż jest w ciąży. On próbował tłumaczyć, nie chciałam słuchać. Odpędziłam go, nie wybaczyłam. Byłam młoda, dumna. Wyjechałam z miasta, już go nie widziałam. Nie mogłam zapomnieć. Dopiero po latach dowiedziałam się, iż przyjaciółka kłamała. Felek zaczął pić, któregos roku zamarzł samotnie. Był dobrym człowiekiem. – Staruszka uroniła łzę. – Nie wyszłam za mąż, jego tylko kochałam. Trzeba było wtedy z nim porozmawiać, wybaczyć. Życie wyglądałoby inaczej… – Widziałam was przez okno – Waldek nigdy nie był taki szczęśliwy przy niej jak przy tobie. jeżeli kochasz, wybacz. Nie zazdrość. A najlepiej uciekajcie razem gdzieś. Ona go nie zostawi. Nie powtarzaj mojego błędu. Słuchaj serca. Oksana wróciła do mieszkania, schowała wszystko do lodówki. Waldek wrócił dopiero następnego dnia. – Wybacz, nie rozumiem, jak to się stało. Chyba coś dosypała mi do herbaty. Dziś się obudziłem z bólem głowy. – Dlaczego się nie rozwiedziesz? Kochasz ją? – Nie, Oksano. Gdybyś ją znała… Kocham córkę. Wiem, iż czekałaś. Nic się nie stało. Wierzysz mi? Oksana przytuliła się do niego i spojrzała w oczy. – Wyjedźmy gdzieś. Przecież szpitale są wszędzie… Jesteś dobrym chirurgiem… – Nie mam sił teraz o tym rozmawiać. Później, dobrze? Kocham cię. Zasnął. Oksana patrzyła na niego i myślała o słowach staruszki. „Córka przez cały czas mała. Dzieci gwałtownie zapominają. Nie mieszkają razem pół roku. To wszystko sprawka żony. Może tylko czeka, aż się poddam. Nie doczeka się. Będę walczyć. Przebudzi się – pogadamy…” Wyłączyła lampki na choince i położyła się blisko niego. „Kocham. To słowo nie oddaje wszystkiego. Kocham cię. Kocham Ciebie. Można to powiedzieć na tyle sposobów… Ale kocham cię.” Annie Hall „Kiedy się kocha, można wybaczyć wszystko… oprócz jednego – gdy przestają cię kochać.”
Gigantyczna promocja w poniedziałek w Biedronce. Masz kartę? Przygotuj się
Wielkie zmiany w polskich marketach od 17 lutego. Klienci mogą się zdziwić
W tłusty czwartek żywisz się tylko pączkami? Dietetyczka mówi wprost
Chłopiec obudził się od jęku mamy: Poruszająca historia Matwieja, jego ciężko chorej mamy Marii, babci Niny i weterana Nikity, którzy odnajdują wiarę, pomoc i nową rodzinę w polskiej codzienności
Zawołałam przez okno: — Mamo, czemu tak wcześnie wychodzisz? Zmarzniesz! — Odwróciła się, pomachała łopatą na powitanie: — Dla was, leniuchy, się staram. — A następnego dnia mamy już nie było… Do dziś nie potrafię spokojnie przejść obok naszego podwórka… Za każdym razem, gdy widzę tę ścieżkę, serce ściska mi się tak, jakby ktoś złapał je dłonią. To ja zrobiłam to zdjęcie drugiego stycznia… Po prostu szłam, zobaczyłam ślady na śniegu — i stanęłam. Zrobiłam zdjęcie, nie wiedząc po co. Teraz to jedyna pamiątka z tych dni… Nowy Rok świętowaliśmy jak zawsze, całą rodziną. Mama od rana trzydziestego pierwszego była już na nogach. Obudził mnie zapach smażonych kotletów i jej głos w kuchni: — Córcia, wstawaj! Pomożesz mi dokończyć sałatki? Bo tata znowu wyje wszystkie składniki, zanim się obejrzymy! Zeszłam na dół, jeszcze w piżamie, z rozczochranymi włosami. Mama stała przy kuchence w swoim ulubionym fartuchu w brzoskwinie, który jej podarowałam jeszcze w liceum. Uśmiechała się, a policzki miała czerwone od pieca. — Mamo, daj mi najpierw wypić kawę, — jęknęłam. — Kawa potem! Najpierw sałatka jarzynowa! — zaśmiała się i rzuciła mi miskę z pieczonymi warzywami. — Kroisz drobno, jak lubię. A nie jak wtedy — wielkimi kostkami. Kroiłyśmy i rozmawiałyśmy o wszystkim. Opowiadała, jak za jej dzieciństwa Nowy Rok świętowano — bez tych wszystkich egzotycznych sałatek, tylko śledź pod pierzynką i mandarynki, które dziadek przynosił z pracy spod lady. Potem przyszedł tata z choinką. Wielką, aż do sufitu. — No, dziewczyny, przyjmujcie królową! — zawołał dumnie od progu. — Ojej, tata, cały las ściąłeś? — zawołałam. Mama wyszła, spojrzała i rozłożyła ręce: — Ładna, ładna, a gdzie my ją wstawimy? W zeszłym roku była mniejsza. Ale i tak pomagała ubierać. Z siostrą Lenką wieszałyśmy lampki, a mama wyjmowała stare bombki — te z mojego dzieciństwa. Pamiętam, jak wzięła szklanego aniołka i cicho powiedziała: — Tego kupiłam ci na twój pierwszy Nowy Rok. Pamiętasz? — Pamiętam, mamo, — skłamałam. Tak naprawdę nie pamiętałam, ale kiwnęłam głową. Mama tak promieniała, gdy myślała, iż pamiętam tego małego aniołka… Brat przyjechał późnym popołudniem. Głośno jak zawsze — z siatkami, prezentami, z butelkami. — Mamo, tym razem przywiozłem porządnego szampana! Nie takiego sikacza jak rok temu. — Synku, obyście się nie opili! — mama zaśmiała się i go objęła. O północy wyszliśmy wszyscy na podwórko. Tata z bratem puszczali fajerwerki, Lenka piszczała z radości, a mama stała przy mnie, mocno obejmując ramieniem. — Popatrz, córeczko, jaka piękna noc, — szepnęła. — I jakie dobre mamy życie… Objęłam ją. — Najlepsze, mamo. Piliśmy szampana ze szklanek i śmialiśmy się, gdy petarda poleciała w stronę szopy sąsiada. Mama, trochę już rozchichotana, tańczyła w filcowych kapciach do „Pada śnieg, dzwonią dzwonki sań”, a tata znienacka podniósł ją na ręce. Śmialiśmy się do łez. Pierwszego stycznia całe dnie leniuchowaliśmy. Mama znów gotowała — tym razem pierogi i galaretkę. — Mamo, wystarczy już! I tak wyglądamy jak baloniki! — jęczałam. — Dopiero początek świętowania, jeszcze tydzień imprezy się należy! — śmiała się. Drugiego stycznia wstała wcześnie jak zawsze. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi, wyglądałam przez okno — mama odgarnia śnieg na podwórku łopatą. W starym puchowym płaszczu, chustka na głowie zawiązana. Wszystko robiła dokładnie: od furtki po schodki — wąska, równa ścieżka. Śnieg zmiatała do ściany domu, jak zawsze lubiła. Zawołałam przez okno: — Mamo, po co tak wcześnie? Jeszcze zmarzniesz! Odwróciła się, pomachała łopatą na powitanie: — A jak nie ja, to wy, leniuchy, do wiosny po zaspach będziecie chodzić! Idź, nastaw wodę na herbatę. Uśmiechnęłam się i poszłam do kuchni. Wróciła po pół godzinie, policzki czerwone, oczy jej błyszczały. — Już, porządek jest, — powiedziała i przysiadła na kawę. — Fajnie wyszło, prawda? — Dziękuję, mamo. To był ostatni raz, gdy słyszałam jej głos taki wesoły. Trzeciego stycznia rano obudziła się i cicho powiedziała: — Dziewczynki, coś mnie w piersiach kłuje. Nie mocno, ale dziwnie. Od razu się zaniepokoiłam: — Mamo, zaraz dzwonię po pogotowie! — Daj, córeczko, daj spokój. Przemęczyłam się świętami. Poleżę — przejdzie. Położyła się na kanapie, my z Lenką siedziałyśmy przy niej. Tata pojechał do apteki po leki. Mama jeszcze żartowała: — Nie patrzcie na mnie tak smutno. Przeżyję was wszystkich jeszcze, zobaczycie. A potem nagle zbladła. Przyłożyła rękę do piersi. — Oj… źle mi… bardzo źle… Zadzwoniliśmy po pogotowie. Trzymałam ją za rękę, szeptałam: — Mamusiu, wytrzymaj, już jadą, wszystko będzie dobrze… Spojrzała na mnie i ledwo dosłyszalnie powiedziała: — Córcia… tak bardzo was… nie chce się żegnać. Lekarze byli już po chwili, ale… nie udało się nic zrobić. Rozległy zawał. Wszystko trwało kilka minut. Siedziałam na podłodze, wyłam z bólu. Nie wierzyłam. Jeszcze wczoraj tańczyła, śmiała się przy fajerwerkach, a dziś… Ledwo trzymając się na nogach, wyszłam na podwórko. Śnieg prawie nie padał. I zobaczyłam jej ślady. Takie jak zawsze — małe, równe, od furtki do schodków. Takie, jak tylko ona zostawiała. Stałam i patrzyłam na nie bardzo długo. I pytałam Boga: „Jak to możliwe, iż jeszcze wczoraj człowiek chodził po ziemi, zostawiał ślady, a dziś… nie ma go? Ślady są, a jej nie ma!”. Miałam wrażenie, iż wtedy, drugiego stycznia, mama wyszła po raz ostatni — żeby zostawić nam czystą ścieżkę. Żebyśmy mogli po niej przejść — już bez niej. Nie pozwoliłam nikomu tych śladów zasypać. Niech zostaną, aż sam śnieg je przykryje na zawsze. To ostatnie, co mama dla nas zrobiła. Jej troska widoczna była nawet, gdy już jej na świecie nie było. Po tygodniu śniegu napadało jeszcze więcej. To zdjęcie z ostatnimi mamowymi śladami wciąż trzymam. Co roku trzeciego stycznia je oglądam, a potem patrzę przez okno na pustą ścieżkę. I tak bardzo boli wiedzieć: tam, pod śniegiem — mama zostawiła swoje ostatnie ślady. Te, po których wciąż idę za nią…
Dwie troski
Teściowa – czyli o tym, jak Anna Pietrowna nauczyła się pomagać córce i zięciowi, nie stając przeciwko nim: opowieść o rodzinnych napięciach, zmęczeniu i potrzebie spokoju po narodzinach drugiego wnuka
Z wakacji Igor nie wrócił — Czemu twój nie pisze, nie dzwoni? — Nie, Wera, ani po dziewięciu dniach, ani po czterdziestu nie dał znaku życia… — żartowała Ludka, poprawiając fartuch w bramie kamienicy — Zabalował albo… — współczująco kiwała głową sąsiadka. Milicja też nic? — Wszyscy milczą, Weronika, jak ryby w Bałtyku… Ludmiła zamiatała liście pod blokiem, jesień 1988 roku ciągnęła się w nieskończoność. Trzy lata na emeryturze, a musiała wrócić do pracy w Zakładzie Gospodarki Komunalnej — pieniędzy brak. No i żyli jak typowa polska rodzina: skromnie, zwyczajnie, niczym się nie wyróżniali. Mąż nie pił, do innych kobiet nie lgnął, ona całe życie w szpitalu jako pielęgniarka. Mąż pojechał nad morze ze związkową wycieczką i… nie wrócił. Ludmiła długo nie podejrzewała złego. Zaczęła szukać, dzwonić po szpitalach, milicji, choćby do prosektorium. Syn w wojsku, najpierw telegram, potem telefon: z hotelu wyszedł, pociągu nie wziął — przepadł. Zakład pracy rozkładał ręce. Miała jechać szukać osobiście, ale syn powstrzymał: — Poczekaj, mamo, ja pojadę. Lepszy mundur wojskowy niż fartuch pielęgniarki… Ludka pracowała i czekała, rozbijała się o ludzką obojętność. Płakała nocami, gniotła ją niepewność. I wtedy Igor wrócił, jak gdyby nigdy nic, w tym samym garniturze, bez bagażu, tylko z opuszczonym wzrokiem. Okazało się, iż mieszkał u innej, nadmorskiej OIgi. Chciał zacząć nowe życie, bo „brakowało mu wolności”. Ludmiła była wściekła: — Tę twoją wolność tu przywlokłeś, żeby mnie upokorzyć? Mógłbyś od razu napisać, iż jesteś w prosektorium… Syn wyznał prawdę: — Znalazłem go u niej. Igor tłumaczył: — Zrozumiałem, iż żyję źle, iż chcę inaczej… Skończyło się. Dwa tygodnie później Igor znów pojawił się pod blokiem, w starym płaszczu i śmiesznej czapce: — Przyjmiesz? — spytał. — Przyjmę! Złożymy papiery na rozwód, pilnie. Nie wybaczyła. I już nigdy nie została dla niego „tą, która czeka”.
