Kuchnia

Która owsianka jest zdrowsza? Ekspertka rozwiewa wątpliwości
Wstaw do lodówki i zapomnij na kilka godzin. Crème brûlée i inne francuskie desery mogą się schować
Milczałam przez długi czas. Nie dlatego, iż nie miałam nic do powiedzenia, ale wierzyłam, iż jeżeli zacisnę zęby i przemilczę, to utrzymam spokój w rodzinie. Synowa nie lubiła mnie od pierwszego dnia. Na początku to były niby „żarty”. Potem stały się nawykiem. A w końcu – codziennością. Kiedy się pobrali, zrobiłam wszystko, co matka mogłaby zrobić: oddałam im pokój, pomogłam z meblami, stworzyłam im dom. Powtarzałam sobie: „Młodzi są, dogadają się. Ja będę cicho, nie będę się wtrącać.” Ale ona nie chciała, żebym się nie wtrącała. Ona chciała, żebym zniknęła. Każda moja próba pomocy spotykała się z pogardą. – Nie ruszaj, i tak ci nie wychodzi. – Zostaw, ja to zrobię porządnie. – Nie nauczysz się nigdy? Jej słowa były niby ciche, ale kłuły jak igły. Raz przy synu, raz przy gościach, a czasem przy sąsiadach – jakby była dumna, iż potrafi mnie „ustawić w kącie”. Uśmiechała się, mówiła słodkim głosem, ale pełnym jadu. A ja – kiwałam głową. Milczałam. Uśmiechałam się, choć czasem chciało mi się płakać. Najbardziej bolało mnie nie to, co ona mówiła… a to, iż mój syn nic nie mówił. Udawał, iż nie słyszy. Czasem wzruszał ramionami, czasem patrzył w telefon. Kiedy zostawaliśmy sami, mówił: – Mamo, nie zwracaj uwagi. Taka już jest… nie myśl o tym. „Nie myśl o tym”… Jak mam nie myśleć, skoro we własnym domu zaczęłam czuć się obca? Były dni, gdy liczyłam godziny aż wyjdą, żebym mogła pobyć sama, oddychać, nie słyszeć jej głosu. Zaczęła się zachowywać, jakbym była służącą, która ma siedzieć cicho w kącie i milczeć. – Czemu zostawiłaś tu kubek? – Czemu tego nie wyrzuciłaś? – Czemu tyle gadasz? A ja… już prawie nie mówiłam. Pewnego dnia ugotowałam zupę. Nic specjalnego, zwykłą domową. Taką, jaką zawsze robiłam z miłości – gotując. Weszła do kuchni, otworzyła garnek, powąchała i roześmiała się: – I co to niby jest? Znowu twoje „wieśniackie dania”. Dzięki bardzo… A potem dodała coś, co wciąż słyszę w głowie: – Szczerze – gdyby cię nie było, wszystko byłoby łatwiejsze. Mój syn siedział przy stole. Usłyszał. Widziałam, jak zaciska szczękę, ale znów milczał. Odwróciłam się, żeby nie widzieli moich łez. Powiedziałam sobie: „Nie płacz. Nie daj jej satysfakcji.” Ale wtedy ona podniosła głos: – Tylko przeszkadzasz! Wszystkim! I mnie, i jemu! Nie wiem dlaczego… ale tym razem coś pękło. Może nie we mnie, a w nim. Syn wstał od stołu. Powoli. Bez trzaskania, bez krzyków. Powiedział tylko: – Przestań. Ona aż zesztywniała. – Co to znaczy „przestań”? – zaśmiała się niby niewinnie. – Mówię prawdę. Syn podszedł do niej i po raz pierwszy w życiu usłyszałam taki ton: – Prawda jest taka, iż poniżasz moją mamę. W domu, który ona prowadzi. Rękami, które mnie wychowały. Otworzyła usta, ale nie pozwolił jej przerwać: – Milczałem zbyt długo. Myślałem, iż tak jestem „facetem”. Że chronię spokój. Ale nie, po prostu pozwalałem na coś obrzydliwego. I teraz to się kończy. Zbladła. – Wybierasz ją zamiast mnie?! Powiedział wtedy najważniejsze zdanie, jakie kiedykolwiek usłyszałam: – Wybieram szacunek. jeżeli nie potrafisz go dać, to nie jesteś na adekwatnym miejscu. Nastała ciężka cisza. Jakby cały dom zamarł. Ona poszła do pokoju, zatrzasnęła drzwi, zaczęła coś mówić zza nich, ale nie miało to już znaczenia. Syn podszedł do mnie. Oczy miał mokre. – Mamo… przepraszam, iż zostawiłem cię samą. Nie mogłam od razu odpowiedzieć. Po prostu usiadłam. Ręce mi drżały. Klęknął przy mnie i objął dłonie tak, jak byłam mała. – Nie zasługujesz na to. Nikt nie ma prawa cię poniżać. choćby osoba, którą kocham. Zapłakałam. Ale tym razem nie z bólu… tylko z ulgi. Bo w końcu ktoś mnie zobaczył. Nie jako „przeszkodę”, nie jako „starą kobietę”, ale jako matkę. Człowieka. Tak, milczałam długo… ale pewnego dnia mój syn przemówił za mnie. I wtedy zrozumiałam coś ważnego: czasem cisza nie chroni pokoju… tylko czyjąś krzywdę. A wy co myślicie – czy matka powinna znosić upokorzenia „dla spokoju”, czy milczenie tylko powiększa ból?
Usługa „bez kwitu”? Co ósma nieetyczna transakcja może pogłębiać spiralę zaległości.
Dodaję do fasolki. Tak smaczne i syte, iż nikt nie zatęskni za kiełbasą
Sieć DINO zmienia zasady gry. Sklepy zamienią się w…
TasteAtlas 2025/2026, czyli najpyszniejsze kuchnie świata
Dość tego! Polska teściowa kontra nowoczesna synowa – trzy lata krytyki, porównań z idealną żoną kuzyna i niekończących się rad, aż w końcu Natalii puszczają nerwy. Kto rządzi w mieszkaniu kupionym za własne pieniądze i co na to mąż? Cichy bunt, który zmieni układ sił w rodzinie.
W powiecie leskim żyje się najlepiej!
Po nazwie na pewno nie skojarzysz, a to jedna z najzdrowszych ryb z Bałtyku. Ma dużo białka i prawie nie ma ości
Jesz ile chcesz za 35 zł przez cały luty w San Giovanni w Olsztynie!
