Kuchnia

Przepis Ani z Fundacji Caritas – “Grochówka z Okopowej”…
W lodówce czy jednak poza nią? "Całe życie przechowywałam te produkty źle"
Kaszę wrzucam do blendera i robię pyszny deser. Wychodzi puszysty sernik bez pieczenia
Pyszny obiad na poniedziałek. Podajemy przepis, Ty gotujesz. Leniwe gołąbki bez zawijania
Nie wyrzucaj – podziel się. Poznań pomaga oddać nadmiar jedzenia potrzebującym
Nie zasłużyłaś – Opowieść o Ksenii, która po rozwodzie próbowała dać szansę Andrzejowi i jego synowi, przez lata budowała rodzinę, poświęcając się i rezygnując z własnych potrzeb, aż w końcu zrozumiała, iż miłość to nie wyrzeczenia i postanowiła zacząć żyć dla siebie
– Musimy zostać u Ciebie na jakiś czas, bo nie stać nas na wynajem mieszkania! – Tak niespodziewanie oznajmiła mi moja przyjaciółka. Mam 65 lat i wciąż jestem pełna energii – zwiedzam Polskę, spotykam ciekawych ludzi, a wspomnienia beztroskiej młodości wypełniają mnie euforią i nostalgią. Dawniej za grosze można było jeździć nad Bałtyk, biwakować na Mazurach czy żeglować po Wiśle – wszystko było dostępne i proste. Niestety, to już tylko wspomnienia. Zawsze lubiłam poznawać nowych ludzi – czy to na plaży w Jastarni, czy w warszawskim teatrze. Wiele przyjaźni przetrwało lata, aż pewnego razu poznałam Sarę. Wakacje spędziłyśmy razem w pensjonacie w Kołobrzegu i kontaktowałyśmy się listownie. Po latach dostałam telegram: „O trzeciej nad ranem przyjeżdża pociąg. Spotkaj się ze mną!” Nie wiedząc, kto go wysłał, zignorowałam wiadomość. O czwartej rano ktoś zapukał do drzwi – to była Sara z rodziną: dwie nastolatki, babcia i mąż, ze stertą bagaży. Byliśmy w szoku, ale wpuściliśmy ich – a Sara z wyrzutem powiedziała: „Dlaczego nie przyszłaś na dworzec? Przecież wysłałam telegram!” gwałtownie okazało się, iż zostają u nas, bo nie mają pieniędzy na mieszkanie czy hotel. Nie byliśmy choćby rodziną! Musiałam gotować dla wszystkich i znosić ich obecność. Po trzech dniach poprosiłam Sarę i jej bliskich o wyprowadzkę – wywołało to awanturę. Rozbili naczynia, krzyczeli i… ukradli mój szlafrok, ręczniki, a choćby wielki garnek! Tak zakończyła się moja przyjaźń – nigdy więcej nie usłyszałam o Sarze. Teraz o wiele bardziej uważnie dobieram znajomych. Jak można być tak bezwstydnym!
Żywność dla Polaków z pleśnią i żywymi szkodnikami. Zatrważające odkrycia
Ten twarożek nie ma w sobie laktozy. Smaruję nim kanapkę i mam pyszne śniadanie
Cyfrowe kanały zmieniają rynek ubezpieczeń. Co trzeci klient kupuje polisę online
Musisz oddać nam dziecko. To my jesteśmy jego prawdziwymi rodzicami” – oświadczyli obcy ludzie w progu
Nie żona, tylko gosposia ci potrzebna – czyli dlaczego Evka w końcu spakowała dzieci, Labradora i zamknęła za sobą drzwi męża-księcia kanapy
Mąż przyprowadził koleżankę na nasz wigilijny stół, a ja poprosiłam ich oboje, żeby wyszli
Zazdrościcie mojego szczęścia! – Gorzka lekcja zaufania: Jak mama oddała mieszkanie nowemu ukochanemu i straciła wszystko, mimo ostrzeżeń rodziny
Zbudował altankę przez tydzień i jadł jedzenie z lodówki. Odciągnąłem mu to od wypłaty, a on zaczął się z tego powodu denerwować
Sąsiedzi: Życie w Blokowisku i Tajemnice Sąsiedzkich Relacji
Pasta z fasoli
Teść oniemiał, gdy zobaczył w jak trudnych warunkach mieszkamy – z pomocą przyszedł, gdy mój mąż wyrzucił mnie z domu z dzieckiem i podarował wnuczce własne mieszkanie
Biorę serek wiejski i 2 jajka. Chwilę później mam górę białkowych placuszków
Najlepszy ser według diabetologów. Pomaga kontrolować poziom cukru
Zima przykryła podwórko Andrzeja miękką kołdrą śniegu, ale jego wierny pies Graf, ogromny owczarek niemiecki, zaczął się dziwnie zachowywać. Zamiast wylegiwać się w dużej budzie, którą Andrzej zbudował mu z sercem zeszłego lata, Graf uparcie spał na zewnątrz, prosto na śniegu. Andrzej obserwował go przez okno i czuł, jak ściska go niepokój — Graf nigdy wcześniej tak się nie zachowywał. Każdego ranka, gdy wychodził na dwór, Andrzej widział, jak Graf patrzy na niego napięty. Gdy tylko zbliżał się do budy, pies ustawiał się między nim a wejściem, cicho warczał i błagalnym wzrokiem jakby mówił: „Proszę, nie wchodź tam.” To zachowanie, zupełnie niepodobne do ich wieloletniej przyjaźni, nie dawało Andrzejowi spokoju — co ukrywa jego najlepszy przyjaciel? Zdeterminowany, by poznać prawdę, Andrzej uknuł mały plan — zwabił Grafa do kuchni aromatycznym kawałkiem steka. Gdy pies, zamknięty w domu, szczekał z całych sił do okna, Andrzej podszedł do budy i przysiadł, by zerknąć do środka. Serce mu zamarło, gdy oczy przywykły do ciemności i zobaczył obraz, który go zmroził… …W środku, zawinięty w kocyk, leżał mały kotek — brudny, zmarznięty i ledwo oddychający. Oczka przymykały mu się ze zmęczenia, a ciało drżało z zimna. Graf gdzieś go znalazł i zamiast przegonić czy zostawić, przygarnął. Spał na zewnątrz, by go nie wystraszyć i pilnował wejścia, jakby w budzie była najcenniejsza skarbnica. Andrzej wstrzymał oddech. Wyciągnął dłonie, ostrożnie wyjął maleństwo i przytulił je do piersi. W tej samej chwili Graf podbiegł i przysunął się do jego ramienia — nie warcząc, ale delikatnie, gotowy do pomocy. — Jesteś dobrym psem, Graf… — wyszeptał Andrzej, tuląc kociaka. — Lepszym niż niejeden człowiek. Od tego dnia na podwórku mieszkała już nie dwojka, a trójka przyjaciół. A buda, zrobiona z miłością, na nowo zyskała sens — stała się domem dla uratowanych duszyczek.