Ta polska zupa działa jak balsam dla jelit. Pod jednym warunkiem
Ola przez cały dzień przygotowywała się do Sylwestra: sprzątała, gotowała, nakrywała do stołu. To jej pierwszy Nowy Rok nie z rodzicami, a z ukochanym. Od trzech miesięcy mieszkała z Tolkiem w jego mieszkaniu. Starszy o 15 lat, rozwiedziony, płaci alimenty i czasem lubi wypić… Ale cóż z tego, kiedy się kocha. Nikt nie rozumiał, czym ją zauroczył: daleko mu do przystojniaka, wręcz przeciwnie – brzydal, charakter paskudny, sknera i wiecznie bez grosza. A jak już pieniądze ma, to tylko dla siebie. A jednak właśnie w tego Cudaka Ola się zakochała. Przez trzy miesiące miała nadzieję, iż Tolek doceni jej zaradność i chęć do pracy w domu, i zapragnie ją poślubić. Tolek mówił: „Trzeba razem pomieszkać, zobaczyć jaką jesteś gospodynią. A nuż jesteś jak moja była”. Jaka była ta była – dla Oli to była zagadka. Dlatego starała się jak mogła, nie robiła awantur, gdy przychodził pijany, gotowała, prała, sprzątała i sama kupowała jedzenie (żeby Tolek nie pomyślał, iż jest interesowna). Cały sylwestrowy stół też sfinansowała z własnej kieszeni. Kupiała mu choćby nowy telefon w prezencie. Gdy Ola przygotowywała się na Nowy Rok, jej Cudak-Tolek też nie marnował czasu i przygotowywał się po swojemu – upił się z kolegami. Wrócił wstawiony i oznajmił, iż zaraz przyjdą jego znajomi. Jej nieznajomi. Ola nakryła do stołu, do północy została godzina. Miała zepsuty nastrój, ale starała się nie powiedzieć wszystkiego, byle nie być jak ta jego była. Na pół godziny przed północą pojawiła się pijana ekipa. Tolek od razu zrobił się weselszy, posadził wszystkich do stołu i impreza rozkręciła się na dobre. choćby nie przedstawił Oli gościom – była dla nich niewidzialna. Siedzieli, pili, żartowali między sobą. Kiedy Ola przypomniała, iż za chwilę Nowy Rok i pora nalać szampana, jedna z kobiet spojrzała i spytała pijanym głosem: „A kto to?” – „Sąsiadka od łóżka” – zaśmiał się Tolek, a reszta zaczęła się nabijać razem z nim. Zajadali się jej jedzeniem i śmiali z niej. O północy drwili z jej naiwności i chwalili Tolka za „spryt”: załatwił sobie darmową kucharkę i sprzątaczkę. Tolek nie stanął w jej obronie, śmiał się z nimi, jadł to, co ona zrobiła, i „wycierał o nią buty”. Ola wyszła cicho z pokoju, spakowała się i wróciła do rodziców. Tak fatalnego Sylwestra jeszcze nie przeżyła. Mama standardowo powiedziała: „A nie mówiłam”, tata odetchnął z ulgą, a Ola, wypłakawszy żal, zdjęła różowe okulary. Po tygodniu, gdy Tolkowi skończyły się pieniądze, przyszedł do Oli i jak gdyby nigdy nic spytał: „A czemu ty wyszłaś? Obraziłaś się?” Gdy zobaczył, iż Ola nie zamierza się godzić, przeszedł do ataku: „A to ładnie! Sama sobie siedzisz u mamusi, u mnie w lodówce pusto! Zaczynasz zachowywać się jak moja była!” Od tej bezczelności Ola oniemiała. W myślach wiele razy układała, co mu powie, a teraz nie wiedziała, co powiedzieć. Jedyną rzeczą, jaką zrobiła, było wysłanie go do wszystkich diabłów i zatrzaśnięcie mu drzwi przed nosem. Tak Ola rozpoczęła nowy rozdział swojego życia wraz z początkiem Nowego Roku.
Wbijam w pokrojone jabłko, wkładam do lodówki i czekam kilka dni. Mam problem z głowy
NAIWNA? Tak myśleli o Ani wszyscy. Z mężem, którego zdrady zaczęły się już drugiego dnia po ślubie – wtedy z kelnerką – żyła piętnaście lat. Mają dwójkę dzieci: Alicję, lat czternaście, i Szymona, lat siedem. Mąż nigdy nie ukrywał skoków w bok, a przyjaciółki bezskutecznie próbowały otworzyć Ani oczy – ona tylko uśmiechała się i milczała. Pracowała jako księgowa w fabryce zabawek, z pensją śmiesznie małą i obowiązkami sięgającymi sufitu, często choćby w weekendy. A do tego była, jak mąż mawiał, kiepską gospodynią – wiecznie pusty lodówka, a z obiadu to najwyżej barszcz i kotlety z makaronem. Nikt nie rozumiał, czemu Ania toleruje męża-podrywacza. W dniu dziesiątych urodzin Szymka mąż przyszedł do domu i ogłosił, iż się zakochał i chce rozwodu. Spodziewał się awantury, a usłyszał spokojne: „Dobrze, zgadzam się”. Gdy kolejnego dnia wrócił z nową partnerką, pod wycieraczką nie znalazł klucza, a na progu powitał go nieznajomy dryblas w szlafroku. „A dokumenty od mieszkania są?” zapytał. W panice Valdek odkrył, iż dwa lata temu został wymeldowany – bo kiedyś podpisał żonie pełnomocnictwo, bo… Ela, inna kobieta, zawróciła mu w głowie. Ania już od roku nie pracowała w fabryce, córka wyjechała za granicę, syn zmienił szkołę, a on o niczym nie wiedział. Myślał, iż zgłosi się po alimenty – a tu pozew o zaprzeczenie ojcostwa, bo dzieci… nie były jego! Bo wtedy, drugiego dnia po ślubie, Ania wiedziała o zdradzie i postanowiła się zemścić – po swojemu. „Strzeżcie się kobiet przez was skrzywdzonych – ich zemsta nie zna granic…”
– Zamieszkaj u przyjaciółki, bo ciocia z Sarapulu przyjechała do nas na miesiąc – powiedział mąż, wystawiając moją walizkę za drzwi.
Zamiast do curry, wsyp do szklanki. Pomaga obniżyć cholesterol i wspiera trawienie
Obieraczka do warzyw zamiast specjalistycznego miernika- uwaga na oszustów internetowych
Ugotuj zamiast zwykłego rosołu. Stawy przestaną strzelać, a skóra będzie jak po botoksie
PGE ma w planach wyłączenia prądu w woj. łódzkim. Gdzie zaczną się już niebawem?