Kolekcja "Przyjaciele" w McDonald’s. Dorośli oszaleją na punkcie zabawek
Szwagierka wpadła bez zaproszenia na ostatniego Sylwestra – i cała noc poszła na marne
Mam 66 lat i od początku stycznia mieszkam z 15-letnią dziewczyną, która nie jest moją córką. To córka mojej sąsiadki, która zmarła tuż przed Nowym Rokiem. Wcześniej żyły we dwie w małej kawalerce na wynajem, trzy domy od mojego. Mieszkanie było skromne: jedno łóżko dla obu, prowizoryczna kuchnia, niewielki stolik służący za miejsce do jedzenia, nauki i pracy. Nigdy nie widziałam tam luksusu czy wygód – miały tylko to, co niezbędne. Mama dziewczynki chorowała od lat, ale pracowała codziennie. Ja sprzedawałam produkty z katalogu i chodziłam po domach z zamówieniami. Kiedy to nie wystarczało, ona rozkładała przed blokiem stragan, sprzedając drożdżówki, owsianki i soki. Po szkole córka pomagała jej – przygotowywała jedzenie, obsługiwała klientów, sprzątała. Wiele razy widziałam je wieczorem, zmęczone, liczące drobne, by sprawdzić, czy starczy im na kolejny dzień. Kobieta była dumna i pracowita. Nigdy nie prosiła o pomoc. Ja, kiedy mogłam, kupowałam im jedzenie albo przynosiłam coś ugotowanego, ale zawsze z wyczuciem, by nie sprawić przykrości. Nigdy nie widziałam u nich gości ani odwiedzin rodziny. Kobieta nie wspominała o rodzeństwie, kuzynach czy rodzicach. Dziewczynka dorastała tylko z mamą – od małego uczona, by pomagać, nie prosić, radzić sobie z tym, co ma. Teraz, patrząc wstecz, myślę, iż może powinnam być bardziej stanowcza w pomaganiu, ale wtedy szanowałam wyznaczone granice. Śmierć matki była nagła. Jednego dnia była w pracy, a po kilku dniach już jej nie było. Nie było pożegnania, nikt z rodziny się nie pojawił. Dziewczynka została sama w mieszkaniu – z czynszem, rachunkami i zbliżającą się szkołą. Pamiętam jej twarz w tamtych dniach: chodziła po mieszkaniu, nie wiedząc, co robić, bała się, iż trafi na ulicę, nie wiedziała, czy ktoś się nią zainteresuje czy odeślą ją w nieznane. Wtedy podjęłam decyzję, by przyjąć ją pod swój dach. Nie było narady, wielkich słów – po prostu powiedziałam, iż może zostać ze mną. Spakowała swoje rzeczy – to, co miała – w torby i przyszła. Zamknęłyśmy mieszkanie, znalazłyśmy właściciela i zrozumiał sytuację. Teraz mieszka ze mną. Nie jest tu ciężarem ani kimś, dla kogo wszystko trzeba robić. Podzieliłyśmy obowiązki: ja gotuję i organizuję jedzenie, ona pomaga w sprzątaniu – zmywa naczynia, ścieli łóżko, zamiata i porządkuje wspólne przestrzenie. Każda zna swoje zadania. Nie ma krzyków ani rozkazów – wszystko ustalamy razem. Pokrywam jej wydatki: ubrania, zeszyty, przybory szkolne i codzienne przekąski. Szkoła jest dwie przecznice od domu. Odkąd tu jest, jest mi finansowo trochę trudniej, ale nie mam z tym problemu. Wolę tak niż mieć świadomość, iż zostałaby sama i przeżywała niepewność, jaką znała z życia z chorą matką. Nie ma nikogo innego, a i ja nie mam dzieci zamieszkałych ze mną. Uważam, iż każdy postąpiłby podobnie. Jak wy oceniacie moją historię?
Zmęczona sprzątaniem po mężu
Bez „trzeba” Antoni otworzył drzwi i zobaczył na kuchennym stole trzy talerze z zaschniętym makaronem, przewrócony kubeczek po jogurcie i otwarty zeszyt w kratkę. Plecak Kacpra leżał pośrodku korytarza, Weronika siedziała na kanapie, wpatrzona w telefon. Postawił torbę na podłodze, rozwiązał buty. Chciał coś powiedzieć o talerzach, ale nagle ścisnęło go w gardle ze zmęczenia, więc po prostu podszedł do stołu, wziął jeden talerz i zaniósł go do zlewu. — Tato, ja zaraz umyję — powiedziała Weronika, nie podnosząc wzroku. — Mhm. Odkręcił wodę, opłukał talerz. Makaron zmiękł i popłynął do odpływu. Zakręcił kran i zatrzymał się, patrząc na mokre naczynie. — Werka, a gdzie Kacper? — U siebie. Robi matematykę. — A ty? — Ja już wszystko zrobiłam. Wytarł ręce w ręcznik, przeszedł do pokoju Kacpra. Syn leżał na dywanie z pięścią pod głową, w zeszycie rozpisane jedno i pół zadania. — Cześć — powiedział Antoni. — Cześć. — Jak tam? — Spoko. — Lekcje? — Robię. Antoni przysiadł na brzegu łóżka. Kacper spojrzał na niego kątem oka, po czym znów wlepił wzrok w zeszyt. — Tato, o co chodzi? — Nie wiem — powiedział Antoni. — Chyba jestem zmęczony. Naprawdę nie wiedział. Rano dzwoniła mama, prosiła, by wpadł pomóc posegregować stare rzeczy, potem w pracy zebranie przeciągnęło się do szóstej, w metrze stał ściśnięty przy drzwiach. Teraz siedział w pokoju syna i uświadamiał sobie, iż nie chce mówić o talerzach, o lekcjach ani o porządku. Nie chce być funkcją, która po prostu wraca do domu i włącza się automatycznie. — Słuchajcie, spotkajmy się w kuchni — powiedział. — Wszyscy razem. — A po co? — Pogadać. Kacper się skrzywił. — Znowu o tej dwójce z polskiego? — Nie. Po prostu pogadać. — Tato, nie skończyłem lekcji. — Dokończysz potem. Pięć minut. Wstał, wyszedł i zawołał Weronikę. Uniosła tylko wzrok, westchnęła z irytacją. — Serio? — Serio. Rzuciła telefon na kanapę i poszła za nim. Kacper wyturlał się z pokoju, stanął w progu kuchni, jakby się wahając, czy wejść. Antoni usiadł przy stole, odsunął zeszyt na bok. Weronika naprzeciwko, Kacper na krańcu krzesła. — Co się stało? — spytała Weronika. — Nic się nie stało. — To po co? Antoni popatrzył na nią, potem na Kacpra. Kacper miał zaniepokojone oczy, wyczekujące jakiejś złej wiadomości. — Chciałem po prostu pogadać — powiedział Antoni. — Tak szczerze. Bez „trzeba odrobić lekcje”, „trzeba pozmywać naczynia”, tego wszystkiego. — Czyli można nie zmywać? — ostrożnie zapytał Kacper. — Później zmyjemy. Mówię o czymś innym. Weronika skrzyżowała ręce na piersi. — Jakiś jesteś dziś dziwny. — Dziwny — przyznał. — Może dlatego, iż mam już dość udawania, iż wszystko gra. Zamilkli. Próbował znaleźć odpowiednie