Wszyscy by chcieli takiej pomocy – Polciu, dziś do was przyjadę, pomogę z wnukami. Polina przycisnęła telefon do ucha, jednocześnie próbując uspokoić wyjącego Maksa. – Pani Nadziejo, dziękuję, ale radzimy sobie… Sygnał rozłączenia. Teściowa już się rozłączyła. W salonie rozległ się huk – to Szymek wywrócił pudełko z klockami, a Maja od razu zaczęła piszczeć z radości, rzucając je w różne strony. Maks na rękach zanosił się płaczem, jakby nie jadł od tygodnia, choć butelkę skończył dwadzieścia minut temu… Polina przeniosła wzrok na Antka. Siedział na kanapie, wpatrzony w ekran telefonu. Aż za bardzo skupiony. – Dzwoniłeś do mamy. Nie pytanie – stwierdzenie. Antek wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od ekranu. – No… tak. Widzę, iż ci ciężko. Mama pomoże… Polina chciała powiedzieć, iż daje radę. Że nie potrzebuje pomocy. Że przez trzy miesiące od urodzenia Maksa ogarniała dom, karmiła trójkę dzieci i czasem choćby spała. Ale Maks znowu zapłakał, więc poszła do sypialni, kołysząc syna i przygotowując się psychicznie na przyjazd pani Nadziei. Teściowa zjawiła się w porze obiadu – z dwoma wielkimi walizkami i miną osoby, która ratuje tonący statek. – O matko, Poliu, wyglądasz jak duch! – Pani Nadzieja weszła, omiatając mieszkanie czujnym spojrzeniem. – I jaki bałagan. Nic się nie martw, teraz ja tu jestem, wszystko ogarniemy, będzie dobrze. Pod wieczór pierwszego dnia Polina już żałowała, iż nie zamknęła drzwi na zasuwę. – Co to jest? – teściowa patrzyła z nieufnością na deskę, na której Polina kroiła cukinię. – Leczo. Dzieci lubią. – Leczo?! – Pani Nadzieja wymówiła słowo, jakby Polina chciała otruć wnuki. – Nie, nie, nie. Antek lubi barszcz. Prawdziwy, według mojego przepisu. Odstąp, ja zrobię. Polina odsunęła się od kuchenki, zaciskając w dłoni nóż do warzyw. Następnego ranka teściowa obudziła Polinę o siódmej, choć Maks dawał zasnąć dopiero o piątej. – Pola! Jak ty ubierasz dzieci? Co to za cyrk? Szymek i Maja mieli na sobie ulubione kombinezony – żółty i czerwony. Polina kupiła je na spacer, żeby widzieć bliźniaki z daleka na placu zabaw. – Zwyczajne ubrania. – Zwyczajne? To są twoim zdaniem zwyczajne ubrania? – Pani Nadzieja już wyciągała z walizki szare spodenki i beżowe bluzeczki. – Wyglądają jak papugi! I jeszcze ta chłodna pogoda, przeziębią się. Przywiozłam cieplejsze rzeczy. – Jest im wygodnie… – Pola. – Teściowa wyprostowała się, skrzyżowała ramiona na piersi, w oczach pojawiły się łzy. – Przyjechałam żeby pomóc, a ty mi pyskujesz, sprzeciwiasz się. Jestem starsza, wychowałam Antka, wiem jak trzeba. Ty… ty mnie nie szanujesz. Nie doceniasz. Pani Nadzieja zaszlochała, przyciskając dłoń do serca i usiadła ciężko na stołku w kuchni, teatralnie ukazując swe głębokie zranienie. Antek wyjrzał ze sypialni, rzucił spojrzenie matce, potem Polinie. – Znowu robisz aferę? – szepnął żonie. – Mama tylko chce pomóc. Wszyscy by takiej pomocy chcieli. Polina nic nie powiedziała. Przebrała bliźniaki w szarości i beże. Uśmiechnęła się do teściowej. I poczuła, jak w środku łamie się jeszcze jedna drobna cząstka. …Pod koniec tygodnia mieszkanie zamieniło się w teren pani Nadziei. Meble w dziecięcym pokoju zostały poprzestawiane – łóżeczka poustawiane „jak należy”. Dzieci żyły i spały według nowego harmonogramu. Polina karmiła Maksa pod czujnym okiem teściowej, słuchając uwag o złej pozycji butelki. Antek co pół godziny znikał na balkon. Patrzył na podwórko, udając, iż nic się nie dzieje. Polina nie spała. Nocami leżała i gapiła się w sufit, nie mogąc się odprężyć. Każdy szmer w korytarzu sprawiał, iż się wzdrygała – a nóż to teściowa idzie kontrolować, czy wnuki dobrze śpią… Rano wstawała wykończona, z drżącymi palcami, parzyła kawę, która nic nie dawała. W czwartek wieczorem Polina otworzyła szafkę z mlekiem dla dzieci i zamarła. Półki były puste. – Pani Nadziejo – wyszła do kuchni, gdzie teściowa kroiła kapustę na kolejny barszcz. – Gdzie jest mleko