Kuchnia

Słodkie lato w środku zimy? Z tymi 6 deserami poczujesz je w swojej kuchni jeszcze dziś
Gmina Pątnów: podsumowali wyjątkowe kolędowanie we wsi Kałuże (zdjęcia)
Wiemy, która pasieka ma najlepszy miód w Polsce
Sąsiadka przekroczyła granice dobrego smaku
Czas dla siebie – Odkryj swoje pasje i spełnij marzenia!
Polski rynek zalewają podróbki kawy. Oto co oszuści sypią do środka
Marek Siudym ma nową ukochaną? Na premierze nie był sam. Pokazał się u boku sporo młodszej kobiety
Leśnicy przypominają jak dokarmiać ptaki zimą
Jajka zmniejszają ryzyko demencji. Eksperci ujawniają nowe fakty
Czy można jeść jajecznicę codziennie? Mało kto się nad tym zastanawia
„Zamieńmy się mieszkaniami. Po co ci trójpokojowe mieszkanie?” zapytał sąsiad.
Zima w azylu
Jest nas więcej? Szefowa USC: Statystyki demograficzne nie pokazują całej prawdy
Na rodzinny obiad nie robię kotletów. Stawiam na soczystą pieczeń z chrupiącą skórką
Bez „trzeba” Antoni otworzył drzwi i zobaczył na kuchennym stole trzy talerze z zaschniętym makaronem, przewrócony kubek po jogurcie i otwarty zeszyt w kratkę. Plecak Kostka leżał pośrodku korytarza, Wiola siedziała na kanapie wpatrzona w telefon. Postawił torbę na podłodze, zdjął buty. Chciał coś powiedzieć o talerzach, ale nagle ścisnęło go zmęczenie, więc po prostu podszedł do stołu, wziął jeden talerz, zaniósł do zlewu. – Tata, zaraz pozmywam – rzuciła Wiola, nie podnosząc głowy. – Mhm. Odkręcił wodę, podstawił talerz pod strumień. Makaron rozmoknął, popłynął do odpływu. Zakręcił kran i stanął, patrząc na mokre naczynia. – Wioleta, gdzie jest Kostek? – U siebie. Robi matmę. – A ty? – Już wszystko zrobiłam. Wytarł ręce w ręcznik, wszedł do pokoju Kostka. Syn leżał na dywanie, podparty na łokciu, w zeszycie miał zapisane półtora zadania. – Cześć – powiedział Antoni. – Cześć. – Jak leci? – W porządku. – Lekcje? – Robię. Antoni przysiadł na brzegu łóżka. Kostek zerknął na niego kątem oka, po czym znów wpatrzył się w zeszyt. – Tata, co jest? – Sam nie wiem – powiedział Antoni. – Chyba jestem zmęczony. Naprawdę nie wiedział. Rano dzwoniła mama, kazała przyjechać i pomóc z szafą, potem w pracy narada ciągnęła się do szóstej, a w metrze stał przygnieciony do drzwi. Teraz siedział w pokoju Kostka i miał poczucie, iż nie chce rozmawiać o talerzach, lekcjach ani bałaganie. Że nie chce być tylko funkcją, co wraca do domu i się włącza. – Posłuchaj, zbieramy się wszyscy w kuchni – powiedział. – Razem. – Po co? – Pogadać. Kostek skrzywił się. – Znowu o tej dwójce z polskiego? – Nie. Po prostu porozmawiać. – Tata, nie skończyłem lekcji. – Dokończysz potem. Pięć minut. Wstał, wyszedł i zawołał Wiolę. Podniosła wzrok, westchnęła z niezadowoleniem. – Serio? – Serio. Rzuciła telefon na kanapę i poszła za nim. Kostek wyszedł z pokoju, stanął w progu kuchni, jakby się wahał. Antoni usiadł przy stole, odsunął zeszyt. Wiola naprzeciw, Kostek przysiadł na skraju krzesła. – Co się stało? – spytała Wiola. – Nic się nie stało. – To po co? Antoni spojrzał na nią, potem na Kostka. Kostek miał zaniepokojone oczy, jakby się czegoś obawiał. – Po prostu chcę pogadać – powiedział Antoni. – Szczerze. Bez „trzeba odrobić lekcje”, „trzeba pozmywać”, bez tego wszystkiego. – To znaczy, iż nie trzeba zmywać? – upewnił się ostrożnie Kostek. – Pozmywamy potem. Mówię o czymś innym. Wiola