Kuchnia

Jeden z największych sklepów spożywczych w Mississaudze zmienia właściciela
Warszawa pod ścisłą kontrolą. Kary za brak rachunków za wywóz idą w tysiące. Kontrole startują w całej Polsce
Sąsiad pozazdrościł i doniósł. Mieszkańcy bloków muszą gęsto tłumaczyć się przed fiskusem z tego co mają w mieszkaniu
Urzędnicy mają wrócić do biur. Związki zawodowe oburzone
Szybka kanapka już nie tylko w McDonald's. Znana sieć wchodzi do Łodzi
Czy znów nie dzwonił, mamo?” — zapytał Andrzej, patrząc na kobietę siedzącą przy stole niewinnym wzrokiem.
USA wydały komunikat. "Zrobić zapas wody, żywności i leków"
USA wzywają obywateli do opuszczenia Iranu
Na swoje 35. urodziny dostałam od teściowej wielką książkę kucharską z złośliwymi komentarzami – zamiast podziękować, oddałam jej „prezent” i podarowałam karnet na taniec
Trzy złamane losy – rodzinne tajemnice, dawna miłość i decyzja, która zmieniła życie trzech osób.
Karol Okrasa wydał oświadczenie. "Kończy się dla mnie istotny rozdział"
Świętuj Tłusty Czwartek z KD Market
Siedziałam przy stole i trzymałam w rękach zdjęcia, które właśnie wypadły z prezentowej torby mojej teściowej. To nie były kartki. To nie były życzenia. To były wydrukowane zdjęcia — jakby z telefonu, specjalnie wywołane na papierze, jakby ktoś chciał, żeby zostały na zawsze. Serce mi zamarło. Było cicho. Słyszałam tylko tykanie zegara w kuchni i cichy dźwięk piekarnika, który trzymał ciepło. Dziś miała być rodzinna kolacja. Normalna. Grzeczna. Ułożona. Wszystko przygotowałam perfekcyjnie. Obrus — wyprasowany. Talerze — jednakowe. Kieliszki — te najlepsze. choćby serwetki, które trzymałam „na gości”. I wtedy właśnie weszła teściowa z torbą oraz tym spojrzeniem, które zawsze odbierało mi pewność siebie. — Przyniosłam coś drobnego — powiedziała, kładąc torbę na stole. Bez uśmiechu, bez ciepła. Po prostu jak ktoś, kto składa dowody. Otworzyłam torbę z grzeczności. I wtedy zdjęcia posypały się na stół jak policzek. Pierwsze było zdjęcie mojego męża. Drugie — znowu mój mąż. Na trzecim już nie wytrzymałam — mój mąż… i jakaś kobieta obok niego. Widziałam dość, by wiedzieć, iż to nie „przypadkowa”. Wszystko we mnie się ścisnęło. Teściowa usiadła naprzeciwko i poprawiła rękaw, jakby właśnie podała herbatę, a nie wyrzuciła bombę. — Co to jest? — zapytałam dziwnie niskim głosem. Teściowa nie spieszyła się z odpowiedzią. Nalała sobie wodę, upiła łyk i dopiero wtedy powiedziała: — Prawda. W myślach policzyłam do trzech, bo czułam, jak drżą mi słowa na języku. — Prawda o czym? Teściowa odchyliła się, skrzyżowała ręce i zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu, jakby mój wygląd ją rozczarował. — Prawda o tym, kim jest mężczyzna, z którym mieszkasz — powiedziała. Poczułam, jak oczy mi łzawią, nie z bólu, a z upokorzenia. Z tego tonu. Z tego, iż ona to mówi z satysfakcją. Chwyciłam zdjęcia jedno po drugim. Palce mi się spociły, a papier był chłodny i ostry na brzegach. — Kiedy zostały zrobione? — zapytałam. — Wystarczająco niedawno — odparła. — Nie udawaj naiwnej. Wszyscy widzą. Tylko ty udajesz, iż nie. Wstałam. Krzesło zaskrzypiało głośno i wydawało mi się, iż echo rozbrzmiało po całym mieszkaniu. — Po co mi je przyniosłaś? — zapytałam. — Dlaczego nie rozmawiasz z moim mężem? Teściowa przechyliła głowę. — Rozmawiałam. — powiedziała. — Ale on jest słaby, on cię żałuje. A ja… ja nie znoszę kobiet, które ciągną mężczyzn w dół. I wtedy zrozumiałam. To nie było odkrycie. To był atak. Nie chciała mnie „ratować”. Chciała mnie upokorzyć. Odepchnąć. Sprawić, żebym poczuła się niechciana. Odwróciłam się do kuchni. W tym momencie piekarnik zapiszczał — obiad był gotowy. Ten dźwięk sprowadził mnie na ziemię. Do rzeczywistości, do tego, co ja zrobiłam. — Wie pani, co jest najobrzydliwsze? — rzuciłam, nie patrząc na nią. — Powiedz — odpowiedziała sucho. Wzięłam jeden talerz, potem drugi. Zaczęłam nakładać jedzenie, jakby nic się nie wydarzyło. Ręce mi drżały, ale były zajęte, bo inaczej rozpadłabym się na kawałki. — Najobrzydliwsze jest to, iż przynosi mi pani te zdjęcia nie jako matka, tylko jak wróg. Teściowa zaśmiała się cicho. — Jestem realistką. — stwierdziła. — Powinnaś być realistką. Podałam jedzenie, postawiłam talerz przed nią. Teściowa uniosła brwi. — Co robisz? — zapytała. — Zapraszam panią na kolację. — powiedziałam spokojnie. — Bo to, co pani zrobiła, nie zepsuje mi wieczoru. W tym momencie się zdezorientowała. Zobaczyłam to. Nie tego oczekiwała. Oczekiwała łez. Scen. Telefonu do męża. Załamania. Nic z tego. Usiadłam naprzeciwko. Ułożyłam zdjęcia w stosik i przykryłam czystą, białą serwetką. — Chce mnie pani zobaczyć słabą. — powiedziałam. — To się nie uda. Teściowa zwęziła oczy. — Uda się. — powiedziała. — Gdy tylko on wróci i zrobisz mu awanturę. — Nie. — odpowiedziałam. — Kiedy wróci, dam mu kolację. I dam mu szansę zachować się po męsku. Cisza między nami zgęstniała. Tylko sztućce lekko brzęczały, bo układałam je starannie, jakby to było teraz najważniejsze na świecie. Po ok. dwudziestu minutach klucz przekręcił się w zamku. Mąż wszedł i od progu powiedział: — Ładnie pachnie… Potem zobaczył teściową przy stole. Jego mina się zmieniła. Poczułam to, zanim go spojrzałam. — Dlaczego tu jesteś? — zapytał. Teściowa uśmiechnęła się. — Przyszłam na kolację — powiedziała. — Żona taka gospodyni. Te słowa były jak sztylet. Spojrzałam na niego bez teatru. Mąż podszedł do stołu i zauważył zdjęcia. Serwetka lekko się przesunęła i jedno wystawało. Zamarł. — To… — wyszeptał. Nie pozwoliłam mu uciec. — Wytłumacz mi. — powiedziałam. — Przy mnie i przy twojej matce. Ona tak wybrała. Teściowa pochyliła się do przodu — gotowa na spektakl. Mąż wypuścił powietrze. — To nic takiego — powiedział. — To stare zdjęcia, koleżanka z pracy, na imprezie firmowej ktoś zrobił. Patrzyłam na niego bez słowa. — A kto je wywołał? — zapytałam. Rzucił spojrzenie matce. Teściowa choćby nie drgnęła, tylko uśmiech jeszcze szerszy. Wtedy zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Wziął zdjęcia. Podarł je na pół, potem jeszcze raz. Wrzucił do kosza. Teściowa zerwała się z krzesła. — Oszalałeś?! — wrzasnęła. On spojrzał na nią twardo. — To ty oszalałaś. — powiedział. — To jest nasz dom. A ona jest moją żoną. Jak masz zamiar siać jad — wyjdź. Siedziałam nieruchomo. Nie uśmiechnęłam się. Ale gdzieś we mnie coś odetchnęło. Teściowa chwyciła torbę gwałtownie. Wybiegła, trzasnęła drzwiami, a jej kroki na schodach brzmiały jak policzek. Mąż spojrzał na mnie. — Przepraszam — szepnął. Popatrzyłam na niego. — Nie chcę przeprosin — powiedziałam. — Chcę granic. Chcę wiedzieć, iż następnym razem nie zostanę sama przeciwko niej. Mąż pokiwał głową. — Nie będzie następnego razu — zapewnił. Wstałam, podeszłam do kosza i wyjęłam podarte zdjęcia. Wrzuciłam je do reklamówki i zawiązałam mocno. Nie dlatego, iż się ich bałam. Dlatego, iż nie pozwolę już nikomu zostawiać „dowodów” w moim domu. To było moje ciche zwycięstwo. Co wy byście zrobili? Poradźcie mi…
Zaparowane szyby i mokre parapety – chroń dom przed pleśnią
Karol Okrasa zamyka istotny rozdział swojego życia. "Po 15 latach"
Legenda poznańskiego cukiernictwa
Przekaż 1,5% podatku — PODARUJ DOBRO! DOBRO może mieć Twoje imię!…
Jana wróciła ze szpitala po porodzie – a w kuchni stała druga lodówka. — To moja i mamy, nie wkładaj tam swojego jedzenia — oświadczył jej mąż.