dla Maksa? – Wyrzuciłam to świństwo – choćby się nie obejrzała. – Ta chemia to samo zło. Kupiłam normalne, zdrowe. Wskazała na słoik stojący na stole. Na blacie stała tania mieszanka, po której Maks miał miesiąc temu wysypkę na całym ciele. – On ma na nią alergię. – Bzdura – machnęła ręką teściowa. – Alergie ma przez niewłaściwe karmienie. Na pewno dałaś mu coś złego. Teraz wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Polina patrzyła na tę puszkę i na spokojną teściową krojącą kapustę. Pomyślała o Antku, który znowu przesiaduje na balkonie. Coś w niej cicho pękło. Ostatecznie. …Czterdzieści minut później Polina siedziała już w taksówce, tuląc Maksa. Szymek i Maja, w swoich kolorowych kombinezonach, które wygrzebała spod warstwy ciuchów od teściowej, patrzyli przez okno. W bagażniku leżała torba z najpotrzebniejszymi rzeczami. U mamy Polina rozpłakała się już w progu. – Mamo, ja nie mogę już tak dalej… Mama przytuliła ją, zaprowadziła do kuchni, posadziła przy stole. Zaparzyła herbatę. Głaskała po głowie, aż Polina wypłakała się do końca. – Nic się nie martw, Polu. Zostaniecie u mnie, damy radę. Telefon zaczął wibrować o jedenastej wieczorem i nie przestawał do trzeciej nad ranem. – Pola, co ty wyrabiasz?! – krzyczał Antek do słuchawki. – Mama w histerii! Chciała dobrze, pomagała nam! – A ja chcę spokojnie żyć! – syczała Polina, żeby nie zbudzić dzieci. – Ona wyrzuciła mleko! Maks ma alergię na to, co twoja mama uznała za dobre dla naszego syna! – Jaka alergia! Ty zawsze wszystko wyolbrzymiasz! Mama wie lepiej! Jest starsza! – To niech mama mieszka z tobą! – Jesteś niewdzięczną histeryczką, – Antek syczał do słuchawki. – Bez mojej mamy nie dałabyś rady. Wróć do domu natychmiast. – Nie wrócę, póki ona tam jest. Zapadła cisza. W końcu Antek burknął: – Jak chcesz, – i się rozłączył. Rano Polina poszła do urzędu stanu cywilnego i złożyła papiery na rozwód. Po trzech dniach wróciła po rzeczy. Sama, bez dzieci – mama została z nimi. Pani Nadzieja czekała w przedpokoju. – Polina, jak możesz? Rozdzielić dzieci z ojcem! Babcię z wnukami! To okrutne! Bez serca! Tyle wam dałam, tyle serca włożyłam! Wszyscy by tak chcieli, żeby im pomagano jak ja! Polina zatrzymała się, patrząc na teściową. Na kobietę, która pod przykrywką pomocy przejęła jej życie, wyrzuciła mleko, po którym Maks był zdrowy, wstawiła swoje rzeczy, przestawiała meble, przebierała dzieci, nie pozwalała jej gotować, doprowadziła do załamania. – Poradzicie sobie, nic wam nie będzie, – usłyszała własny, lodowaty głos. Pani Nadzieja cofnęła się, łapiąc powietrze. Antek wyskoczył z pokoju, chwycił Polinę za nadgarstek. – Co ty wyprawiasz? Jak się odzywasz do mojej mamy?! Polina wyrwała rękę. Spojrzała na męża – dorosłego faceta, który wciąż leciał z każdą sprawą do mamy. – Nie dotykaj mnie. Przeszła obok niego, spakowała swoje rzeczy w sypialni i wyszła z mieszkania bez słowa. …Rozwód sfinalizowano po dwóch miesiącach. Antek próbował dzwonić, potem odpuścił. Pani Nadzieja wysłała długiego SMS-a o tym, iż Polina zniszczyła rodzinę i złamała jej synowi życie. Polina usunęła go bez czytania. …U mamy było ciasno, ale cicho. Nocami wstawała do Maksa, kołysała go na kuchni, patrząc w ciemność za oknem. W dzień spacerowała z bliźniakami na podwórku, karmiła ich domowym leczo, ubierała w kolorowe kombinezony… Po pół roku Szymek i Maja poszli do przedszkola. Polina znalazła pracę zdalną – redagowała teksty nocami, gdy dzieci spały. Starczało na życie. Nie na luksusy, ale na wszystko, co potrzebne. Wieczorami siadała na kanapie, Maks spał w łóżeczku, a bliźniaki przytulały się do niej, domagając się bajki. Polina czytała im o trzech świnkach, zmieniając głosy. Maja chichotała, Szymek kiwał poważnie głową. Wtedy Polina opierała się o kanapę, patrzyła na dzieci i wiedziała – postąpiła słusznie. Przed nią czekały trudne lata, samotne wychowywanie trójki. Było ciężko, bywało samotnie i strasznie. Ale było dobrze.