skrzyżowała ręce na piersi. – Dziwny jesteś dziś. – Jestem – zgodził się. – Chyba mam już dość udawania, iż wszystko gra. Zamilkli. Szukał słów, ale miał w głowie pustkę. – Nie wiem, jak to powiedzieć – zaczął. – Ale wydaje mi się, iż wszyscy udajemy. Przychodzę, wy udajecie, iż wszystko w porządku, ja udaję, iż wierzę. Rozmawiamy o szkole, o jedzeniu, a tak naprawdę wcale nie rozmawiamy. – Tata, przytłaczasz nas – powiedziała Wiola cicho. – Po co? – Nie wiem. Może dlatego, iż sam sobie nie radzę i boję się, iż i wy sobie nie radzicie, tylko ja choćby nie wiem, z czym. Kostek zmarszczył brwi. – Ja sobie radzę. – Na pewno? – Antoni spojrzał na niego. – To czemu od dwóch tygodni zasypiasz po północy? Kostek zamilkł, zapatrzył się w stół. – Słyszę, jak się wiercisz – powiedział Antoni. – Rano wyglądasz, jakbyś całą noc nie spał. – Po prostu nie chce mi się spać. – Kostek. – No co „Kostek”? – Powiedz szczerze. Kostek wzruszył ramionami i odwrócił się. – W szkole wszystko gra. Lekcje robię. Czego jeszcze? Wiola wtrąciła się: – Tata, czemu go przepytujesz? – Nie przepytuję. Chcę zrozumieć. – A on nie chce mówić. Ma do tego prawo. Antoni spojrzał na nią. – Okej. To ty powiedz, jak się czujesz. Uśmiechnęła się krzywo. – Ja? Świetnie. Uczę się, spotykam się z koleżankami, wszystko jak trzeba. – Wiolu. Zamilkła, odwróciła wzrok. – No co? – Od miesiąca prawie nie wychodzisz z domu. Koleżanki dwa razy cię zapraszały, odmówiłaś. – No i co z tego? Nie miałam ochoty. – Dlaczego? Zacisnęła usta. – Bo mam ich dość, ich gadania o chłopakach i innych bzdurach. Wystarczy? – Wystarczy – powiedział. – Mam tylko wrażenie, iż jesteś smutna. Otrząsnęła głową, jakby coś strząsała. – Nie jestem smutna. – Dobrze. Zamilkł. W kuchni zrobiło się cicho, tylko lodówka szumiała. – Słuchajcie – powiedział powoli – nie chcę was teraz wychowywać. I nie chcę, żebyście mnie pocieszali. Powiem prosto: boję się. Codziennie. Boję się, iż zabraknie pieniędzy, boję się, iż babcia zachoruje i nie powie, boję się, iż mnie zwolnią w pracy. Boję się, iż wy coś przeżywacie, a ja tego nie zobaczę, bo jestem zbyt zajęty sobą. I mam dość udawania, iż wszystko pod kontrolą. Wiola mrugnęła, spojrzała na niego uważnie. – Ale ty jesteś dorosły – powiedziała cicho. – Powinieneś sobie radzić. – Wiem. Ale nie zawsze sobie radzę. Kostek podniósł głowę. – A co, jeżeli sobie nie poradzisz? – Nie wiem – szczerze odpowiedział Antoni. – Może będę musiał poprosić o pomoc. – Kogo? – Na przykład was. Kostek się zmarszczył. – Ale my jesteśmy dziećmi. – Jesteście dziećmi, tak. Ale też częścią tej rodziny. Czasem po prostu potrzebuję, żebyście mi powiedzieli prawdę. Nie „wszystko dobrze”, tylko jak jest naprawdę. Wiola przesunęła dłonią po stole, zbierając niewidzialne okruszki. – A po co chcesz wiedzieć? – Żebym nie był sam. Spojrzała na niego i zobaczył w jej oczach jakieś zrozumienie. – Boję się iść do szkoły – powiedział nagle Kostek. – Jeden chłopak ciągle mówi, iż jestem głupi. Codziennie to powtarza. I wszyscy się śmieją. Antoni poczuł ścisk w piersiach. – Jak on ma na imię? – Nie powiem. I tak pójdziesz rozmawiać i będzie gorzej. – Nie pójdę. Obiecuję. Kostek spojrzał na niego nieufnie. – Naprawdę? – Naprawdę. Ale chcę, żebyś wiedział, iż nie jesteś sam. Kostek kiwnął głową i spuścił wzrok. – Nie jestem sam. Mam