słowa, ale w głowie miał pustkę. — Nie wiem, jak to powiedzieć — zaczął. — Ale chyba wszyscy coś odgrywamy. Ja przychodzę, wy udajecie, iż wszystko OK, ja udaję, iż wierzę. Rozmawiamy o szkole, o obiedzie, a tak naprawdę wcale nie rozmawiamy. — Tato, przytłaczasz nas — odezwała się cicho Weronika. — Po co? — Nie wiem. Może sam sobie nie radzę i boję się, iż wy też sobie nie radzicie, tylko choćby nie wiem, z czym. Kacper zmarszczył brwi. — Ja sobie radzę. — Naprawdę? — spojrzał Antoni. — A czemu ostatnio zasypiasz dopiero po północy? Kacper zamilkł, gapiąc się w stół. — Słyszę, jak się wiercisz — mówił Antoni. — A rano wyglądasz, jakbyś w ogóle nie spał. — Po prostu nie chce mi się spać. — Kacper… — No co „Kacper”? — Powiedz, jak jest naprawdę. Wzruszył ramionami i odwrócił się. — W szkole wszystko dobrze. Lekcje robię. Czego chcesz więcej? — Nie pytam o lekcje. Weronika się wtrąciła: — Tato, przestań go przesłuchiwać. — Nie przesłuchuję. Chcę zrozumieć. — Ale on nie chce mówić. Ma do tego prawo. Antoni popatrzył na nią. — Dobrze. To powiedz ty, jak tam u ciebie. Uśmiechnęła się krzywo. — U mnie? Świetnie. Uczę się, spotykam z koleżankami, wszystko jak trzeba. — Werka… Zamilkła, spuściła wzrok. — Co? — Od miesiąca prawie nie wychodzisz z domu. Koleżanki dwa razy cię zapraszały, odmówiłaś. — No i co z tego? Nie chciało mi się. — Dlaczego? Zacisnęła wargi. — Bo jestem zmęczona nimi, ich gadaniem o chłopakach i pierdołach. Wystarczy? — Wystarczy — powiedział. — Tylko wydajesz się smutna. Potrząsnęła głową, jakby chciała coś z siebie zrzucić. — Nie jestem smutna. — Okej. Zapadła cisza. W pokoju słychać było tylko cichy szum lodówki za plecami. — Słuchajcie — zaczął powoli — nie chcę was teraz wychowywać. I nie chcę, żebyście mnie uspokajali. Po prostu powiem jak jest: boję się. Codziennie. Martwię się, iż zabraknie nam pieniędzy, iż babcia zachoruje i nic nie powie, iż mnie zwolnią z pracy. Boję się, iż wy coś przeżywacie, a ja choćby tego nie zauważę, bo jestem zbyt zajęty sobą. I mam już dosyć udawania, iż mam wszystko pod kontrolą. Weronika mrugnęła i popatrzyła na niego z uwagą. — Ale ty jesteś dorosły — powiedziała cicho. — Powinieneś sobie radzić. — Wiem. Ale nie zawsze sobie radzę. Kacper podniósł głowę. — A co, jeżeli nie dasz rady? — Nie wiem — szczerze odpowiedział Antoni. — Chyba wtedy trzeba będzie prosić o pomoc. — Kogo? — Was, na przykład. Kacper zmarszczył się. — Ale my przecież jesteśmy dziećmi. — Jesteście dziećmi, tak. Ale też częścią tej rodziny. I czasem potrzebuję, żebyście po prostu powiedzieli szczerze, jak jest. Nie „wszystko dobrze”, tylko naprawdę. Weronika przeciągnęła ręką po stole, zgarniając niewidzialne okruchy. — Po co ci to wiedzieć? — Żeby nie być sam. Spojrzała na niego — i zobaczył w jej oczach coś, co przypominało zrozumienie. — Boję się chodzić do szkoły — powiedział nagle Kacper. — Jeden chłopak mówi, iż jestem głupi. Codziennie. I wszyscy się śmieją. Antoni poczuł, jak ściska mu się serce. — Jak ma na imię? — Nie powiem. Pójdziesz się z nim kłócić i będzie jeszcze gorzej. — Nie pójdę. Obiecuję. Kacper spojrzał z nieufnością. — Naprawdę? — Naprawdę. Chcę tylko wiedzieć, iż nie jesteś sam. Kacper kiwnął głową i spuścił wzrok. — Nie jestem sam. Jest tam Dima, jest spoko. Siedzimy razem. — Dobrze. Weronika westchnęła. — Nie chcę do liceum — powiedziała cicho. — Wszyscy pytają, gdzie pójdę, a ja nie wiem. W ogóle nie wiem. I mam wrażenie, iż nigdzie nie pójdę, bo na niczym się nie znam. — Werka, masz czternaście lat. — No i co? Wszyscy już się zdecydowali. A ja nie. — Nie wszyscy. — Wszyscy, których znam. Pomilczał. — Też myślałem w twoim wieku, iż zostanę geologiem. Potem się rozmyśliłem. Potem jeszcze raz. I teraz pracuję gdzie indziej, niż sądziłem. — I jak? Jest okej? — Różnie. Czasem dobrze, czasem ciężko. Takie jest życie — nie musi być ustalone z góry. Weronika kiwnęła głową, ale niepewnie. — Po prostu wszyscy mówią, iż trzeba już wiedzieć. — Mówią — przyznał. — Ale to ich słowa, nie twoje. Spojrzała na niego, prawie się uśmiechając. — Naprawdę jesteś dziś inny. — Zmęczyło mnie bycie „właściwym”. Kacper parsknął. — Mogę ci coś zapytać? — Jasne. — Ty naprawdę się boisz? — Naprawdę. — I co robisz, gdy się boisz? Antoni zamyślił się. — Wstaję rano i coś robię. choćby jeżeli nie wiem, czy dobrze. Po prostu robię. Kacper kiwnął głową. — Rozumiem. Siedzieli w milczeniu. Antoni patrzył na nich i wiedział, iż niczego nie rozwiązał, nie dał odpowiedzi, nie zabrał lęków. Ale coś się zmieniło: pokazał im, iż też może być człowiekiem, nie tylko funkcją — i oni odpowiedzieli tym samym. — Trzeba pozmywać naczynia — powiedziała Weronika, wstając. — Pomogę — rzucił Kacper. — Ja też — dodał Antoni. Wszyscy wstali, Weronika odkręciła kran, Kacper podał gąbkę. Antoni wziął ręcznik do wycierania. Pracowali w milczeniu, ale nie było to już stare, puste milczenie. Było pełne. Gdy ostatni talerz trafił na suszarkę, Weronika wytarła ręce i spojrzała na tatę. — Tato, a można jeszcze tak kiedyś pogadać? Tak po prostu. — Można — powiedział. — Zawsze, gdy będziesz chciała. Kiwnęła głową i poszła do siebie. Kacper jeszcze chwilę postał. — Dzięki, iż nie będziesz się z nim kłócił — powiedział. — Ale jeżeli będzie naprawdę źle, powiesz mi? — Powiem. — To chodź robić matematykę. Poszli do pokoju Kacpra, usiedli na dywanie. Antoni wziął zeszyt, spojrzał na zadania. Kacper przysunął się bliżej i zaczęli razem rozwiązywać, bez pośpiechu, prawie jak zwykle. Ale tym razem Antoni wiedział, iż za tymi zadaniami stoi chłopak, który się boi, i iż może być obok nie tylko jako sprawdzający, ale ktoś, kto też się boi — i wciąż wstaje codziennie rano. To może niewiele, ale to był początek.
