Kuchnia

Każdy zna te owoce, ale mało wie, iż można jeść je na ciepło. Banalnie posty przepis
Idealne ziemniaczki na niedzielny obiad. Dodaj to do garnka zamiast wody
Krew pilnie potrzebna. Akcje w regionie [HARMONOGRAM]
Nieproszeni goście w naszym mieszkaniu – czyli jak po powrocie z wakacji zastaliśmy obcych w salonie, zjedzoną lodówkę, zapłakanego kota i rodzinny konflikt o klucze od mamy
– Zostaniemy u ciebie na jakiś czas, bo nas nie stać na własne mieszkanie! – oznajmiła mi przyjaciółka. Mam 65 lat, a przez cały czas jestem aktywna – podróżuję, poznaję ludzi, wspominam dawne lata, kiedy wakacje nad Bałtykiem i biwaki nad polskimi rzekami były możliwe za grosze. Lubiłam zawierać znajomości na plaży czy w teatrze, z niektórymi przyjaźniłam się latami. Aż pewnego dnia Sara, dawna znajoma z pensjonatu, nagle zjawiła się wraz z rodziną pod moimi drzwiami bez zapowiedzi, żądając gościny. Byliśmy z mężem zaskoczeni, ale ich wpuściliśmy. Okazało się, iż nie zamierzali się gwałtownie wyprowadzić – musiałam ich żywić i obsługiwać. Po trzech dniach poprosiłam, by odeszli, wywołało to wielką kłótnię, a na koniec zniknęły z mojego domu ręczniki, szlafrok i garnek z kapustą. Tak zakończyła się ta przyjaźń – teraz jestem znacznie ostrożniejsza wobec nowych znajomych.
Lekarka mówi, czym popijać pączki. "Zmniejszy skutki pączkowego szaleństwa"
Wyruszamy ku nowemu życiu — Mamo, ile można kisić się na tym zadupiu? To już choćby nie prowincja, to prowincja prowincji! — zanuciła swoją ulubioną przyśpiewkę córka, wracając z kawiarni. — Masza, ile razy ci tłumaczyłam: tu jest nasz dom, nasze korzenie. Ja się stąd nie ruszam. Mama leżała na kanapie z nogami opartymi na poduszce. Tę pozycję nazywała „Piłsudski-gimnastyk”. — Mamo, te twoje korzenie zaraz zwiędną, jeszcze z dziesięć lat i znowu się przypałęta jakiś chrząszcz, którego będziesz mi kazała nazywać „tatykiem”. Po tych słowach mama wstała i spojrzała w lustrze, zamontowanym w szafie. — Z moją botwinką wszystko w porządku, nie przesadzaj… — Sama widzisz, na razie jest ok, ale potem co? Marchew, burak czy batat, wybierz co wolisz, jak rasowy kucharz. — Córeczko, jeżeli ci tak zależy, jedź sama. Od dwóch lat jesteś pełnoletnia. Po co ci ja? — Bo sumienie, mamo… jeżeli pojadę za lepszym życiem, to kto się tu tobą zajmie? — Ubezpieczenie zdrowotne, stała pensja, internet, a chrząszcz się też znajdzie, jak sama mówisz. Tobie łatwo się przenieść – młoda, ogarnięta, wiesz, jak żyć, nastolatki ci jeszcze nie przeszkadzają, a ja już na półmetku, zmierzam do nieba polskich matek. — No widzisz! Żartujesz jak moi znajomi, a masz dopiero czterdzieści… — Powiedziałaś to, żeby zepsuć mi dzień? — Tłumacząc na kocie lata, masz zaledwie pięć — poprawiła się córka. — Wybaczam. — Mamo. Zanim będzie za późno, wskoczmy w pociąg i jedźmy. Tu nas już nic nie trzyma. — Miesiąc temu wywalczyłam poprawną pisownię naszego nazwiska na rachunkach za gaz, a jesteśmy przypisane do naszej przychodni — wyciągnęła ostatnie argumenty mama. — Z polisy wszędzie cię przyjmą, a domu nie trzeba od razu sprzedawać. Najwyżej wrócimy. A ja cię gwałtownie wprowadzę w wielki świat, pokażę, jak się tu żyje. — Ginekolog już mi kiedyś powiedział: „Ta pani pani spokoju nie da”. Myślałam, iż żartuje. Nic dziwnego, iż zdobył potem medal w „Bitwie na wróżby w TVN”. Dobra, jedźmy, ale jeżeli się nie uda, obiecaj mi, iż puścisz mnie z powrotem bez awantur. — Słowo harcerza! — Twój ojciec to samo przysięgał przed urzędniczką w USC, a rezus mieliście identyczny. *** Masza z mamą nie zatrzymały się w żadnym wojewódzkim mieście – od razu ruszyły podbijać Warszawę. Wybrały wszystkie oszczędności, wprowadziły się z przytupem do kawalerki na obrzeżach, wtulonej między rynek a dworzec PKS, i zapłaciły z góry za cztery miesiące. Oszczędności skończyły się zanim zdążyły je wydać. Masza była spokojna, pełna energii. Bez tracenia czasu w nudne rozpakowywanie walizek rzuciła się w wielkomiejskie życie – artystyczne, towarzyskie i nocne. Od razu była swoja: gwałtownie łapała kontakt, poznawała nowe miejsca, nauczyła się mówić i ubierać po warszawsku, jakby nigdy nie mieszkała na końcu świata, tylko pojawiła się tu z powietrza i warszawskiego dystansu. Mama oscylowała między porannym uspokajaczem a wieczornym środkiem nasennym. Mimo zachęt córki do wyjścia, już pierwszego dnia zaczęła rozglądać się za pracą. Warszawa oferowała oferty pracy i pensje, które nijak się miały do siebie i budziły podejrzenia. Po szybkim rachunku mama – bez pomocy jasnowidza — prognozowała: pół roku, góra, i wracamy. Ignorując rady nowoczesnego dziecka, zatrudniła się jako kucharka w prywatnej szkole i dorabiała wieczorami jako zmywająca naczynia w pobliskiej kawiarni. — Znowu przy garach całymi dniami! Jakbyś wcale nie wyjeżdżała. Tak się nie poznasz na urokach stolicy! Mogłabyś się przebranżowić. Na grafika, sommeliere, a w najgorszym razie na browistkę. Jeździłaśby metrem, piła dobre latte, adaptowała się. — Masza, nie jestem gotowa na żadne przekwalifikowanie. Dasz mi chwilę, ogarnę się. Ty się skup, żeby znaleźć swoje miejsce. No i Masza znajdowała: rozkładała się wygodnie w kawiarniach, gdzie płacili za nią chłopcy z prowincji; nawiązywała mistyczne relacje z miastem według zaleceń popularnej runistki; wpadała w różne środowiska, gdzie rozmawiano tylko o sukcesie i pieniądzach. Nie spieszyła się z pracą i poważniejszymi znajomościami. Ona i Warszawa musiały się dotrzeć. Po czterech miesiącach mama zapłaciła czynsz już z własnej pensji, zrezygnowała z nocnych zmywaków i gotowała w drugim oddziale szkoły. Masza zdążyła już rzucić kilka kursów, zaliczyć casting radiowy, zagrać epizod w studenckim filmie (płacili makaronem i konserwą) i pokręcić się z dwoma alternatywnymi muzykami – jeden okazał się całkiem osłem, drugi kocurem albo raczej domatorem z gromadką dzieci. *** — Mamo, chcesz gdzieś dziś wyskoczyć? Zamówić pizzę, obejrzeć film? Padam, na nic nie mam siły… — ziewała Masza leniwie, przyjmując pozycję „Piłsudskiego-gimnastyka”, podczas gdy mama poprawiała makijaż przy lustrze. — Zamów, przeleję ci kasę. choćby nie musisz mi zostawiać, raczej nie będę głodna po powrocie. — Ale skąd wrócisz? — córka przysiadła całkiem zdziwiona na kanapie. — Zaprosili mnie na kolację — mama oderwała się znad lustra i, jak dziewczyna przed randką, zarumieniła się i zaśmiała. — Kto? — z nieznanych sobie powodów córka wcale się nie ucieszyła. — Przyszła kontrola do szkoły. Poczęstowałam ich bitkami jak za dawnych czasów, komisji spodobało się, poprosili, bym przedstawiła ich szefowi kuchni. Pożartowaliśmy, napiłam się z nim kawy (jak radziłaś), a dziś zaprosił mnie na