Kubę, jest spoko. Siedzimy razem. – Dobrze. Wiola westchnęła. – Nie chcę iść do liceum – powiedziała cicho. – Wszyscy pytają, gdzie pójdę, a ja nie wiem. W ogóle nie wiem. I wydaje mi się, iż nigdzie nie pójdę, bo się na niczym nie znam. – Wiola, masz czternaście lat. – I co z tego? Wszyscy już wiedzą. Ja nie. – Nie wszyscy. – Wszyscy, których znam. Zamilkł na chwilę. – Ja w twoim wieku chciałem być geologiem. Potem zmieniłem zdanie. Potem jeszcze raz. I teraz robię coś zupełnie innego, niż myślałem. – I jak, dobrze? – Różnie. Czasem dobrze, czasem ciężko. Ale tak to jest – życie nie musi być zaplanowane na starcie. Wiola skinęła głową, choć niepewnie. – Po prostu wszyscy mówią, iż trzeba się zdecydować. – Wszyscy mówią – przytaknął. – Ale to ich słowa, nie twoje. Spojrzała na niego i prawie się uśmiechnęła. – Jesteś dziś inny. – Zmęczyło mnie bycie idealnym. Kostek parsknął. – Mogę ci coś zapytać? – Jasne. – Ty naprawdę się boisz? – Tak. – A co robisz, gdy się boisz? Antoni zamyślił się. – Wstaję rano i robię coś. choćby jak nie wiem, czy to dobrze. Po prostu coś robię. Kostek kiwnął głową. – Rozumiem. Siedzieli chwilę w ciszy. Antoni patrzył na nich i wiedział, iż niczego nie rozwiązał, nie dał gotowej odpowiedzi, nie zabrał niepokoju. Ale coś się zmieniło: pokazał im, iż może być nie tylko funkcją, ale człowiekiem, i oni odpowiedzieli tym samym. – Dobra – powiedziała Wiola, wstając. – Trzeba pozmywać. – Pomogę – odezwał się Kostek. – Ja też – dołączył Antoni. Wstali, Wiola odkręciła kran, Kostek podał gąbkę, Antoni wziął ścierkę do wycierania. Pracowali w milczeniu, ale to była inna cisza niż zwykle. Nie pustka, tylko coś, co wypełniało. Kiedy ostatni talerz wylądował na suszarce, Wiola wytarła ręce i spojrzała na ojca. – Tata, możemy tak jeszcze pogadać? Kiedyś. – Pewnie – odpowiedział. – Kiedy tylko będziesz chciała. Skinęła głową i wyszła do siebie. Kostek został jeszcze chwilę, podreptał w miejscu. – Dzięki, iż nie pójdziesz do niego – powiedział. – Ale jeżeli będzie źle, powiesz mi? – Powiem. – To chodź dokończyć matmę. Poszli do pokoju Kostka, usiedli razem na dywanie. Antoni wziął zeszyt, spojrzał na zadania. Kostek przysunął się bliżej i zaczęli rozwiązywać wspólnie, spokojnie, prawie jak zawsze. Ale teraz Antoni wiedział, iż za tymi zadaniami jest chłopak, który się boi, i iż on, Antoni, może być nie tylko tym, kto sprawdza, ale kimś, kto też się boi i mimo wszystko wstaje rano. To było niewiele, ale to był początek.
To jedyna Polka w tym zawodzie. O dobrym chlebie wie wszystko
Prawdziwa wartość ojca – historia o tym, jak trudno wybrać rodzinę po rozwodzie i zaakceptować nowego męża mamy, gdy tata zawsze wydaje się lepszy
Straż Miejska wspiera osoby bezdomne w mroźne noce
Pranie na stacji paliw? Ależ proszę. Orlen testuje nowe usługi pozapaliwowe. Jest jednak spory problem
Ząbkowice Śląskie. Pomóż innym, oddaj krew
Co jeść, by spać lepiej?Zaskakujące produkty spożywcze, które mogą poprawić jakość twojego odpoczynku
Dziś ta zupa kojarzona jest z górskimi karczmami. W PRL-u robiła ją niemal każda gospodyni
Krótka historia JSW. Oto, jak politycy ze związkami doprowadzili na skraj bankructwa węglowego giganta
Mąż przyprowadził koleżankę na nasz wigilijny stół, a ja poprosiłam ich oboje, by się wynieśli
POŻAROWY ŻART, KTÓRY DODAŁ OGNIU EMOCJI!