Odstąpiłem od ślubu Archip do późna przesiadywał w laboratorium, nieustannie przelewając tajemnicze płyny z probówki do probówki i badając sypkie proszki. Wierzył, iż jego mozolna praca niedługo przyniesie owoce, a on wreszcie będzie mógł pokazać światu swoje odkrycie – pozyskanie wyjątkowej substancji z korzeni rzadkiej rośliny. Zapał, z jakim czterdziestoletni naukowiec oddawał się eksperymentom, sprawiał, iż nie zauważał zainteresowanych spojrzeń młodej sprzątaczki Zosi, niedawno zatrudnionej w instytucie. Archip – zapatrzony w marzenia o wielkim sukcesie – był kompletnie głuchy na to, jak Zosia godzinami przesiaduje w jego gabinecie, opierając się o mop i śledząc go z uwagą. Opowiadanie “Mamusiu!” / Dziennik Polski Pewnego wieczoru dziewczyna zebrała się na odwagę: — Panie Archipie, pan ciągle tylko siedzi i siedzi całą godzinę w jednym miejscu. Może herbaty napijemy się razem? Przypadkiem przyniosłam czajnik elektryczny. A i domowe swojskie kiełbaski mam. Kiedy Archip usłyszał o kiełbaskach, odłożył papiery i wstał od stołu. — Herbatka zawsze w cenie. Z kiełbaskami, mówisz? Głupio byłoby odmawiać takiego poczęstunku. Uradowana Zosia wydobyła ze swojego plecaka czajnik i plastikowy pojemnik, w którym kryły się smakowite smakołyki. — To mama z wioski przywiozła mi wczoraj domową mielonkę, więc narobiłam na gwałtownie kiełbasek z boczkiem i zapiekłam, opowiadała ze śmiechem Zosia, stawiając pudełko na biurku. — Ciekawe… — mruknął Archip, wyciągnął z kieszeni fartucha okulary i znów je nałożył. Gdy woda grzała się w czajniku, naukowiec bacznie oglądał pojemnik. — Proszę powiedzieć, od której godziny ten pojemnik z jedzeniem leżał w pani plecaku? Zosia niepewnie wzruszyła ramionami: — Od rana… a co? — Hm. A wieczko było tak szczelnie zamknięte jak teraz? — No… tak — speszyła się dziewczyna. — Myśli pan, iż się już popsuło? Nie powinno, w szatni było chłodno, grzejniki przez cały czas wyłączone. Archip bił się z myślami: — W takim razie… chyba napijemy się tylko herbaty. Kiełbaski proszę zabrać do domu. Zosia — poświęciwszy wieczór na pieczenie — była wściekła. Ostentacyjnie zabrała pojemnik. Archip dostrzegł determinację w jej oczach. — Ale nie otwieraj! — krzyknął, odskakując z chusteczką przy nosie. Zosia pociągnęła nosem i wzruszyła ramionami. — To dobrze pachnie, serio. Ehh, wy mieszczuchy, dużo sobie wyobrażacie. Nie chcecie spróbować — zjem sama! Postawiła pojemnik na stole i zaczęła nalewać herbatę. Archip podszedł, popijając gorący napój, ukradkiem zerkał na dziewczynę, która ze smakiem pałaszowała kiełbasę. — Wołowina? — zapytał. — Uhm, — potwierdziła Zosia, nie odrywając się od jedzenia. — Wygląda apetycznie. I naprawdę dobrze pachnie. Archip nie mógł już dłużej wytrzymać. Jego organizm nie uznawał już wymówek… Westchnął, ale ręka sama sięgnęła po przekąskę. Skórka kiełbaski pękła pod zębami. — Mmm, rewelacja. Kto robił? — Przecież mówię, ja! — zarumieniła się Zosia. Archip jadł z zamkniętymi oczami, rozkoszując się smakiem. — Brak mi słów… Zosia ucieszona otarła najpierw usta, a potem łzy. — Wiedziałam! Mówię przecież, iż się nie popsuło i robię takie rzeczy od dzieciństwa! *** Za sycącą kolację Archip obiecał odprowadzić Zosię na przystanek. Zaczęli rozmawiać; Zosia okazała się mieć tylko dwadzieścia trzy lata. Młodziutka jak córka. Na przystanku spędzili dziesięć minut, autobus nie pojawiał się. — Może jutro przyniosę domowe ciasteczka? Które pan lubi: marchewkowe czy z twarogiem? — Kocham każde. — Więc upiekę oba rodzaje! Archip nie mógł doczekać się jutra. choćby zapomniał o pracy i obliczeniach. A śnił mu się wstydliwy sen: Zosia zdejmowała z ramienia słodką bluzkę… Obudził się z wypiekami. — Czterdziestka na karku, a takie rzeczy w głowie, niepojęte… Część 2 Przed spotkaniem z przyszłą rodziną Archip był niespokojny. W taksówce nerwowo wygładzał przerzedzone włosy na czubku głowy. Wczoraj Zosia — głowę Archipa opartą na swoim kolanie — wyskubała pęsetą wszystkie siwe włosy. Ogolił się starannie, włożył garnitur, zawiązał krawat, psikał się perfumami. Zosia przytuliła się policzkiem do jego twarzy, jak kotka. — Spodobasz im się, — pocieszała. — Mama jest wyrozumiała, a ojczym? Dusza człowiek, zgadza się na wszystko. — Ile lat ma twoja mama? — Czterdzieści pięć. — A ja już czterdziestka! Myślisz, iż się zgodzi? — No coś ty, mam kłamać, iż czekamy dziecka? — Tak nie zaczynajmy! — przeraził się Archip. Wreszcie dotarli. Archip ledwo wysiadł, wiatr porwał mu czapkę, a śnieg zamiótł pod nogi. W tak wielkich zaspach nie widział w życiu. Zosia zapłaciła kierowcy i z walizkami pomaszerowała do domu. Dom ledwie trzymał się “kupy”: krzywy dach z eternitu, komin z garczkiem, drzwi skrzypiały, podłoga uginała się pod nogami. “Matko Boska, jak można tak żyć?” — zdziwił się Archip. Zosia poprosiła, by się rozebrał i pchnęła do pokoju gościnnego. W nim stała kobieta w bawełnianym szlafroku. — Mamo, to Archip, mój narzeczony. Kobieta nie kryła chłodu. — Witam, — rzuciła i prześlizgnęła go wzrokiem od stóp do głów. — Dziecko, żartujesz? Ile ty masz lat? Archip spłoszony: — Przepraszam, przedstawiam się — Archip, pracujemy z Zosią razem… — Ile pan ma lat?! — przerwała matka. — Czterdzieści. — A moja córka dwadzieścia trzy! Przecież to przepaść! — Wiem, jestem starszy, ale kocham państwa Zosię, mam pracę, mieszkanie w Krakowie. choćby domek pod miastem. — Samochodu nie ma! — Bo słabo widzę, ale mogę kupić, nauczę Zosię prowadzić… — Tego jeszcze brakowało! — krzyknęła matka, — zechciał pan zrobić z mojej córki służącą! A pańszczyzna dawno się skończyła! — Ależ proszę pani! — jęknął Archip, — chcę Zosię poślubić! A potem ślub kościelny, dzieci… Będę uczciwy! Zza pieca wynurzył się uśmiechnięty mężczyzna, przystojny, młodszy niż Archip. — Dobry wieczór, słyszałem już o panu, — uśmiechnął się. To ojczym. Archip pomyślał: “No, ten to wygląda jak młody ogier”. — Andrzeju, nie podlizuj się! Nie oddam córki za tego starego przebiegłego! — ryknęła matka. — Mamo! Przestań! — jęknęła Zosia. — Chodzę z nim! — Nie ma mowy! Rodzinna awantura nabierała rozmachu. Archip chciał zniknąć. Cicho rozplótł jej palce z dłoni i próbował uciec. — Zosiu… przepraszam… nie mogę przeciwko twojej matce. — A wolno się nade mną znęcać!? — wybuchła Zosia. — Przecież przynosi pan do domu