Kielce. Mecz Korona Kielce – Zagłębie Lubin
"Nomada". W Chinach to normalne? "Byłam kochanką i nie wiedziałam"
Masz dojrzałe banany? W 10 minut na patelni wyczarujesz z nich deser
Dlaczego nie zostawiam swoich dzieci pod opieką babć – szczera opowieść trzydziestojednoletniej mamy dwóch córek o tym, dlaczego sama zajmuje się dziećmi, mimo braku wsparcia od własnej mamy i teściowej, oraz jak różnice pokoleniowe i rodzinne zwyczaje wpłynęły na jej decyzję
Mąż zaproponował czasową separację, by „sprawdzić uczucia” – więc wymieniłam zamki – Wiesz co, Ela, mam wrażenie, iż staliśmy się sobie obcy. Rutyna nas pożarła. Myślę… powinniśmy trochę pomieszkać osobno. Sławek powiedział to tak zwyczajnie, jakby proponował kupić nie bułkę, a razowy chleb na kolację. choćby nie podniósł wzroku znad talerza z barszczem, do którego moczył kawałek słoniny. Ela zamarła z chochlą w ręku, czując, jak gorąca kropla bulionu spływa jej po nadgarstku i parzy skórę, ale ból był ledwo odczuwalny. W uszach szumiało, jakby ktoś odpalił odkurzacz na pełen regulator. – Co znaczy – osobno? – powtórzyła, starając się, by głos jej nie drżał. Odstawiła chochlę do garnka, bojąc się, iż zaraz wypadnie jej z osłabionych palców. – Wyjeżdżasz w delegację? – Nie, żadna delegacja – skrzywił się Sławek, w końcu podnosząc na nią zmęczone, lekko zirytowane oczy, jak nauczyciel zmuszony tłumaczyć uczniowi oczywiste sprawy. – Mówię o przerwie. O sprawdzeniu uczuć. Rozumiesz, iskra zgasła. Wracam do domu, a tam… duszno. To samo: praca, obiad, telewizor, spanie. Chcę sprawdzić, czy mnie jeszcze do ciebie ciągnie, czy to już tylko przyzwyczajenie. Ela powoli opadła na krzesło po drugiej stronie stołu. Dwadzieścia lat małżeństwa. Dwójka dzieci – już studenci – zamieszkałych w innych miastach. Kredyt hipoteczny spłacony trzy lata temu. Remont własnymi rękami, zdzieranie tapet przez weekendy. A teraz – „duszno”? – I gdzie masz zamiar zamieszkać, kiedy będziesz… sprawdzał? – zapytała cicho. – Wynająłem kawalerkę. Na dwa miesiące. Blisko pracy, żebym nie stał w korkach – odpowiedział zbyt szybko, jakby miał to przygotowane. – Rzeczy już pakuję, są w sypialni. A więc wszystko postanowione od dawna. Kiedy Ela wybierała na wiosnę nowe sadzonki na działkę, kiedy szukała mężowi swetra na promocji, on oglądał mieszkania. Wynajął, zapłacił kaucję. I milczał. – A moje zdanie cię nie interesuje? – spojrzała na niego, próbując dojrzeć w jego twarzy tamtego chłopaka, za którego wychodziła. Ale przed nią siedział obcy, przybierający na wadze facet z uciekającym wzrokiem. – Ela, nie zaczynaj dramatu – odłożył łyżkę. Apetyt mu chyba w końcu przeszedł. – Nie proponuję przecież rozwodu. Na razie. Proszę o przerwę. To normalne, dużo ludzi tak robi. Psychologowie polecają. Może zrozumiemy, iż nie możemy bez siebie żyć, i przeżyjemy „drugą podróż poślubną”. A może… No, przynajmniej będzie uczciwie. Wstał, rzucił serwetkę na stół i poszedł do sypialni. Ela słyszała, jak szafę otwiera, jak szeleszczą torby. Siedziała w kuchni, patrząc na stygnący barszcz – ulubiony, z fasolą, jak chciał – i czuła, jak w niej rozrasta się ogromna, lodowata pustka. Wieczór minął jak we śnie. Sławek krzątał się po mieszkaniu, przenosząc walizki do przedpokoju. Wziął laptopa, ukochaną kawiarkę (prezent dla Eli od koleżanek z pracy, ale używał głównie on), ciepłe rzeczy. – No to idę – powiedział w kurtce, stojąc w drzwiach. Miał minę podniosłą, odrobinę winę w oczach. – Nie dzwoń na razie. Umówmy się: miesiąc ciszy. Żeby eksperyment był czysty. – A jak rura pęknie? – zapytała głupio Ela. – Wezwiesz hydraulika. Dasz sobie radę, już jesteś dorosła. Klucze zachowam na wszelki wypadek, może będę musiał coś odebrać. To cześć, nie tęsknij za bardzo. Drzwi huknęły. Zamek trzasnął. Ela została sama w mieszkaniu – nagle jakby za dużym, za cichym, przerażająco pustym. Przez pierwsze trzy dni leżała tylko. Wstawała pić wodę, korzystała z toalety. Myślała, iż życie się skończyło. Analizowała ostatnie miesiące – gdzie popełniła błąd? Może za często marudziła o tych skarpetkach? Przytyła? Stała się nudna? Czwartego dnia przyjechała siostra, Magda. Wpadła do mieszkania z siatkami zakupów i winem. Zobaczyła Elę – zapłakaną, w szlafroku, z tłustymi włosami – tylko pokręciła głową. – Tak tego nie zostawimy. Wstawaj, pod prysznic. Ja pokroję ser. Po godzinie, przy kieliszku wina, Ela opowiedziała wszystko, Magda słuchała uważnie. – „Próba uczuć”, powiadasz? – prychnęła siostra. – „Dusno mu”? Elka, jesteś księgową, liczysz jak komputer, a tu nie umiesz dodać dwa do dwóch. On ma babę. – No co ty – odparła Ela. – Jaką babę? Ma pięćdziesiątkę na karku, z kręgosłupem i wrzodami. Komu on potrzebny? – Proszę cię! Miłość i wrzody nie mają związku, szczególnie jak kryzys wieku średniego się odpala. „Wynajął kawalerkę”, „nie dzwoń miesiąc” – klasyk. Chce pożyć z tamtą, ale boi się palić mosty. A nuż ona nie ugotuje mu barszczu albo nie upierze skarpet? Trzyma cię „w rezerwie”. Jak się uda – rozwiedzie się. Jak nie, wróci z kwiatami i powie: „Tylko ciebie kocham”. Ty go wpuścisz, a on znowu będzie panem na włościach! Słowa siostry spadały jak kamień do umysłu Eli. Próbowała się bronić, ale wiedziała, iż Magda ma rację. choćby zmiana hasła w telefonie, zostawanie dłużej „w pracy”, nowa koszula… – Co mam robić? – zapytała Ela – czuła, jak złość powoli zastępuje smutek. – Co robić? Żyć! – Magda aż uderzyła dłonią w stół. – Idź do fryzjera, kup sobie coś fajnego i przestań czekać na jego telefon. Mieszkanie czyje? – Moje. Po rodzicach – odpowiedziała automatycznie Ela. – On u mamy zameldowany, dokumentów nie przepisał, nam się nie spieszyło. – Czyli jesteś tu jedyną właścicielką. Słuchaj mnie uważnie. Nie siedź w kącie i nie płacz. On myśli, iż będziesz czekać. Zaskocz go. Wieczorem Ela długo nie mogła zasnąć. Potem w łazience znalazła jego krem do golenia. Z rozmachem wrzuciła go do kosza na śmieci. Bum – pierwszy strzał w tej nowej wojnie. W następnych tygodniach Ela zmusiła się pójść do pracy. Koledzy widzieli, iż schudła i posmutniała. Bez Sławka okazało się, iż mieszkanie jest czyściejsze, nikt nie zostawia okruszków ani brudnych dżinsów. Jedzenie nie znika, nie trzeba gotować codziennie, starczy sałatka. Wieczory wolniejsze – sięgnęła po druty, zaczęła na nowo dziergać. Cisza wcale nie okazała się straszna. Przeciwieństwo – uzdrawiała. Nikt nie narzekał przy tv, nie przełączał, kiedy Ela oglądała film. Ale gdzieś tam, nie dawał spokoju robak – a może siostra się myli? Może faktycznie Sławek sam mieszka i tęskni? Wszystko się wyjaśniło pewnego piątku, gdy Ela w drodze po włóczkę w galerii zobaczyła ich: Sławek przy witrynie jubilera z kobietą – młodszą o dwadzieścia lat w czerwonym płaszczu, śmiejącą się do niego tak, jak kiedyś ona. Objął ją w pasie i prowadził do