domową kolację. — Oszalałaś?! Do obcego faceta na kolację?! Po co tam idziesz?! — A co w tym złego? — Nie pomyślałaś, iż on wcale nie czeka na kolację? — Córko. Mam czterdzieści lat, jestem wolna. On ma czterdzieści pięć, jest przystojny, bystry i samotny. Wszystko, czego ode mnie oczekuje, będzie dla mnie miłe. — Rozumujesz jak zahukana prowincjuszka, jakbyś nie miała wyboru! — Nie poznaję cię… Przecież to ty mnie tu wyciągnęłaś po lepsze życie. Przy takich argumentach trudno się spierać. Do Maszy dotarło w końcu, iż zamieniły się z mamą rolami — i to był już lekki szok. Zamówiła największą pizzę i wieczór spędziła na smutnym obżarstwie. Skończyła późno; mama wróciła koło północy. choćby nie włączyła światła, tak bardzo promieniała szczęściem. — I jak było? — burknęła Masza. — Porządny chrząszcz, i wcale nie kolorado! Całkiem tutejszy — mama zachichotała i poszła pod prysznic. Zaczęły się regularne randki: teatr, stand-up, koncert jazzowy, czytelnia, klub herbaciany, w końcu – warszawska przychodnia. Po pół roku mama zapisała się na kursy, zebrała certyfikaty, opanowała kuchnię w stylu fusion. Masza nie próżnowała. Nie zamierzała wisieć mamie na emeryturze i próbowała dostać się do prestiżowych firm. Mimo starań, kolejne wymarzone stanowiska pokonywały ją w przedbiegach. Nowi znajomi przestali ją finansować, więc zatrudniła się jako baristka, potem objęła nocną zmianę za barem. Rutyna ją dopadła, podkrążone oczy, coraz mniej siły. Prywatnie też nie wychodziło. W barze pijani klienci szeptali jej jakieś głupoty, ale czystą miłość widziała tylko w folderach randkowych. W końcu miała dość. — Wiesz, mamusiu, miałaś rację, nie ma tu co robić. Przepraszam, iż cię tu ściągnęłam — musimy wracać — powiedziała Masza po kolejnej ciężkiej zmianie w barze. — Ale dokąd wracać? — spytała mama pakująca walizkę. — Do domu! Tam, gdzie wpis na rachunku się zgadza, gdzie przychodnia swoja. To ty masz rację. — Ja tu już mam przychodnię, poza tym nie chcę wyjeżdżać… — mama uważnie spojrzała w oczy córki. — Ja nie mam! Chcę wracać! Tutaj mi źle: metro jak labirynt, kawa jak stek, ludzie w barze wiecznie z pozą. Wracam do swoich przyjaciół, własnego mieszkania! Zresztą widzę, iż ty też się pakujesz. — Wyprowadzam się do Janka — nagle wyjaśniła mama. — W jakim sensie wyprowadzasz się do Janka? — Uznałam, iż jesteś już ustawiona i możesz sama opłacać mieszkanie. To prezent ode mnie! Jesteś dorosła, ładna, masz pracę, mieszkasz w stolicy, a perspektywy leją się ci tu strumieniami — powiedziała mama bez ironii. — Jestem ci wdzięczna. Gdyby nie ty, dalej gniłabym na prowincji. A tu? Życie aż buzuje! Dziękuję, kochanie!— rozczuliła się, ale Masza nie podzielała entuzjazmu. — Mamo, a co ze mną?! Kto się mną zaopiekuje?! — zapytała córka ze łzami. — Ubezpieczenie, stała pensja, internet, no i jakiś chrząszcz się znajdzie — zacytowała mama samą siebie. — Czyli zostawiasz mnie tu samą? Tak po prostu? — Nie zostawiam, sama mi obiecałaś bez histerii, pamiętasz? — Pamiętam… No dobra, daj klucze od domu. — Leżą w torbie. Tylko jedno mam do ciebie: babci pomóż się spakować, bo i ona tu się szykuje do przeprowadzki. Załatwiłam już pracę w pocztowym okienku — to jej żywioł. Niech poszaleje, póki botwa nie zwiędła.
Przepis na szczęście… Cała klatka schodowa obserwowała, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadza się nowa rodzina. Była to rodzina kierownika zmiany z miejscowej fabryki, ważnego zakładu w niewielkim, prowincjonalnym miasteczku. — I po co im stare budownictwo? — dopytywała emerytka Nina Andriejewna swoje koleżanki — Mając takie znajomości, spokojnie mogliby dostać coś w nowym bloku. — Nie patrz przez pryzmat siebie! — strofowała ją córka, trzydziestoletnia, wciąż niezamężna Ania z wyrazistym makijażem — Tu przecież stara kamienica, wysokie sufity, oddzielne duże pokoje, obszerna łazienka i loggia większa niż niejedno mieszkanie. No i od razu telefon im założyli, a w naszej klatce na dziewięć mieszkań tylko trzy mają telefon… — Tobie tylko rozmawiać przez telefon w głowie — zgasiła córkę matka — Już sąsiadów wkurzasz tym swoim dzwonieniem. Uważaj, żeby do nich nie łazić. To poważni ludzie, mają swoje zajęcia… — E tam, poważni… Przecież młodzi są! Mają córkę Natalkę, dziewięć lat. Oni są prawie w moim wieku, no, może pięć lat starsi — odpowiedziała Ania, rzucając mamie urażone spojrzenie. Okazało się, iż nowi sąsiedzi są uprzejmi i mili. Lidka pracowała w szkolnej bibliotece, a Iwan miał już dziesięć lat stażu w fabryce. O wszystkim Ania szczegółowo informowała sąsiadki, które wieczorami piły herbatę przed domem z jej matką. — Skąd ty to wszystko wiesz? — dopytywały się panie — No, dziewczyno, ty to prokurator. — Chodzę do nich zadzwonić. W przeciwieństwie do niektórych pozwalają — rzucała złośliwie Ania, aluzjąc do sytuacji, gdy sąsiedzi zamykali drzwi przed jej nosami, wiedząc, iż zanudzi ich półgodzinną rozmową z koleżanką. Tak to Ania zaprzyjaźniała się z nowymi lokatorami, coraz częściej dzwoniąc przez ich telefon do znajomych i koleżanek z pracy, nie krępując się przesiadywać przy aparacie. Przychodziła czasem w nowych ubraniach, czasem w domowym szlafroku, wyraźnie szukając kontaktu z młodym małżeństwem. Pewnego dnia zauważyła, iż Iwan demonstracyjnie zamknął drzwi do swojego pokoju z telewizorem, gdy przyszła znów dzwonić. Potem działo się tak jeszcze kilka razy. Ania uśmiechała się do Lidki, po rozmowie zaglądała do kuchni, dziękowała, ale gospodyni tylko kiwała głową i prosiła, by zamykać za sobą drzwi. — Nie mogę zamknąć, mam ręce w mące — tłumaczyła Lidka — a tu mamy francuski zamek samo zatrzaskowy. — O, znowu pieczesz? Znowu drożdżówki? U was zawsze coś się piecze, a ja nie potrafię — wyznawała Ania. — Tak, dziś na śniadanie serniczki z twarogiem. Rano nie ma czasu piec, więc robię teraz — uśmiechała się Lidka, odwracając się do swojego ciasta. Ania krzywiła się i wychodziła, urażona brakiem większego zainteresowania swoją osobą. — Lidka, rozumiem, iż nie chcesz jej odmówić wprost — powiedział kiedyś Iwan — ale nasz telefon jest non-stop zajęty, znajomi nie mogą się dodzwonić. Tak nie można. — Widzę, iż coraz śmielej sobie pozwala, jakby u siebie była… — zgodziła się żona. Tego samego wieczoru, Ania wystrojona, umalowana, usiadła jak zwykle na pufie w przedpokoju i rozpoczęła długą rozmowę z koleżanką. — Aniu, długo jeszcze będziesz rozmawiać? Czekamy na istotny telefon — rzuciła po dziesięciu minutach Lidka. Ania skinęła porozumiewawczo głową, odłożyła słuchawkę, po czym wyjęła z kieszeni czekoladę: — Przyszłam dziś ze słodkim! To może na powitanie wypijemy wspólnie herbatę? Ruszyła do kuchni i położyła