chłopaka, który mógłby być pańskim synem! A mnie każe się wynosić! — Nie pyskuj matce! — wrzasnął Andrzej. — Zamknij się! — wrzasnęła matka. Ruszyła jatka. Archip, skulony, biegł do drzwi. Przeleciała obok niego taboretka. “Ratuj się kto może!” — powtarzał w myślach, wybiegając na zewnątrz. Biegał po wsi szukając taksówki lub przystanku. Ciśnienie mu rosło. “Po co mi to było? Siedziałbym w ciepłym laboratorium!” — jęknął, sprawdzając komórkę (zasięg zerowy). Zmęczony wrócił pod dom poznając komin z garczkiem. Było cicho, Zosia wyszła ze spakowanymi torbami. — Archipku, jesteś? — zapytała. — Bałam się, iż uciekłeś. — Po prostu… zaczerpnąłem powietrza, — skłamał. — Jak matka nie chce mnie pobłogosławić, to odchodzę, — oświadczyła. Archip milczał, tańczył na śniegu z zimna. Buty przemokły, palce zdrętwiały. Już żałował, iż się w to wdał. Czy naprawdę mu na Zosi zależy? Zwłaszcza z tak ponurą rodziną? *** Matka Zosi pojawiła się na progu w baranicach i walonkach, dumna jak szlachcianka. — Nie szanujesz mnie, droga wolna, — obwieściła. — Teraz — on za ciebie odpowiada. — Wolę z nim być niż z wami, mamo! — odpaliła Zosia. — Tylko zamówcie nam taksówkę. — Jeszcze czego! Teraz sami sobie radzicie. Zosia bezradnie szturchnęła Archipa. — Zrób coś! Zziębnięty Archip mruknął: — Zasięg nie łapie! Może pójdziesz do sąsiadki po telefon? Po raz pierwszy w życiu był tak zagubiony. Osunął się w śnieg, omdlały od emocji i chłodu. — Co się dzieje?! — krzyknęła Zosia. Archip cicho jęknął: — Zawroty głowy… Myślałem, iż tu umrę. Chcę do domu… *** Ocknął się po zastrzyku od pielęgniarki w znajomym, opłakanym wnętrzu. — Proszę leżeć, ma pan kryzys nadciśnieniowy. — N-nigdy się tak nie denerwowałem… Wizja przyszłej teściowej przewijała mu się przed oczami. — Jeszcze chory! — zadrwiła. — Mama, odejdź! — zawołała Zosia. Zosia podała mu herbatę i poiła z łyżeczki. Pielęgniarka już wychodziła. Archip zapytał: — Może zabierze mnie pani stąd? — Gdzie? Ja jestem wiejską pielęgniarką! Zosia wpatrywała się w niego ze łzami. — Ty chcesz wyjechać? Już nie musisz, mama się zgodziła! Archip już nie chciał ślubu. Balił się spojrzeć Zosi w oczy. “Wy się dogadajcie, a ja jeżeli tylko ucieknę stąd żyw, więcej w życiu się nie dam wciągnąć w taką kabałę!” *** Po pracy Archip odwrócił się do laborantki: — Skończyłem. Kończ pani też. Zamykam laboratorium. Laborantka, trzydziestodwuletnia panienka w okularach, zaczerwieniła się. — Upiekłam ciasto. Napijemy się herbaty? — Nie! Tu się pracuje, nie pije herbaty! — Już po godzinach… — Proszę iść do domu! — wypalił. Jej uśmiech zgasł. Zabrała rzeczy i wyszła, rzucając przez ramię: — Wariat. Archip zamknął drzwi i wrócił do domu. Sonia otworzyła mu drzwi: — Dobry wieczór, Archipie Glebowiczu. — Co dziś na kolację? — spytał beznamiętnie. — Gęsty rosół z kaczki i pierogi z ziemniakami. — Super. Zanotuj, ile za produkty do zwrotu. Dodam do pensji. Archip umył ręce i usiadł do stołu. Sonia chodziła wokół niego. — przez cały czas jesteś zły na moją mamę? Przecież już rozmawiałam z nią. Najadła ci ceny, przestraszyła się, iż taki uczony jej się nie trafi! Ot, durnowata kobieta była. A ja cię kocham! Archip mieszał zupę. Coś mu przeszkadzało… — Zraziła cię rodzinna kłótnia? Takie życie, najważniejsze to się pogodzić. Przeginamy czasem, ale kto nie? Archip nagle wstał, objął Zosię za ramiona i grzecznie wyprosił za drzwi, podając jej rzeczy. — Już późno, idź do domu. Jutro nie przychodź, zjem pierogi. Ale na pojutrze czekam. Zamykając za zapłakaną Zosią drzwi, Archip wrócił do kuchni i spokojnie zasiadł do obiadu.
Nocne patrole w Częstochowie: wsparcie dla osób w kryzysie bezdomności
Każdy troszczy się tylko o siebie — Opowieść o Maksie, który walczy o własne mieszkanie, zmagając się z szalejącymi cenami i brakiem pieniędzy, oraz o jego mamie LIDII, która poświęca niemal wszystkie swoje oszczędności i czas dla rodziny, aż w końcu postanawia postawić siebie na pierwszym miejscu i odkryć, iż miłość nie musi oznaczać bezgranicznego poświęcenia
Trzymajmy się ciepło w mrozy
Mam 60 lat. Nie oczekuję już wizyt przyjaciół ani rodziny w moim domu – wielu uważa mnie za zbyt wyniosłą, ale nie przejmuję się tym; przestałam zapraszać gości, bo wolę spotkania w kawiarni, nie chcę w domu cudzych problemów, ani sprzątać po imprezach, a teraz, kiedy jestem na emeryturze, cenię swój spokój i wolny czas. Czy ktoś z Was też tak ma?
O Kuchnia! #1
Kwaśnica z Hotelu Ostaniec. Rewelacja!
Jedz codziennie, a gwałtownie zobaczysz różnicę. Wystarczy jedna sztuka
Carbonara i bolognese już mnie znudziły. Więc robię makaron po koreańsku
Hiszpański klasyk, idealny na srogą zimę. Główny składnik wspiera odporność
Warszawa walczy z mrozem. Bez ogrzewania przy - 19 st. C., za to luksusy w miejskich namiotach
Rączka robi mięciutkie serowe pączki z kaszą manną bez żmudnego wyrabiania. Przepis wygrywa karnawał
Od 17 lutego wchodzą zmiany. Będą obowiązywać w sklepach spożywczych
Ostatnie lato na starym rodzinnym domu Władek przyjechał w środę, gdy słońce już grzało dach tak mocno, iż eternit zaczął pękać. Furtka wypadła z zawiasów kilka lat temu, przeszedł nad nią i zatrzymał się na ganku. Trzy schodki – dolny przegniły na wylot. Wszedł ostrożnie na drugi, sprawdzając ciężar, i poszedł dalej. Wewnątrz unosił się zapach stęchlizny i myszy. Warstwa kurzu leżała równo na parapetach, w kącie salonu na belce rozpięta pajęczyna aż do starej kredensy. Władek otworzył okno, rama puściła z trudem, a do pokoju wpadł zapach nagrzanych pokrzyw i suchej trawy z podwórka. Odszedł wszystkie cztery pokoje, robiąc w myślach listę: umyć podłogi, sprawdzić piec, naprawić wodociąg w letniej kuchni, wyrzucić wszystko, co zgniło. A potem zadzwonić do Andrzeja, mamy, siostrzeńców. Powiedzieć: przyjeżdżajcie w sierpniu, spędzimy tu miesiąc jak dawniej. Dawniej — dwadzieścia pięć lat temu, gdy ojciec jeszcze żył i każde lato spędzali tu wszyscy razem. Władek pamiętał, jak z mamą gotowali konfitury w miedzianym rondlu, jak z bratem nosili wodę ze studni, jak matka czytała im wieczorami na werandzie. Potem ojciec zmarł, mama przeprowadziła się do miasta do młodszego syna, dom zabito deskami. Władek przyjeżdżał raz do roku, sprawdzał, czy nikt niczego nie ukradł, i wyjeżdżał. Ale tej wiosny coś się w nim przełamało: trzeba