Zamiast zwykłych placuszków robię te. Napakowane białkiem, idealne na lekkie śniadanie
Ostatnie lato w rodzinnym domu – powrót Władka na wieś, naprawa starego domu i trzy tygodnie z rodziną, by odzyskać dawne więzi, zanim nadejdzie jesień decyzji
Mamo, dobrze się bawiłyście na naszej działce, ale czas wracać do domu!” – synowa przepędziła teściową ze swojego ogródka
Suwalska Specjalna Strefa ekonomiczna S.A. rozpoczęła rok wydaniem trzech decyzji o wsparciu
Zamieszkają u ciebie “tylko na chwilę”: Opowieść o rodzinnej przysłudze, która zamienia własną trzypokojową mieszkanie w pole bitwy o granice, spokój i osobistą przestrzeń
– A teraz marsz do kuchni! – usłyszałam od męża i nie wytrzymałam
Targi Sadownictwa i Warzywnictwa ze zmianami dla zwiedzających
Nowy unijny podatek węglowy od stycznia! Sprawdź co drożeje i jak ochronić swój budżet.
Zapomnij o Thermomixie. W Lidlu jest ponad 8 razy taniej
Nowa restauracja w Łodzi. Nie zjemy tu tradycyjnego schabowego z ziemniakami
Pyszny obiad na poniedziałek. Podajemy przepis, Ty gotujesz. Rozgrzewająca, ekspresowa zimowa fasolowa
Czas dla siebie: Odkryj równowagę w codziennym życiu
TV Samsung 32 cale
Te rzeczy zagracają kuchnię. Trudno się ich pozbyć, a wcale nie pomagają
Prosty przepis na domowe pączki. Receptura mistrza cukierniczego z PRL
Dar ratującego światła: jak spotkanie na przystanku autobusowym przywróciło moją córkę do życia
Na kolacji wigilijnej, przy wszystkich zebranych, moja córka powiedziała: „Mamo, twoje potrzeby są na ostatnim miejscu.”
Odejdź, Kostek Talerze z wystygłą kolacją wciąż stały na stole. Marzena patrzyła na nie, nie widząc ich wcale. Za to doskonale widziała cyfry na zegarze, które powoli, jakby na złość, przesuwały się do przodu. 22:47. Kostek obiecał być na dziewiątą. Jak zwykle… Telefon milczał. Marzena już się nie złościła. Wszystko, co tliło się w niej jeszcze żywego, wypaliło się do cna, zostawiając tylko chłodne zmęczenie. Około wpół do dwunastej w zamku przekręcił się klucz. Marzena choćby nie odwróciła głowy. Siedziała na kanapie, opatulona kocem, i wpatrywała się w jeden punkt. – Cześć, kochanie. Przepraszam, praca mnie zatrzymała – w zmęczonym głosie zabrzmiały fałszywe nuty energii. Kostek zawsze tak mówił, gdy kłamał. Podszedł, pochylił się, żeby pocałować ją w policzek. Marzena odsunęła się odruchowo. Ledwo zauważalnie, ale on to poczuł. – Coś się stało? – zapytał, zdejmując szalik. – Pamiętasz, jaki dziś dzień? – Marzena mówiła cicho, bez cienia życia. Na chwilę się zawahał, myśląc. – Środa. A co? – Dzisiaj są urodziny mojej mamy. Mieliśmy pojechać do niej z tortem. Obiecałeś. Twarz Kostka zmieniła się natychmiast. Uśmiech zniknął, pojawiła się wina i panika. – Boże, Marzenko, zupełnie zapomniałem. Wybacz, praca… zawaliło się wszystko. Zadzwonię do niej jutro, obiecuję. Poszedł do kuchni. Marzena słyszała, jak buszuje przy lodówce, jak brzęczy talerzami. Zawsze się ratował taką gorączką – łatwiej było ukryć się przed trudnymi pytaniami. Ale dziś nie zamierzała mu odpuszczać. Wstała, podeszła do drzwi kuchni. – Kostek, z kim dziś tak „siedziałeś” w pracy do jedenastej wieczorem? Odwrócił się. Ręka z mlekiem lekko zadrżała: – Z zespołem. Startujemy nowy projekt, terminy gonią. Wiesz, jak jest. – Wiem – skinęła głową. – I wiem też, iż o trzeciej dzwoniłeś i mówiłeś: „Ela, rozumiem