wyjścia. Coś w Eli umarło. Narodziło się coś nowego – twardego, chłodnego, spokojnego. Bez skandali wróciła do domu. Znalazła świadectwo własności, akt darowizny po rodzicach, wpis zameldowania – tylko ona i dzieci. Sławek zawsze mówił: po co przepisywać, „i tak mieszkamy razem”. Znalazła przez Internet ślusarza i zamówiła wymianę zamków. Wybrała najmocniejszy, antywłamaniowy. Gdy fachowiec wręczył nowe, błyszczące klucze, Ela zamknęła drzwi na wszystkie spusty swojego „zamku”. Rzeczy Sławka – kurtki, buty, sprzęt wędkarski – spakowała w pięć solidnych worków na śmieci. Wyniosła na korytarz. Po tygodniu nastała sobota i… dzwonek do drzwi. Ela spojrzała przez wizjer: Sławek z reklamówką i goździkami (nawet nie pamiętał, iż zawsze wolała tulipany). Nie otworzyła. – Ela! Co z zamkiem? Ela milczała. – Otwieraj! Wróciłem wcześniej, stęskniłem się! Umawialiśmy się na miesiąc, a ja szybciej! – walił pięścią w drzwi. – Twoje rzeczy są w workach po lewej. Zabierz i odejdź – odpowiedziała jasno. – Ty zwariowałaś?! Otwieraj! To mój dom! – wrzeszczał. – Mam do niego prawo! – To nie jest twój dom, Sławku. To moje mieszkanie. Chciałeś mieszkać osobno? Proszę bardzo. Na zawsze. Zdał sobie sprawę z sytuacji. Rzucał wyzwiskami, groził policją, kopał drzwi. W końcu ucichł, próbował ogarnąć siaty ze swoimi rzeczami, znowu coś krzyknął… i wyszedł. Ela osunęła się pod drzwiami i płakała – ze zmęczenia i ulgi. gwałtownie rozwód przez e-sąd. Działka sprzedana, auto z odszkodowaniem dla niej wykorzystane na wakacje w Turcji. „Młoda muza” porzuciła Sławka, gdy zrozumiała, iż nie ma już do czego wracać. Ela – pierwszy raz od lat wysmażona na słońcu, w nowej sukience, z kurortowym romansem i przekonaniem, iż wszystko jeszcze przed nią. Kiedy spotkała Sławka pod blokiem, usłyszała coś w stylu: „Ela, wróćmy do siebie, bez ciebie nic nie ma sensu”. Spojrzała i poczuła… nic. – Dwadzieścia lat nie wymazujesz – zgodziła się – ale przeszłość powinna zostać przeszłością. Mam nową drogę, Sławek. I dla ciebie w niej nie ma już miejsca. Odwróciła się, weszła na klatkę. Sięgnęła po nowe, błyszczące klucze – i zamknęła za sobą drzwi do starego życia. Podobają Ci się takie historie? Zasubskrybuj kanał i zostaw lajka, by nie przegapić kolejnych prawdziwych opowieści. Daj znać w komentarzu – czy Ela postąpiła słusznie?
Valeria zmywała naczynia w kuchni, gdy wszedł tam Jan. Wcześniej zgasił światło, burcząc: — pozostało jasno, można nie marnować prądu. — Chciałam wstawić pranie — odpowiedziała Valeria. — Zrobisz to w nocy, prąd będzie tańszy. I nie odkręcaj tak mocno wody. Marnujesz ją, Valeria. I pieniądze przez to przepadają. — Jan zmniejszył strumień, a Valeria z rezygnacją usiadła przy stole. — Jan, czy ty kiedyś patrzyłeś na siebie z boku? — Codziennie — odburknął. — I co o sobie myślisz jako mężu i ojcu? — Zwykły mąż, przeciętny ojciec. Jak wszyscy. — Chcesz powiedzieć, iż wszyscy są tacy jak ty? — Zaczynasz kłótnię? — syknął Jan. Valeria wiedziała, iż odwrotu nie ma. — Wiesz, dlaczego ode mnie nie odszedłeś? — Dlaczego miałbym odchodzić? — Bo mnie i dzieci nie kochasz. Nikogo nie kochasz, Jan. Nie udawaj. Powiem ci, czemu nie rzuciłeś nas — ze skąpstwa. Bo rozstanie to dla ciebie wyłącznie strata pieniędzy. Piętnaście lat razem. Na co je zmarnowaliśmy, poza tym iż urodziły się dzieci? Przecież choćby nad morzem nie byliśmy na wakacjach. Zawsze oszczędzaliśmy, nigdzie nie wyjeżdżaliśmy, wszystko “bo drogo”. — Odkładam pieniądze na przyszłość — odburknął Jan. — Ty odkładasz, nie my. Chcesz to udowodnić? Daj mi pieniądze na nowe ubrania dla mnie i dzieci. Siedzę w rzeczach po szwagierce, a dzieci po kuzynach. Chciałabym też w końcu wynająć swoje mieszkanie, zamiast mieszkać u twojej mamy! — Mama dała nam dwa pokoje, nie masz na co narzekać. — A ja? Dla kogo mam się ubierać? — Jesteś matką i masz 35 lat, nie czas na strojenie się. Powinnaś myśleć o wyższych wartościach, a nie ciuchach i mieszkaniach. — Dlatego wszystko trzymasz na swoim koncie? Na nasze szczęśliwe jutro, byśmy duchowo wzrastali? — Nic wam nie można powierzyć, zaraz wydacie wszystko. A jak coś się stanie? Z czego będziemy żyć? — Ale my już żyjemy JAKBY się coś stało! Oszczędzasz choćby na mydle i papierze toaletowym, znosisz wszystko z pracy! — Grosz do grosza… — Określ chociaż, ile jeszcze mam to znosić. Dziesięć lat? Piętnaście? Kiedy zaczniemy żyć jak ludzie — np. z porządną papier toaletową? Jan milczał. — Może w czterdziestce? Za wcześnie? W pięćdziesiątce? Może w sześćdziesiątce? Przeżyjemy do tego czasu w twoich resztkach, pogarszając zdrowie i nastrój. — Bez oszczędzania nie damy rady — rzucił Jan. — Właśnie dlatego odchodzę. Nie chcę już oszczędzać. Z wynajmem sobie poradzę, kupię, co chcę, przestanę słuchać kazań o wodzie i świetle. Będę żyła od wypłaty do wypłaty, a twoje alimenty pójdą na dzieci. A w weekendy odwiedzicie mamę, a ja pójdę do teatru czy restauracji. Latem — nad morze. Janowi ściemniało przed oczami, wyliczał, ile mu zostanie po alimentach, ile Valeria wyda na podróże — jego pieniędzy! — Najważniejsze, podzielimy wszystko po równo. I wszystko wydam. Nie chcę oszczędzać na życie. Chcę żyć TERAZ. A moim marzeniem, Janie, jest żeby kiedy nadejdzie moja ostatnia godzina, nie zostało na moim koncie ani grosza. Dwa miesiące później Valeria i Jan rozwiedli się. WARUNKI ZYCIA, SKĄPSTWO I MARZENIE O PRAWDZIWYM ŻYCIU: PORUSZAJĄCA ROZMOWA MAŁŻONKÓW O OSZCZĘDZANIU, OGRANICZENIACH I TĘSKNOCIE ZA SZCZĘŚCIEM W POLSKIEJ RZECZYWISTOŚCI
Do dnia wdrożenia W urzędowym gabinecie na trzecim piętrze zamknęła teczkę z dokumentacją i przybiła pieczątkę na ostatnim wniosku, uważając, by nie rozmazać tuszu. Na biurku porządek: „świadczenia”, „przeliczenia”, „skargi”. W korytarzu już ustawiła się kolejka, a po głosach rozpoznawała tych, których widywała co tydzień. Lubiła, iż w tej pracy efekt był namacalny: papier zmieniał się w wypłatę, zaświadczenie dawało darmowy przejazd, podpis oznaczał, iż ktoś nie musi już wybierać między lekami a opłatami za mieszkanie. Spojrzała na zegar. Do przerwy zostało czterdzieści minut, a wciąż trzeba było sprawdzić rejestr z zeszłego tygodnia i odpisać na dwa maile z Urzędu Wojewódzkiego. Zmęczenie siedziało głęboko, podobne do przewlekłego napięcia w barkach. Przywykła, iż towarzyszyło jej stale i dzięki porządkowi nie rozsypywała się w środku. Jej życiowa stabilność opierała się na liczbach. Kredyt na dwa pokoje na peryferiach, gdzie po rozwodzie mieszkała z synem, oraz miesięczne raty za jego studia w technikum. Mama po udarze – leki i opiekunka na kilka godzin dziennie. Nie narzekała, po prostu liczyła. Każdy miesiąc jak bilans: dochody, wydatki, co można odłożyć, z czego trzeba zrezygnować. Gdy sekretarka zawołała ją na naradę, wzięła notes i długopis, wyłączyła komputer i zamknęła gabinet