Na obiad serwuję babski garnek. Wszyscy najedzeni bardziej niż po schabowych
Ja wiem lepiej — Co to znowu jest… — westchnął zmęczony Dariusz, kucając przed córką i przyglądając się różowym plamkom na jej policzkach. — Znowu… Czteroletnia Zosia stała pośrodku pokoju niezwykle cierpliwa, z powagą, która wcale nie pasowała do jej wieku. Przyzwyczaiła się już do tych codziennych kontroli, zatroskanych min rodziców, do nieskończonej ilości maści i tabletek. Maria podeszła, przysiadła obok męża. Jej palce łagodnie odsunęły kosmyk włosów z twarzy córki. — Te lekarstwa w ogóle nie działają. Jakbyśmy wodą ją pojili. A lekarze w przychodni… choćby nie wiem, czy to lekarze. Już trzeci raz zmieniają leki, a efektów brak. Dariusz wstał, potarł nasadę nosa. Za oknem szarzało, a dzień zapowiadał się nijaki, tak samo jak poprzednie. gwałtownie się zebrali – Zosię owinięto w ciepłą kurtkę, a pół godziny później siedzieli już w bloku jego mamy. Pani Olga westchnęła, pokręciła głową, głaskała wnuczkę po plecach. — Taka malutka, a już tyle leków. To przecież ogromne obciążenie dla organizmu — posadziła Zosię na kolanach i dziewczynka wtuliła się w babcię. — Serce się kraje. — Z chęcią byśmy nie dawali — Maria usiadła na skraju kanapy, dłonie ściskały się nerwowo. — Ale alergia nie odpuszcza. Wszystko usunęliśmy. Naprawdę wszystko. Zosia je tylko najprostsze produkty – a wysypka i tak wraca. — A co mówią lekarze? — Nic konkretnego. Nie mogą zlokalizować przyczyny. Ciągle badania, testy, próbki – a rezultat… — Maria bezradnie machnęła ręką. — Efekty tylko tutaj. Na policzkach. Olga poprawiła Zosi kołnierzyk. — Może wyrośnie z tego. Bywa u dzieci, iż potem przechodzi. Ale na razie… ciężko pocieszać. Dariusz patrzył na córkę. Mała, chuda, duże skupione oczy. Pogłaskał ją po głowie, a w myślach wróciło własne dzieciństwo – jak wykradał z kuchni drożdżówki pieczone przez mamę w soboty, jak żebrał o cukierki, jak pochłaniał dżem prosto ze słoika. A jego córka… Gotowane warzywa. Gotowane mięso. Woda. Żadnych owoców, słodyczy, żadnego normalnego jedzenia dla dzieci. Cztery lata, a dieta bardziej restrykcyjna niż u niejednego wrzodowca. — Już nie wiemy, co jeszcze wykluczyć — powiedział cicho. — Już prawie nic nie zostało. W drodze do domu milczeli. Zosia zasnęła na tylnym siedzeniu, a Dariusz co chwilę zerkał na nią w lusterko. Spała spokojnie. Przynajmniej tym razem nie drapała się. — Mama dzwoniła — odezwała się Maria. — Prosi, by Zosię przywieźć w przyszły weekend. Ma bilety do teatru lalek, chce ją zabrać. — Do teatru? — Dariusz przełożył bieg. — To dobrze. Niech się trochę rozerwie. — I ja tak pomyślałam. Przyda jej się odmiana. W sobotę Dariusz zaparkował przed domem teściowej, wyjął Zosię z fotelika. Córka ziewała, rozcierała oczy pięściami – wcześnie ją zerwali, nie zdążyła się wyspać. Podniósł ją na ręce, a ona od razu wtuliła się twarzą w jego szyję, ciepła i lekka jak wróbelek. Pani Teresa wyszła na ganek w kolorowym szlafroku, rozłożyła ramiona, jakby zobaczyła rozbitka, a nie wnuczkę. — O, moje dziecko, słoneczko — objęła Zosię i przytuliła do siebie. — Taka blada, taka chudziutka. Te wasze diety ją wykończyły, krzywdzicie dziecko. Dariusz wsunął ręce do kieszeni, powstrzymując irytację. Zawsze to samo. — Robimy to dla jej dobra. Nie od wyboru, sami rozumiecie. — Jakie dobro? — teściowa zmarszczyła usta, rzuciła wnuczce spojrzenie, jakby wróciła z obozu koncentracyjnego. — Skóra i kości. Dziecku trzeba rosnąć, a wy ją głodzicie. Wniosła Zosię do domu, choćby nie oglądając się – drzwi zamknęły się cicho. Dariusz został na ganku. W głowie coś go uwierało, mętna myśl nie mogła się ułożyć w całość, znikała. Potarł czoło, postał jeszcze chwilę przed furtką, wsłuchując się w ciszę obcego podwórka. W końcu odszedł do samochodu. Weekend bez dziecka – dziwne, prawie zapomniane uczucie. W sobotę z Marią pojechali do hipermarketu, pchali wózek po alejkach, robili zakupy na cały tydzień. W domu Dariusz trzy godziny walczył z przeciekającym kranem w łazience, którym od dwóch miesięcy nie miał czasu się zająć. Maria porządkowała szafy, pakowała stare rzeczy do worków na śmieci. Zwykła domowa krzątanina, tylko bez głosu Zosi mieszkanie wydawało się jakieś puste, nie w porządku. Wieczorem zamówili pizzę – tę z mozzarellą i bazylią, której Zosia nie mogła jeść. Otworzyli butelkę czerwonego wina. Siedzieli i rozmawiali o wszystkim i niczym – jak nie robili tego od dawna. Praca, plany na wakacje, wieczny remont. — Ale dobrze — powiedziała nagle Maria, po czym ugryzła się w język. — W sensie… wiesz, taka cisza. Spokój. — Wiem — Dariusz przykrył jej dłoń swoją. — Ja też tęsknię. Ale odpoczynek się nam należy. W niedzielę pojechał po córkę dopiero wieczorem. Słońce zachodziło, zalewając podwórko pomarańczowym światłem. Dom teściowej tonął za starymi jabłoniami, w złotym blasku wyglądał prawie przytulnie. Dariusz wysiadł z auta, otworzył furtkę – zawiasy zaskrzypiały – i zastygł w pół kroku. Na ganku siedziała jego córka. Obok na schodku pani Teresa, pochylona do wnuczki ze szczęściem wypisanym na twarzy. W rękach trzymała drożdżówkę: dużą, rumianą, błyszczącą od masła. A Zosia ją jadła. Policzki pomazane, na brodzie okruszki, a oczy… szczęśliwe, rozświetlone, jakich dawno u niej nie widział. Przez kilka sekund tylko patrzył. Potem coś gorącego i wściekłego wezbrało w jego piersi. Podszedł, w trzech krokach znalazł się obok, wyciągnął drożdżówkę z rąk teściowej. — Co to ma znaczyć?! Pani Teresa aż drgnęła, cofnęła się. Policzki oblała ciemna purpura. Zaczęła nerwowo machać rękami, jakby próbowała odgonić jego złość. — To tylko kawałek, malutki kawałek! Nic jej nie będzie, to tylko drożdżówka… Dariusz nie słuchał. Podniósł Zosię, córka przylgnęła przestraszona, mocno zaciskając palce na jego kurtce. Zaniósł ją do samochodu, posadził w foteliku, zapiął pasy. Palce drżały ze złości. Zosia patrzyła wielkimi oczami, usta jej się trzęsły – za chwilę się rozpłacze. — Wszystko dobrze, kochanie — pogłaskał ją po włosach, starając się mówić spokojnym głosem. — Poczekaj chwilkę, zaraz wrócę. Zatrzasnął drzwi i ruszył z powrotem do domu. Teresa stała ze skuloną twarzą i nerwowo ściskała brzeg szlafroka. — Darek, nie rozumiesz… — Nie rozumiem?! — stanął dwa kroki od niej, gniew wreszcie wybuchł. — Pół roku! Pół roku nie mogliśmy znaleźć przyczyny choroby Zosi! Specjalistyczne badania, analizy, testy alergiczne – wiesz, ile to kosztowało? Ile nerwów i nieprzespanych nocy?! Teresa cofnęła się do drzwi. — Ja chciałam tylko dobrze… — Dobrze?! — Dariusz podszedł bliżej. — Przez pół roku żyła tylko na wodzie i gotowanym kurczaku! Wszystko usunęliśmy z jadłospisu! A ty w tajemnicy wrzucasz jej smażone drożdżówki?! — Buduję jej odporność! — teściowa nagle podniosła głowę i odzyskała pewność. — Po trochu jej dawałam, żeby organizm się przyzwyczaił. Jeszcze chwila i wszystko by przeszło, dzięki mnie! Wiem, co robię – trójkę dzieci wychowałam! Dariusz patrzył na nią jak na obcą osobę. Kobieta, którą znosił dla żony i rodzinnego spokoju – świadomie podtruwała jego dziecko, uważała się za mądrzejszą od lekarzy. — Trójkę dzieci… — powiedział cicho, a Teresa pobladła. — To nie ma znaczenia. Zosia to moja córka, nie twoja. I więcej jej nie zobaczysz. — Co?! — złapała się poręczy. — Nie masz prawa! — Mam. Odwrócił się i ruszył do samochodu. Za plecami rozległy się krzyki, ale nie oglądał się. Wsiadł, odpalił silnik. W lusterku mignęła postać teściowej, która wybiegła za furtkę, wymachując rękami. Dariusz wcisnął gaz. W domu Maria czekała w przedpokoju. Zobaczyła wymizerowaną córkę i męża – zrozumiała wszystko bez słów. — Co się stało? Dariusz opowiedział. Krótko, rzeczowo – emocje zostawił za sobą. Maria słuchała, z każdą sekundą jej twarz kamieniała. W końcu sięgnęła po telefon. — Mama. Tak, wszystko wiem. Jak mogłaś?! Dariusz zabrał Zosię do łazienki – zmyć resztki drożdżówki i łez z twarzy. Za drzwiami słyszał głos Marii, ostry, nieznany. Nigdy tak nie rozmawiała z matką. Pod koniec wyraźnie usłyszał: „Dopóki nie rozwiążemy sprawy alergii – Zosi nie zobaczysz.” Minęły dwa miesiące… Niedzielny obiad u Olgi stał się tradycją. Tego dnia na stole błyszczał tort: biszkoptowy, z kremem i truskawkami. I Zosia go jadła – sama, wielką łyżką, umazana od ucha do ucha. Na policzkach ani śladu wysypki. — Kto by pomyślał — Olga pokręciła głową. — A to uczulenie na olej słonecznikowy. Taka rzadkość… — Lekarz mówi, trafia się jedna na tysiąc — Maria posmarowała chleb masłem. — Jak całkiem przeszliśmy na oliwę z oliwek, dwa tygodnie i wysypka zniknęła. Dariusz patrzył na córkę, nie mógł się napatrzyć. Różowe policzki, błyszczące oczy, krem na nosie. Szczęśliwe dziecko, które wreszcie może jeść normalne jedzenie: torty, ciasteczka, wszystko, byle bez oleju słonecznikowego. A takich rzeczy jest całkiem sporo. Z teściową relacje pozostały chłodne. Teresa dzwoniła, przepraszała, płakała. Maria rozmawiała krótko i rzeczowo. Dariusz – wcale. Zosia sięgnęła po kolejną łyżkę tortu, a Olga podsunęła talerzyk bliżej. — Jedz, kochanie. Jedz na zdrowie. Dariusz oparł się wygodnie na krześle. Za oknem padał deszcz, ale w domu było ciepło i pachniało ciastem. Jego córka znów była zdrowa. Reszta nie miała znaczenia.