tabliczkę czekolady na stole. — Proszę ją zabrać, Natalka nie może jeść słodyczy, ma alergię. Czekolada w naszej rodzinie to tabu. — Tabu? — speszyła się Ania — Ale ja tak z serca, w ramach podziękowania… — Doceniam, ale naprawdę nie trzeba. I proszę, nie przychodź już dzwonić bez potrzeby. Chyba iż do lekarza albo na pogotowie — to święta sprawa, choćby w nocy. Mąż odbiera ważne telefony z pracy, Natalka uczy się w pokoju, staramy się nie hałasować. Ania schowała czekoladę i wyszła bez słowa. Była przekonana, iż powodem chłodnej postawy sąsiadki jest zwykła damska zazdrość. — Przecież jestem młodsza i atrakcyjniejsza, ona się mnie zwyczajnie boi — tłumaczyła się matce — Ja chciałam tak po ludzku… a ona choćby herbaty nie nalała! — Dziecinna jesteś i uparta — zbeształa ją Nina Andriejewna — Nie pcha się do cudzej rodziny. Ich twój telefon nie interesuje. To nie przejściowy dom. I dobrze ci pokazali drzwi. Sama sobie telefon załóż, to wtedy zobaczysz. Ostatnią próbę przełamania lodów Ania podjęła, prosząc Lidkę o przepis na ciasto do drożdżówek. — Może podpowiesz jak zrobić te twoje serniczki? Chcę się czegoś nauczyć… — Zapytaj mamy, nasze matki znają najlepsze przepisy — uśmiechnęła się Lidka — Ja robię na oko, nigdy nie mam konkretnego przepisu… A poza tym spieszę się, muszę zaraz wyjść. Ania poczerwieniała i wróciła do siebie. Przecież dobrze wiedziała, iż mama ma w szafce starą zeszytową biblię kuchenną ze wszystkimi możliwymi przepisami — od sałatek po zalewane ryby. A na domowe wypieki były chyba całe działy. Nie chciało jej się piec, a mama już dawno zrezygnowała ze słodkości przez nadciśnienie. Tym razem jednak Ania sięgnęła po zeszyt, przeglądając kartki natrafiła na przepis na swoje wymarzone drożdżówki z serem. — Co ty, chcesz piec? — zdziwiła się mama. — A co cię to dziwi? — zamknęła zeszyt, zaznaczając odpowiednią stronę. — To ty chyba znowu się z kimś spotykasz… ze Sławkiem coś się układa? — dopytywała matka. — Może i tak — ucięła Ania. Kilka dni później w domu rozszedł się zapach domowych bułeczek. — O rany, czy to ja umieram? Albo śnię? Od lat tu nie pachniało ciastem… — wołała Nina Andriejewna wracając z wieczornego spaceru. — Nie krzycz tak, idź kosztuj! To drożdżówki — z twarogiem, tradycyjne! Na stole czekały parujące pachnące drożdżówki, a kuchnię wypełniał rodzinny śmiech. — No, ty to masz smykałkę! — pochwaliła córkę mama — Myślałam, iż już wszystko zapomniałaś, ale ci się udało! — Mamo, naprawdę dobre?… — Sama spróbuj, bardzo smaczne. Zaraz potem Ania zaczęła częściej piec, Sławek wpadł na herbatę, a mama przyzwyczaiła się do jego obecności w kuchni i wspólnych żartów. Aż w końcu dowiedziała się, iż młodzi idą do urzędu stanu cywilnego. Nina Andriejewna popłakała się ze szczęścia. Ania schudła, szykując się do ślubu, a Sławek niemal codziennie dopytywał: — A drożdżówki będą na weselu? Na domowe wesele szykowały się trzy kobiety przez dwa dni, choć było zaledwie dwadzieścia osób. Młodzi zamieszkali w dużym pokoju trzy pokojowego mieszkania. Po roku założono telefony wszystkimi chętnym w bloku. Ania dzwoniła już rzadziej i krócej — teraz miała dom, męża i rosnący brzuszek. — Rito, kończę, idę do kuchni, ciasto mi rośnie, Sławek zaraz wróci! Gdy z kuchni rozchodził się zapach drożdżówek z twarogiem, wszyscy czuli się szczęśliwi. A mąż nie wyobrażał sobie życia bez tych domowych wypieków i czułej żony. Przepis na szczęście: Jak drożdżówki z twarogiem, własny kąt i trochę uporu odmieniły życie Ani w polskiej kamienicy małego miasteczka
Znudziły ci się klasyczne pączki z konfiturą i lukrem? Wypróbuj białe nadzienie i czekoladową polewę
Smalec – czy naprawdę szkodzi zdrowiu? Eksperci rozwiewają wątpliwości
Potrzebujących nie brakuje. Wolonatriusze proszą o pomoc
Ub.r. zakończył się w sklepach wzrostem cen na poziomie 4,2% rdr. Najszybciej drożały używki i art. tłuszczowe
Zawołałam przez okno: — Mamo, czemu tak wcześnie wstałaś? Zmarzniesz! — Mama odwróciła się, pomachała łopatą: — Dla was, leniuszki, się staram. — A następnego dnia już jej nie było… Do dziś nie potrafię spokojnie przejść obok naszego podwórka… Za każdym razem, gdy widzę tę ścieżkę, ściska mi się serce, jakby ktoś chwycił je w dłoń. To ja zrobiłam to zdjęcie drugiego stycznia… Po prostu szłam, zobaczyłam ślady na śniegu — i zatrzymałam się. Zrobiłam zdjęcie, sama nie wiedząc po co. A teraz to zdjęcie jest jedyną pamiątką z tamtych dni… Nowy Rok spędzaliśmy zawsze całą rodziną. Mama od rana trzydziestego pierwszego już krzątała się w kuchni. Obudził mnie zapach smażonych kotletów i jej głos: — Córeczko, wstawaj! Pomożesz mi dokończyć sałatki? Bo tata zje wszystkie składniki, zanim się obejrzymy! Zeszłam jeszcze w piżamie, z potarganymi włosami. Mama stała przy kuchence w swoim ulubionym fartuszku w brzoskwinie, który jej podarowałam, gdy chodziłam jeszcze do szkoły. Uśmiechała się, policzki miała czerwone od gorąca piekarnika. — Mamo, daj chociaż kawę wypić najpierw, — marudziłam. — Kawa później! Najpierw jarzynowa! — zaśmiała się i podała mi miskę z pieczonymi warzywami. — Kroisz drobno, jak lubię. Nie tak jak ostatnio – kostki wielkości pięści. Kroiłyśmy, rozmawiałyśmy o wszystkim. Opowiadała, jak w jej dzieciństwie świętowano Nowy Rok — bez tych cudzoziemskich sałatek, tylko śledź pod pierzynką i mandarynki, które jej tata przynosił z pracy spod lady. Potem przyszedł tata z choinką. Ogromną, aż pod sufit. — No, panie, przyjmujcie królową! — z dumą zawołał z progu. — Oj, tato, czy cały las ściąłeś? — westchnęłam. Mama spojrzała, rozłożyła ręce: — Piękna, piękna, ale gdzie ją zmieścimy? W zeszłym roku była choć trochę mniejsza. Ale i tak pomagała ubierać. Razem z siostrą rozwieszałyśmy światełka, a mama wyciągnęła stare bombki — te, co jeszcze z mojego dzieciństwa. Pamiętam, jak wyjęła szklanego aniołka i cicho powiedziała: — Tego ci kiedyś na pierwszy Nowy Rok kupiłam. Pamiętasz? — Pamiętam, mamo, — skłamałam. Naprawdę nie pamiętałam, ale pokiwałam głową. Mama aż promieniała, gdy myślała, iż pamiętam tego malutkiego aniołka… Brat przyjechał wieczorem. Hałaśliwy jak zawsze — z siatkami, prezentami, z szampanem. — Mamo, teraz to mam porządnego szampana! Nie to, co rok temu — kwas. — Oj, synku, byleście się nie upili! — mama śmiała się i obejmowała go. O północy wyszliśmy wszyscy na podwórko. Tata z bratem puszczali fajerwerki, siostra piszczała z zachwytu, a mama stała przy mnie, obejmując mnie ramieniem. — Popatrz, córeczko, jaka piękna noc, — szeptała. — Jakie szczęście mamy… Objęłam ją mocno. — Mamy najlepsze, mamo. Piliśmy szampana prosto z butelki, śmialiśmy się, gdy fajerwerk poleciał w stronę szopy sąsiada. Mama, trochę