na klucz. W sali zebrał się już kierownik, dwaj zastępcy i prawniczka. Na stole dzbanek z wodą i plastikowe kubeczki. Szef mówił równym tonem, jakby czytał fragment raportu. — Szanowni Państwo, zgodnie z końcowymi wytycznymi z centrali czeka nas wdrożenie nowego modelu obsługi klienta. Od pierwszego dnia miesiąca część funkcji przechodzi do centrum głównego. Nasz oddział na ul. Kościuszki zostaje zamknięty, obsługę świadczeń przenosimy do urzędu miasta i na platformę internetową. Zasady przyznawania i wypłat będą weryfikowane, nowi świadczeniobiorcy podlegają odmiennemu trybowi. Notowała, aż słowa zaczęły uwierać wewnątrz. „Zamykamy oddział na Kościuszki” – to nie był abstrakcyjny adres. Tam obsługiwano mieszkańców okolicznych osiedli, przychodzili głównie starsi, którym do centrum trzeba było jechać dwoma autobusami. „Weryfikacja zasad” zawsze oznaczała, iż ktoś straci. Prawnik dodał: — Informacja nie może trafić do publicznej wiadomości przed oficjalnym ogłoszeniem. Każde ujawnienie będzie traktowane jako naruszenie tajemnicy służbowej. Mamy podpisane zobowiązania. Szef zatrzymał na niej wzrok na chwilę dłużej. — Będą przesunięcia i nowe stanowiska. Kto udźwignie obciążenie i zachowa dyscyplinę, może liczyć na awans. Dbamy o swoich ludzi. To zdanie spadło jak ciężar. Poczuła suchość w gardle. Awans oznaczałby wyższą pensję, a tym samym mniej strachu przed bankiem i apteką. Ale „zamykamy” i „weryfikujemy” brzmiało o wiele głośniej. Po naradzie wróciła do gabinetu. W poczcie wewnętrznej już czekał mail: „Projekt zarządzenia. Nieudostępniać.” W załączniku tabele z terminami i listami zmian. Przewinęła na dół i zobaczyła: „Od pierwszego dnia miesiąca koniec przyjmowania na Kościuszki…”, a dalej – kategorie świadczeń, które wymagały nowych dokumentów. W jednym miejscu: „przy braku wniosku elektronicznego wypłata zostaje zawieszona do czasu dostarczenia dokumentów”. Wiedziała, iż „zawieszona” dla wielu znaczy „nie dostaniesz przez miesiąc albo dłużej”, bo nie zdążą, nie wejdą na platformę, nie zrozumieją, o co chodzi. Wydrukowała tylko stronę z datą wdrożenia i schowała do akt z klauzulą „poufne”. Na podajniku drukarki zostało ciepło kartki. Zamknęła pokrywę, jakby to miało także schować sens tych zmian. Przed obiadem kolejka w korytarzu zrobiła się jeszcze dłuższa. Przyjmowała szybko, ale dokładnie, co chwilę łapiąc się na tym, iż patrzy na każdego jak na kogoś, kto być może niedługo straci. Emerytka z drżącymi rękami przyniosła zaświadczenie o dochodzie syna. Mężczyzna w roboczej kurtce składał wniosek o zwrot kosztów dojazdu na leczenie. Kobieta z dzieckiem błagała o nowe przeliczenie, bo mąż przestał płacić alimenty. Znała ich twarze i historie, bo w samorządzie takich ludzi się nie zapomina. Wrócą z kolejnym plikiem papierów i tymi samymi problemami. Teraz kazano jej milczeć, gdy system po cichu zmieniał tabliczki na drzwiach. Została po godzinach. Gabinet ucichł, na dole zatrzasnęły się drzwi ochrony. Otworzyła jeszcze raz tabelę ze zmianami, nie z ciekawości, ale by sprawdzić: może przewidziano konsultacje objazdowe, może da się zorganizować okres przejściowy, może można przygotować ulotki. Znalazła zapis: „informowanie mieszkańców – przez BIP i ogłoszenia w urzędzie”. I tyle. Bez telefonów, listów, spotkań z sołtysami. Przeraziła się, jak prosto to załatwiono. Następnego dnia poszła do szefa. Nie z pretensjami, ale z rzeczowymi pytaniami, jak miała w zwyczaju. — Czy można doprecyzować wdrożenie nowej procedury? — zapytała cicho. — Na Kościuszki większość ludzi nie ma choćby telefonu z internetem. jeżeli nie złożą wniosku przez portal, stracą wypłaty. Może zostawić miesiąc przejściowy? Może przyjmować i tu, i tam albo zrobić dyżur wyjazdowy? Szef potarł zmęczone czoło. — Rozumiem. Ale to nie nasza decyzja. Mamy redukcję kosztów i założenia wzrostu cyfrowej obsługi. Dwa punkty utrzymywać się nie da. Wyjazdowe dyżury to rozliczenia, delegacje, dodatkowe sprawozdania. Nie ma środków. — Chociaż uprzedzić mieszkańców… Przecież widzimy ich co dzień. — Oficjalnie tak, gdy będzie zarządzenie i komunikat prasowy. Wcześniej nie wolno. Wiesz, co by się zaczęło? Panika, skargi, telefony do urzędu wojewódzkiego. Musimy zamknąć kwartał. Złość rosła niewyrażalna, ale czuła, iż szefa nie obwinia tylko o to. On też żył w tych liczbach, tylko na innym poziomie. — jeżeli stracą świadczenia, przyjdą tu. Znowu do nas. — Przyjdą — przytaknął spokojnie. — I wytłumaczymy im procedurę. Będą instrukcje. Poradzisz sobie, jesteś silna. Wyszła z poczuciem, iż została cicho ustawiona do pionu. Koledzy rozmawiali o urlopach, o tym, iż „znowu coś zmieniają”. Nic nie powiedziała. Nie dlatego, iż była posłuszna – po prostu nie wiedziała, jak o tym mówić, by nie wywołać burzy. W domu podgrzała zupę, którą ugotowała dzień wcześniej na dwa dni. Syna nie było długo, wrócił wyczerpany, z słuchawkami na szyi. — Mamo, praktyki nam przenieśli. Może do innego zakładu. Jak nie, będę szukał sam. Kiwnęła głową tak, by nic nie było po niej widać. On i tak miał pod górkę. Studiował, dorabiał, czasem patrzył na nią jakby miała być ich murami obronnymi. Gdy poszedł do pokoju, zadzwoniła do opiekunki mamy i ustaliła grafik na jutro, potem do mamy. Mówiła wolno, ale z pogodą: — O siebie pomyśl, kochanie. Ty wszystko dźwigasz. Chciała odpowiedzieć „wszystko w porządku”, ale zamiast tego zapytała: — Mamo, jakby ci powiedzieli, iż aptekę pod blokiem zamykają i leki musisz kupować w centrum, chciałabyś wiedzieć z wyprzedzeniem? — Oczywiście! Zrobiłabym zapas albo poprosiła sąsiadkę. A czemu pytasz? Nie odpowiedziała. To przecież nie o aptekę chodziło. Tej nocy zrozumiała, iż „tajemnica służbowa” u nich to nie ochrona bezpieczeństwa, tylko sterowanie ludźmi: by nie zdążyli się zorganizować, zadawać pytań, ani by pracownicy nie zaczęli się wahać. Trzeciego dnia przyszła kobieta z mężem niepełnosprawnym po zasiłek opiekuńczy. Trzymała teczkę tak, jakby tylko ona trzymała ją w pionie. — Kazali znowu przynieść wszystko. Proszę sprawdzić, by nie odmówili. Bez wypłaty nie wiem, z czego żyć… Sprawdzając papiery, słyszała w głowie datę wdrożenia. Ta kobieta na pewno nie złoży wniosku online. Nie z braku chęci, ale po prostu nie była w stanie. — Ma pani telefon? Internet? — Tylko zwykły, internet u sąsiadki, ale nie bywam, bo czasu brak. Dodała, co jeszcze mogła, zgodnie z obecnymi zasadami: — Zrobię wszystko na dotychczasowych zasadach. Tu ma pani adres do urzędu i godziny. Lepiej przyjść od razu, nie czekać. Kobieta dziękowała jej z wdzięcznością, jak za coś większego niż usługę urzędnika. Gdy zamknęły się drzwi, zdała sobie sprawę, iż „przyjść od razu” to niemalże szyderstwo. Bo „od razu” to wtedy, gdy już będzie po wszystkim. Tej samej doby na urzędowym czacie prawniczka napisała: „Przypominam o zakazie