Przepis na szczęście… Cała klatka schodowa obserwowała, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadza się nowa rodzina – żona bibliotekarka szkolna i mąż brygadzista z fabryki, ważnego zakładu w małym, prowincjonalnym miasteczku. – I po co im ten stary blok? – pytała koleżanki emerytka Nina Andriejewna – przecież dzięki swoim kontaktom spokojnie znaleźliby lokum w nowym budownictwie! – No coś ty, po co im nowo budowana „klitka”, u nas przecież stara kamienica – wysokie sufity, duże, oddzielne pokoje, wielki przedpokój, a loggia jak drugi pokój… – przekonywała jej córka, trzydziestoletnia, wciąż niezamężna Ania z wyrazistym makijażem – a i telefon im od razu założyli. Nie wszyscy tu mają, tylko trzy na dziewięć mieszkań… – Tobie to byleby przez telefon plotkować – strofowała córkę matka – już sąsiadki mają cię dość! choćby nie próbuj iść do tych nowych, to przecież poważni ludzie, ciągle zapracowani… – Tacy poważni, a mają dziewczynkę, dopiero dziewięć lat, Nataszka, na imię – odparła z żalem Ania – są prawie w moim wieku, może z pięć lat starsi. Sąsiedzi okazali się uprzejmi i sympatyczni. Lida pracowała w bibliotece szkolnej, a Iwan miał już dziesięć lat stażu w fabryce. O tym wszystkim opowiadała Ania, kiedy schodziła wieczorem na podwórko, gdzie jej mama siadywała z sąsiadkami. – Skąd ty to wszystko już wiesz? – podpytywały kobiety – ty to masz łeb do śledztwa! – No to u nich dzwonię! Pozwalają, inaczej niż niektórzy – ironizowała Ania, nawiązując do sąsiadów, którzy nie otwierali jej drzwi, kiedy chciała rozmawiać przez ich telefon. Tak Ania zaznajomiła się z nowymi lokatorami i coraz częściej wpadała do nich, by zadzwonić do koleżanek lub pracy, ucinała sobie pogawędki i zasiadała przy telefonie jak u siebie. Pewnego dnia zauważyła, jak Iwan demonstracyjnie zamknął drzwi od swojego pokoju, kiedy przyszła zadzwonić. Potem powtarzało się to coraz częściej. Ania się uśmiechała, Lidzi dziękowała i zaglądała jeszcze na kuchnię, ale Lida tylko kiwała głową i prosiła, by zamknęła drzwi za sobą. – Nie mogę zamknąć, mam ręce w mące, a zamek francuski – tłumaczyła Lida. – O, znowu coś pieczecie? Non stop u was tyle wypieków… A ja nic nie potrafię – marudziła Ania. – Tak, na śniadanie będą drożdżówki z twarogiem. Rano nie ma czasu, więc teraz… – uśmiechała się Lida, odwracając do roboty. Ania krzywiła się, wracała zirytowana, iż nie chcą z nią rozmawiać. I w końcu Iwan wyznał żonie, iż mają dość wiecznie zajętego telefonu i sąsiadki, która panoszy się po ich mieszkaniu. Wieczorem, gdy Ania znów usiadła na pufie z telefonem, po dziesięciu minutach Lida zapytała, czy już skończyła, bo oni czekają na istotny telefon. Ania pokiwała głową, odłożyła słuchawkę i nagle wyciągnęła czekoladę: – Dzisiaj przyszłam ze słodkim! Znamy się już, czas na herbatę! – Proszę tego nie zostawiać. Natasza zobaczy, a ona ma alergię, więc u nas czekolada zakazana. Herbaty niestety dziś nie będzie. – Z całego serca chciałam podziękować – spłonęła Ania. – Nie trzeba, i prosimy nie dzwonić tak często. No chyba, iż nagły przypadek – wyjaśniła Lida. Ania zrozumiała aluzję. Wróciła urażona i uznała, iż Lida po prostu jest o nią zazdrosna. Matka zgasiła ją stanowczo: – Głupia jesteś i uparta. Nie wpycha się do cudzej rodziny! Ostatniej próby zbliżenia się do sąsiadki Ania podjęła, prosząc o przepis na drożdżowe. Lida powiedziała: – Zapytaj mamę, mamy wiedzą najlepiej. Ja robię „na oko” i muszę wychodzić. Ania wróciła do domu, znalazła stary zeszyt matki z przepisami i – zaskakując ją – postanowiła upiec bułeczki własnoręcznie. Matka była w szoku, a potem, próbując jeszcze ciepłej wypieki, uznała, iż są wyśmienite. – Teraz Sławek wstąpi na herbatę – planowała Ania. – Taaak, przynajmniej na bułeczki chętnych nie brak – śmiała się mama. Z czasem w domu Anki coraz częściej słychać było śmiech jej i Sławka, w kuchni pachniało wypiekami, a mama była szczęśliwa widząc, jak córka dojrzewa. W końcu Ania i Sławek zgłosili się do urzędu stanu cywilnego. Przed weselem trzy kobiety – Ania, mama i ciotka – piekły dwa dni, choć gości miało być ledwie dwudziestu. Po ślubie młodzi mieszkali w dużym pokoju w trzypokojowym mieszkaniu. Rok później do wszystkich mieszkań w kamienicy podciągnięto telefony. Ania dzwoniła do wszystkich, ale już nigdy tak długo, jak kiedyś… I choć była już w ciąży, nigdy nie przestawała piec drożdżówek – dla Sławka, dla siebie, dla domowego szczęścia, które nareszcie odnalazła.
Ty na to nie zasłużyłaś – Po rozwodzie wydawało mi się, iż już nigdy nikomu nie zaufam – Andrzej kręcił w palcach pustą filiżankę po espresso, a jego głos się załamał i zadrżał tak wiarygodnie, iż Kasia odruchowo pochyliła się do przodu. – Wiesz, kiedy cię ktoś zdradza, to tak, jakbyś tracił kawałek siebie. Ona zadała mi ranę, której nie da się uleczyć. Myślałem, iż już się nie podniosę, nie przeżyję… Andrzej, wzdychając ciężko, opowiadał długo. O żonie, która go nie doceniała. O bólu, który nie odpuszczał. O strachu przed nowym początkiem. Każde jego słowo składało się Kasi na sercu jak ciepły kamień i już wyobrażała sobie, jak to będzie być dla niego tą kobietą, która przywróci mu wiarę w miłość. Jak razem uleczą jego rany. I jak on zrozumie, iż prawdziwe szczęście możliwe jest tylko z nią. O Maksie Andrzej wspomniał podczas drugiej randki, pomiędzy deserem a kawą… – Mam w ogóle synka, ma siedem lat. Mieszka z matką, ale każdy weekend spędza ze mną. Tak sąd postanowił. – To przecież cudownie! – Kasia szeroko się uśmiechnęła. – Dzieci to szczęście. Już miała w głowie obrazki: sobotnie śniadania we troje, wycieczki do parku, wspólne wieczory przy telewizji. Chłopcu potrzeba kobiecej troski, matczynego ciepła. A ona zostanie mu drugą mamą – nie zamiennikiem tej prawdziwej, tylko kimś bliskim… – Na pewno ci to nie przeszkadza? – Andrzej spojrzał na nią z dziwnym uśmiechem, który Kasia wtedy uważała za nieufność. – Dużo kobiet ucieka, gdy się dowiadują o dziecku. – Ja nie jestem jak inne – odpowiedziała dumnie. …Pierwszy weekend z Maksem zamienił się w prawdziwe święto. Kasia usmażyła naleśniki z borówkami – ulubione, jak uprzedził Andrzej. Cierpliwie tłumaczyła matematykę, prała jego koszulki z dinozaurami, prasowała mundurek szkolny, pilnowała, by o dziewiątej był już w łóżku. – Musisz odpocząć – powiedziała pewnego razu Andrzejowi, zauważając, jak rozkłada się na kanapie z pilotem. – Poradzę sobie. Andrzej skinął głową – wdzięcznie, jak jej się wtedy wydawało. Dziś już wiedziała, iż to był gest gospodarza przyjmującego to, co mu się należy. …Miesiące mijały, składały się w lata. Kasia pracowała jako menadżerka w firmie logistycznej, wychodziła o ósmej rano, wracała po siódmej wieczorem. Zarabiała całkiem nieźle – jak na Warszawę. Wystarczało na dwoje. Ale ich było troje. – Na budowie znów opóźnienie – Andrzej mówił to tak, jakby informował o trzęsieniu ziemi. – Klient się wycofał. Ale niedługo będzie duży kontrakt, obiecuję ci. Duży kontrakt majaczył na horyzoncie już od półtora roku. Czasem się zbliżał, czasem oddalał, ale nigdy się nie materializował. Natomiast rachunki przychodziły regularnie. Czynsz. Prąd. Internet. Jedzenie. Alimenty dla Marzeny. Nowe adidasy dla Maksa. Składki do szkoły. Kasia za wszystko płaciła bez słowa. Oszczędzała na lunchach, przywoziła w plastikowych pojemnikach makaron, odmawiała sobie taksówek choćby w deszczu. Na manicure nie miała pieniędzy już ponad rok – sama spiłowywała paznokcie i próbowała nie myśleć o tym, iż kiedyś stać ją było na salon. Przez trzy lata Andrzej wręczył jej kwiaty dokładnie trzy razy. Ksia pamiętała każdy bukiet – tanie róże ze straganu pod blokiem, już nieco zwiędłe, ze złamanymi kolcami. Pewnie były w promocji… Pierwszy bukiet dostała w przeprosinach po tym, jak Andrzej nazwał ją histeryczką przy Maksie. Drugi – po awanturze o przyjaciółkę, która przyszła z wizytą bez zapowiedzi. Trzeci – kiedy nie zjawił się na jej urodzinach, bo utknął u kolegów. Albo po prostu… zapomniał. – Andrzej, nie potrzeba mi kosztownych prezentów – starała się mówić łagodnie, dobierając słowa. – Ale czasem chciałabym poczuć, iż jestem dla ciebie ważna. choćby kartka wystarczy… Jego twarz natychmiast stężała. – Tobie tylko o pieniądze chodzi, co? O prezenty? A o miłości nie myślisz? O tym, przez co przeszedłem? – Nie o to chodzi… – Nie zasłużyłaś – Andrzej rzucił te dwa słowa jak błoto w twarz. – Po tym wszystkim, co dla ciebie robię, jeszcze wymagasz! Kasia zamilkła. Zawsze milkła – tak było prościej. Prościej żyć, prościej oddychać, łatwiej udawać, iż wszystko jest w porządku. Za to na spotkania z kolegami Andrzej zawsze miał pieniądze. Bary, mecze, knajpki w czwartki. Wracał wesoły, zadowolony, pachnący potem i dymem papierosowym, i padał na