już wstawiona, tańczyła pod „Pada śnieg!” w filcowych kapciach, a tata wziął ją na ręce. Wszyscy śmialiśmy się do łez. Pierwszego stycznia cały dzień leniuchowaliśmy. Mama znowu gotowała — tym razem pierogi i galaretę. — Mamo, daj spokój! Już jesteśmy jak piłki! — jęczałam. — Nic nie szkodzi, zjecie. Nowy Rok świętuje się tydzień, — machała ręką. Drugiego stycznia wstała wcześnie, jak zawsze. Usłyszałam trzask drzwi, wyjrzałam przez okno — jest na podwórku, z łopatą. Odśnieża ścieżkę. W starym puchowym płaszczu, z chustką na głowie. Robi wszystko dokładnie: od furtki aż do schodów — wąska, równa ścieżka. Zgarnia śnieg pod dom, jak lubiła. Krzyknęłam przez okno: — Mamo, po co tak wcześnie? Zmarzniesz! Odwróciła się, pomachała łopatą: — Bo wy, lenie, po zaspach do wiosny będziecie chodzić! Idź czajnik nastaw. Uśmiechnęłam się i poszłam do kuchni. Wróciła po pół godzinie, policzki czerwone, oczy błyszczące. — Gotowe, porządek zrobiony, — powiedziała i usiadła do kawy. — Fajnie wyszło, prawda? — Fajnie, mamo. Dziękuję. To był ostatni raz, gdy słyszałam jej głos taki radosny. Trzeciego stycznia rano powiedziała cicho: — Dziewczynki, coś mnie w piersi kłuje. Nie mocno, ale nieprzyjemnie. Zaniepokoiłam się: — Mamo, wezwijmy lekarza? — Co ty, córuś. Przemęczyłam się trochę. Tyle gotowania, biegania. Położę się, przejdzie. Położyła się na kanapie, my z siostrą przy niej. Tata pojechał po leki do apteki. Mama jeszcze żartowała: — Nie patrzcie na mnie tak tragicznie. Jeszcze was przeżyję. A potem nagle zbladła. Złapała się za pierś. — Oj… źle mi… za bardzo źle… Wezwałyśmy karetkę. Trzymałam jej dłoń, szeptałam: — Mamusiu, wytrzymaj, zaraz przyjadą, będzie dobrze… Spojrzała na mnie i ledwo słyszalnie powiedziała: — Córcia… tak was kocham… Nie chcę się jeszcze żegnać. Lekarze przyjechali szybko, ale… nic się już nie dało zrobić. Rozległy zawał. Wszystko stało się w kilka minut. Siedziałam na podłodze i wyłam. Nie mogłam uwierzyć. Jeszcze wczoraj tańczyła pod fajerwerkami, cieszyła się, a dziś jej już nie ma… Ledwo trzymając się na nogach, wyszłam na podwórko. Śnieg prawie nie padał. I zobaczyłam te ślady. Te same — drobne, równiutkie, jak zawsze jej zostawały. Stałam i długo patrzyłam. Pytałam Boga: „Jak to możliwe, iż jeszcze wczoraj człowiek tu chodził, zostawiał ślady, a dziś już go nie ma? Zostały ślady, a mamy nie ma!” Chyba nie przypadkiem wyszła drugiego stycznia po raz ostatni — żeby zostawić nam czystą ścieżkę. Byśmy mogli nią iść, choćby już bez niej. Nie pozwoliłam ich zadeptać. Wszyscy proszeni, by tego nie robić. Niech będą, dopóki śnieg sam ich nie zamiecie. To ostatnie, co mama dla nas zrobiła. Jej zwyczajna troska była z nami choćby gdy już jej nie było. Po tygodniu sypnęło śniegiem. Trzymam to zdjęcie z ostatnimi śladami mamy. I co roku trzeciego stycznia je oglądam, potem patrzę na pustą ścieżkę koło domu. I tak bardzo boli wiedzieć: gdzieś pod tym śniegiem — ona zostawiła swoje ostatnie ślady. Po tych śladach wciąż idę za Tobą, mamo…
Zdrową rybę wrzucam do zupy. Fiński klasyk, który wybije z głowy zwykły rosół
5 740 000 mln zł po apelu kard. Grzegorza Rysia. „Dar serca z Krakowa płynie do Kijowa”.
– „Uznałyśmy, iż słodycze są dla ciebie szkodliwe” – rzekła bratowa, zabierając z stołu tort, który upiekłam na swoje urodziny.
Doprowadziłam do rozwodu syna, a teraz żałuję… – Opowieść sąsiadki Ludmiły o synowej, wnuczce i niespodziewanym zwrocie losu w polskiej rodzinie
– Nie zapraszałam gości do siebie! – Anna nie wytrzymała i podniosła głos. – Nie prosiłam was o wizytę!
Nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy za mąż – opowieść o losie, rodzinie i poszukiwaniu szczęścia w polskiej rzeczywistości: historia Wery z „babskim królestwem”, przeprowadzka z mazowieckiej wsi do miasta, rozczarowania miłosne, praca w restauracji, szkoła życia i wierność sobie aż po kres
Z wczasów Igor nie wrócił – — Czemu twój nie dzwoni, nie pisze? — Nie, Wera, ani na dziewiąty, ani na czterdziesty dzień żadnej wieści — żartowała Luda, poprawiając roboczy fartuch na szerokiej talii. — To znaczy, iż się zabawił albo… — współczująco kiwała sąsiadka. — No nic, czekaj, czekaj. Policja też nic? — Wszyscy milczą, Weroniko, jak ryby w morzu. — Ot, los… Ludmile ta rozmowa ciążyła. Wzięła miotłę w drugą rękę i zaczęła zamiatać liście pod domem. Była długa jesień 1988 roku. Ledwie zamieciona ścieżka, znów przykrywały liście, Luda odwracała się i znów je zgarniała. Minęły trzy lata odkąd Gulkina Ludmiła przeszła na emeryturę i cieszyła się zasłużonym odpoczynkiem. W zeszłym miesiącu musiała jednak zatrudnić się jako sprzątaczka w lokalnym ZGM — pieniędzy brakowało, a innej pracy nie znalazła. Żyli jak zwykła PRL-owska rodzina. Ani źle, ani nadzwyczajnie. Pracowali, wychowali syna. Mąż Ludmiły nie pił mocno, tylko od święta, w pracy szanowali go — sumienny człowiek. Kobietami się nie interesował. Ona zaś całe życie pracowała jako pielęgniarka w szpitalu, miała odznaczenia. Mąż pojechał na wczasy nad morze i nie wrócił. Ludmiła nie podejrzewała nic złego od razu. Nie dzwoni? To znaczy, iż wypoczywa. Ale gdy w wyznaczonym dniu nie wrócił, zaczęła go szukać: obdzwoniła szpitale, policję, choćby do kostnicy zadzwoniła. Synowi, żołnierzowi, najpierw wysłała telegram o zaginięciu ojca, potem się do niego dodzwoniła. Razem ustalili: wyszedł z hotelu, ale do pociągu nie wsiadł. Zaginął. I znowu: Ludmiła dzwoniła po szpitalach i kostnicach. W pracy męża tylko rozkładali ręce: daliśmy pracownikowi, przodownikowi pracy, wczasy i tyle; w rodzinne sprawy się nie mieszamy. Nie wróci na czas — zwolnimy za nieobecność. Matka rwała się jechać na miejsce, syn odwiódł: — I co tam znajdziesz? Ja mam zaraz wolny tydzień, jeżeli puszczą, pojadę. W mundurze, po wojskowemu — łatwiej będzie. Ludmiła się trochę uspokoiła i ciągle próbowała czymś się zająć. Do policji już jak do biura, bez emocji, bo nowin brak. Poszła do pracy także z tego powodu. Gdy zamiatasz i jesteś wśród ludzi, trzymasz się. Wieczorami w domu płakała. Winiła siebie i los, iż taki trudny czas zsyła jej na starość. Najbardziej męczyła ją niepewność. Igor pojawił się nagle, tak samo jak zniknął. Stał w ciemnoniebieskim garniturze, w którym wyjechał na wczasy. Bez walizki, torby. Po prostu stał, z podniesionym kołnierzem, ręce w kieszeniach i patrzył jak Luda z poświęceniem zamiata podwórko. choćby go nie zauważyła, nie wiadomo jak długo stał. Dopiero gdy syn ją zawołał. — Igor, Piotrek… — Ludmiła puściła miotłę i pobiegła. Rozpostarła ramiona jak ptak wracający do gniazda i rzuciła się mężowi na szyję. Igor, nie od razu, ale też objął żonę. — Idziemy do domu, przytulacie się — syn