rozpowszechniania projektów zarządzeń. Konsekwencje: dyscyplinarka do zwolnienia”. Ktoś zareagował lajkiem, ktoś skwitował „Przyjęto”. Gapiła się w ekran czując, jak strach staje się jedynym wyjściem. Wieczorem na biurku miała listę adresów przypisanych do nowego centrum i listę świadczeń z nowymi wymogami. Teoretycznie nie powinna tego drukować, ale wydrukowała jedną kopię do porównania. Kartka aż biła bielą. Zamknęła drzwi, opuściła dłonie na skraj stołu. Zostały jej niecałe dwie doby – tyle, ile dzieliło oficjalne zarządzenie od wdrożenia. Ludzie, jeżeli dowiedzą się teraz, mogą jeszcze się zgłosić po staremu, zdobyć zaświadczenia, poprosić wnuka o pomoc. Potem zostaną przy zamkniętych drzwiach i będą krzyczeć na ochronę. Rozważała różne warianty. Powiedzieć koleżankom? Zaraz wyszłoby na jaw, oskarżyliby ją. Napisać do dzielnicowego forum? gwałtownie by ją namierzyli. Telefonować do konkretnych ludzi? Również ryzykowne – a i tak nie do wszystkich miała telefony. Jedno rozwiązanie wydawało się tchórzliwe, a jednak jedyne: anonimowo podrzucić wiadomość tym, którzy potrafią rozesłać ją z wyczuciem. W okolicy działała rada seniorów, wspólnotowe czaty, i była dziennikarka z lokalnej „Gazety Poznańskiej”, która czasem rzeczowo pisała o sprawach społecznych. Miała do niej kontakt. Zdjęła z biurka kartkę i sfotografowała fragment z datą wdrożenia oraz adresem likwidowanego oddziału. Bez nazwisk i kodów. Potem znalazła kontakt do redaktorki. Palce trzęsły się ze świadomości, iż nie ma już odwrotu. Pisząc wiadomość, kilkukrotnie kasowała treść. „Proszę sprawdzić: od 1-go dnia miesiąca zamykają przyjęcia na Kościuszki, część świadczeń przenoszą do urzędu miasta i na stronę internetową. Warto, by mieszkańcy złożyli wnioski wcześniej. Źródło anonimowe, dokument projektowy, ale data już jest podana.” Załączyła zdjęcie, jeszcze raz sprawdziła, obcięła kadrowanie tak, by nie było pieczątek. Wyłączyła w telefonie dźwięk, jakby to mogło ją ukryć. Wysłała wiadomość i od razu skasowała korespondencję, potem usunęła zdjęcie z telefonu i z kosza. Ruchy były niemal automatyczne, jak w pracy – tylko teraz służyły już nie porządkowi, ale obronie siebie samej. Kartkę podarła na małe kawałki i wyrzuciła do wspólnego pojemnika na klatce, by w gabinecie nic nie zostało. Po powrocie do domu umyła ręce, mimo iż nie było na nich brudu. Następnego dnia na dzielnicowych czatach wrzało: „zamykają oddział”, ktoś wrzucił zdjęcie ogłoszenia, którego jeszcze nie było oficjalnie. W urzędzie atmosfera gęstniała. Koledzy szeptali, szef chodził od drzwi do drzwi, prawniczka zbierała wyjaśnienia „o nieprzekazywaniu informacji”. Ona obsługiwała interesantów, jednocześnie czekając, aż ją wezwą. Ludzie rzeczywiście przyszli. Kolejka wydłużyła się, była nerwowa, ktoś przyszedł nie po to, żeby narzekać, a żeby zdążyć. Mężczyzna przyszedł z matką z sąsiedztwa – pomógł jej się zalogować, ale na wszelki wypadek chciał złożyć papierowy wniosek. Kobieta z dzieckiem poprosiła o wydruk listy dokumentów, bo „pisali na czacie, iż potem nie zdążymy”. Z zadbanej wsi zadzwoniła kobieta, pytała, czy może złożyć dokumenty wcześniej. Powiedziała „tak” z ulgą łamiącym się głosem. Wieczorem szef ją wezwał. Na biurku miał wydrukowany zrzut ekranu z czatu. Te same sformułowania, co w projekcie. — Wiesz, co to oznacza? — rzucił. — Wiem — odpowiedziała, spokojnym tonem. — To wyciek informacji. W urzędzie wojewódzkim już dopytują, prawnik domaga się postępowania służbowego. Byłaś na naradzie, masz dostęp do maila. Pracujesz tu długo. Nie chcę robić z ciebie kozła ofiarnego — mówił bardziej ze zmęczeniem niż z groźbą. — Ale muszę wiedzieć, czy mogę na tobie polegać. Poczuła, iż wszystko w niej ściska się od środka. „Polegać” – tutaj znaczyło „milczeć”. Mogła skłamać, iż nie wie nic. Wtedy pewnie zostawiliby ją w spokoju. Tylko wtedy — zostałaby w systemie, który opiera się na takich właśnie przemilczeniach. — Nie rozpowszechniałam dokumentu — wybrała starannie słowa. — Ale uważam, iż ludzie powinni wiedzieć wcześniej. I skoro się dowiedzieli, to chyba tak musiało być. Szef długo milczał. W końcu powiedział: — Rozumiesz, co właśnie mówisz? — Rozumiem. Oparł się na oparciu fotela. — Dobrze. Nie będę robił z tego sprawy. Ale awansu nie będzie. Przeniosę cię do archiwum, bez dostępu do wypłat i obsługi świadczeń. Oficjalnie – restrukturyzacja zadań. Faktycznie – by nie kusiło. Akceptujesz? Usłyszała w tym nie łaskę i nie gniew, ale próbę ratowania twarzy wszystkim. Archiwum to mniej ludzi, mniej sensu, mniej ryzyka. Zarobki niższe, premii niemal nie ma. Kredyt nie zniknie. — jeżeli się nie zgodzę? — Wtedy komisja, wyjaśnienia, dyscyplinarne postępowanie. Wiesz, jak to wygląda. I będę musiał to podpisać. Wyszła z papierem o przeniesieniu, wymagającym podpisu dziś. Koledzy udawali, iż czegoś szukają, ale czuła ich spojrzenia. Nikt się nie odezwał. W takich miejscach nie boi się złego szefa, tylko tego, iż stanie się dla wszystkich kłopotem. W domu długo siedziała w kuchni w ciszy. Syn zerknął, zapytał, co się stało. Opowiedziała skrótowo o przeniesieniu, o pieniądzach. Słuchał w milczeniu. — Zawsze mówiłaś, iż najważniejsze to nie wstydzić się siebie — odezwał się. Uśmiechnęła się smutno – ta fraza brzmiała zbyt podniośle dla ich kuchni, a jednak była prawdziwa. — Najważniejsze, żebyśmy mieli za co żyć — odparła. — I żebym mogła ludziom patrzeć w oczy. Następnego dnia podpisała papier. Ręka zadrżała, ale kreska wyszła równa. W archiwum pachniało kurzem i papierem, stały regały i teczki. Dostała klucze i listę zadań: segregacja, zszywanie, sprawdzanie. Praca była cicha, prawie niewidoczna. Tydzień później na Kościuszki wywiesili wreszcie oficjalne ogłoszenie. Ludzie i tak narzekali – tak już jest – ale część zdążyła wcześniej złożyć wnioski. Dowiedziała się o tym od dawnej koleżanki, która, nie patrząc jej w oczy, mruknęła na korytarzu: — Wiesz… niektórzy jednak zdążyli. Ci z czatów. I parę babć z wnukami. Może to nie było na darmo. Kiwnęła głową i poszła dalej z teczką pod pachą. W środku czuła jednocześnie pustkę i ciężar. Nie stała się bohaterką, nie rozwaliła systemu, nie pomogła wszystkim. Po prostu zrobiła to jedno i teraz płaciła za to swoją cenę. Wieczorem zajrzała do mamy, przywiozła leków i zakupy. Mama długo jej się przyglądała. — Ty cała jesteś jakby bardziej zmęczona. — Tak — odparła — ale wiem, po co. Położyła torby na stole, zdjęła płaszcz i poszła umyć ręce. Woda była ciepła – jedyne, nad czym miała w tej chwili pełną kontrolę. Za oknem miasto żyło dalej. Do następnej daty wdrożenia w czyimś excelu zostało już ledwie kilka tygodni.
Druga żona mojego taty pojawiła się pewnego popołudnia pod naszymi drzwiami. W dłoni trzymała pudełko pełne słodyczy, a obok niej szły dwa małe pudle, merdające ogonkami.