łóżko, nie zauważając, iż Kasia długo nie śpi. Przekonywała się: tak trzeba. Miłość to poświęcenie. Miłość to cierpliwość. On się zmieni. Na pewno się zmieni. Trzeba jeszcze poczekać. Okazać więcej troski, kochać mocniej, przecież tyle w życiu przeszedł… …Rozmowy o ślubie przypominały chodzenie po polu minowym. – Przecież i tak nam dobrze, po co papierek? – Andrzej zbywał temat machnięciem ręki. – Po tym, co przeżyłem z Marzeną, potrzebuję czasu. – Trzy lata, Andrzej. Trzy lata to dużo. – Ty mnie tylko ciśniesz. Zawsze mnie ciśniesz! – wybuchał i znikał w drugim pokoju. Rozmowa kończyła się niczym. Kasia bardzo chciała mieć dziecko. Swoje, własne. Miała dwadzieścia osiem lat i zegar biologiczny tykał coraz głośniej. Ale Andrzej nie zamierzał zostać ojcem po raz drugi – miał już syna, to przecież wystarczy. …W tamtą sobotę poprosiła tylko o jeden dzień. Jeden jedyny dzień. – Dziewczyny zapraszają mnie do siebie. Dawno się nie widziałyśmy. Wrócę wieczorem. Andrzej spojrzał tak, jakby oznajmiła, iż wyjeżdża do Afryki. – A Maks? – Ty przecież jesteś jego ojcem. Spędzisz z nim dzień. – Czyli mnie zostawiasz? W sobotę? Kiedy liczyłem na odpoczynek? Kasia zamrugała. Przez trzy lata ani razu nie zostawiła ich samych. Ani razu nie poprosiła o wolny dzień. Gotowała, sprzątała, pomagała w lekcjach, prała, prasowała – a jednocześnie pracowała na pełny etat. – Chcę tylko zobaczyć się z przyjaciółkami. Parę godzin… To twój syn, Andrzej. Nie możesz jednego dnia spędzić z nim bez mnie? – Masz obowiązek kochać moje dziecko jak mnie! – wrzasnął nagle Andrzej. – Mieszkasz w moim mieszkaniu, jesz moje jedzenie, a teraz jeszcze fochy pokazujesz?! Jego mieszkanie. Jego jedzenie. Kasia opłacała czynsz za to mieszkanie. Kasia kupowała jedzenie za własne pieniądze. Trzy lata utrzymywała facet, który krzyczał na nią za to, iż chce spędzić dzień z przyjaciółkami. Patrzyła na Andrzeja – na jego zaciętą twarz, nabrzmiałą żyłę na skroni, zaciśnięte pięści – i widziała go po raz pierwszy naprawdę. Nie jako ofiarę losu. Nie jako zagubioną duszę, którą trzeba ratować. Tylko dorosłego faceta, który perfekcyjnie potrafi wykorzystywać cudzą dobroć. Kasia nie była dla niego ukochaną, przyszłą żoną. Była bankomatem i darmową pomocą domową. Niczym więcej. Gdy Andrzej odprowadził Maksa do Marzeny, Kasia sięgnęła po podróżną torbę. Ręce działały sprawnie, bez drżenia. Dokumenty. Telefon. Ładowarka. Kilka koszulek. Dżinsy. Resztę można dokupić. Reszta nie jest ważna. Kartki nie zostawiała. Po co tłumaczyć coś komuś, kto nigdy jej nie szanował? Drzwi zamknęły się za nią cicho, bez dramatów… Telefony zaczęły się po godzinie. Najpierw jeden, potem drugi, potem dzwonił już nieprzerwanie – aż telefon wibrował od ciągłego brzęczenia. – Kasia, gdzie jesteś? Co się dzieje?! Wracam do domu, a ciebie nie ma! Co ty sobie wyobrażasz?! Gdzie obiad? Mam chodzić głodny? Co za świństwo! Słuchała tego złego, rozżalonego głosu, pełnego samozadowolenia – i nie mogła się nadziwić. choćby teraz, gdy odeszła, Andrzej myślał tylko o sobie. O swoim dyskomforcie. O tym, kto teraz mu ugotuje obiad. Ani jednego „przepraszam”. Ani jednego „co się stało”. Tylko „jak śmiesz”. Zablokowała jego numer. Później znalazła jego konto na Messengerze – zablokowała. Social media – zablokowała. Wszędzie, gdzie mógł ją znaleźć, postawiła mur. Trzy lata. Trzy lata żyła z człowiekiem, który jej nie kochał. Który traktował jej dobroć jak paliwo do swojego komfortu. Który przekonał ją, iż poświęcenie się – to właśnie miłość. Ale to nie jest miłość. Miłość nie sprowadza do poniżenia. Miłość nie zamienia człowieka w darmową obsługę. Kasia szła wieczorem przez Warszawę i po raz pierwszy od dawna oddychała lekko. Przysięgła sobie: już nigdy nie pomylę miłości z poświęceniem. Już nigdy nie będę ratować tych, którzy żerują na dobrych ludziach. I zawsze wybiorę siebie. Tylko siebie…
Kuchnia ludów karpackich - jest okazja, by ją poznać
Goście bez upominków – kiedy odwiedza nas rodzina i nic nie przywozi: O wizycie kuzyna mojego męża, rozczarowaniu teściowej i dawnych zasadach gościnności w polskich domach
Michał Danilczuk doświadczył hejtu? W "Magda gotuje Internet" wspomniał o reakcji na krytykę
Teściowa Anna Pietrowna siedziała w kuchni, patrząc, jak mleko cicho kipi na kuchence. Już trzy razy zapomniała je zamieszać, za każdym razem orientując się za późno – wtedy mleko kipiało, a ona irytowała się i przecierała kuchenkę ścierką. W takich chwilach wyjątkowo wyraźnie czuła, iż to nie mleko jest problemem. Od kiedy urodził się drugi wnuk, wszystko w rodzinie jakby się rozsypało. Córka była zmęczona, chudła, mówiła coraz mniej. Zięć wracał późno, jadł w milczeniu, czasem od razu zamykał się w pokoju. Anna Pietrowna wszystko widziała i myślała: jak można zostawić kobietę samą? Najpierw rozmawiała delikatnie, potem coraz ostrzej. Najpierw z córką, potem z zięciem. W końcu zauważyła coś dziwnego: po jej słowach w domu nie robiło się lżej, a ciężej. Córka broniła męża, zięć milknął, a ona sama wracała do siebie z poczuciem, iż znowu zrobiła coś nie tak. Tego dnia poszła do księdza – nie po radę, po prostu nie miała już gdzie się podziać z tym uczuciem. – Chyba jestem zła – powiedziała bez patrzenia na niego. – Wszystko robię źle. Ksiądz pisał coś przy stole, odłożył długopis. – Dlaczego tak pani uważa? Anna wzruszyła ramionami. – Chciałam pomóc. A tylko wszystkich złoszczę. Patrzył na nią uważnie, ale bez surowości. – Nie jest pani zła. Jest pani zmęczona. I bardzo zmartwiona. Westchnęła. To była prawda. – Boję się o córkę – powiedziała cicho. – Po porodzie jest zupełnie inna. A on… – machnęła ręką – …jakby tego nie widział. – A pani widzi, co on robi? – zapytał ksiądz. Anna zamyśliła się. Przypomniała sobie, jak tydzień wcześniej zmywał naczynia późnym wieczorem, myśląc, iż nikt nie patrzy. Jak w niedzielę wychodził z wózkiem, choć wyglądał, jakby chciał się położyć i zasnąć. – Robi… pewnie tak – powiedziała niepewnie. – Ale nie tak, jak trzeba. – A jak trzeba? – zapytał spokojnie ksiądz. Chciała odpowiedzieć od razu, ale nagle zrozumiała, iż nie wie. W głowie tylko: więcej, częściej, uważniej. Ale co dokładnie – trudno powiedzieć. – Chcę, żeby jej było lżej – szepnęła. – To niech pani to sobie powtarza – powiedział cicho ksiądz. – Sobie, nie jemu. Spojrzała na niego. – Jak to? – Tak, iż walczy pani z zięciem, zamiast o córkę. A walka męczy wszystkich. Panią i ich. Długo milczała. W końcu spytała: – I co mam robić? Udawać, iż wszystko jest w porządku? – Nie – odpowiedział. – Robić to, co pomaga. Nie słowami, a czynami. I nie przeciw komuś, tylko dla kogoś. Wracając do domu, myślała o tych słowach. Wspominała, jak kiedyś, gdy córka była mała, nie pouczała jej, tylko po prostu siadała obok, gdy płakała. Czemu teraz jest inaczej? Następnego dnia przyszła do nich bez zapowiedzi. Przyniosła zupę. Córka była zdziwiona, zięć zakłopotany. – Jestem tylko na chwilę – powiedziała Anna Pietrowna. – Po prostu chcę pomóc. Pobawiła się z dziećmi, gdy córka poszła spać. Wyszła cicho, nie mówiąc ani słowa o tym, jak ciężko im jest i jak powinni żyć. Za tydzień przyszła znowu. I znowu za tydzień. przez cały czas widziała, iż zięć nie jest ideałem. Ale zaczęła dostrzegać i inne rzeczy: jak ostrożnie bierze młodszego na ręce, jak wieczorem przykrywa córkę kocem, myśląc, iż nikt nie widzi. W końcu nie wytrzymała i powiedziała mu w kuchni: – Ciężko ci teraz? Był zaskoczony, jakby nikt nigdy go o to nie pytał. – Bardzo – odpowiedział po chwili. I nic więcej. Ale od tego czasu pomiędzy nimi zniknęło coś ostrego, co wisiało w powietrzu. Anna Pietrowna zrozumiała: oczekiwała, iż zięć się zmieni. A powinna zacząć od siebie. Przestała roztrząsać go z córką. Gdy ta się skarżyła, już nie mówiła: „A nie mówiłam”. Po prostu słuchała. Czasami brała dzieci, żeby córka odpoczęła. Czasami dzwoniła do zięcia i pytała, jak się czuje. To nie było łatwe. O wiele łatwiej było się złościć. Ale krok po kroku w domu zrobiło się spokojniej. Nie idealnie – po prostu spokojniej. Bez ciągłego napięcia. Pewnego dnia córka powiedziała: – Mamo, dziękuję, iż teraz jesteś z nami, a nie przeciwko nam. Długo myślała nad tymi słowami. Zrozumiała prostą rzecz: pojednanie nie polega na tym, iż ktoś przyznaje się do winy. To wtedy, gdy ktoś pierwszy przestaje walczyć. Wciąż chciała, by zięć był bardziej uważny. To pragnienie pozostało. Ale jeszcze bardziej chciała spokoju w rodzinie. I za każdym razem, gdy pojawiało się dawne uczucie – złość, żal, chęć, by wygarnąć – pytała siebie: Czy chcę mieć rację, czy chcę, żeby im było lżej? Odpowiedź prawie zawsze podpowiadała, co robić dalej. TEŚCIOWA — kiedy chcesz pomóc, a wychodzi na odwrót. Opowieść o sile pojednania i zmianie zaczynanej od siebie.