był niezadowolony, słychać to było w jego głosie i kroku. — Piotrusiu, pozwól się przytulić, od wiosny cię nie widziałam — matka dogoniła syna. — No cześć. Zimno, chodźmy. — Czemu nie zadzwoniłeś, nie uprzedziłeś, nie posprzątałam, nie ugotowałam? — Mamo, nie przyjechałem na pierogi. Obiecałem. I jestem. Żona spojrzała na męża, potem na syna. Tak wiele przeżyła, iż była jak we mgle. Żywy, zdrowy. Nie chciała pytać „co” i „jak”, chciała tylko nakarmić i dać odpocząć. Igor siedział i milczał. — Mamo, usiądźże — upominał syn. Ale Luda krzątała się po kuchni, głośno stukając zastawą. — Mamo, tatę znalazłem u innej kobiety — powiedział syn. Luda obróciła się do syna, spojrzała na męża. Ten siedział przy stole na taborecie ze splecionymi dłońmi i pochyloną głową, jak skruszony chłopiec, chudy, przygaszony, nieprzyznający się do winy. — U jakiej innej? Co się dzieje, Igor? Wszystko, co sobie wyobrażała — to iż go okradli, nie miał na bilet, pobili, błąkał się po miastach szukając jedzenia. — Nie wrócił do domu, tylko zamieszkał u Olgi Zubowej w domku nad morzem. Wyjeżdżać nie chciał. Ludmiła patrzyła na niego, trzepotała rzęsami. — Jak to nie chciał? — Nie chciałem. Zrozumiałem, iż żyję źle — zaczął mąż wypiewszym tonem. — Uświadomiłem sobie, iż nie dostaję od życia wszystkiego, czego pragnę. Fabryka — praca — praca — fabryka, działka na weekend. A gdzie wolność? — No proszę, wolność! — Ludmiła aż poczerwieniała ze złości. — Synku, czemu zaciągnąłeś ten kawałek wolności tutaj? Żeby mnie upokorzyć? Lepiej byłoby powiedzieć, iż w kostnicy leży. Czekałam jak… wypłakałam oczy, a on w domku z tą nad morzem… — Wiesz, Luda… Może chciałem zacząć życie od nowa. — Nie, Igor, nie od nowa chciałeś zacząć, tylko cię słońce na tym południu za mocno uderzyło w głowę. Porządny facet by wrócił, rozwiódł się, a potem niech zaczyna od nowa gdzie chce. Byłbyś uczciwy wobec innych i siebie. Nie chcę cię widzieć, odejdź! Igor wstał i idąc korytarzem skręcił do pokoju. — Nie, odejdź! Jakby cię nie było! Nie chcę, nie mogę! — krzyczała Luda, bliska histerii. — Tato, idź — Piotrek był już w korytarzu. Po dwóch tygodniach Luda znów zobaczyła Igora. Zamiatała podwórko jak zwykle, zgarniała wodę po deszczu. On stał na początku domu, w starym płaszczu i śmiesznej czapce. — Luda — zawołał, potem jeszcze głośniej. Podniosła głowę, spojrzała na niego pustym wzrokiem. Jakby połamał jej ręce i nogi; wybaczyłaby, ale podejść i objąć już nie mogła. Igor sam podszedł bliżej. — Zostałem, na fabrykę wróciłem. Na brygadzistę nie przyjęli, pracuję fizycznie. Przyjmiesz? Podniosła głowę, oparła się o miotłę. — Przyjmę! Ale napiszemy pozew o rozwód, pilnie. — Nie wybaczysz? Rozumiem. — To po co wróciłeś, skoro rozumiesz? — Olga powiedziała: wyjedziesz, nie wpuszczę z powrotem. No i wyjechałem, Luda, wróciłem do ciebie. — Ha, witam! Ani tam, ani tu nie jesteś nikomu potrzebny, Igor. Bo takich facetów nikt nie potrzebuje. Wracasz, bo syn cię przekonał. Bez ciebie by nie wyjechał stamtąd. Żyj jak chcesz, nie przeszkadzaj mi w pracy. — przeganiała go kilka razy miotłą po butach. Odwróciła się i złością dalej zamiatała chodnik. Po kilku minutach obejrzała się — Igora już nie było. Odetchnęła z ulgą, jakby zrzuciła z siebie ciężar. Bała się, iż będzie stał, a ona mu wybaczy… Zwykle tych, co biją w plecy, chroni się własną piersią. Odpowiedni, polski tytuł: Z wczasów Igor nie wrócił – historia Ludmiły, która wśród spadających liści lat 80., szukając męża zaginionego nad Bałtykiem, mierzy się z milczeniem, plotkami i nieoczekiwaną prawdą o rodzinie
Mam 41 lat i mieszkam w domu po moich dziadkach – później zamieszkała tu mama, a gdy jej zabrakło, to ja odziedziczyłam rodzinny dom. Zawsze było tu spokojnie, cicho, wszystko na swoim miejscu. Pracuję całe dnie i wracam do pustego, uporządkowanego mieszkania. Nigdy nie przypuszczałam, iż rodzinne ciepło zamieni się w chaos przez decyzję podjętą „z potrzeby serca”. Dwa lata temu zadzwoniła do mnie daleka kuzynka, zapłakana. Rozstała się z partnerem, miała małego synka i została bez dachu nad głową. Poprosiła, żebym ją przygarnęła „na kilka miesięcy”, dopóki się nie pozbiera. Zgodziłam się – rodzina to rodzina i sądziłam, iż dam radę. Na początku wszystko było w porządku – zajęła jeden pokój, dokładała się trochę do rachunków, wcześnie wychodziła do pracy. Syn zostawał wtedy u sąsiadki. Problemów nie było. Po trzech miesiącach kuzynka rzuciła pracę. Tłumaczyła, iż to tylko na chwilę, bo szuka czegoś lepszego. Zaczęła przesiadywać całe dnie w domu. Synek już nie chodził do sąsiadki, pilnowała go sama. Dom przestał przypominać mój: wszędzie zabawki, hałas, niespodziewani goście. Wracałam zmęczona i zastawałam obcych ludzi w moim salonie. Kiedy poprosiłam, by mnie uprzedzała, usłyszałam, iż przesadzam i „to teraz także jej dom”. Przestała się dokładać do rachunków. Najpierw mówiła, iż nie może, potem iż odda. Zaczęłam płacić sama – za prąd, jedzenie, naprawy. Pewnego dnia wróciłam i zobaczyłam przestawione meble, „żeby było przytulniej”. Nie zapytała, po prostu zrobiła. Kiedy wyraziłam sprzeciw, obraziła się i zarzuciła mi, iż jestem chłodna i nie rozumiem, co to życie rodzinne. Sytuacja pogorszyła się, gdy zaczęła sprowadzać byłego partnera. Tego samego, od którego niby uciekła. Odwiedzał ją wieczorami, zostawał na noc, korzystał z łazienki, jadł u mnie. Jednego dnia przyłapałam go na wychodzeniu z mojego pokoju – tłumaczył się, iż „po kurtkę”. Wtedy powiedziałam, iż tak dłużej być nie może, iż trzeba ustalić granice. Rozpłakała się, zaczęła krzyczeć i wypominać mi, iż to ja ją przyjęłam, gdy nie miała nic. Pół roku temu próbowałam ustalić termin wyprowadzki. Odmówiła. „Nie mam pieniędzy, dziecko chodzi do szkoły obok, jak możesz mnie wyrzucać”. Czuję się uwięziona. To już nie jest mój dom. Wchodzę po cichu, by nie obudzić dziecka; jem w swoim pokoju, żeby unikać konfliktów; coraz więcej czasu spędzam poza domem. przez cały czas tu mieszkam, ale nie czuję się jak u siebie. Ona zachowuje się, jakby to był jej dom. Ja płacę za wszystko, a gdy proszę o porządek – słyszę, iż jestem egoistką. Potrzebuję rady.
Większość nie wie, jakie jajka są najzdrowsze. Długo zalegają w sklepach, bo Polacy je omijają
Ta żywność poprawia wrażliwość na insulinę. Warto włączyć do diety seniora
Zanim weźmiesz własne jedzenie do samolotu. Oto najnowsze zasady
Nie chcę mieszkać z rodziną mojej córki! Już wyjaśniam dlaczego.
Mąż zaproponował, by na wszystkie święta oddać sypialnię swoim rodzicom, a samym spać na podłodze – „To przecież nasi rodzice, trochę się poświęcimy!” Czy naprawdę polska gościnność musi oznaczać rezygnację z własnego komfortu?