Przepraszam za to, jak się potoczyło
Mąż przyprowadził koleżankę z pracy na nasz wigilijny stół, a ja poprosiłam ich oboje, by wyszli z mojego domu
Paryski Finał WOŚP z licytacjami i działaniami integracyjnymi
Gmina Smyków grała dla WOŚP w Cisowniku [wideo, zdjęcia]
Stitch, dinozaury, morsowanie i nie tylko. Tak było podczas 34. finału WOŚP w Cieszynie – ZDJĘCIA
34. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Radoszycach [wideo, zdjęcia]
Wielkie granie w Kościelisku (zdjęcia)
Zorganizowałam przyjęcie na piętnaste urodziny pasierbicy, a jej ojciec wrócił do byłej żony Dziesięć lat. Dziesięć lat wychowywałam to dziecko jak własne. Zmieniałam pieluchy, kiedy była jeszcze malutka. Co tydzień zawoziłam ją na zajęcia. Pomagałam w lekcjach, uczyłam dbać o siebie, tuliłam po pierwszym zawodzie miłosnym. Nazywała mnie „mamą”. Nie „żoną taty”. Nie „macochą”. Mamą. Na jej piętnaste urodziny przygotowywałam święto od miesięcy. Wynajęłam piękną salę, kupiłam sukienkę, zorganizowałam muzykę i poczęstunek dla wielu gości. Wydałam oszczędności, ale byłam pewna, iż warto. To było moje dziecko. Tak mi się przynajmniej wydawało. Trzy tygodnie przed imprezą pojawiła się biologiczna matka. Kobieta, która przez lata była nieobecna – bez wsparcia, bez telefonów, bez obecności. Nagle zjawiła się w moim domu, roztrzęsiona, mówiąca, iż chce zacząć od nowa. Powinnam była przeczuć, iż coś jest nie tak. Ale zaufałam. W dniu urodzin przyszłam wcześniej, by doglądnąć szczegółów. Sala była gotowa – przystrojona, wszystko dopięte na ostatni guzik. Kiedy jeszcze wszystko sprawdzałam, ktoś dotknął mnie w ramię. Powiedziano mi, żebym sobie poszła. To „rodzinny moment”. Nie było dla mnie miejsca. Próbowałam tłumaczyć, iż to ja wychowałam to dziecko. Że to ja wszystko sfinansowałam. Ale słowa nic nie zmieniły. Człowiek, z którym dzieliłam życie przez lata, powiedział tylko, iż tak będzie „najlepiej dla dziecka”. Nie płakałam. Nie krzyczałam. Po prostu wyszłam. Tej samej nocy, gdy pakowałam rzeczy do kartonów, zadzwonił dzwonek. Było już późno. Otworzyłam drzwi. Stała ona – w urodzinowej sukience, zapłakana, wykończona. „Wyszłam” – powiedziała. – „Nie mogłam tam zostać bez ciebie”. Chciałam jej powiedzieć, iż powinna być z rodzicami, ale przytuliła mnie mocno i wyszeptała: „Ty jesteś moją mamą. Ty wiesz o mnie wszystko. Zawsze byłaś przy mnie”. Objęłam ją i mocno przytuliłam. Opowiedziała, iż gdy podczas uroczystości dziękowali „rodzinie”, zapytała o mnie. Powiedzieli jej, iż nie chciałam przyjść. Wtedy wyznała prawdę – przy wszystkich. I wyszła. Została ze mną. Oglądałyśmy filmy do nocy, jadłyśmy pizzę i rozmawiałyśmy. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam spokój. Następnego dnia telefon zamilkł pod natłokiem połączeń. Nie odbierałam. Po kilku miesiącach wszystko się ostatecznie zakończyło. Zaczęłam nowe życie. Ona kontynuuje naukę i wybrała życie ze mną. Sukienka wisi w jej szafie. „Żeby pamiętać, kiedy wybrałam prawdziwą rodzinę” – mówi. I czasem się zastanawiam: Kto kogo wtedy naprawdę zostawił?