35-lecie Oddziału Regionalnego KRUS w Kielcach
Słodka zemsta żony: Gorzki koniec małżeństwa, randki online męża i niespodzianka przy rozwodzie – historia Żeni i Arka z Warszawy
Jesz popcorn "bez wyrzutów"? Sprawdź, jak po nim reaguje organizm
Trzy złamane losy: Sekret ze starego albumu, który zmienił wszystko – poruszająca opowieść o miłości, błędnych wyborach i cenie niezależności trzech zwyczajnych osób w polskiej rodzinie
Ma prawie tyle białka co kurczak i dobrze smakuje na ciepło. Seniorzy powinni jeść na kilogramy
Czajniki w stylu retro. Te modele ozdobią waszą kuchnię
Jak ona mogła?! choćby nie zapytała, nie poradziła się! Trzeba mieć tupet: wejść do cudzego mieszkania i rządzić się jak u siebie! Zero szacunku! Boże, za co mnie to spotkało? Całe życie poświęciłam siostrze, a tak mi podziękowała! choćby za człowieka mnie nie uważa! – Nina otarła łzy – Jej się moje życie nie podoba! Niechby spojrzała na swoje! Siedzi w tej swojej kawalerce i myśli, iż złapała szczęście za nogi. Ani porządnego męża, ani pracy normalnej: jakaś ta praca zdalna. Z czego ona żyje? A jeszcze próbuje mnie pouczać! Ja już dawno zapomniałam o tym, o czym ona dopiero zaczyna myśleć! Ta ostatnia myśl poderwała Ninę z fotela. Kobieta poszła do kuchni, nastawiła czajnik, podeszła do okna. Patrząc na panoramę świątecznego, rozświetlonego Warszawy, znowu się rozpłakała: „Wszyscy szykują się na Sylwestra, tylko ja nie mam żadnego święta… Sama jak palec…” Czajnik zagwizdał. Zatopiona w wspomnieniach Nina choćby tego nie zauważyła… Miała dwadzieścia lat, gdy mama w wieku 45 lat urodziła drugą córkę. Zdziwiło ją to wtedy: po co mamie taki kłopot? – Nie chcę, żebyś została całkiem sama – tłumaczyła mama – Tak fajnie mieć siostrę. Zrozumiesz to. Później. – Już teraz rozumiem – odpowiedziała wtedy Nina obojętnie – tylko pamiętaj: ja się nią nie będę zajmować. Mam swoje życie. – Nie masz już teraz swojego życia – uśmiechnęła się mama. Te słowa okazały się prorocze. Mała miała tylko trzy lata, gdy mama odeszła… Ojciec zmarł jeszcze wcześniej. Cała opieka nad siostrą spadła na Ninę, która adekwatnie zastąpiła Natalii matkę. Do dziesiątego roku życia wołała ją „mamo”. Nina nigdy nie wyszła za mąż. Winna temu nie była siostra: po prostu nie spotkała tego jedynego, który zdobyłby jej serce. A i czasu nie było: dom, praca, siostra… dom, praca, siostra… Po śmierci rodziców nagle musiała dorosnąć i całą swoją młodość poświęciła siostrze: wychowała ją, wykształciła. Teraz Natalia dorosła, samodzielnie mieszka. Szykuje się do ślubu. Często bywa u Niny: są sobie bardzo bliskie, choć różni je wiele – wiek, charakter, spojrzenie na świat. Nina, na przykład, jest bardzo oszczędna. Jej mieszkanie od dawna przypomina składzik starych, niepotrzebnych rzeczy. Można by tu jeszcze znaleźć szlafrok, który nosiła dziesięć lat temu, czy rachunki za czynsz z 2000 roku. W kuchni pełno wyszczerbionych kubków, garnków bez uchwytów, porysowanych patelni. Nina dawno z nich nie korzysta, ale żal wyrzucić: może jeszcze się przydadzą? choćby podstawowego remontu nie robiła od lat. Nie dlatego, iż nie miała pieniędzy, tylko szkoda, bo tapeta przecież jeszcze cała. Przyzwyczajenie do oszczędzania na sobie i własnym komforcie dla dobra siostry zrobiło swoje. Natalia jest zupełnie inna: wesoła, energiczna. W jej kawalerce – porządek, przestrzeń, światło. Zero zbędnych gratów! Ma zasadę: „Jeśli czegoś przez rok nie używasz, czas się pozbyć!” Dlatego w mieszkaniu Natalii łatwo się oddycha, a Nina wiele razy słyszała propozycję: – Zróbmy u ciebie remont. Przy okazji posprzątamy rzeczy – za chwilę sama nie będziesz miała gdzie mieszkać! – Nie będę nic wyrzucać i nie chcę żadnych zmian – odpowiadała Nina. – I żadnego remontu. – Jak to nie chcesz? Spójrz na przedpokój! Te tapety są starsze ode mnie! Wchodzę tu i mam wrażenie, iż wchodzę do piwnicy. A ten cały bałagan zabiera ci całą energię! Można się rozchorować! – przekonywała Natalia. Nina konsekwentnie odmawiała. W końcu Natalia postanowiła działać! Chciała zaskoczyć Ninę i sama zrobić remont w przedpokoju – najmniej mebli, mało rzeczy. Na tydzień przed Sylwestrem, gdy Nina miała dyżur w pracy, Natalia z narzeczonym przyszli z kluczami, odnowili tapety: z ciemnych na jasną pistację ze złotym wzorem. Potem wszystko poustawiali i wyszli. Nic niepodejrzewająca Nina wróciła do domu… i od razu zawróciła na klatkę schodową. Pomyślała, iż pomyliła drzwi. Sprawdziła numer mieszkania. Wszystko się zgadza… Weszła jeszcze raz. I zrozumiała. Natalka! Jak mogła?! Wybrała numer siostry, ostro ją zrugała i rozłączyła się. Po pół godziny Natalia przyszła sama. – Kto cię o to prosił?! – witała Ninę. – Ninko, chciałam zrobić ci niespodziankę. Zobacz, jak ładnie: czysto, jasno, przestronnie… – tłumaczyła się Natalia. – Nie rządź się w moim mieszkaniu! – nie mogła się uspokoić Nina. Obelżywe słowa spadały na Natalię. W końcu Natalia nie wytrzymała: – Wystarczy. Żyj sobie w swoim bałaganie, jak chcesz. Już tu nie przyjdę! – Co, prawda w oczy kole?! Uciekasz? – Szkoda mi ciebie – odpowiedziała cicho Natalia i wyszła… Nie dzwoni już tydzień. Jeszcze nigdy się tak długo nie kłóciły. A tu jeszcze zaraz Sylwester. Czy naprawdę spędzą go osobno? Nina weszła do przedpokoju, usiadła na stołku. „W zasadzie, rzeczywiście jest tu więcej miejsca – pomyślała. Wyobraziła sobie, jak Natalia z Szymonem przyklejali tapety, starali się, czekali na jej radość. – Czemu się tak uniosłam? Przecież jest lepiej. Jaśniej. Aż na duszy cieplej. Może siostra ma rację?” Nagle zadzwonił telefon… – Ninko… – Nina usłyszała płacz Natalii – wybacz mi. Nie chciałam cię zranić. Chciałam cię po prostu uszczęśliwić… – Nie gniewam się, kochanie – Nina też się wzruszyła – nie masz za co przepraszać: masz rację, tapety są prześliczne. Po świętach bierzemy się za generalne porządki, jeżeli się zgodzisz. – Jasne, z przyjemnością pomogę! A dzisiaj? Taki dzień… Nie umiem wyobrazić sobie Sylwestra bez ciebie… – Ja też nie… – To pakuj się – rozpromieniła się Natalia – wszystko już gotowe: prawdziwa choinka, lampki, świece – jak lubisz! Nie martw się: wszystko przygotowałam. Wierzyłam, iż się pogodzimy i będziemy razem na Nowy Rok. Pakuj się, nie spiesz się. Szymon po ciebie przyjedzie! Nina znowu spojrzała przez okno. Świąteczna Warszawa wyglądała inaczej – piękniej. Patrzyła na miasto i myślała: „Dziękuję Ci, mamusiu… za siostrę…”