Delikatniejsze niż tradycyjne, a równie kuszące. Dla tych pączków warto choćby złamać dietę
Przepis na szczęście… Cała klatka schodowa obserwowała, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadzają się nowi lokatorzy. Była to rodzina kierownika wydziału z miejscowego zakładu, ważnego dla naszego małego, prowincjonalnego miasteczka. – I co oni w tym starym budownictwie chcą mieszkać? – dopytywała swoje koleżanki emerytka Nina Andriejewna. – Przy takich znajomościach to przecież mogliby złapać nowe mieszkanie. – Nie oceniaj po sobie. Po co im nowoczesne bloki, skoro tu mamy piękną poniatówkę – wysokie sufity, duże, osobne pokoje, przestronny korytarz, a loggia jak dodatkowy pokój… – poprawiła ją trzydziestoletnia, wciąż niezamężna Ania z wyrazistym makijażem. – Poza tym od razu mieli założony telefon. Nie wszyscy u nas mają, są tylko trzy na dziewięć mieszkań… – Tobie tylko głowa do gadania przez telefon – zganiła Anię matka – już masz dość sąsiadów na sumieniu. Nie wybieraj się do nowych, to poważni ludzie i zajęci… – E tam, nie tacy znowu poważni, młodzi, mają dziewięcioletnią Natalkę – odparła Ania z lekką urazą do matki – są prawie moją rówieśnicą, no może starsi o pięć lat. Okazali się mili, uprzejmi. Lida pracowała w szkolnej bibliotece, a Ivan już dziesięć lat zbierał doświadczenie w zakładzie. O wszystkim Ania rozpowiadała, gdy wieczorem wychodziła na podwórko, gdzie sąsiadki siedziały z jej mamą. – Skąd ty wszystko wiesz? – dopytywały się sąsiadki. – No, niezła z ciebie pani detektyw. – Po prostu chodzę do nich zadzwonić. Oni – w przeciwieństwie do innych – nie odmawiają – celnie wbijała szpilki Ania, mając w pamięci jak inni sąsiedzi nie wpuszczali jej do środka, żeby nie wisiała zbyt długo na telefonie plotkując z koleżanką. W taki sposób Ania zaprzyjaźniła się z nowymi sąsiadami i coraz częściej załatwiała swoje rozmowy właśnie u nich, rozsiadając się nie bez skrępowania. Raz, gdy Ania przyszła zadzwonić, zobaczyła jak Ivan demonstracyjnie zamyka drzwi do pokoju, w którym oglądał telewizję. Potem zdarzało się to częściej. Ania uśmiechała się do Lidki, dziękowała po rozmowie, zaglądała do kuchni, ale pani domu zawsze tylko kiwała głową i prosiła o zamknięcie drzwi. – Nie mogę zamknąć, mam ręce w mące – pokazywała Lida – a nasz zamek sam się zatrzaskuje. Francuski taki. – O, co pani piecze? Znowu drożdżówki? Tyle zapachów, a ja nie umiem takich wypieków – zagadywała Ania. – Tak, będą serowe bułeczki na śniadanie. Rano czasu brak, więc robię teraz… – Lida się uśmiechała i zaraz wracała do zagniatania ciasta. Ania marszczyła się i odchodziła niepocieszona, iż nie chcą już z nią rozmawiać. – Lida, rozumiem, iż niezręcznie ci odmówić – zwrócił uwagę Ivan – ale nasz telefon jest wiecznie zajęty przez nią, a moi kumple nie mogą się do nas dodzwonić. Tak nie można. – Też już zauważyłam, wchodzi bez ceregieli i rozmawia jak u siebie – przytaknęła żona. Tego samego wieczoru, wystrojona Ania znów usiadła na pufie w przedpokoju rozmawiając z koleżanką. – Aniu, możesz już kończyć? Czekamy na istotny telefon – powiedziała po dziesięciu minutach Lida. Ania przytaknęła, odłożyła słuchawkę, po czym wyjęła z kieszeni czekoladę: – Przyszłam dziś na słodko, może zrobimy herbatę na powitanie? Poszła do kuchni, położyła czekoladę na stole. – Oj nie, proszę zabrać. Natalia zobaczy, a ona ma zakaz jedzenia słodyczy przez alergię. U nas czekolada to tabu. – Tabu? – obruszyła się Ania – chciałam być miła, podziękować… – Nie trzeba wdzięczności, ani aż tyle dzwonić. No, chyba iż do lekarza, po karetkę czy straż – to święta sprawa. W środku nocy nawet. Ale na plotki już nie. Bez urazy – Lida wydusiła z siebie – mąż czeka na telefon z pracy, a Natalka się rozprasza, bo robi lekcje. A my staramy się być cicho. Ania zabrała czekoladę i wyszła bez słowa. Nie rozumiała, czemu tak ją traktują, uznała, iż Lida jej zazdrości. – Po prostu widzi, iż jestem młodsza i ładniejsza – tłumaczyła matce – dlatego mnie nie zaprosiła choćby na herbatę. – Jesteś głupia i uparta – skwitowała Nina Andriejewna – nie wtrącaj się w czyjąś rodzinę pod byle pretekstem. Oni nie potrzebują twoich telefonów. I dobrze, iż ci powiedzieli gdzie twoje miejsce. Lepiej znajdź sobie męża i urządź własną kuchnię z telefonem, niech do ciebie sąsiedzi chodzić dzwonią. Ostatniej szansy na zbliżenie spróbowała Ania, gdy przyszła z zeszytem po przepis na serowe bułeczki. – Przyszłam po przepis na te bułeczki, może już czas czegoś się nauczyć. – Zajrzyj do swojej mamy, nasze mamy najwięcej wiedzą. Ja robię ciasto na oko, nigdy nie zapisuję miar – Lida była zaskoczona. – A teraz pilnie wychodzę. Do mamy, do mamy! Ania zarumieniła się i wróciła do domu. Wiedziała przecież, iż w kuchennej szafce jest stara, wyświechtana mama książka z przepisami. Wszystko tam było: sałatki, kotlety, zupy, choćby karp w galarecie, a wypieki zajmowały połowę stron. Ale sama piec nie chciała, a matka już dawno nie piekła – walczyła z nadwagą i wysokim ciśnieniem. W końcu jednak wyjęła zeszyt i z obojętnością przewracając kartki, znalazła przepis, który chciała. – Co, upieczesz coś? – zdziwiła się Nina Andriejewna. – Czemu się dziwisz? – Ania zatrzasnęła zeszyt, zakładkę założyła na przepisie. – Może znowu z tym twoim Sławkiem coś się dzieje? Myślałam, iż już po was, jak z innymi – dopytała mama. – Dlaczego od razu po? – obruszyła się Ania – jak zechcę, to pierwsze będzie biegał za mną. – To zechciej. Czas ci za mąż. Może ci podpowiem?– znów zagaiła matka. – Nie trzeba. Na razie się przygotowuję – odparła córka. Kilka dni później mama wróciła wieczorem, a cały dom pachniał drożdżówkami. – Czy to możliwe? Pachnie ciastem! – wykrzyknęła kobieta. – Chyba się zakochałaś! – Cicho bądź, mama. Lepiej chodź i spróbuj – zaśmiała się Ania – to nie ciasto, tylko tradycyjne bułeczki z twarogiem. Na stole już parował czajnik, leżały filiżanki, imbryk i talerz rumianych bułeczek. – Masz talent – powiedziała matka – dawno temu piekłyśmy razem, myślałam, iż wszystko zapomniałaś, ale wyszło świetnie, córeczko. – Nie chwal, tylko spróbuj. Wyszły czy tylko tak mówisz? – dopytywała Ania. – Jedz, świetne! – odpowiedziała matka. Ania od razu przypomniała sobie słowa ojca. „Świetne” – najwyższa pochwała. – W takim razie zaproszę Sławka na takie same bułeczki. Myślisz, iż mu posmakują? – Na pewno. Twój ojciec uwielbiał te bułeczki i mnie za nie! – roześmiała się mama – piecz i zapraszaj. A ja w tym czasie do sąsiadki na film pójdę. Dobrze, iż wreszcie poszłaś po rozum do głowy. Samymi szmatkami i fryzurami chłopa nie zwabisz. Od tej pory Sławek zaczął do niej przychodzić – nie kłócili się tak jak dawniej, choćby mama się przyzwyczaiła, iż córka ciągle coś pichci, a Sławek jej pomaga i wspólny śmiech rozbrzmiewa po całym domu. Gdy Ania powiedziała, iż ze Sławkiem złożyli wniosek do urzędu stanu cywilnego, Nina Andriejewna się wzruszyła – nareszcie… Ania się zmieniła. Schudła przed ślubem, Sławek ciągle pytał: – Przestałaś piec bułeczki? Na wesele upiecz ciasta! Przed kameralnym weselem gotowały trzy kobiety przez dwa dni: Ania, mama i ciotka. Gości miało być około dwudziestu, głównie rodzina. Młodzi zamieszkali w dużym pokoju trzy-pokojowego mieszkania. Rok później w całym bloku założono telefony. Ania była zadowolona. Często dzwoniła, ale już nigdy tak długo jak dawniej. – Raaany, Rita, nie mam czasu, ciasto mi wyrosło, Sławek wraca, pa! Biegła już do kuchni, gdzie z miski rosło puchate ciasto. Była w ciąży, lada miesiąc miała iść na urlop. Ale zapału nie traciła: gotowała, piekła, dogadzała mężowi. A i ona sama uwielbiała domowe bułeczki z twarogiem. Taka pyszność! I mąż ją uwielbiał, za ciepło domowe i wypieki.