Noworoczny cud w rodzinie Kowalskich – czyli jak Petruś zapomniał o prezencie dla córeczki, ale biały kotek od bezdomnego i niezwykłe spotkanie pod blokiem uratowały święta
Zjedz dwie sztuki wieczorem. Zaśniesz twardym snem i obudzisz się z promienną cerą
Z białek po pączkach przygotowuje te kruche ciasteczka. Chwila pracy i gotowe
Po prostu przyjaciółka z dzieciństwa – Naprawdę zamierzasz spędzić całą sobotę, porządkując graty w garażu? Całą sobotę? – Ala nabija na widelec kawałek sernika i z uniesioną brwią patrzy na wysokiego rudego chłopaka. Janek odchyla się w fotelu, ogrzewając dłonie o chłodną już filiżankę cappuccino. – Ala… To nie graty, tylko skarby mojego dzieciństwa. Tam gdzieś leży moja kolekcja papierków po gumie „Love is”. Wyobrażasz sobie takie bogactwo? – O rany. Ty naprawdę trzymasz papierki. Od którego roku? Ala prycha i ledwie powstrzymuje śmiech. Ta kawiarnia z podniszczonymi kanapami w kolorze przejrzałej śliwki i wiecznie zaparowanymi oknami już dawno stała się ich własnym terytorium. Kelnerka Marta choćby nie pyta, co mają podać – po prostu stawia na stoliku cappuccino dla niego, latte dla niej i deser dnia na pół. Piętnaście lat przyjaźni sprawiło, iż ich rytuały stały się automatyczne. – Dobra, przyznaję – Janek salutuje jej filiżanką – garaż jeszcze poczeka. I skarby też. Kirył zaprasza w niedzielę na grilla, jak coś. – Wiem. Wczoraj trzy godziny szukał nowego grilla w internecie. Trzy. Myślałam, iż oczy mi wypłyną z nudów. Ich śmiech wtapia się w szum ekspresu do kawy i ciche rozmowy przy sąsiednich stolikach… …Między nimi nie istniały niezręczne cisze ani niedopowiedzenia – znali się tak dobrze, jak własne dłonie. Ala pamięta, jak Janek – chudy siódmoklasista z wiecznie rozwiązanymi sznurówkami – pierwszy do niej podszedł w nowej klasie. On pamiętał, iż była jedyna, która nie śmiała się z jego okularów w rogowej oprawce. Kirył przyjął tę przyjaźń bez pytań i podejrzeń od pierwszego dnia. Obserwował żonę i jej przyjaciela z dzieciństwa z tą spokojną pewnością siebie, która cechuje ludzi pewnych siebie i tych, których kochają. Podczas ich piątkowych wieczorów z „Monopoly” i „Uno” Kirył śmiał się najgłośniej, gdy Janek po raz setny przegrywał z żoną w „Scrabble”, i polewał wszystkim herbatę, kiedy ta dwójka kłóciła się o zasady „Kalamburów”. – On oszukuje, dlatego wygrywa – powiedziała kiedyś Ala, rzucając w męża kartami. – To się nazywa strategia, kochana żonko – Kirył spokojnie zbiera rozrzucone karty. Janek wtedy patrzył na nich z ciepłym uśmiechem. Lubił tego człowieka – konkretnego, niezawodnego, z tak suchym humorem, iż czasem trudno było wyczuć, czy żartuje. Przy Kiryłe Ala rozkwitała – stawała się łagodniejsza, szczęśliwsza. Janek naprawdę cieszył się jej szczęściem, jak tylko prawdziwy przyjaciel potrafi. Równowaga została zachwiana, gdy do ich świata wkroczyła Weronika… …Siostra Kiryła zjawiła się pod ich drzwiami miesiąc temu, z podkrążonymi oczami i silnym postanowieniem zacząć życie od nowa. Rozwód ją wykończył, zostawiając pustkę wszędzie tam, gdzie kiedyś była jakaś namiastka stabilizacji. Gdy Janek przyszedł któregoś wieczoru na ich tradycyjną partyjkę planszówek, Weronika oderwała się od telefonu, mierząc go oceniającym spojrzeniem. Coś w niej kliknęło, jakby uruchomił się dawno zapomniany mechanizm. Przed nią stał mężczyzna – spokojny, z dobrymi oczami, z uśmiechem, który sam zmuszał do odwzajemnienia. – To Janek, mój przyjaciel jeszcze z podstawówki – przedstawiła go Ala. – A to jest Weronika, siostra Kiryła. – Miło mi – Janek podał rękę. Weronika uścisnęła jego dłoń chwilę dłużej, niż wymagała tego etykieta. – Wzajemnie. Od tego momentu „przypadkowa” obecność Weroniki stała się regułą. Pojawiała się w ich ukochanej kawiarni dokładnie wtedy, kiedy tam siedzieli Ala z Jankiem. Wpadała do mieszkania z talerzem ciastek właśnie wtedy, gdy Janek wchodził z wizytą. Siadała przy stole do gier tak blisko niego, iż ich ramiona się stykały. – Podasz mi tę kartę tam? – Weronika pochylała się przez jego ramię, a jej włosy niby przypadkiem muskały szyję Janka. – Ojej, przepraszam. Janek delikatnie się cofał, mamrocząc coś grzecznego. Ala wymieniała spojrzenia z mężem, ale Kirył tylko wzruszał ramionami – siostra zawsze była odrobinę przesadna. Flirt stawał się coraz bardziej wyraźny. Weronika długo patrzyła na twarz Janka, chwaliła go przy każdej okazji, szukała pretekstu do najdrobniejszego dotyku. Śmiała się z jego żartów tak głośno, iż Ala aż bolały uszy. – Masz piękne dłonie, takie smukłe palce, arystokratyczne – zagajała Weronika, łapiąc Janka za dłoń podczas planszówek. – Jesteś muzykiem? – Eee… informatykiem. – I tak masz piękne. Janek ostrożnie wyrywał się i zagapiał w swoje karty z przesadnym skupieniem. Jego uszy czerwieniały. Po trzecim „kawowym” zaproszeniu „po prostu pogadać, po przyjacielsku” Janek się poddał. Lubił Weronikę – była żywa, ekspresyjna, pełna energii. Może, jeżeli im się ułoży, przestanie patrzeć na niego głodnym wzrokiem na