spróbować to odzyskać. Choćby na chwilę. Pierwszy tydzień pracował sam. Wyczyścił komin, wymienił dwie deski w ganku, umył okna. Pojechał do powiatowego miasta po farbę i cement, umówił elektryka do wymiany instalacji. Sołtys, spotkawszy go pod sklepem, pokręcił głową: — Po co, Władek, inwestujesz w tę ruinę? I tak sprzedasz. Władek odparł krótko: — Nie sprzedam przed jesienią — i poszedł dalej. Andrzej przyjechał pierwszy – w sobotę wieczorem, z żoną i dwójką dzieci. Wysiadł z samochodu, rozejrzał się po podwórku i skrzywił. — Serio uważasz, iż tu damy radę miesiąc? — Trzy tygodnie — poprawił go Władek. — Dzieci na świeżym powietrzu, a tobie też się przyda. — Tu choćby prysznica nie ma. — Jest sauna! Dziś napalę. Dzieci – jedenastoletni chłopak i ośmioletnia dziewczynka – powlekli się do huśtawki, którą Władek wczoraj zawiesił na starym dębie. Żona Andrzeja, Sylwia, bez słowa poszła do domu z torbą z zakupami. Władek pomógł im wypakować rzeczy. Andrzej przez cały czas się krzywił, ale nic nie powiedział. Mama przyjechała w poniedziałek, przywiózł ją sąsiad. Weszła do domu, stanęła pośrodku salonu i westchnęła. — Wszystko takie małe – powiedziała cicho – pamiętałam większy dom. — Nie byłaś tu trzydzieści lat, mamo. — Trzydzieści dwa. Przeszła do kuchni, pogładziła ręką blat stołu. — Tu zawsze było zimno. Ojciec obiecywał centralne, ale nigdy się nie zebrał. Władek słyszał w jej głosie nie nostalgię, ale zmęczenie. Zaparzył jej herbatę i posadził na werandzie. Mama siedziała, patrząc w sad, i opowiadała, jak było ciężko nosić wodę, jak bolały plecy po praniu, jak sąsiedzi plotkowali. Władek słuchał i widział, iż dla niej ten dom to nie gniazdo, ale rana sprzed lat. Wieczorem, gdy mama poszła spać, Władek i Andrzej siedzieli przy ognisku przed domem. Dzieci już spały, Sylwia czytała książkę przy świecy — elektryczność była tylko w połowie domu. — Po co ci to wszystko? – spytał Andrzej, patrząc w ogień. — Chciałem nas zebrać. — Przecież widujemy się na święta. — To nie to samo. Andrzej się uśmiechnął. — Władek, jesteś marzycielem. Myślisz, iż po tych trzech tygodniach będziemy bliżej? — Nie wiem — przyznał Władek. — Chciałem spróbować. Brat zamilkł, a potem odezwał się łagodniej: — Fajnie, iż to wymyśliłeś. Ale nie nastawiaj się na cuda. Władek nie czekał na cud. Ale miał nadzieję. Kolejne dni upłynęły na krzątaninie. Władek naprawiał płot, Andrzej pomagał wymieniać dachówki na stodole. Chłopak, Artur, najpierw się nudził, potem znalazł w szopie stare wędki i zaczął całymi dniami łowić ryby w rzece. Dziewczynka, Sonia, pomagała babci pielić grządki, które Władek naprędce założył przy południowej ścianie domu. Pewnego dnia, gdy wszyscy razem malowali werandę, Sylwia nagle się zaśmiała. — Jesteśmy jak trybunał robotniczy. — Trybunalscy chociaż plan mieli — mruknął Andrzej, ale się uśmiechnął. Władek widział, iż napięcie powoli opada. Wieczorami jedli kolację przy długim stole na werandzie, mama gotowała zupę, Sylwia piekła sernik z wiejskiego twarogu. Rozmawiali o drobiazgach: gdzie kupić moskitierę, czy kosić trawę pod oknem, czy pompa do wody wreszcie działa. Aż pewnego wieczoru, gdy dzieci spały, mama powiedziała: — Wasz ojciec chciał sprzedać ten dom. Jeszcze wtedy, na rok przed śmiercią. Władek zamarł z kubkiem w ręku. Andrzej zmarszczył brwi. — Dlaczego? — Był zmęczony. Mówił, iż dom to kotwica. Chciał się przenieść do miasta, bliżej przychodni. Ja się sprzeciwiłam. Myślałam, iż to nasze, rodzinne. Pokłóciliśmy się. Nie zdążył sprzedać, a po roku zmarł. Władek odstawił kubek. — Winiłaś się? — Nie wiem. Tylko… zmęczyło mnie to miejsce. Tutaj wszystko przypomina, jak postawiłam na swoim, a on nie zdążył spokojnie pożyć. Andrzej odchylił się na krześle. — Mamo, nigdy o tym nie mówiłaś. — Nie pytaliście. Władek spojrzał na matkę. Siedziała zgarbiona, zmęczona staruszka, i nagle zobaczył, iż dom to dla niej nie skarb, a ciężar. — Może trzeba było sprzedać — powiedział cicho. — Może — zgodziła się mama. — Ale tu się wychowaliście. To chyba coś znaczy. — Co dokładnie? Podniosła na niego wzrok. — To, iż pamiętacie, kim byliście. Zanim życie was porozrzucało. W te słowa Władek nie od razu uwierzył. Ale następnego dnia, gdy poszedł z Andrzejem i Arturem nad rzekę i chłopak złowił pierwszego okonia, zobaczył, jak brat objął syna i naprawdę się zaśmiał. I wieczorem, gdy mama opowiadała Soni, jak tu, na tej werandzie, uczyła jej tatę czytać, Władek usłyszał w jej głosie nie ból, a coś innego. Może pogodzenie. Wyjazd zaplanowali na niedzielę. Dzień wcześniej Władek napalił w saunie, wszyscy się wykąpali, potem pili herbatę na werandzie. Artur spytał, czy przyjadą znów za rok. Andrzej spojrzał na Władka, ale nie odpowiedział. Rano Władek pomagał nosić rzeczy. Mama przytuliła go na pożegnanie. — Dziękuję, iż zaprosiłeś. — Myślałem, iż będzie lepiej. — Było dobrze. Po swojemu. Andrzej poklepał go po ramieniu. — Jak chcesz, sprzedawaj. Nie mam nic przeciw. — Zobaczymy. Samochód odjechał, na drodze opadł kurz. Władek wrócił do domu. Okrążył pokoje, zebrał resztki naczyń, wyniósł śmieci. Potem zamknął okna, drzwi na klucz. Wyjął ze stodoły stary, ciężki, zardzewiały kłódkę i zawiesił na furtce. Stał przed bramą, patrząc na dom. Dach równy, ganek naprawiony, okna czyste. Dom wyglądał na żywy. Ale Władek wiedział, iż to złudzenie. Dom żyje, gdy są w nim ludzie. Przez trzy tygodnie był żywy. Może to wystarczy. Wsiadł do samochodu i ruszył. W lusterku mignął dach domu, potem zasłoniły go drzewa. Jechał wolno dziurawą drogą i myślał, iż jesienią zadzwoni do agencji nieruchomości. Ale póki co — będzie pamiętał, jak siedzieli razem przy stole, jak mama śmiała się z żartu Andrzeja, jak Artur pokazywał złowioną rybę. Dom spełnił swoją rolę. Znów ich połączył. I to wystarczy, by pozwolić mu odejść bez żalu.
Zapomniany rarytas z czasów PRL-u. Prawdziwa kolagenowa bomba
Dzień, w którym zrozumiałem, iż żyłem z potworem
„Co masz na myśli, mówiąc iż ‘nic nie przygotowano na kolację’? Nie przyszliśmy tu dla ciebie!” – zaprotestował teść, siadając przy pustym stole.
Kupuję sobie najlepsze filety z indyka i robię na parze delikatne kotlety, a mężowi serwuję przeterminowaną wieprzowinę – po trzydziestu latach małżeństwa mam dość jego lenistwa i nauczyłam się dbać przede wszystkim o siebie!