Odkąd odkryłam croffle, zapominam o gofrach. Robię je często na śniadanie
«Synowa poprosiła mnie o dystans – Ale nagle sama wezwała moją pomoc»
Igorze, bagażnik! Bagażnik się otworzył, zatrzymaj samochód! – krzyczała Marina, ale już czuła, iż wszystko przepadło… Prezenty i smakołyki, na które odkładali przez ostatnie dwa miesiące: czerwona ikra, łosoś, szynka i inne rarytasy na świąteczny stół dla babci w polskiej wsi – wszystko wysypało się na trasę, a przejeżdżające samochody pewnie choćby tego nie zauważyły Dzieci płakały, Marina próbowała się pocieszyć, a Igor zatrzymał się na poboczu z nadzieją, iż uda się coś uratować – ale było już za późno. Po dotarciu do wsi babcia Maria, zatroskana po złym przeczuciu i modlitwach o ich zdrowie, przyjęła ich z otwartymi ramionami. Święta obchodzili razem, ciesząc się prostymi, domowymi potrawami: swojskimi ziemniakami, ogórkami, pysznym śledziem pod pierzynką i babcinymi pączkami – bo najważniejsze, iż są razem. A w opuszczonej wiosce, przy skromnym stole, znalezione na poboczu przez dziadka Władysława smakołyki i biały, puszysty koc stały się nieoczekiwanym prezentem dla starszych sąsiadek Nadziei i Wierki. „To chyba sam Pan Bóg nam zesłał na pociechę,” westchnęły. Nie żałuj zgubionych rzeczy – może to właśnie była cena za uniknięcie większego nieszczęścia. Ważne, iż to, co najcenniejsze – rodzina i zdrowie – zostało uratowane!
Zwariowałeś?! Przecież to nasz syn, a nie obcy człowiek! Jak możesz wyrzucać go z domu?! – wykrzyknęła teściowa, zaciskając pięści ze złości…
Niech ten wieczór będzie ostatni, spędzi go pięknie. Spojrzy na swoją miłość, życząc jej długiego życia. A potem zwinie się w kłębek przy jej oknie i odejdzie w swoje sny, by już nigdy nie wrócić…
Teściowa Anna Pawłowna siedziała w kuchni i patrzyła, jak mleko delikatnie gotuje się na kuchence. Już trzy razy zapomniała je zamieszać i za każdym razem przypominała sobie za późno: mleko kipiało, ona w poirytowaniu ścierała płytę szmatką. W takich chwilach wyjątkowo wyraźnie czuła: problem nie tkwi w mleku. Po narodzinach drugiego wnuka wszystko w rodzinie jakby wysiadło z torów. Córka była przemęczona, chudła, mówiła coraz mniej. Zięć wracał późno, jadł w milczeniu, czasem zaraz znikał w pokoju. Anna Pawłowna to widziała i myślała: jak tak można, zostawić kobietę samą? Rozmawiała. Najpierw łagodnie, potem coraz ostrzej. Najpierw z córką, potem z zięciem. Potem zauważyła dziwną rzecz: po jej słowach w domu nie robiło się lżej, ale ciężej. Córka broniła męża, zięć posępniał, a ona wracała do siebie z poczuciem, iż znowu zrobiła coś nie tak. Tego dnia poszła do księdza nie po radę, ale po prostu, bo nie miała już gdzie z tym uczuciem pójść. — Chyba jestem złą osobą – powiedziała, nie patrząc na niego. – Wszystko robię nie tak. Ksiądz siedział przy stole i coś pisał. Odłożył długopis. — Dlaczego tak pani uważa? Anna Pawłowna wzruszyła ramionami. — Chciałam pomóc. A wychodzi, iż tylko wszystkich złoszczę. Patrzył na nią uważnie, ale bez surowości. — Nie jest pani zła. Jest pani zmęczona. I bardzo przejęta. Westchnęła. To brzmiało prawdziwie. — Boję się o córkę – powiedziała. – Po porodzie jest zupełnie inna. A on… – machnęła ręką. – Jakby nie zauważał. — A widzi pani, co on robi? – zapytał ksiądz. Anna Pawłowna zamyśliła się. Przypomniała sobie, jak tydzień temu późnym wieczorem zmywał naczynia, myśląc, iż nikt nie widzi. Jak w niedzielę spacerował z wózkiem, choć widać było, iż chciałby po prostu się położyć. — Robi… chyba – powiedziała niepewnie. – Ale nie tak, jak trzeba. — A jak trzeba? – zapytał łagodnie ksiądz. Anna Pawłowna chciała odpowiedzieć od razu, ale nagle poczuła, iż nie wie. W głowie miała tylko: więcej, częściej, uważniej. Ale co dokładnie – trudno powiedzieć. — Chcę tylko, żeby jej było lżej – powiedziała cicho. — To niech pani to powie – odparł spokojnie ksiądz. – Ale nie jemu, tylko sobie. Spojrzała na niego niepewnie. — W jakim sensie? — W takim, iż teraz walczy pani nie o córkę, a z jej mężem. Walka rodzi napięcie. Od tego wszyscy są zmęczeni. I pani, i oni. Długo milczała. Potem zapytała: — To co mam robić? Udawać, iż wszystko jest dobrze? — Nie – odparł. – Robić to, co naprawdę pomaga. Nie mówić – działać. I nie przeciw komuś, a dla kogoś. Wracając, myślała o tym. Wspominała, jak kiedyś, gdy córka była mała, nie pouczała jej, tylko siadała obok, gdy płakała. Dlaczego teraz jest inaczej? Następnego dnia poszła do nich bez zapowiedzi. Przyniosła zupę. Córka była zdziwiona, zięć zakłopotany. – Nie zostanę długo – powiedziała Anna Pawłowna. – Po prostu pomogę. Pobawiła się z wnukami, gdy córka spała. Wyszła cicho, nie mówiąc ani słowa o tym, jak im ciężko czy jak powinni żyć. Za tydzień znów przyszła. Potem jeszcze raz. Wciąż widziała, iż zięć nie jest ideałem. Ale zaczęła zauważać też inne rzeczy: jak delikatnie bierze młodszego na ręce, jak wieczorem przykrywa córkę kocem, gdy myśli, iż nikt nie patrzy. Któregoś dnia nie wytrzymała i zapytała go w kuchni: — Ciężko ci teraz? Zdziwił się, jakby nikt nigdy nie zadał mu takiego pytania. — Ciężko – przyznał po chwili ciszy. – Bardzo. I nic więcej. Ale wtedy między nimi zniknęło coś ostrego, co wisiało w powietrzu. Anna Pawłowna zrozumiała: oczekiwała, iż zięć się zmieni. A powinna zacząć od siebie. Przestała obgadywać go z córką. Gdy ta się żaliła, nie mówiła już „a nie mówiłam”, tylko słuchała. Czasem brała dzieci, żeby córka odpoczęła. Czasem dzwoniła do zięcia i pytała, jak się czuje. To nie było łatwe. O wiele łatwiej było się złościć. Stopniowo jednak w domu zrobiło się ciszej. Nie lepiej, nie idealnie – ciszej. Bez ciągłego napięcia. Któregoś dnia córka powiedziała: — Mamo, dziękuję, iż teraz jesteś z nami, a nie przeciwko nam. Anna Pawłowna długo myślała nad tymi słowami. Zrozumiała prostą rzecz: pojednanie to nie wtedy, gdy ktoś przyzna się do winy. To wtedy, gdy ktoś pierwszy przestaje walczyć. Wciąż chciała, by zięć był bardziej uważny. To pragnienie nie zniknęło. Ale obok niego pojawiło się drugie, ważniejsze: by w rodzinie zapanował spokój. Za każdym razem, gdy znów pojawiało się stare – rozdrażnienie, żal, chęć powiedzenia czegoś ostrego – pytała siebie: Chcę mieć rację czy chcę, żeby było im lżej? Odpowiedź prawie zawsze wskazywała, co robić dalej. TEŚCIOWA — O spokoju w rodzinie, który zaczyna się w ciszy serca
Obcy w naszym mieszkaniu: Gdy po powrocie z wakacji Katia i Maksim zastali w swoim domu rodzinę z prowincji, zaproszoną przez teściową bez pytania, ich świat przewrócił się do góry nogami. Półki pełne cudzych rzeczy, przerażony kot i bolesna lekcja o granicach, zaufaniu oraz rodzinnej „pomocy”.