Maksym skrywał w sobie żal, iż zbyt pochopnie się rozwiódł. Mądrzy mężczyźni zamieniają kochanki w święto, a on – w żonę Dobry nastrój Maksymiliana Pietrzaka zniknął, gdy po zaparkowaniu auta wszedł do klatki schodowej. W domu czekała na niego przewidywalność: kapcie – założył od wejścia, apetyczny zapach obiadu, porządek, świeże kwiaty w wazonie. Nie wzruszyło go to: żona przecież jest w domu, co ma robić przez całe dni starsza kobieta? Piec ciasta i dziergać skarpetki. Ze skarpetkami przesadził, oczywiście, ale ważne jest sedno. Maria wyszła rutynowo naprzeciw mężowi z uśmiechem: – Zmęczony? Upiekłam ci ciasta – z kapustą, z jabłkami, jak lubisz… Zamilkła pod ciężkim spojrzeniem Maksymiliana. Stała w domowym stroju, włosy schowane pod chustką – tak zawsze gotowała. Zawodowa przyzwyczajenie – całe życie pracowała jako kucharka. Oczy lekko podkreślone, na ustach błyszczyk. Też przyzwyczajenie, które Maksymilianowi wydało się teraz nie na miejscu. Skąd taki pomysł malować się na starość? Może nie powinien być tak brutalny, ale rzucił: – Makijaż w twoim wieku to absurd! Nie pasuje ci. Usta Marii drgnęły, ale nie odpowiedziała, nie poszła też nakryć do stołu. I dobrze. Ciasta pod ścierką, herbata zaparzona – sam sobie poradzi. Po kąpieli i kolacji dobroć do niego zaczęła wracać, podobnie jak wspomnienia z całego dnia. Maksymilian w ulubionym szlafroku rozsiadł się w fotelu, które czekało tylko na niego, udając, iż czyta. Jak to powiedziała ta nowa koleżanka z pracy: – Jest pan bardzo atrakcyjnym mężczyzną, i do tego interesującym. Maksymilian miał 56 lat i kierował działem prawnym w dużej firmie. Pod sobą miał świeżo upieczonego absolwenta i trzy kobiety po czterdziestce. Jeszcze jedna pracownica poszła na urlop macierzyński, a na jej miejsce przyjęto Asię. Kiedy ją zatrudniali, Maksymilian był w delegacji i zobaczył ją dziś po raz pierwszy. Zaprosił do gabinetu – żeby się poznać. Razem z nią przyszła nuta subtelnych perfum i powiew młodej świeżości. Delikatna twarz, jasne loki, błękitne pewne oczy. Soczyste usta, pieprzyk na policzku. Czy ona naprawdę ma 30 lat? Maksymilian nie dawał jej choćby 25. Rozwódka, mama ośmioletniego syna. Bez powodu pomyślał: „Dobrze!” Trochę kokietował, mówiąc, iż teraz ma starszego szefa. Asia zatrzepotała rzęsami, odparła coś, co go poruszyło i co teraz wspominał. Żona, która już otrząsnęła się po przykrości, pojawiła się przy fotelu z wieczorną rumiankową herbatą. Skrzywił się: „Zawsze nie w porę”. Ale wypił ze smakiem. Nagle pomyślał – co robi teraz młoda, urocza Asia? Serce ukłuła dawno zapomniana zazdrość. **** Po pracy Asia wstąpiła do supermarketu. Ser, bagietka, kefir na kolację. Do domu wróciła neutralna, bez uśmiechu. Objęła syna Wasyla raczej automatycznie niż z czułością. Ojciec majsterkował na balkonie, mama szykowała kolację. Wykładając zakupy, od razu powiedziała, iż boli ją głowa i żeby jej nie zaczepiać. W rzeczywistości było jej smutno. Od rozwodu z ojcem Wasyla Asia próbowała zostać dla kogoś tą najważniejszą kobietą, ale wszyscy porządni byli już żonaci i interesowali się tylko przelotnymi relacjami. choćby ten ostatni, z którym pracowała, udawał zakochanego. Dwa gorące lata. Wynajął jej choćby mieszkanie (raczej dla wygody), ale gdy zrobiło się poważnie, stwierdził, iż powinna nie tylko się rozstać, ale i zwolnić z pracy. Sam znalazł jej miejsce. Teraz Asia znów mieszkała z rodzicami i synem. Matka jej współczuła, ojciec twierdził, iż dziecko powinno rosnąć z matką, nie tylko z dziadkami. Maria, żona Maksymiliana, już dawno zauważyła kryzys wieku u męża. Wszystko mają, ale najważniejszego brak. Bała się pomyśleć, czym jest to najważniejsze. Starała się łagodzić sytuację. Gotowała ulubione potrawy, zawsze zadbana, nie narzucała się z rozmowami, choć bardzo jej ich brakowało. Zajmowała się wnukiem, działką. Mąż jednak się nudził, burczał. Chyba dlatego, iż oboje chcieli zmienić swoje życie, romans Maksymiliana i Asi rozwinął się błyskawicznie. Już dwa tygodnie po jej pojawieniu się w pracy zaprosił ją na lunch i odwiózł do domu. Dotknął jej dłoni, obróciła się do niego zarumienioną twarzą. – Nie chcę się rozstawać. Pojedźmy do mnie na działkę – powiedział ochryple. Asia skinęła głową, a auto ruszyło z miejsca. W piątki kończył pracę godzinę wcześniej, ale dopiero o 21 żona odebrała SMS: „Jutro porozmawiamy.” Maksymilian nie wiedział, jak trafnie wyraził sens tej bezcelowej rozmowy. Maria rozumiała, iż po 32 latach małżeństwa nie da się płonąć tym samym ogniem. Ale mąż był tak bliski, iż utrata go – to utrata części siebie. Niech burczy, marudzi i choćby szaleje, ale zostaje tu – w swoim fotelu, je kolację, oddycha obok niej. Maria nie spała, szukając słów, które mogłyby powstrzymać rozpad rodziny (raczej tylko jej życia). Z rozpaczy wyciągnęła album ślubny – młodzi, szczęśliwi. Jaka ona była piękna! Wielu marzyło, by nazwać ją swoją. Mąż powinien to pamiętać. Może gdy przyjdzie, zobaczy (choćby z zastrzeżeniem) kadry ich szczęścia i zrozumie, iż nie wszystko da się wyrzucić. Ale wrócił dopiero w niedzielę, i Maria zrozumiała: wszystko skończone. Przed nią był inny Maksymilian. Adrenalina go wypełniała. Niezręczność i wstyd znikły. W przeciwieństwie do żony, która bała się zmian, on ich pragnął i z łatwością je przyjął. Już zaplanował. Mówił tonem nieznoszącym sprzeciwu. Od tej chwili Maria może się uważać za wolną. O rozwód złoży on jutro. Syn z rodziną przeprowadzi się do Marii. Wszystko zgodnie z prawem. Faktycznie, dwupokojowe mieszkanie syna należało do Maksymiliana – odziedziczył je. Przeprowadzka do trzypokojowego mieszkania do matki nie pogorszy warunków młodej rodziny, a jej będzie kogo się opiekować. Samochód, wiadomo, jego. Działka – rości sobie prawo do odpoczynku. Maria czuła się żałośnie i nieatrakcyjnie, nie umiała powstrzymać łez, które przeszkadzały mówić. Prosiła, by się zatrzymał, sięgnął pamięcią i pomyślał o swoim zdrowiu, choćby o swoim… To wywołało w nim gniew. Zbliżył się, wyszeptał, jakby krzycząc: – Nie ciągnij mnie do swojej starości! …Trudno powiedzieć, iż Asia zakochała się w Maksymilianie i dlatego zgodziła się na ślub już pierwszej nocy na działce. Status żony był pociągający, podobała jej się odpowiedź dawnemu kochankowi, który ją odrzucił. Miała dość życia w mieszkaniu rządzonym przez ojca i jego surowe zasady. Chciała stabilnej przyszłości. Maksymilian jej ją zapewniał. Nie najgorszy wybór – przyznawała. Choć miał już ponad 50 lat, nie wyglądał na staruszka – zadbany, młodzieńczy. Szef działu. Inteligentny, sympatyczny. W łóżku potrafił zachwycić, a nie był egoistą. Poza tym nie będzie już wynajmowanego mieszkania, braku pieniędzy, kradzieży. Same plusy. Choć wiek budził obawy. Po roku rozczarowanie zaczęło rosnąć. Czuła się wciąż młoda, chciała doświadczeń z życia. Regularnych, nie tylko od święta. Uwielbiała koncerty, chciała pojechać do aquaparku, lubiła plażować w odważnych kostiumach i spotykać się z przyjaciółkami. Młodość i charakter pozwalały jej łączyć to z domem i rodziną. choćby syn jej nie przeszkadzał żyć aktywnie. Maksymilian wyraźnie tracił energię. W pracy – sprawny prawnik i menedżer, w domu – coraz bardziej zmęczony, pragnął ciszy i szacunku do swoich przyzwyczajeń. Goście, teatr, choćby plaża – ale wszystko w ograniczonych dawkach. Z seksem nie miał problemu, ale potem od razu spał, choćby o dziewiątej. Musiała liczyć się z jego słabym żołądkiem, nie tolerującym smażonego, kiełbasy, gotowych produktów. Była rozpieszczona przez poprzednią żonę. Zdarzało