wszystko, ale muszę to naprawić”. Ela. Elżbieta. Jego była żona. Duch, który mieszkał z nimi przez trzy lata. Duch, od którego czuć było chłodem niewypowiedzianych żalów. Kostek pobladł. – Podsłuchiwałaś? – Nie musiałam podsłuchiwać. W łazience tak głośno rozmawiałeś przez telefon, iż wszystko słyszałam. Odłożył mleko na stół i ciężko usiadł. – To nie to, co myślisz. https://clck.ru/3R8onP – To co powinnam myśleć? – głos Marzeny po raz pierwszy zabrzmiał jakąkolwiek emocją. – Że od pół roku jesteś nerwowy? Wieczorami znikasz? Patrzysz na mnie, jakbyś mnie nie widział?! Chcesz ją odzyskać? Powiedz wprost. Wytrzymam. Kostek patrzył na swoje dłonie. Silne, sprawne dłonie, które potrafią naprawić każdy mechanizm, ale nie zbudowały szczęścia. – Nie zamierzam do niej wracać – wyszeptał. – To co? Znów z nią sypiasz? – Nie! – w jego oczach pojawiła się taka szczerość i rozpacz, iż Marzena przez chwilę zwątpiła w swoje oskarżenia. – Marzenko, uwierz, nic podobnego. – To co?! Co tam naprawiasz?! – prawie krzyczała. – Spłacasz jej długi? Rozwiązujesz jej problemy? Żyjesz jej życiem zamiast swoim ze mną? Kostek milczał. Słowa, które Marzena tłumiła tyle czasu, wylały się strumieniem. – Idź, Kostek. Idź do niej, jeżeli jest ci taka potrzebna. Albo do kogo chcesz. Naprawiaj, co chcesz. Tylko mnie już zostaw w spokoju. Nie mogę tak dłużej. I nie chcę. Chciała wyjść, ale Kostek wstał i zastąpił jej drogę: – Nie mam dokąd iść! Nie mam żadnej Eli! Ani nowej, ani starej! Sam nie wiem, co się dzieje! Po prostu… chcę coś naprawić! Odwrócił się, przełykając ślinę. – Nie mów zagadkami – ledwo wydusiła Marzena. – Pytałaś, co naprawiam? – Kostek nie wytrzymał, – Siebie naprawiam! Próbuję. I nie umiem. Widzisz? Ty nie jesteś nią. Jesteś cierpliwsza, lepsza, wierzyłaś we mnie, gdy sam w siebie nie wierzyłem. Z tobą powinno mi się udać. Ja miałem się udać – nowy, lepszy. Ale nie wychodzi! Zapominam o urodzinach, znikam w pracy, choć wiem, iż czekasz. Milczę. Patrzę ci w oczy i widzę, jak gaśnie w nich światło. Tak samo, jak w jej oczach kiedyś. Marzena milczała. – Nie chcę szukać innej – mówił dalej Kostek cicho – boję się, iż znów będzie to samo. Znów coś ważnego przeoczę. Znów doprowadzę do łez, rozpaczy albo nienawiści. Nie potrafię… być mężem. Nie umiem żyć razem… Dzień po dniu. Bez dram, bez kłótni. Wszystko niszczę wokół siebie. Dlatego żyję, jakbym chodził po linie i bał się potknięcia. A ty… Ty przy mnie też jesteś jakby martwa… Kostek spojrzał na Marzenę. Tym razem jego wzrok był zagubiony, ale szczery: – Tak więc problem nie jest w tobie. Nie w Eli. Problem jest we mnie… Marzena wysłuchała tej chaotycznej spowiedzi i zrozumiała: Kostek jej nie zdradził z inną kobietą. Zdradził ze swoim strachem. Nie jest złoczyńcą, to po prostu zagubiony człowiek, który nie wie, jak dalej żyć. – I co teraz, Kostek? – zapytała bez wyrzutu. – Uświadomiłeś to sobie. I co dalej? – Nie wiem – szczerze wyznał. – To się sam ze sobą rozlicz – wyrwało jej się. – Idź do psychologa, zakop się w książkach, uderz głową w ścianę – zrób cokolwiek. Przestań kręcić się w kółko i szukać magicznego guzika do naprawy życia. Takiego guzika nie ma. Jest tylko praca. Nad sobą. Idź, zrób to. Sam. Beze mnie. Wyszła z kuchni, przeszła obok niego do przedpokoju i założyła płaszcz. *** Drzwi się zamknęły. Kostek został sam w ciszy, przerywanej jedynie stukotem deszczu. Podszedł do okna, zobaczył, jak sylwetka Marzeny znika w deszczowej ciemności i poczuł niewyobrażalny ciężar. Ciężar tego, co z nim zostało. Jego porażka już nie była duchem. Była tu, w tym pustym mieszkaniu, w wystygłej kolacji, w jego rękach, które niczego nie potrafiły zatrzymać. I zamiast biec za Marzeną, sięgnął po butelkę koniaku…