każdym spotkaniu, a wszystko wróci do normy. Pierwsze tygodnie ich romansu były całkiem w porządku. Weronika promieniała, Janek się rozluźnił, rodzinne wieczory znów stały się po prostu rodzinne. A potem Weronika zauważyła coś, czego wolałaby nie zauważyć. Zobaczyła, jak Janek ożywia się na widok Ali. Jak jego twarz staje się pogodna i ciepła. Jak łatwo żartują, jak kończą nawzajem swoje zdania i jak jest między nimi więź, do której ona nie ma dostępu. Zazdrość zakiełkowała w Weronice trucizną. – Dlaczego ciągle się z nią widujesz? – Weronika skrzyżowała ręce na piersi, zastępując Jankowi drogę do drzwi. – Bo to moja przyjaciółka. Piętnaście lat, Weronika. To… – Ale to JA jestem twoją dziewczyną! Ja! Nie ona! Awantury przychodziły falami, jedna po drugiej. Weronika płakała, oskarżała, żądała. Janek tłumaczył, przekonywał, usprawiedliwiał się. – Myślisz o niej więcej niż o mnie! – Weronika, to absurd. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. – Tylko przyjaciele nie patrzą tak na siebie! Telefon Janka dzwonił za każdym razem, kiedy spotykał się z Alą. – Gdzie jesteś? Kiedy wrócisz? Czemu nie odpisujesz? Znowu z nią jesteś? Nauczył się wyciszać dźwięk, ale Weronika zaczęła go śledzić. Wpadała do kawiarni, w parku, pod domem Ali – zapłakana, z gniewem w oczach. – Weronika, proszę cię – Janek zmęczonym gestem masował skronie. – To już nie jest normalne. – Nienormalne jest, iż spędzasz więcej czasu z cudzą żoną niż ze mną! Ala też miała dość. Każde spotkanie z Jankiem było jak próba nerwów: kiedy pojawi się Weronika, z jakimi zarzutami, jaką scenę dziś urządzi. – Może powinnam rzadziej… – zaczęła Ala, ale Janek przerwał: – Nie. W żadnym wypadku. Nie będziesz zmieniać swojego życia przez jej histerie. Nikt z nas nie będzie. Ale Weronika już podjęła decyzję. Skoro nie da się po dobroci – będzie po swojemu. Kirył siedział w kuchni, gdy Weronika weszła do pokoju. – Braciszku… Muszę ci coś powiedzieć. Nie chciałam, ale… powinieneś znać prawdę… …Karmiła go kłamstwami, łkając w odpowiednich momentach. Tajne spotkania. Zbyt długie spojrzenia. Jak Janek trzymał Alę za rękę, gdy myślał, iż nikt nie widzi. Kirył słuchał spokojnie: nic nie dopowiadał, nie zadawał pytań. Jego twarz była nieprzenikniona. Kiedy Ala i Janek weszli do mieszkania godzinę później, atmosfera w salonie była gęsta jak kisiel. Kirył półleżał w fotelu, twarzą człowieka czekającego na widowisko. – Usiądźcie – wskazał na kanapę. – Moja siostra opowiedziała mi fascynującą historię o waszym rzekomym romansie. Ala zamarła w pół kroku. Janek zacisnął zęby. – Co tu się… – Twierdzi, iż widziała rzeczy wysoce kompromitujące. Weronika skuliła się, nie mogąc nikomu spojrzeć w oczy. Janek rzucił się ku niej, iż aż się cofnęła. – Dość, Weronika. Mam dość twoich fanaberii! Jego twarz pobladła ze złości. Spokojny, cierpliwy Janek zniknął; był już tylko facet na granicy wytrzymałości. – Zrywamy. Teraz. – Ty nie możesz… Jej oczy zaszkliły się łzami, tym razem prawdziwymi. – To przez nią! – Weronika wycelowała palcem w Alę. – Zawsze ją wybierasz! Zawsze ona! Ala odczekała chwilę, pozwalając szwagierce się wykrzyczeć. – Wiesz, Weronika – powiedziała cicho, spokojnie – gdybyś nie próbowała kontrolować każdej sekundy jego życia, nie urządzała scen o byle co, nic tego by się nie stało. Sama zniszczyłaś to, co chciałaś zatrzymać. Weronika złapała torebkę z kanapy i wypadła z mieszkania, trzaskając drzwiami. Wtedy Kirył wybuchł śmiechem – prosto z serca, odchylając głowę na oparcie. – O rany, nareszcie. Podniósł się i przyciągnął żonę do ramienia. – Nie uwierzyłeś jej? – Ala wtuliła się w jego szyję. – Ani przez sekundę. Od lat obserwuję, jak się ze sobą zgrywacie. To bardziej wygląda na kłótnię rodzeństwa, kto zjadł ostatnie ciastko. Janek odetchnął z ulgą, napięcie w końcu znikło. – Sorry, iż wciągnąłem was w ten cyrk. – Daj spokój. Weronika to dorosła kobieta, sama odpowiada za swoje decyzje. A teraz – kolacja. Lasagne stygnie i nie zamierzam jej podgrzewać przez cudze dramaty. Ala zaśmiała się cicho, z ulgą. Jej rodzina przetrwała. Przyjaźń z Jankiem oparła się burzy. A mąż kolejny raz udowodnił, iż jego zaufanie jest silniejsze niż oszczerstwa. Przeszli do kuchni, gdzie złocista lasagne lśniła pod światłem, a świat znów nabrał znajomych kształtów.
Z życia wzięte. "Mama sprzedała wiejski dom babci i wezwała nas z siostrą, by powiedzieć, jak podzieli pieniądze": Jestem niezadowolona
Czy miłość potrafi przetrwać zimową zawieruchę? Noworoczna opowieść o Oksanie, która w świątecznym rozgardiaszu biegnie do sklepu po majonez i koperek, by przez przypadek spotkać tajemniczego lekarza Valerego – wypadek na śliskim chodniku, nieoczekiwana pomoc i wspólna kolacja w trzecią sylwestrową noc. Czy w cieniu dawnej rodziny, niedokończonych rozmów i noworocznych zawirowań odnajdzie szczęście? Historia o drugim początku, zazdrości, poświęceniu i tym, jak najważniejsze decyzje podejmujemy, gdy za oknem wirują płatki śniegu, a w domu pachnie świąteczną kolacją.