Żadna jajecznica czy sadzone. Na śniadanie robię kremowe jajka po japońsku
– Mama zachorowała i zamieszka u nas. Będziesz musiała się nią opiekować! – oznajmił mąż Świecie — Przepraszam, co? — zapytała spokojnie Światłana, odkładając telefon, na którym właśnie sprawdzała służbowy czat. Sergiusz stał w drzwiach kuchni, z założonymi na piersi rękami. Wyglądał tak, jakby właśnie podjął ostateczną i niepodlegającą dyskusji decyzję. — Powiedziałem, iż mama zamieszka z nami na pewien czas. Potrzebuje stałej opieki. Lekarz twierdzi, iż co najmniej dwa, trzy miesiące, może i dłużej. Świa poczuła, jak w środku powoli coś się zaciska. — A kiedy o tym zdecydowałeś? — zapytała, starając się brzmieć spokojnie. — Dziś rano rozmawiałem z siostrą i z lekarzem. Wszystko już postanowione. — Czyli wy troje ustaliliście, a ja mam się po prostu dowiedzieć i zgodzić? Sergiusz lekko się zmarszczył — jak ktoś, kto spodziewa się oporu, ale i tak jest zaskoczony. — Świeto, przecież rozumiesz. To moja mama. Komu innemu miałaby się powierzyć? Siostra jest w Gdańsku, ma małe dzieci, pracuje… A my mamy dużą mieszkanie, ty pracujesz zdalnie, jesteś częściej w domu… — Pracuję pięć dni w tygodniu, całą dniówkę, od dziewiątej do siedemnastej, czasem dłużej. Dobrze o tym wiesz. — No i co? — rozłożył ręce. — Mama nie jest wymagająca. Musi tylko ktoś być w pobliżu. Podać leki, odgrzać obiad, pomóc w łazience… Dasz radę. Światłana patrzyła na męża i czuła w piersi chłodną pustkę zamiast złości — póki co tylko jasne zrozumienie: on naprawdę sądzi, iż to oczywiste. Że jej praca i życie prywatne są mniej ważne od „potrzeby mamy”. — Rozważaliście opiekunkę? — zapytała cicho. Sergiusz skrzywił się. — Wiesz, ile to kosztuje? Dobra opiekunka to trzy i pół tysiąca miesięcznie. Skąd tyle weźmiemy? — Myślałeś o urlopie bezpłatnym? Albo pracy na pół etatu przez jakiś czas? Popatrzył na nią tak, jakby poprosiła o lot na Księżyc. — Świeta, ja mam odpowiedzialne stanowisko. Nie puszczą mnie na dwa–trzy miesiące. Poza tym — nie jestem lekarzem. Nie umiem zadbać tak, jak trzeba… — A ja niby umiem? — zapytała Światłana z pełnym spokojem. Sergiusz zamilkł. Chyba dotarło do niego, iż rozmowa zboczyła z zaplanowanego scenariusza. — Ty jesteś kobietą — powiedział w końcu z taką szczerością, iż Świecie prawie zrobiło się śmieszno. — Tobie opieka przychodzi naturalniej. Pokiwała głową — bardziej do siebie niż do niego. — Naturalniej… — No… tak. Odłożyła telefon ekranem do stołu. Spojrzała na dłonie — lekko się trzęsły. — Dobrze — powiedziała. — Zróbmy tak. Ty bierzesz urlop bezpłatny na dwa miesiące. Ja pracuję. Opiekujemy się mamą razem. Ja wieczorami i w weekendy, ty za dnia. Okej? Sergiusz otworzył usta, potem zamknął. — Świeta… serio? — Całkiem. — Ale mówiłem — mnie nie puszczą! — To bierzemy opiekunkę. Mogę się dorzucić — pół na pół ewentualnie sześćdziesiąt na czterdzieści, jeżeli uznasz, iż mniej zarabiam. Ale nie zgodzę się sama dźwigać odpowiedzialności za opiekę nad twoją mamą. Nie zgodzę. Zapadła gęsta cisza, w której tylko zegar tykał na ścianie. Sergiusz odkaszlnął. — Czyli odmawiasz? — Nie — Światłana podniosła na niego wzrok. — Odmawiam roli darmowej całodobowej opiekunki, przy jednoczesnej pełnej pracy i bez uzgadniania tego ze mną. To dwie różne rzeczy. Długo patrzył na nią, jakby nie dowierzał. — Wiesz, iż to moja mama? — Wiem — odparła cicho. — Dlatego proponuję rozwiązania, które pozwolą nam wszystkim zachować twarz i zdrowie. Także twojej mamie. Sergiusz gwałtownie wyszedł z kuchni. Drzwi do pokoju trzepnęły — nie mocno, ale znacząco. Światłana została przy stole, patrząc na zimną herbatę. W myślach krążyła jedna, spokojna i wyraźna myśl: „No to się zaczęło”. Wiedziała, iż to dopiero początek. Wiedziała, iż zaraz będzie telefon do siostry, potem do mamy, później jeszcze raz do siostry. Że za godzinę, półtorej pojawi się teściowa, bo mieszka dziesięć minut od nich i oczywiście „wszystko usłyszy”. Że będzie długa, emocjonalna rozmowa o tym, jaka to ona jest „chłodna, niewdzięczna, egoistka, która zapomniała, czym jest rodzina”. A potem — coś prostego i wyzwalającego. Że już nie zamierza przepraszać za to, iż chce spać więcej niż cztery godziny na dobę. I za to, iż jej praca to nie hobby. I za to, iż ona też ma prawo do własnego życia — nie zamienionego w nieustanny dyżur pielęgniarski. Otworzyła okno. Nocne, zimne powietrze wdarło się do kuchni, pachnąc mokrym asfaltem i dalekim dymem. Świeta głęboko odetchnęła. „Niech mówią, co chcą — pomyślała. — Najważniejsze, iż już powiedziałam pierwsze „nie””. A to „nie” było najważniejszym, jakie wypowiedziała od dwunastu lat małżeństwa. *** Na drugi dzień rano Światłanę obudził dźwięk przekręcanego zamka w drzwiach. Potem znowu „wojna bez ogłoszenia”… [Oryginalna treść dialogów i fabuły zachowana.] *** Mama męża zamieszkała u nas, a cały dom na mojej głowie? Gdy postawiłam granice, wszystko się zmieniło: historia o asertywności, rodzinnych obowiązkach i nowym początku z teściową pod jednym dachem
Ten trik na chrupiące placki ziemniaczane znają tylko nieliczni. Większość nigdy się nie domyśli
Po czym poznać dobrego pączka w cukierni? 4 szczegóły zdradzą, czy jest świeży
Część III. Przygotowania na wypadek W. Rozdz III. Wojna wojną, ale obiad po rozpisaniu / Wypracow
Jak codzienne jedzenie banana wpływa na jelita i serce? Ekspert wyjaśnia: „pojawiające się badania sugerują”
Moja wątróbka zawsze jest miękka i soczysta. Sprytny patent "na 30" stosuję od zawsze
Pierwsze spotkanie literackie w 2026 roku – rozmowy przy kawie
Te tosty zrobisz w kilka minut. Znikają szybciej niż kanapki
Pierogi, naan, tortilla - dlaczego mączne dania są obecne w niemal każdej kuchni świata?
Zacząć od Zera: Nowe Życie i Nieoczekiwane Wydarzenia
Bezglutenowe ciasto marchewkowe
NA WSZELKI WYPADEK Vera spojrzała obojętnie na płaczącą koleżankę, odwróciła się do komputera i zaczęła gwałtownie stukać w klawiaturę. – Bezduszna jesteś, Werka – usłyszała głos Olgi, kierowniczki działu. – Ja? Skąd ten wniosek? – Jak u ciebie w życiu prywatnym wszystko dobrze, to od razu myślisz, iż inni mają tak samo. A tu widać, iż dziewczyna się załamuje, a ty choćby nie spróbujesz pocieszyć, coś doradzić, doświadczeniem się podzielić. Skoro już ci się powiodło. – Mam się dzielić doświadczeniem? Z nią? Nadusi by się to nie spodobało. Próbowałam kiedyś, jakieś pięć lat temu, kiedy z siniakami do pracy przychodziła – pewnie żeby widoczniej było nocą. Wtedy was jeszcze nie było. Ale to nie facet ją lał. Sama wpadała na coś, niezręcznie upadała, a kiedy tamten zniknął na dobre, „lampki” na twarzy Nadusi też zniknęły. To był trzeci taki „anioł od szczęścia”. Wtedy chciałam jej pomóc, wsparcia udzielić, doświadczeniem się podzielić. Zostałam jeszcze winna – a jakże. Potem koleżanki mi wytłumaczyły, iż to nie ma sensu – Nadusia