Na składniki nie wydasz fortuny, a nakarmisz całą rodzinę. Bułgarska zapiekanka z mięsną wkładką
Ciasto szpinakowe. Przygotuj podwójną porcję, bo gwałtownie znika
Zostawił mnie samą przy świątecznym stole i poleciał świętować z kumplami w garażu – czyli jak dziesiąta rocznica ślubu zamieniła się w dzień mojej wolności
– Nie, mamo, teraz absolutnie nie powinnaś przyjeżdżać. Pomyśl sama – droga daleka, cała noc w pociągu, a już nie jesteś najmłodsza. Po co Ci ten kłopot? I wiosna, na działce pewnie masz teraz mnóstwo pracy – mówi mi syn. – Synku, ale jak to po co? Od dawna się nie widzieliśmy. A żonę Twoją też chciałabym poznać, jak to mówią, czas się z synową bliżej zapoznać – mówię szczerze. – Zróbmy tak, poczekaj jeszcze do końca miesiąca, wtedy my wszyscy przyjedziemy do Ciebie – akurat na Wielkanoc będzie dużo wolnego – uspokaja mnie syn. Prawdę mówiąc, już byłam spakowana, ale uwierzyłam i zgodziłam się zaczekać w domu. Nikt jednak nie przyjechał. Kilka razy dzwoniłam do syna, ale nie odbierał. Sam potem oddzwonił i powiedział, iż jest bardzo zajęty, więc nie powinnam na niego czekać. Było mi bardzo przykro. Przygotowywałam się na przyjazd syna z synową. Ożenił się pół roku temu, a ja jej jeszcze na oczy nie widziałam. Mojego syna, Olka, urodziłam, jak to się mówi, dla siebie. Miałam już trzydzieści lat, nie wyszłam za mąż, więc zdecydowałam się urodzić chociaż dziecko. Może to i grzech, ale nigdy tego nie żałowałam, choć bywało ciężko – wiecznie brak pieniędzy, ledwie wiązałyśmy koniec z końcem. Pracowałam na kilku etatach, byle mojemu dziecku niczego nie brakowało. Syn dorósł i pojechał na studia do Warszawy. Żeby móc go wesprzeć, zaczęłam jeździć na zarobek do Niemiec, bo w Polsce było ciężko. Serce matki się cieszyło, iż mogę mu pomóc. Już na trzecim roku studiów sam zaczął dorabiać. Po studiach znalazł pracę i sam się utrzymywał. Do domu przyjeżdżał rzadko, raz na rok. W Warszawie nigdy nie byłam. Myślałam sobie, iż na ślub syna na pewno pojadę. Na tę okazję choćby zaczęłam odkładać pieniądze – uzbierałam 15 tysięcy złotych. Pół roku temu syn zadzwonił – mam wiadomość: żeni się. – Mamo, ale nie przyjeżdżaj, bo na razie tylko ślub cywilny, wesele później – ostrzegł. Było mi przykro, ale co zrobić? Olek poznał mnie z żoną przez wideorozmowę. Dziewczyna niczego sobie – piękna, bogata. Teść to ponoć dyrektor dużej firmy. Cieszyłam się, iż synowi się powiodło. Minął czas, syn do mnie nie przyjeżdża, ani mnie do siebie nie zaprasza. Bardzo chciałam zobaczyć synową, przytulić syna, więc w końcu spakowałam się, upiekłam chleb, wzięłam swoje przetwory, kupiłam bilet do Warszawy – i pojechałam. Zadzwoniłam przed wyjazdem. – No mamo, po co Ty to zrobiłaś? Jestem w pracy, choćby nie odbiorę Cię z dworca. Okej, tu masz adres, zamów sobie taksówkę – powiedział Olek. Rano dotarłam do Warszawy i dojechałam pod wskazany adres. Cena taksówki mnie przeraziła, ale widok ranekiej Warszawy wynagrodził koszty. Drzwi otworzyła mi synowa. Ani uśmiechu, ani przywitania – tylko sucha propozycja, by wejść do kuchni. Syna już nie było, wyszedł wcześnie do pracy. Wyjęłam z toreb ziemniaki, jajka, suszone jabłka, kiszone ogórki, konfitury i inne smakołyki. Synowa patrzyła, potem powiedziała: po co to, oni tego nie jedzą, w domu nie gotuje. – To co jecie? – dziwię się. – Zamawiamy catering. Gotować nie lubię, bo brzydko potem pachnie w kuchni – odpowiada Karolina. Nie zdążyłam ochłonąć, jak na kuchnię wszedł mały chłopiec, na oko trzy latka. – Poznaj, to mój syn, Daniel – mówi synowa. – Daniel? – pytam. – Nie Daniel, tylko Daniel, proszę nie przekręcać imion. – Dobrze, jak sobie życzysz, Karolin… Karolino. – Proszę Karolina, a nie Karolinka. W Warszawie nikt nie przekręca imion. Chciało mi się płakać – nie dlatego, iż mój syn ożenił się z kobietą z dzieckiem, ale iż mnie o tym nie powiedział. Ale to był dopiero początek. Na ścianie wisiał duży portret ślubny. – O, jednak mieliście wesele, przynajmniej ładne zdjęcia wam zostały – próbowałam złapać temat. – Jak to nie było? Było – na 200 osób. Tylko pani nie było, bo Olek powiedział, iż się rozchorowała. Może to i lepiej, iż tak wyszło – skwitowała synowa. – Śniadania sobie zjesz? – zapytała. – Chętnie. Dała mi filiżankę herbaty i plasterki drogiego sera. Tyle śniadania. Ja z drogi głodna, więc chciałam zrobić jajecznicę i odkroić sobie kawałek domowego chleba. Synowa zabroniła: ścisła dieta, nie wolno smażyć jajek, bo zapach w mieszkaniu. Chleba nie chciała, bo zdrowa dieta. Do śniadania przeszła cisza, a dziecko przyszło się przytulić. Chciałam chłopczyka objąć, ale synowa zabroniła, bo kto wie, co ja mogę przynieść z sobą do dziecka. Zamiast prezentu dałam mu słoik malinowej konfitury – na naleśniki. Synowa wyrwała mi słoik z ręki: Ile razy powtarzać, jesteśmy na diecie i nie jemy cukru! Czułam, iż się rozryczę. Herbaty nie dopiłam, do przedpokoju, ubrać się i bez słowa wyszłam. Na ławce pod blokiem płakałam jak dziecko. Nigdy wcześniej nie było mi tak przykro. Po chwili widzę, jak synowa wychodzi z dzieckiem i wynosi moje przetwory do śmietnika. Brak mi było słów. Gdy poszła, zebrałam swoje rzeczy i pojechałam na dworzec. Ktoś zwrócił bilet, więc udało mi się kupić powrotny na wieczór. Przy dworcu była stołówka. Zamówiłam barszcz, kawał dobrej pieczeni i ziemniaki z surówką. Byłam głodna, a ile to kosztowało, to nieważne – należy mi się porządny obiad. Zostawiłam bagaże w przechowalni i kilka godzin pochodziłam po Warszawie. Spodobało mi się tu, choć wszystkiego nie zapomniałam. W pociągu nie spałam, tylko płakałam. Syn choćby nie zadzwonił, nie spytał gdzie jestem. Prędzej bym się śniegu w lipcu spodziewała, niż takiego przyjęcia przez własne dziecko. Olek jest moim jedynym synem, pokładałam w nim tyle nadziei, a okazałam się niepotrzebna. Zastanawiam się teraz, co zrobić z tymi 15 tysiącami, które odłożyłam na jego wesele. Oddać synowi, żeby wiedział, iż matka zawsze pamięta? Czy nie dawać nic, bo nie zasłużył?