– Zatrzymamy się u ciebie na jakiś czas, bo nie mamy pieniędzy na wynajem własnego mieszkania! – usłyszałam od mojej przyjaciółki. Mam 65 lat, ale przez cały czas jestem bardzo aktywną kobietą – podróżuję, poznaję ciekawych ludzi i często wspominam beztroskie wakacje nad Bałtykiem czy biwaki na Mazurach. Pewnego dnia znajoma z dawnych lat, Sara, niespodziewanie zjawiła się u mnie z rodziną i bagażami. Zamiast wspólnych wspomnień, wybuchł skandal – nieproszeni goście narobili zamieszania, a na pożegnanie choćby ukradli mi garnek z kapustą! Od tego czasu raz na zawsze zmieniłam podejście do dawnych znajomości.
Wrzucam do blendera i robię pyszną różową pastę. Idealna do chipsów i smarowania pieczywa
KORKI TUSKA, ŻUREK Z ŻURKIEM I KRĘCENIE KORBĄ Z SIKORSKIM. AUKCJE WOŚP
Nie żonę, ale gosposię byś chciał – czyli jak się obudzić po dwunastu latach bycia darmową służącą w polskiej rodzinie, gdzie choćby pies rozumie więcej niż twój mąż
Brat męża przyjechał „na tydzień w gości”, a mieszkał rok – aż musieliśmy wyeksmitować go z pomocą policji
Czas dla siebie: Odkryj magię chwili dla własnych pasji
Z urlopu Igor nie wrócił — Czemu twój nie dzwoni, nie pisze? — Nie, Werka, ani w dziewiąty dzień, ani w czterdziesty — żadnej wieści, — żartowała Ludka, poprawiając roboczy fartuch na szerokich biodrach. — No, to pewnie gdzieś przepadł… albo coś się stało, — współczująco kiwała sąsiadka głową. — Czekaj, czekaj. Policja nic nie wie? — Wszyscy milczą, Weroniko, jak ryby w Bałtyku. — Ot, taki los… Ludmile ta rozmowa ciążyła. Przełożyła miotłę do drugiej ręki i zaczęła zamiatać opadłe liście pod własnym domem. Ciągnęła się długa, polska jesień roku 1988. Ledwo co zamieciona ścieżka w mig pokrywała się nowymi liśćmi, Ludka zawracała i znów zgarniała je w kupę. Minęły trzy lata, odkąd Ludmiła Gulkina przeszła na emeryturę i w końcu mogła cieszyć się zasłużonym wypoczynkiem. Ale w zeszłym miesiącu musiała wrócić do pracy — zatrudniła się jako sprzątaczka w osiedlowym ZBM-ie, bo zaczęło brakować pieniędzy, a o inną posadę było ciężko. A przecież żyli jak typowa polska rodzina. Ani źle, ani dobrze — jak wszyscy. Pracowali, wychowywali syna. Mąż Ludmiły nie pił nałogowo, tylko na święta; w pracy go szanowali — sumienny, nie oglądał się za innymi kobietami. A ona całe życie przepracowała jako pielęgniarka w szpitalu, miała nagrody, dyplomy. Mąż wyjechał na wczasy nad morze i nie wrócił. Ludmiła nie od razu zaczęła coś podejrzewać. Nie dzwonił — więc pewnie odpoczywa, jest dobrze. Ale gdy w wyznaczonym dniu nie przyjechał, zaczęła go szukać wszędzie: obdzwoniła miejscowe szpitale, policję, choćby do kostnicy dzwoniła. Synowi — do jednostki wojskowej — najpierw wysłała telegram, potem się dodzwoniła. Wspólnymi siłami ustalili: z hotelu wyjechał, ale do pociągu nie wsiadł. Przepadł bez śladu. Znowu obdzwoniła wszystkie szpitale, kostnice. W pracy męża tylko rozkładali ręce: daliśmy przodownikowi pracy wczasy — dalej nie wnikamy. Nie wróci w terminie, zwolnimy za nieobecności. Matka rwała się pojechać na miejsce, ale syn ją powstrzymał: — Gdzie go tam znajdziesz? Ja będę mieć wolny tydzień. Pojadę, w wojskowym mundurze może łatwiej czegoś się dowiem. Ludmiła trochę się uspokoiła, starała się cały czas czymś zająć, by złe myśli nie przychodziły. Na policję chodziła już jak do pracy — na spokojnie, bez nerwów, ale nowin nie było. Poszła do pracy też dlatego. Jak zamiatasz i jesteś między ludźmi, jakoś się trzymasz. W domu płakała. Obwiniała się i los, iż w takim wieku zesłał jej takie próby. Najbardziej przygniatała ją niepewność. Igor pojawił się przed Ludmiłą równie nagle, jak zniknął. Stał w tym samym, granatowym garniturze, w którym wyjechał na wczasy. Bez torby i bez walizki. Po prostu stał z podniesionym kołnierzem i rękami w kieszeniach, patrząc jak Ludka mozolnie zamiata podwórko. Początkowo go nie zauważyła i nie wiedziała, jak długo tam stoi, aż syn ją zawołał. — Igor, Piotrek…, — Ludmiła rzuciła miotłę i pobiegła. Rozpostarła ramiona jak ptak wracający do rodzinnego gniazda — rzuciła się mężowi na