i tak wszystko wie najlepiej. I jeszcze okazało się, iż jestem zazdrosną kobitą, co przeszkadza Nadusi w szczęściu… Wtedy do szeptuch biegała, zaklęcia na miłość robiła, a teraz się „unowocześniła”, chodzi do psychologa. Przepracowuje traumy. Nie może pojąć, iż ciągle odtwarza ten sam schemat – tylko imiona się zmieniają. Więc wybaczcie, dziewczyny – ale płakać, ani chusteczek podawać nie będę. – I tak, Weronika, nie wolno tak z ludźmi! Podczas obiadu, cała żeńska część biura roztrząsała już tylko byłego Nadusi – drania i łajdaka. Werka milczała, wypiła kawę i przysiadła z boku, skrolując Facebooka i próbując się zresetować. – Wernerko, – usiadła obok zawsze wesoła, dziś dziwnie posmutniała Tania – serio nie żal ci Nadusi ani trochę? – Tania, ale czego wy ode mnie tak chcecie? – Daj jej spokój – rzuciła przechodząca obok Irena – ona i tak zawsze swoje. Ma swojego cudownego Wojtka, żyje jak pączek w maśle, nie rozumie, jak to jest zostać samą z dzieciakiem i bez żadnej pomocy. A jeszcze spróbuj od tego „ojca roku” wyciągnąć alimenty… – Nie trzeba było rodzić… i jeszcze w tym wieku! Przepuściła swoje szanse – stwierdziła z rezygnacją seniorka biura, pani Janina, przez dziewczyny zwana Babą Janą. – Weronika ma rację, ile razy już płakała, a on jej choćby w ciąży życie zatruwał… A dziewczyny, krążąc wokół nieutulonej Nadusi, rzucały rady. No i jakże: silna i niezależna Nadusia postanowiła wrócić do gry. Z wioski przyjechała mama pomóc z synkiem i tym „niewdzięcznym”, Nadusia zaczęła się odradzać. Przyczesała grzywkę, zrobiła brwi na pół czoła, przykleiła rzęsy, chciała kolczyk w nosie, ale odradziliśmy całą ekipą. I ruszyło… – Nic się nie martw, Nadka, jeszcze będzie żałował, zobaczysz! – Nie będzie żałował – rzuciła cicho Werka – ale już ją podchwyciły podpite koleżanki: – Jak to nie będzie? Wyjaśnij, Weronika! – Bo nie będzie i tyle, nie żałuje i nie będzie… a Nadusia znajdzie niebawem kolejnego takiego samego… – Łatwo ci mówić, masz swojego Wojtka… – No tak, mój Wojtek najlepszy na świecie – nie pije, nie bije i kocha mnie strasznie. – Haha, każdy facet taki sam… – Uważaj, Werka, jeszcze ci go odbiorą! – Nie odbiorą. On nie pójdzie. – Ja bym taka pewna nie była… – A bądź. Alkohol szumiał w głowach i zaczęła się wrzawa: – A pojedźmy do ciebie, sprawdzimy, czy twój Wojtek się oprze takiej ilości piękności! Na pewno się boisz – bo wiesz, iż ci go odbierzemy! – To jedziemy. Śmiejąc się jak szalone, cały tłumek zwalił się do Weroniki; plątały się po kuchni, podśmiewując, szykowały przekąski. – Szybko, dziewczyny, coś skombinujmy, Wojtek pewnie zaraz wróci, chcemy mu zaskoczyć ze stołem. – Nie przesadzajcie, wybredny jest, a i tak dobrze – niedługo będzie. Dziewczyny uspokoiły się, wróciły do spraw domowych i rozjechały. Zostały tylko Nadusia, Olga i Tania. Przy herbacie, w cieple kuchni Weroniki, rozmawiały o wszystkim i o niczym, czekając spięte na tajemniczego Wojtka. W końcu zebrały się do domu. I wtedy ktoś przyszedł. – Wojtek, Wojtusiu mój, chłopczyku mój słodziutki – zanuciła Werka w przedpokoju. Dziewczyny pobladły, nie na miejscu się poczuły, zebrały się do wyjścia, gdy do pokoju wszedł wysoki, przystojny chłopak. Ach, więc o to chodzi! Mąż dużo młodszy od Weroniki! – To mój syn, Denis – przedstawiła. Jak to? Denis? Myślały – a gdzie Wojtek? – Syn, Denisek. Jak tam Wojtek, kochanie? Był grzeczny? – Tak, mamo. Teraz potrzebuje odpoczynku… Dziewczyny poczerwieniały… – My chyba już pójdziemy… – Zaraz! Nie poznałyście jeszcze Wojtka! Ale cicho, jest po operacji, Denisek z żoną go zawiózł, bo ja w pracy… wykastrowali, bo szlajał się po firankach… Chodźcie! To on – mój Wojtek, śpi moja kicia. Dziewczyny aż wybiegły z pokoju, żeby nie parsknąć śmiechem. – Weronika, to KOT?! – Oczywiście, a wy kogoście się spodziewały? – Ale jak to, a mąż… – Chyba nigdy nie mówiłam, iż mam męża. Powiedziałam tylko, iż mam cudownego Wojtka – i wyście sobie dopowiedziały resztę, a ja nie prostowałam. Za młodu wyskoczyłam za mąż, pierwsza miłość-bohater, nie zdążyłam studiów skończyć – urodził się Denis. Po trzech latach się rozeszliśmy. Rodzice bardzo pomagali. Drugi raz już bliżej trzydziestki. Fajny, porządny, marzenie o komplecie dzieci, projektował rodzinę idealną. Ale Denisa najlepiej by posłał do internatu, albo babci pod Lublin. Odesłałam go do mamusi. W długie wieczory tłumaczyła mi, iż cudze dzieci nikomu niepotrzebne – ciekawe, u niej w domu ojczym wychowywał syna… Długo byłam sama z Danielem, trzeci raz próbowałam – i na etapie randek dostałam pod oko, bo “kochał tak mocno, iż zazdrośnie”. Na szczęście syn trenował judo, a ja u niego podpatrzyłam parę chwytów, poradziłam sobie. Uznałam: dość! Denis się ożenił, mnie się trochę nudziło, to sprawiłam sobie Wojtka. Mam z kim pójść do kina, na ryby, do lasu – nikt się nie wtrąca, nie ma fochów, a i mi nie trzeba się spowiadać. Na obiady dobrego kota zawsze mogę zaprosić – zadowolony, nie kaprysi, nie marudzi. Na początku Denis nie rozumiał tego: dlaczego nie mieszkamy znowu z facetem? A po co? Jesteśmy dorośli, mamy swoje przyzwyczajenia, swoją niezależność – co innego jak razem od młodości, jak mój brat ze szwagierką: trzydzieści lat razem, już półgłosem mówią… A ja tak nie potrafię. I po co mam się zmieniać, tylko po to, by dumnie mówić, iż “jestem żoną”? Nie trzeba mi tego… Żyję sobie z Wojtkem spokojnie. No i proszę, zbiórka padła, kot wyciągnął się na podłodze; jak nie przestaniesz drzeć się w nocy i obsikiwać firanek – więcej kastracji nie przetrwasz… Wyszły dziewczyny zamyślone. Nadusia szczególnie. Ale nie dała rady jak Werka. Miesiąc później już chwaliła się nowym adoratorem, odbierała co tydzień kwiaty do pracy. Werka z Babą Janą tylko cicho się uśmiechały: – Jak tam wasz Misiek? – Dobrze, Weroniko. Trochę się na spacerze poharatał, a tak już wszystko zaleczone – jak na psie… Wnuki znów marudzą, iż trzeba go na wystawę przygotować, ale nie będę się nad zwierzakiem znęcać, dobrze nam i tak… – U Nadusi też już znowu wszystko ułożyło, widzisz. – Tak to już jest, Weronika, jedni mają zwierzaki, drudzy “mężów”… – No, kto co lubi. Może teraz jej się wreszcie poszczęści? – Oby… – O czym tam szepczecie? – O tobie, Nadka. Żeby ci się w końcu udało. – Dziewczyny, ja wiem jak to wygląda, ale ja nie umiem być sama, no po prostu… – Spoko, nie tłumacz się, każdy żyje po swojemu… – Werka – usłyszała Weronika głos Nadusi, już wychodząc na parking – Ty w razie czego powiesz, jak z kotami postępować? Lepiej mieć kocura, czy kotkę? – No leć już, czekają cię… jak coś, dasz znać… – zaśmiała się Werka. – Tak tylko pytam… na wszelki wypadek.
Gniazdka bezowe z kremem kokosowym i sosem mango-marakuja
Mój mąż regularnie pisze z byłą koleżanką z pracy – czy mam powód do niepokoju?
Dorzucam zamiast kaszy. Zupa syci na dłużej i jest łagodna dla żołądka