się, iż tęsknił za jej gotowanymi potrawami. Asia gotowała, biorąc pod uwagę syna, nie rozumiejąc, jak można od schabowych mieć bóle. Nie pamiętała listy obowiązkowych leków, uznając, iż dorosły mężczyzna sam powinien o to dbać. Z czasem jej życie zaczęło toczyć się częściowo bez niego. Na spacery brała syna, spotykała się z przyjaciółkami. Ciekawe, ale wiek męża motywował ją do szybszego tempa życia. Już nie pracowali razem – dyrekcja uznała to za nieetyczne i Asia przeszła do kancelarii notarialnej. Z ulgą przyjęła, iż nie musi cały dzień być pod okiem osoby przypominającej jej ojca. Szacunek – to czuła do Maksymiliana. Czy to wystarczy do szczęścia pary? Zbliżały się jego 60. urodziny i ona marzyła o hucznej imprezie. On zamówił stolik w niewielkiej, dobrze mu znanej restauracji. Wydawał się znudzony, ale w tym wieku to naturalne. Asia nie przejmowała się tym. Jubilata świętowali koledzy. Dawnych znajomych, z którymi kiedyś spotykali się z Marią, nie wypadało zaprosić. Rodzina daleko, nikt nie zrozumiał jego decyzji o ślubie z młodszą. Z synem praktycznie się rozstał. Ale czy ojciec nie ma prawa decydować o swoim życiu? Myślał, iż to „decydowanie” będzie wyglądało inaczej. Pierwszy rok z Asią był jak miesiąc miodowy. Lubił pokazywać się z nią w towarzystwie, nie szczędził na jej potrzeby, podziwiał jej hobby. Wytrzymywał głośne koncerty i zwariowane filmy. Pod wpływem tej fali zrobił Asi i jej synowi gospodarzy swojego mieszkania. Po pewnym czasie przepisał jej swoją część działki dzielonej z byłą żoną. Asia w tajemnicy przed Maksymilianem namówiła Marię na odstąpienie jej drugiej połowy. Mówiła, iż sprzeda ją obcym. Po wykupieniu, oczywiście za pieniądze Maksymiliana, zapisała działkę na siebie. Argumentowała, iż jest tam rzeka, las – dobra dla dziecka. Teraz wakacje na działce spędzali rodzice Asi z wnukiem. To choćby miało plusy: Maksymilian nie lubił ruchliwego syna młodej żony. Żenił się z miłości, a nie dla wychowywania cudzych dzieci, do tego hałaśliwych. Dawna rodzina się obraziła. Dostali pieniądze za mieszkanie, każde poszło w swoją stronę. Syn z rodziną znalazł dwupokojowe, Maria, był a żona, przeprowadziła się do kawalerki. Jak żyją, Maksymilian nie pytał. I oto dzień 60. urodzin. Tyle osób szczerze życzy mu zdrowia, szczęścia, miłości. A on nie czuje tego „drajwu”. Już od lat. Coraz bardziej odczuwał niezadowolenie. Młodą żonę bez wątpienia kochał. Nie nadążał za nią – to był problem. Okiełznać jej nie potrafił. Uśmiechała się i żyła po swojemu. Niczego złego nie robiła – to go irytowało. Ech, gdyby wlać w nią duszę jego byłej żony! By podchodziła pod fotel z rumiankową herbatą, okrywała kocem, gdy przysypiał. Maksymilian chętnie spacerowałby z nią po parku. Szeptałby wieczorami przy kuchni, ale Asia nie wytrzymywała długich rozmów. I zdawało się, iż zaczęła się nudzić w łóżku. On się denerwował – to przeszkadzało. Maksymilian skrywał w sobie żal, iż zbyt pochopnie się rozwiódł. Mądrzy mężczyźni zamieniają kochanki w święto, a on – w żonę! Asia, z jej temperamentem, jeszcze co najmniej 10 lat będzie radosna i żywiołowa, ale i później będzie wyraźnie młodsza. To przepaść, która będzie się pogłębiać. jeżeli będzie miał szczęście, odejdzie w jednej chwili. A jeżeli nie? Te „niejubileuszowe” myśli uderzały w skroniach tępym bólem, rozbijały rytm serca. Rozejrzał się za Asią – ta była wśród tańczących. Piękna, z błyszczącymi oczami. Szczęście to, oczywiście, budzić się i widzieć ją obok siebie. Wykorzystując moment, wyszedł z restauracji. Chciał odetchnąć, przewietrzyć smutek. Ale podeszli do niego koledzy. Nie wiedząc, co zrobić z narastającym w nim dyskomfortem, wskoczył do taksówki pod krawężnikiem. Poprosił o szybką jazdę. Później ustali trasę. Chciał być tam, gdzie liczy się tylko on. Gdzie czeka na niego ktoś z utęsknieniem, szanuje czas i pozwala odpocząć, nie bojąc się wydawać bezradnym czy – nie daj Bóg – starym. Zadzwonił do syna i niemal błagalnie poprosił o nowy adres byłej żony. Usłyszał zasłużone pretensje, ale nalegał, powtarzał, iż to kwestia życia i śmi…ci. Wymknęło mu się, iż dziś ma jubileusz. Syn trochę się zmiękczył i powiedział, iż mama może nie być sama. Żadnego mężczyzny. Po prostu przyjaciel. – Mówiła, iż studiowali razem. Nazwisko śmieszne… Chyba „Bułkowicz”. – Bułkiewicz – poprawił Maksymilian, czując zazdrość. Tak, kiedyś był w niej zakochany. Była podziwiana przez wielu. Piękna, zadziorna. Miała wyjść za tego Bułkiewicza, ale on, Maks, ją odbił. To dawno było, ale tak aktualne, jakby „wczoraj”, bardziej realne niż jego nowe życie z Asią. Syn spytał: – Po co ci to, tato? Maksymilian drgnął słysząc dawno zapomniane „tato” i zrozumiał, iż tęsknił za nimi wszystkimi. Odpowiedział szczerze: – Nie wiem, synku. Syn podał nowy adres. Kierowca zatrzymał się na prośbę. Maksymilian wysiadł, nie chciał rozmawiać z Marią przy świadkach. Spojrzał na zegarek – prawie dziewiąta, ale ona przecież jest nocną sową, a dla niego była – skowronkiem. Wybrał domofon. Odpowiedział nie były żona, ale czyjś przytłumiony męski głos. Powiedział, iż Maria jest zajęta. – Co z nią?! Zdrowa? – zaniepokoił się Maksymilian. Głos zażądał, żeby się przedstawił. – Jestem jej mąż, poza tym! A ty pewnie jesteś pan Bułkiewicz – krzyknął Maksymilian. „Pan” poprawił go z tupetem, iż jest jej eks-mężem, więc nie ma prawa niepokoić Marii. Wyjaśniać, iż przyjaciółka bierze kąpiel, nie widział potrzeby. – Co, stara miłość nie rdzewieje? – zapytał Maksymilian z zazdrosnym sarkazmem, gotowy na słowną potyczkę z Bułkiewiczem. Ten odparł krótko: – Nie, ona staje się srebrna. Drzwi mu nie otworzono… Maksymilian skrywał w sobie żal, iż zbyt pochopnie się rozwiódł. Mądrzy mężczyźni zamieniają kochanki w święto, a on – w żonę!
Polacy mówią, iż smakuje jak chałka. Francuz od razu zauważy różnicę
Bezdomna Kobieta w Ciąży Ratuje Zgubioną Dziewczynkę, Nie Wiedząc, iż Jest Dziedziczką Milionów
Dlaczego brukselka dziś smakuje inaczej? "Myślałam, iż 'smak mi dojrzał'"
Prawda, której nie wybaczysz. Kobieta późno odkrywa szokującą tajemnicę męża: jego matka, więźniarka, o której wszyscy milczeli – teraz list z kolonii karnej wszystko zmienia…
W 2025 r. ceny w sklepach wzrosły. Co najbardziej podrożało?
Czyści jelita jak miotła, pomaga na wzdęcia i zaparcia. Kilogramy lecą w dół
Co naprawdę wiesz o pączkach? Przesądy i receptury, o których mogliśmy zapomnieć
Spotkanie z wojewodą Anną Żabską w Kamiennej Górze
Jak odnaleźć się w nowym środowisku pracy?
Bez rad: Listy do wnuka z kuchni – opowieść dziadka Kolii o szczerości, zarobkach, jajecznicy z akademika i trudnych rodzinnych rozmowach między starym radiem a telefonem
Weekend pełen atrakcji w Częstochowie
88 milionów pączków w jeden dzień. Polacy znów oszaleli
Zbieram z brytfanki i blenduję. W mig mam gotowy pyszny i gęsty sos do pieczeni
Najlepsze recenzje ma pomidorowa
Tłusty czwartek 2026. Ile pączków zjedzą Polacy?
Kolacja do 300 kcal. Co jeść, żeby chudnąć?