szyję i objęła. Igor nie od razu, ale też ją objął. — No chodźcie już do domu, się obcałowują… — syn był niezadowolony. Ludka usłyszała to w jego głosie, w twardym kroku na schodach. — Piotrusiu, pozwól, iż cię przytulę, od wiosny cię nie widziałam… — Cześć, cześć. Zimno, chodźmy. — Czemuś nie zadzwonił? Przecież bym się przygotowała, chociaż po domu posprzątała, coś ugotowała. — Mamo, nie przyjechałem tu na ciasto. Obiecałem, to jestem. Ludka patrzyła raz na męża, raz na syna. Przeżyła tyle przez te miesiące, iż teraz była jak we mgle. Żywy, zdrowy. Nie chciała już nic wypytywać, tylko nakarmić, napoić i dać im odpocząć. Igor siedział cicho. — Siadaj, mamo. Ale ona krzątała się w kuchni, brzęczała talerzami, kubkami. — Mamo, tatę znalazłem u innej kobiety. Ludka odwróciła się do syna i spojrzała na męża. Siedział przy stole, na taborecie, ręce splecione na kolanach, głowa spuszczona. Wyglądał na zbitego psa — chudy, posępny, jakby nie chciał przyznać się do winy. — U jakiej kobiety? Co się dzieje, Igor? Wszystko, co Ludmiła sobie wyobrażała, to iż męża okradli, nie ma na bilet, pobili go, błąka się po miastach, szuka jedzenia. — Nie wrócił do domu, tylko został u Zubowej Olgi, w domku nad morzem. Nie chciał wracać. Ludka mrugała oczami. — Jak to nie chciał? — Po prostu nie. Zrozumiałem, iż nie żyję tak, jak chcę — zaczął mąż, podnosząc lekko głos. — Uświadomiłem sobie, iż nie dostaję od życia tego, czego potrzebuję. Zakład, praca, praca, zakład. Działka w weekend. A nie ma… wolności. — Ach, wolności! — Ludka aż poczerwieniała ze złości. — Synku, po co tego twojego kawałka wolności tu przyprowadziłeś? Chciałeś mnie upokorzyć? Lepiej byś powiedział, iż nie żyje — byłoby sprawiedliwiej. Wypłakałam oczy, czekałam, a on… w domku nad morzem… — Wiesz, Ludka… Może chciałem zacząć życie od nowa. — Nie, Igor, nie życia chciałeś od nowa, tylko ci słońce na tym południu uderzyło do głowy! Prawdziwy facet wróciłby, rozwiódł się i dopiero wtedy jechał w siną dal. Uczciwy by był wobec innych, a potem wobec siebie. Widzieć cię nie chcę, idź… Igor wstał, przeszedł przez korytarz do pokoju. — Nie, nie… idź! Jakby cię nie było! Nie chcę, nie mogę! — krzyczała Ludka, gotowa na histerię. — Tata, idź, — Piotrek gwałtownie był w korytarzu. Igora Ludka zobaczyła znów po dwóch tygodniach. Rutynowo zamiatała ścieżkę, zgarniała deszczówkę z asfaltu. Stał na początku domu w starym płaszczu i śmiesznej czapce. — Ludka, — zawołał, a potem głośniej powtórzył. Podniosła głowę, spojrzała pustym wzrokiem. Czuła się tak, jakby złamał jej kości — chciałaby wybaczyć, ale już nie mogła podejść i go objąć. Igor zbliżył się sam. — Zostałem, znowu pracuję w zakładzie. Na brygadzistę się nie nadawali, to robię na taśmie. Wpuścisz? Podparła się na miotle: — A wpuścić cię mogę, ale tylko po papier na rozwód. Pilnie. — Nie wybaczyłaś? Rozumiem. — Skoro rozumiesz, po co przyszedłeś? — Bo kiedy wyjeżdżałem, Olga powiedziała, iż jeżeli wyjadę, nie przyjmie z powrotem. Więc wróciłem, Ludka, do ciebie. — Haha! Ani tam, ani tu! Bo tacy faceci są nikomu niepotrzebni! I wróciłeś, bo syn cię przycisnął. Idź, żyj swoim życiem, tylko nie zawadzaj. Nie stój mi tu — i kilka razy przejechała mu miotłą po butach. Odwróciła się i jeszcze żarliwiej zamiatała chodnik. Po kilku minutach się obejrzała. Igora już nie było. Uff — jakby zdjęła ciężki kamień z serca. Bała się, iż zostanie, a ona wybaczy… Bo zwykle tych, co ranią, i tak się broni własną piersią.
Wystarczy dodać garść i zwiększyć temperaturę. Po chwili piekarnik lśni jak nowy
„Od rana się dzieje”. WOŚP gra w całym Zamościu [ZDJĘCIA]
Kluczowe godziny podczas odchudzania. Mało kto zwraca na nie uwagę
Gdybyś sprzedawał te zapieksy, to ustawiłaby się długa kolejka. Najlepszy jest pieczarkowy farsz
Tort za pięć tysięcy złotych! Licytacje na WOŚP w Końskich z dużymi kwotami [zdjęcia, wideo]
Rozmroziła zamrażarkę w 5 minut. Pomogła rzecz, którą masz w szufladzie kuchennej
Z życia wzięte. "Mój mąż wymaga czystego domu i jedzenia na stole, a ja pracuję, żeby nas utrzymać": On jest bezrobotny