Wróciła z urlopu zdrowotnego — a w jej biurze zasiadła szwagierka
NOVO.SĄDECKA kusi Sądeczan. Restauracja i business club z kręgielnią ma jeszcze wolne terminy na Komunie
NOVO.SĄDECKA kusi Sądeczan. Restauracja i business club z kręgielnią z dużym zainteresowaniem na I Komunię Świętą
Zawołałam przez okno: — Mamo, dlaczego tak wcześnie? Zmarzniesz! — Odwróciła się, pomachała łopatą i żartobliwie odpowiedziała: — Dla was, leniuszki, się staram. Następnego dnia już jej nie było… Do dziś nie mogę spokojnie przejść obok naszego podwórka… Za każdym razem gdy widzę tę ścieżkę w śniegu, serce ściska mi się jakby ktoś je ścisnął dłonią. To ja zrobiłam to zdjęcie drugiego stycznia… Po prostu przechodziłam, zobaczyłam ślady na śniegu – i przystanęłam. Zrobiłam zdjęcie, sama nie wiedząc po co. A teraz to zdjęcie jest wszystkim, co mi zostało z tamtych dni… Nowy Rok spędzaliśmy jak zawsze razem, całą rodziną. Mama od rana trzydziestego pierwszego już krzątała się po kuchni. Obudził mnie zapach kotletów i jej głos: — Córuś, wstawaj! Pomóż mi sałatki dokończyć, bo tata znów wszystko pożre zanim się obejrzymy! Zeszłam jeszcze w piżamie, z rozczochranymi włosami. Mama stała przy kuchence w ulubionym fartuchu z brzoskwiniami, tym który jej podarowałam jeszcze w liceum. Uśmiechała się, policzki miała czerwone od ciepła z piekarnika. — Mamo, daj wypić kawę najpierw — marudziłam. — Kawa później! Najpierw sałatka jarzynowa! — zaśmiała się i podała mi miskę z pieczonymi warzywami. — Kroisz drobno, tak jak lubię. Nie jak ostatnio — kawałki jak pięść. Kroiłyśmy, gadałyśmy o wszystkim. Opowiadała mi jak za jej dzieciństwa świętowało się Nowy Rok — bez tych sałatek, z jedną śledzią pod pierzynką i mandarynkami, które dziadek przynosił „spod lady” z pracy. Potem przyszedł tata z choinką. Olbrzymią, niemal do sufitu. — No i jak, dziewczyny, przyjmiecie taką piękność? — z dumą wołał od progu. — Oj tato, cały las musiałeś wyciąć? — westchnęłam. Mama wyszła, popatrzyła i rozłożyła ręce: — Ładna jest, ale gdzie ją zmieścimy? W zeszłym roku chociaż mniejsza była. Mimo to pomagała ubierać. Razem z siostrą Lenką wieszałyśmy lampki, mama wyciągnęła stare bombki — te z mojego dzieciństwa. Pamiętam jak podniosła szklanego aniołka i cicho szepnęła: — Tego kupiłam ci na pierwszy Nowy Rok. Pamiętasz? — Pamiętam, mamo — skłamałam. Naprawdę nie pamiętałam, ale kiwnęłam głową. Tak bardzo promieniała jej twarz, gdy uznała, iż pamiętam tego małego aniołka… Brat przyjechał pod wieczór. Z hukiem, jak zawsze — z siatkami prezentów, z butelkami. — Mamo, tym razem mam lepszego szampana! Nie jak w zeszłym roku to kwasiwo. — Synaś, oby nie wypiliście wszystkiego! — zaśmiała się, ściskając go mocno. O północy wszyscy wyszliśmy na podwórko. Tata z bratem odpalali fajerwerki, Lenka piszczała z radości, a mama przytuliła mnie mocno do ramienia. — Patrz, córcia, jaka piękna ta nasza polska zima… Życie mamy naprawdę dobre. Objęłam ją mocno. — Mamy najpiękniejsze, mamo. Piliśmy szampana z butelki po kolei, śmialiśmy się gdy fajerwerk poleciał przypadkiem w stronę sąsiadów. Mama, lekko rozbawiona, tańczyła w filcakach do „Pada śnieg, pada śnieg”, tata brał ją na ręce i śmialiśmy się do łez. Pierwszego stycznia cały dzień leniuchowaliśmy. Mama znów gotowała — teraz pierogi i galaretę. — Mamo, daj już spokój! Zaraz się potoczymy — narzekałam. — Spokojnie, dojecie! Przecież Nowy Rok trwa cały tydzień — machała ręką. Drugiego stycznia wstała wcześnie, jak zwykle. Usłyszałam jak trzasnęły drzwi, zerknęłam przez okno — jest, na podwórku z łopatą. Odsypuje ścieżkę. W starym kożuchu, z chustką na głowie. Wszystko robiła starannie: od furtki do ganku — wąska, równiutka dróżka. Zagarniała śnieg pod ścianę, jak zawsze. Zawołałam przez okno: — Mamo, nie za wcześnie? Zmarzniesz! Odwróciła się, pomachała łopatą z uśmiechem: — Bo byście, lenie, do wiosny brodzili po śniegu! Idź lepiej czajnik wstaw! Uśmiechnęłam się i poszłam do kuchni. Wróciła po pół godzinie, policzki czerwone, oczy błyszczące. — No, porządek jest — usiadła napić się kawy. — Ładnie wyszło, prawda? — Ładnie, mamo. Dziękuję. To był ostatni raz, kiedy słyszałam jej taki żwawy głos. Trzeciego stycznia rano obudziła się i cicho powiedziała: — Dziewczynki, coś mnie w piersi kłuje. Nie mocno, ale nieprzyjemnie. Od razu zaczęłam się martwić: — Mamo, może wezwać pogotowie? — Daj spokój, córcia. Zmęczyłam się po prostu. Tyle gotowania, biegania. Przeleżę — przejdzie. Położyła się na kanapie, my z Lenką siedziałyśmy obok. Tata pojechał do apteki. Jeszcze żartowała: — Nie patrzcie tak na mnie tragicznie. Jeszcze was wszystkich przeżyję. A potem nagle pobladła, chwyciła się za pierś. — Oj… niedobrze mi… bardzo niedobrze… Wezwałyśmy karetkę. Trzymałam ją za rękę, szeptałam: — Mamusiu, wytrzymaj, zaraz będą, wszystko będzie dobrze… Spojrzała na mnie i ledwo słyszalnie wyszeptała: — Córcia… ja was wszystkich tak kocham… Nie chcę się żegnać. Lekarze przyjechali błyskawicznie, ale… już nic nie zdziałali. Zawał. Wszystko stało się w kilka minut. Siedziałam na podłodze w korytarzu i wyłam. Nie mogłam uwierzyć. Wczoraj tańczyła pod fajerwerkami, śmiała się, a dziś… Ledwo trzymając się na nogach wyszłam na podwórko. Śnieg prawie nie padał. I zobaczyłam Jej ślady. Te same — małe, równe, delikatne. Od furtki do ganku i z powrotem. Takie, jak zawsze zostawiała. Długo patrzyłam na nie. Pytałam Boga — jak to możliwe, iż jeszcze wczoraj człowiek tu chodził, zostawiając po sobie ślad, a dziś… już go nie ma? Ślady są, a człowieka nie! Wydawało mi się, iż drugiego stycznia wyszła ostatni raz — by zostawić nam czystą ścieżkę. Byśmy mogli przejść po niej już bez Niej. Nie pozwoliłam nikomu ich zasypać. I wszystkich poprosiłam, by tego nie robili. Niech będą, póki śnieg sam ich nie przykryje. To ostatnia rzecz, jaką mama dla nas zrobiła. Zwykła troska, widoczna choćby wtedy, gdy już jej zabrakło. Tydzień później spadło mnóstwo śniegu. Mam to zdjęcie z ostatnimi śladami mamy. Co roku trzeciego stycznia do niego wracam, a potem patrzę na pustą ścieżkę przed domem. I tak boli wiedzieć, czuć, iż gdzieś pod tym śniegiem — zostały jej ostatnie ślady. Te, po których wciąż próbuję za Nią iść…
Igorze, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj samochód! – krzyczała Marlena, ale już wiedziała, iż wszystko przepadło… Prezenty i smakołyki, na które odkładali przez dwa miesiące, w tym czerwona ikra, łosoś, droga szynka – wszystko wypadło na trasę podczas podróży do babci Igora na wieś na święta. W tłoku samochodów nikt nie zauważył zgubionych paczek, a gdy w końcu udało się zatrzymać, z nadzieją szukali na poboczu – niestety bez skutku. choćby prezent dla babci – ciepły, puszysty koc – przepadł. Mimo smutku dotarli do wsi późną nocą, gdzie czekała na nich zatroskana babcia Maria, która razem z sąsiadką Zosią cały wieczór modliły się za ich bezpieczny przyjazd. Podczas rodzinnego, świątecznego stołu z domowymi specjałami przypomnieli sobie, iż razem z najbliższymi są najszczęśliwsi. Tymczasem w zapomnianej wiosce niedaleko, dwie starsze siostry, Nadzieja i Wiera, oraz ich sąsiad Władek znaleźli zgubioną przez Igora paczkę – poczęstowali się przysmakami i poczuli, iż los jednak się do nich uśmiechnął. Tak oto zagubione rzeczy stały się cudem dla innych, a rodzina zdała sobie sprawę, iż szczęście to być razem – reszta to tylko rzeczy.
Nie żona, tylko pomoc domowa – czyli jak mieszkać pod jednym dachem z mężem, teściową, trójką dzieci i labradorem, gotować, sprzątać, pracować, chorować i w końcu powiedzieć DOŚĆ!
Wywalczyłam rozwód syna, a potem tego gorzko pożałowałam… Sąsiadka Ludmiła znowu żali się na synową przy windzie: „Znów przyprowadziła mi wnuczkę na weekend – dziecko ledwo chce jeść, bo 'księżniczki dużo nie jedzą’, jak nauczyła ją matka! Cała zielona, od niedożywienia świeci!”. Ludmiła nie zaakceptowała swojej synowej Justyny od pierwszego wejrzenia – starsza od Piotrka o 7 lat, a on dopiero co maturę zdał! „Nie znał kobiet, to się nabrał na jej doświadczenie!” – oburza się sąsiadka. Justyna piękna, zadbana, ambitna, dba o dietę i dobre nawyki u córki. Krótko po poznaniu zaszła w ciążę, Piotrek zdecydowanie ożenił się tuż po osiemnastce. Młodzi żyli osobno, Piotrek pracował i studiował, wynajęli kawalerkę. Ale teściowa nie odpuszczała – wszystko krytykowała: obiady Justyny, jej podejście do dzieci, choćby prasowanie koszul. W końcu kontakty ograniczyli do minimum, Justyna sama odwoziła córkę na zajęcia, ganiała między pracą, przedszkolem, siłownią… Któregoś wieczoru sąsiadka z klatki, 38-letnia wdowa Beata z dwójką nastolatków, poprosiła Piotrka o pomoc przy cieknącym kranie. Kiedy naprawiał usterkę, poczęstowała go kotletami. Zaczął bywać u niej coraz częściej – rozmowy, domowe jedzenie, ciepła atmosfera. niedługo o tych spotkaniach dowiedziała się Justyna. Był wielki skandal – Justyna spakowała Piotrkowi walizki, kazała mu odejść. Ostatecznie trafił do Beaty. Ich córka miała wtedy 6 lat. Ludmiła świętowała rozstanie syna z „za starą” żoną. Ale gdy dowiedziała się, iż Piotrek zamieszkał z Beatą – jeszcze starszą o 14 lat! – nagle umilkła… Od tamtej pory minęło 15 lat. Piotrek i Beata żyją zgodnie, dzieci wspólnych nie mają, ale są szczęśliwi. Teraz on ma 40 lat, ona 54. Ludmiła już nie narzeka – w domu panuje spokój, akceptacja i harmonia. Czy prawdziwe szczęście możliwe jest wtedy, gdy to kobieta jest sporo starsza od mężczyzny?