Nie zasłużyłaś – Historia Ksenii, która po rozwodzie Andrzeja chciała przywrócić mu wiarę w miłość, starała się być dla jego syna drugą mamą i latami poświęcała się dla ich wspólnego szczęścia, aż pewnego dnia zrozumiała, iż została tylko wykorzystywana, i postanowiła wybrać siebie, zostawiając za sobą toksyczny związek w sercu Warszawy
Katowice uruchamiają nową stronę o neonach. Jest mapa Szlaku Neonów i galeria współczesnych realizacji
Nagłe wezwanie: ambulans dotarł w kilka minut
Choć wygląda jak typowa szynka, nie ma w niej grama mięsa. Ten przepis zaskakuje na każdym etapie
Mam 45 lat i przestałam przyjmować gości w swoim domu.
Jesteś Moim Szczęściem? Szczerze mówiąc, nigdy nie zamierzałam wychodzić za mąż. Gdyby nie wytrwałe zaloty mojego przyszłego męża, przez cały czas byłabym wolna jak ptak. Artur był jak szalony motyl – krążył wokół mnie, nie spuszczał z oka, spełniał każdą zachciankę, dmuchał choćby na okruszki… Jednym słowem, poddałam się. Wzięliśmy ślub. Artur od razu stał się kimś swojskim, bliskim i kochanym. Przy nim było wygodnie i łatwo – jak w domowych kapciach. Rok później urodził się nasz syn, Świętosław. Mąż pracował w innym mieście, wpadł do domu raz w tygodniu. Zawsze przywoził mi i Świętosławowi przysmaki z wyjazdu. Pewnego razu, gdy przygotowałam się do prania rzeczy męża, przeglądałam kieszenie – miałam taki nawyk. Kiedyś uprałam jego prawo jazdy… Od tamtej pory dokładnie sprawdzam każdą wypukłość kieszeni przed praniem. Tym razem z jego spodni wypadła kartka, złożona w czworo. Rozwinęłam ją i przeczytałam. Była tam długa lista przyborów szkolnych (to był sierpień). Na końcu dziecięcym pismem dopisano: „Tato, przyjedź szybko.” Tak mój mąż „bawi się na boku”! Bigamista! Zamiast urządzać awanturę, zabrałam torbę – pod pachę, synka (nie miał jeszcze trzech lat) – za rączkę i wybrałam się do mamy, na długo. Mama wydzieliła nam pokoik: – Zamieszkajcie tu, aż się pogodzicie. W głowie pojawiła się myśl o zemście na niewdzięcznym mężu. Przypomniałam sobie o koledze z klasy, Romku. To właśnie z nim „zaromansowałam”! Romek zabiegał o mnie jeszcze w szkole i po niej. Zadzwoniłam. – Cześć, Romku! Jeszcze kawaler? – zaczęłam z daleka. – Nadka? Cześć! Jak to, czy kawaler… Może się spotkamy? – ożywił się Romek. Ten nieplanowany romans trwał pół roku. Artur co miesiąc przynosił synowi alimenty – przekazywał je mojej mamie i znikał. Wiedziałam, iż mąż mieszka z Kają Ewszewską. Miała córkę z pierwszego małżeństwa. Kaja nalegała, żeby mała mówiła do Artura „tato”. Cała trójka mieszkała w naszym mieszkaniu. Gdy tylko Kaja dowiedziała się, iż od niego odeszłam, natychmiast przeprowadziła się z córką do Artura z innego miasta. Kaja ubóstwiała Artura, robiła mu wełniane skarpetki, swetry, gotowała syte obiady. O tym wszystkim dowiedziałam się później. Całe życie będę wypominać mężowi Kaję Ewszewską. Wtedy wydawało mi się, iż nasz związek się wypalił i wszystko legło w gruzach… …Jednak gdy spotkaliśmy się na kawie (rozmawialiśmy o rozwodzie), nagle nadeszły miłe wspomnienia. Artur wyznał mi nieziemską miłość, skruszony przepraszał. Sam nie wiedział, jak się pozbyć natrętnej Kaji. Ogromnie żal mi się go zrobiło. Pogodziliśmy się. Mąż wciąż nie wiedział o Romku. Kaja z córką wyjechały z naszego miasta na zawsze. …Minęło siedem lat szczęśliwego małżeństwa. Potem Artur miał wypadek samochodowy. Operacje nogi, rehabilitacja, chodzenie o lasce. Powrót do zdrowia zajął dwa lata. Wszystko strasznie wyczerpało męża. Zaczął mocno pić. Zupełnie stracił do siebie szacunek. Zamknął się w sobie. Trudno było na to patrzeć. Moje namowy nic nie dały – niszczył siebie i nas z synem. Odmawiał jakiejkolwiek pomocy. Za to w pracy pojawił się „ramię do wypłakania” – Paweł. Pocieszał mnie w palarni, spacerował po pracy, wspierał. Był żonaty, żona spodziewała się drugiego dziecka. Do dziś nie wiem, jak wylądowaliśmy w jednym łóżku. Absurd! Był o głowę niższy, drobny, w ogóle nie w moim typie! I ruszyło się! Paweł zabierał mnie na wystawy, koncerty, balety. Gdy jego żona urodzi córeczkę, Paweł się uspokoi, odejdzie z naszej firmy i zatrudni się gdzie indziej. Pewnie pomyślał o mnie – „z oczu, z serca”. Nie rościłam sobie do niego praw, więc łatwo go puściłam z powrotem do rodziny. Ten mężczyzna po prostu na chwilę zagłuszył moją duszę. Nie zamierzałam rozbijać cudzej miłości. A Artur pił dalej. …Za pięć lat przypadkiem spotkamy się z Pawłem. Zaproponuje mi małżeństwo, a mnie ogarnie wesołość. Mój Artur na krótko weźmie się w garść. Wyjedzie do Czech do pracy. W tym czasie będę wzorową żoną i troskliwą matką. Całym sercem myślę tylko o rodzinie. Artur wróci za pół roku. Zrobimy remont w mieszkaniu, kupimy sprzęt do domu, mąż odrestauruje samochód. Żyj i się ciesz. Ale nie! Mąż znów zacznie pić. Zaczęły się kręgi piekła. Artura do domu znosili koledzy. Sam nie mógł dotrzeć, czasem tylko się doczołgał… Często biegałam po okolicy, szukając „nieprzytomnego” męża. Znajdowałam go śpiącego na ławce, z wywróconymi, pustymi kieszeniami, ciągnęłam do domu. Bywało różnie… …Którejś wiosny stoję smutna na przystanku, wokół ptaszki świergoczą, słońce uśmiecha się szeroko, szczypie promieniami, a mnie nie cieszy nic z tej kwietniowej beztroski. Słyszę, jak ktoś szepcze mi do ucha: – Może mogę pomóc w Twoim kłopocie? Odwracam się. Boże! Jaki pachnący przystojniak! A ja miałam już 45 lat! Czy znów stanę się „jagodą”? Zawstydziłam się jak panna. Dobrze, iż przyjechał autobus – wskoczyłam gwałtownie i odjechałam „od grzechu.” Mężczyzna pomachał na pożegnanie. Cały dzień w pracy myślałam tylko o nim. Udałam się jeszcze parę tygodni – dla zasady… Ale Igor (tak miał na imię nieznajomy), jak czołg, uparcie pokonywał mój opór. Codziennie rano czekał na przystanku. Pilnowałam punktualności, wypatrywałam go z daleka. Igor, gdy mnie zobaczył, puszczał całusa z uśmiechem. Raz przyniósł pęk czerwonych tulipanów. Mówię mu: – No i co ja zrobię z kwiatami rano w pracy? Zaraz mnie wyśmieją koleżanki. Igor się uśmiechnął: – Oj, nie pomyślałem o takich „strasznych” konsekwencjach. Wręczył bukiet jakiejś babci, która z ciekawością obserwowała naszą scenkę. Babcia aż się odmłodziła! „Dzięki, syneczku! Życzę Ci ognistej kochanki!” Zaczerwieniłam się na jej słowa. Dobrze, iż nie