Moja siostra wyjechała w delegację, więc przez kilka dni opiekowałam się jej 5-letnią córeczką. Wszystko wydawało się w porządku—aż do kolacji. Przygotowałam gulasz wołowy, postawiłam przed małą Michaliną, a ona tylko patrzyła na talerz, jakby go nie było. Delikatnie zapytałam: „Dlaczego nie jesz?”, a ona spuściła głowę i szeptem powiedziała: „Czy dziś wolno mi jeść?” Uśmiechnęłam się, zdezorientowana, ale próbując ją uspokoić, odpowiedziałam: „Oczywiście, iż możesz.” W tej chwili Michalina wybuchła płaczem. Moja siostra, Małgorzata, wyjechała w poniedziałek rano na trzydniową delegację, wybiegając z domu z torbą na laptopa i tym zmęczonym uśmiechem, który rodzice noszą jak drugą twarz. Nie zdążyła choćby przypomnieć o limitach ekranowych i wieczornych rytuałach, gdy jej pięcioletnia córka Michalina przytuliła się do nóg mamy, jakby próbowała ją zatrzymać na siłę. Małgorzata delikatnie ją oderwała, pocałowała w czoło i obiecała, iż wróci niedługo. Potem zamknęły się drzwi. Michalina stanęła bez ruchu w korytarzu, patrząc na puste miejsce po mamie. Nie płakała, nie marudziła. Po prostu się wyciszyła, na sposób, który wydawał się zbyt ciężki jak na dziecko w jej wieku. Próbowałam rozluźnić atmosferę. Zbudowałyśmy namiot z koca, malowałyśmy obrazki z jednorożcami, choćby tańczyłyśmy w kuchni do śmiesznej muzyki, a ona obdarzyła mnie małym uśmiechem, jakby robiła to na siłę. Ale z biegiem dnia zaczęłam zauważać drobiazgi. Prosiła o pozwolenie na wszystko. Nie typowe dziecięce pytania typu „Mogę sok?”, ale maleńkie: „Czy mogę tu usiąść?” albo „Mogę dotknąć tego?” choćby zapytała, czy może się śmiać przy moim żarcie. Uznałam, iż pewnie tęskni za mamą. Wieczorem postanowiłam ugotować coś rozgrzewającego: gulasz wołowy. Pachniał cudownie—długo duszone mięso, marchew, ziemniaki, taki obiad, przy którym czujesz się bezpiecznie już od zapachu. Dałam Michalinie małą miseczkę ze łyżką i usiadłam naprzeciw niej. Patrzyła na gulasz jak na coś obcego. Nie ruszyła łyżki. choćby nie mrugała za często. Jej ramiona się skulily, jakby oczekiwała czegoś nieprzyjemnego. Po kilku minutach zapytałam delikatnie: „Hej, czemu nie jesz?” Nie odpowiedziała od razu. Opuściła głowę, a jej głos był tak cichy, iż ledwo go usłyszałam. „Czy dziś wolno mi jeść?” wyszeptała. Przez chwilę nie mogłam zrozumieć tych słów. Uśmiechnęłam się odruchowo, bo tylko to przyszło mi do głowy. Pochyliłam się i powiedziałam łagodnie: „Oczywiście, iż możesz. Zawsze możesz jeść.” Wtedy jej twarz się załamała. Chwyciła za brzeg stołu, po czym wybuchła płaczem—dużym, drżącym szlochem, który nie brzmiał jak zwykłe zmęczenie… ale jak ktoś, kto długo coś w sobie tłumił. Wtedy zorientowałam się… iż to nie chodzi wcale o gulasz. Wyścignęłam dookoła stołu i uklękłam przy Michalinie. Płakała coraz mocniej, całe jej ciało się trzęsło. Przytuliłam ją, spodziewając się, iż się wyrwie, ale ona wtuliła się natychmiast, chowając twarz w moim ramieniu, jakby długo czekała na pozwolenie. „Już dobrze,” szepnęłam, próbując zachować spokój mimo bijącego serca. „Tu jesteś bezpieczna. Nic złego nie zrobiłaś.” To sprawiło, iż zaczęła płakać jeszcze bardziej. Jej łzy nasiąkały moją koszulkę, czułam, jaka jest drobna. Pięciolatki płaczą z powodu soku czy złamanej kredki—ale to nie było to. To był płacz wielkości żałoby i strachu. Kiedy trochę się uspokoiła, delikatnie ją odsunęłam i spojrzałam na nią. Miała czerwone policzki, zapchany nosek. Nie chciała spojrzeć mi w oczy. Patrzyła w podłogę, jakby szykowała się na karę. „Michalina,” zapytałam łagodnie, „dlaczego myślisz, iż nie możesz jeść?” Wahała się, splatając paluszki tak mocno, iż zbielały jej kłykcie. Potem wyszeptała, jakby wyjawiała sekret, który nie powinna. „Czasem… nie mogę.” Zapanowała cisza. Zaschło mi w gardle. Walczyłam, by zachować opanowanie. Bez paniki. Bez złości. Żadnych dorosłych emocji, które mogą ją przestraszyć. „Co masz na myśli przez czasem?” zapytałam ostrożnie. Wzruszyła ramionami, ale w oczach pojawiły się łzy. „Mama mówi, iż za dużo jem. Albo jak jestem niegrzeczna. Albo jak płaczę. Mówi, iż muszę się nauczyć.” Poczułam dziwne, gorące uczucie w środku. Nie tylko złość—coś głębszego. Złość, gdy zdajesz sobie sprawę, iż dziecko musiało nauczyć się przeżyć w sposób, w jaki nie powinno. Przełknęłam ślinę, starając się mówić spokojnie. „Kochanie, zawsze możesz jeść. Jedzenie nie jest czymś, co tracisz, bo jesteś smutna albo popełniłaś błąd.” Patrzyła na mnie, jakby nie wierzyła, iż to możliwe. „Ale… jak jem, kiedy nie wolno… mama się złości.” Nie wiedziałam, co powiedzieć. Małgorzata była moją siostrą. Osobą, z którą dorastałam. Tą, która płakała na filmach i ratowała bezdomne koty. Nie mogłam tego zrozumieć. Ale Michalina nie kłamała. Dzieci nie wymyślają takich zasad, jeżeli nie musiały ich przestrzegać. Sięgnęłam po chusteczkę, otarłam jej twarz i przytaknęłam. „Dobra,” powiedziałam. „Mam taką zasadę—póki jesteś u mnie, możesz jeść, kiedy jesteś głodna. I tyle. Bez podstępów.” Michalina mrugała powoli, jakby jej mózg nie był w stanie przyjąć czegoś tak prostego. Nabieram łyżkę gulaszu i podaję jej, jak najmłodszemu dziecku. Jej wargi drżały. Otworzyła usta i zjadła. Potem kolejną. Jadła powoli, patrząc na mnie po każdym kęsie, jakby oczekiwała, iż zmienię zdanie. Ale już po kilku łyżkach jej ramiona trochę się rozluźniły. I niespodziewanie wyszeptała: „Byłam głodna cały dzień.” Ścisnęło mi gardło. Udało mi się przytaknąć, nie pokazując, jak bardzo mnie to zabolało. Po kolacji pozwoliłam jej wybrać bajkę. Zwinęła się na kanapie pod kocem, wykończona płaczem. W połowie odcinka zamknęła oczy. Zasnęła z rączką na brzuchu—jakby pilnowała, żeby jedzenie nie zniknęło. Tej nocy, gdy już ją położyłam, siedziałam w ciemnym salonie, patrząc na telefon, w którym świeciło się imię siostry. Chciałam zadzwonić do Małgorzaty i domagać się wyjaśnień. Ale nie zrobiłam tego. Bo jeżeli zrobię to źle… to Michalina może za to zapłacić. Następnego ranka wstałam wcześnie, zrobiłam puszyste placuszki z jagodami. Michalina przyszła do kuchni w piżamce, przecierając oczy. Gdy zobaczyła talerz, zatrzymała się jakby na niewidzialnej granicy. „Dla mnie?” spytała ostrożnie. „Dla ciebie,” odpowiedziałam. „Możesz zjeść tyle, ile chcesz.” Usiadła powoli. Obserwowałam jej twarz przy pierwszym kęsie. Nie uśmiechnęła się. Była raczej skołowana—jakby nie potrafiła uwierzyć, iż coś dobrego naprawdę jest możliwe. Ale jadła. Po drugiej porcji cicho przyznała: „To mój ulubiony.” Przez resztę dnia czułam się czujna. Michalina się wzdrygała, gdy podnosiłam głos—even jeżeli to tylko wołanie psa. Cały czas przepraszała. Jak upuściła kredkę, szeptała „przepraszam”, jakby oczekiwała kary za wszystko. Po południu, gdy układała puzzle na podłodze, nagle zapytała: „Będziesz zła, jak nie skończę?” „Nie,” powiedziałam, klękając przy niej. „Nie będę zła.” Spojrzała na mnie, badając moją twarz, i zadała pytanie, które niemal mnie złamało. „Czy kochasz mnie, gdy coś popsuję?” Na pół sekundy zamarłam, potem przytuliłam ją mocno. „Tak,” odpowiedziałam stanowczo. „Zawsze.” Przytaknęła mi na piersi, jakby zapisywała odpowiedź głęboko w sobie. Kiedy Małgorzata wróciła w środę wieczorem, wyglądała na wyraźnie zmęczoną, ale też spiętą—jakby martwiła się, co Michalina powie. Michalina pobiegła do niej i ją przytuliła, ale było w tym ostrożność. Nie taka radość, jak u dzieci, które czują się w pełni bezpieczne. Bardziej jak sprawdzanie temperatury. Małgorzata podziękowała mi, stwierdziła, iż ostatnio Michalina „trochę dramatyzuje”, żartowała, iż pewnie za bardzo się za nią stęskniła. Uśmiechnęłam się, ale miałam ścisk w żołądku. Gdy Michalina poszła do łazienki, powiedziałam cicho: „Małgosiu… możemy porozmawiać?” Westchnęła, jakby już wiedziała. „O czym?” Ściszyłam głos. „Wczoraj Michalina zapytała, czy może jeść. Powiedziała, iż czasem nie może.” Małgorzata błyskawicznie zesztywniała. „Powiedziała ci to?” „Tak,” odpowiedziałam. „I mówiła zupełnie poważnie. Płakała… jakby się bała.” Siostra odwróciła wzrok. Przez chwilę milczała. Potem rzuciła zbyt szybko: „Ona jest bardzo wrażliwa. Potrzebuje zasad. Lekarz mówił, iż dzieci muszą znać granice.” „To nie granica,” powiedziałam, choć głos mi się łamał. „To strach.” Jej oczy się zaostrzyły. „Nie rozumiesz. Nie jesteś matką.” Może nie jestem. Ale nie zamierzam udawać, iż nic nie słyszałam. Tamtej nocy, po wyjściu, siedziałam w samochodzie, wpatrując się w kierownicę, myśląc o cichym głosie Michaliny pytającej o pozwolenie na jedzenie. O tym, jak zasypiała z ręką na brzuchu. I zrozumiałam: Czasem najstraszniejsze nie są siniaki, które widać. Czasem to zasady, w które dziecko wierzy tak mocno, iż choćby nie umie ich kwestionować. Wyobraź sobie, iż jesteś na moim miejscu… Czy od razu skonfrontował(a)byś się z siostrą, zadzwonił(a) po pomoc, czy próbował(a) zdobyć zaufanie Michaliny i dokumentować wszystko najpierw? Naprawdę nie wiem, co zrobić dalej. Co ty byś zrobił(a)?
Ceny pączków w restauracji Magdy Gessler. Tyle kosztuje jeden
Wlej 1 łyżkę do wody i włóż parówki. Nie popękają w czasie gotowania i będą smaczniejsze
Jak nie dać się wypaleniu zawodowemu?
Co zmienia się w sklepach od 17 lutego i kogo dotyczą nowe zasady?
Słodka japońska przekąska zawojuje cały karnawał. Jest leciutka i miękka jak chmurka