życzyła młodej kochanki – zapadłabym się ze wstydu! Igor kontynuował: – A może, Nadka, zostaniemy razem „winni”? Nie pożałujesz. Powiem szczerze – propozycja była kusząca i w sam raz. Zwłaszcza, iż z mężem już dawno nie było więzi. Artur często leżał bezwładny w łóżku, pogrążony w alkoholu. Igor okazał się niepijącym, byłym sportowcem (miał 57 lat) i doskonałym rozmówcą. Rozwiedziony. Miał w sobie jakąś magnetyczną siłę! Wpadłam w tę miłosną przygodę po uszy! Była dla mnie jak wir namiętności. Trzy lata żyłam między domem, a Igorem. Moja dusza była wzburzona. Nie miałam siły, ani chęci się zatrzymać. Jednak gdy pojawiła się chęć zakończenia wszystkiego, ciągle brakowało mi siły. Jak mówią – dziewczyna „goni” chłopaka, a on nie chce odejść… Igor całkowicie zawładnął moją duszą i ciałem. Wiadomo, „polubi się towar – rozum się kończy.” Gdy był blisko, brakowało mi tchu! To było zamroczenie umysłu! Ale czułam, iż ta namiętność nie przyniesie dobrego. Miłości do Igora nie czułam. Wracałam wykończona (po gorącym kochanku) do domu i chciałam wtulić się w męża. Choć pijany, źle pachnący – był taki swojski i czysty! „Swój suchy chleb smaczniejszy niż cudze ciasto.” Myślałam, iż to właśnie jest prawda życia… A namiętność – od słowa „cierpieć.” I chciałam już „odcierpieć”, wyzdrowieć z Igora i wrócić do rodziny, zamiast beztrosko oddawać się przyjemnościom. Tak myślałam rozumem, a ciało biegło w słodką otchłań. Ciągle byłam zniewolona jedzącą wszystko namiętnością. Nie umiałam się powstrzymać. Mój syn wiedział o Igorze. Zobaczył nas w restauracji, gdy przyszedł tam z dziewczyną. Musiałam go przedstawić synowi. Uścisnęli sobie dłonie, ukłonili się. Wieczorem przy kolacji Świętosław patrzył pytająco. Czekał na wyjaśnienia. Zażartowałam, iż kolega zaprosił, by omówić nowy projekt. „No jasne, w restauracji,” – syn pokiwał głową. Nie potępiał mnie. Prosił tylko, żebym nie rozwodziła się z tatą. Mówił – może kiedyś się ogarnie. Czułam się jak zagubiona owieczka, która zbłądziła. Rozwiedziona przyjaciółka nakłaniała, żebym „odczepiła się od tych kochanków” i się opanowała. Słuchałam jej rad. Miała doświadczenie jako „testerka” trzeciego męża. Powtórzę – to były rady rozumu. Otrzeźwiłam się dopiero, gdy Igor podniósł na mnie rękę. To była ta granica. Dobrze, iż przyjaciółka ostrzegała: – Spokojnie jest, póki stoisz na brzegu… Zeszedł mi z oczu „welon”. Można powiedzieć – całkiem spadł! Świat nabrał kolorów! Trzy lata męki! Uff! Wolna! Igor długo będzie próbował mnie odzyskać. Będzie czekać – gdzie tylko się da, prosić na kolanach o przebaczenie… Ale będę nieugięta! Przyjaciółka mnie wycałuje, wręczy kubek z napisem „Jesteś adekwatna!” A co do Artura – wiedział o mojej grzesznej historii. Igor do niego dzwonił, opowiadał wszystko. Mój kochanek był pewny, iż odejdę z rodziny. Artur wyznał mi – – Słuchając wywodów Twojego adoratora, chciałem po cichu umrzeć. Przecież to moja wina! Sam! Straciłem żonę. Zamieniłem na „zielonego węża”. Idiota. Co mogłem Ci odpowiedzieć? …Od tamtej pory minęło dziesięć lat. Mamy z Arturem dwie wnuczki. Siedzimy pewnego dnia przy stole, popijamy kawę. Patrzę w okno. Artur delikatnie bierze mnie za rękę: – Nadka, nie oglądaj się za innymi. Ja jestem Twoim szczęściem! Wierzysz? – Oczywiście, wierzę, mój jedyny…
Prawo do wyboru: Twoje decyzje, Twoje życie