Wywalczyłam rozwód syna, a potem tego gorzko pożałowałam… – Historia Ludmiły, która przez lata krytykowała synową za różnicę wieku, by w końcu pogodzić się z losem u boku dużo starszej synowej z dwójką dzieci. Czy szczęście jest możliwe, gdy to kobieta jest starsza?
Polacy parzą jak herbatę, Turcy używają do sałatek i mięsa. Poprawia smak, ułatwia trawienie
„Musiałam kupić własną lodówkę do pokoju, żeby mama nie podkradała mi jedzenia – opowiada Anna, współwłaścicielka mieszkania. Choć chciałabym je sprzedać i sprawiedliwie podzielić pieniądze, moja mama stanowczo się temu sprzeciwia.”
Nie zapraszałam nikogo do siebie! – głos synowej zadrżał. – Nie prosiłam was o wizytę!
"Byliśmy umówieni". Tusk dotrzymał słowa
Kot biegał po peronie i zaglądał wszystkim w oczy. Potem, zawiedziony, miauczał i odchodził. Wysoki, szpakowaty mężczyzna od kilku dni starał się nakarmić go i zwabić bliżej. Zauważył puszystego głodomora, wracając z podróży służbowej pociągiem.
Jana wróciła ze szpitala po porodzie – a w kuchni stała druga lodówka. — To moja i mamy, nie wkładaj tam swoich rzeczy — oświadczył mąż.
Żadnej magii Sylwester zbliżał się do Leny jak rozpędzony ekspres PKP Intercity – nie do zatrzymania. Lena czuła się jak ktoś, kto stoi na peronie bez biletu i z góry wie, iż nie wsiądzie do tego pociągu szczęścia. Po co w ogóle zapraszała gości? Kto by chciał witać Nowy Rok z życiową przegrywką? *** 31 grudnia zaczął się od klęski żywiołowej: wierna pralka po dziesięciu latach postanowiła przejść na emeryturę, fundując Lenie powódź w łazience. Serwisanta przed sylwestrem nie znajdziesz choćby na OLX! Po nerwowym poszukiwaniu i wydaniu fortuny Lena miała nadzieję, iż to koniec nieszczęść. Ale nie… Popołudniu rudy kot Bazyli, samozwańczy smakosz, zjadł całą szynkę przeznaczoną do sałatki jarzynowej, zostawiając Lenie co najwyżej groszek i ogórki kiszone. Jakby tego było mało, postanowił zapolować na sikorkę, która przysiadła na uchylonym oknie… Ogromny fikus runął z parapetu, przewracając choinkę i gasząc starą lampki świąteczne, które Lena bardzo uwielbiała. Odłamki doniczki i bombek, które trzymała od dziecka, wymieszały się z ziemią… Lena prawie się popłakała, sprzątając ten bałagan. Potem rozbiła się kryształowa karafka, kurczak się przypalił, a gdy goście byli już w drodze, Lena ze zgrozą odkryła, iż nie kupiła tortu. Zdesperowana zadzwoniła do siostry. – Katka, mam katastrofę! Nie ma tortu! – Spokojnie! – odpowiedział wesoły głos, – jestem już pod klatką. Schodź, wszystko załatwimy. – Gdzie jesteś? – No mówię, pod blokiem! Lena zeszła na dół i zobaczyła scenę jak z filmu: obok samochodu Katki stała jej najlepsza przyjaciółka Maja z wielką siatą oraz ciocia Halina z miską galarety. – A po co ta galareta? I to cały garnek?! – wykrzyknęła Lena. – Na wszelki wypadek! – oznajmiła ciocia, która kochała dzielić się nieproszonymi radami, – wiem, jak wy teraz gotujecie! A noc jeszcze długa! Sałatka jarzynowa jest? Lena wzruszyła ramionami… Dziewczyny pojechały po tort, Maja rozwieszała serpentyny, w które Bazyli z zapałem się wplątał, zamieniając się w kosmitę. Kota ratował mąż Katki – Igor, który wrócił prosto z pracy, dosłownie w ostatniej chwili. Bazyli nie protestował, aż zobaczył Lenę. Wtedy rzucił się do niej radośnie, zostawiając Igorowi na ręku krwawy ślad. Opatrzyli Igora, który (pełen męstwa) zadeklarował pomoc w kuchni. Sprowadzała się ona do filozoficznych uwag typu: „sałatka to stan ducha, nie mieszanka warzyw” – ale Lenie i Katce to wystarczyło. – Lena, co to za pudełko? – wołała Maja z pokoju. – „Szczęśliwego Nowego Roku”, a z boku dopisek: „Otworzyć nocą. Babcia Wanda”. Lena podbiegła na zawołanie: – Zapomniałam! Katka! To babcia dała! Przed wyjazdem mówiła, żebyśmy to otworzyły w Nowy Rok, koło drugiej. Miał być jakiś niespodzianka. – Co tam jest? – Katka ciekawie przyglądała się paczce. – Zobaczmy teraz! Lena stanowczo pokręciła głową: – Oszalałaś? Babcia sprawdzi! Jeszcze pewnie jakiś zamek z szyfrem zamontowała. Otworzymy, jak kazała, cierpliwości! Podniecenie rosło. choćby ciocia Halina przysiadła się bliżej i łakomie zerkała na paczkę. *** Potem słuchali orędzia prezydenta, pili szampana, jedli ‘kocią’ jarzynową, śmiali się, sprzeczali i w końcu… – Już druga? – upewniła się Lena, – No to czas na niespodziankę od babci Wandy! Paczkę przekazano jedynemu facetowi. Igor coś tam pogmerał i zdjął wieczko. W środku, na warstwie waty, leżały nie pieniądze, nie stare zdjęcia, a dziesiątki malutkich, zrolowanych karteczek przewiązanych kolorowymi wstążkami. Każda z naklejką z imieniem. – Co to? – zdziwił się Igor. Lena rozwinęła pierwszą z brzegu, z napisem „Lena” i zaczęła czytać na głos: – Lenka, kochanie moje. Coś znowu poszło nie tak? Pralka się zepsuła? Kot zjadł sałatkę? Spokojnie! Każdy problem to tylko pretekst, by zamówić pizzę i włączyć serial. Tort można kupić rano. Najważniejsze, żeby byli przy Tobie ci, którzy pomogą zjeść pizzę. Kocham Cię do księżyca i z powrotem. Twoja babcia Wanda. Na moment zapanowała cisza, która po chwili przerodziła się w salwę śmiechu. Lena śmiała się do łez. – Skąd ona to wiedziała?! – To magia – szepnęła ciocia Halina. – Teraz ja! – Katka wyciągnęła rękę. Otworzyła kartkę: – Kasiu, kochanie. Przestań się spierać z Igorem o głupoty. Lepiej go przytul. Taki dobry chłopak, choć dużo filozofuje. A jak zacznie, daj mu buziaka – nic lepiej nie działa na męską logikę. Całuję was oboje. Igor zaczerwienił się aż po nasadę włosów i natychmiast pocałował Kasię przy aplauzie wszystkich. Maja, rozwijając własną karteczkę, zachichotała: – Majeczko, piękna moja. Szukaj miłości w bibliotece albo w Biedronce za rogiem, a nie w barze. Tam są normalni ludzie, jak Ty. Poza tym przestań farbować włosy na fioletowo. Twój naturalny kolor jest najładniejszy! – Skąd ona wiedziała o włosach?! – zdumiała się Maja – przecież dopiero dwa dni temu zmieniłam kolor? Na koniec ciocia Halina sięgnęła po swoją karteczkę, jakby trzymała w rękach wielki sekret. – Hala, kochana. Wiem, iż jesteś najmądrzejsza i zawsze wszystko wiesz najlepiej. Ale miej jeden sekret: czasem lepiej nic nie mówić, tylko zjeść kawałek tortu. Przytulam Cię, droga! Twarz cioci poczerwieniała, burknęła coś cicho, sięgnęła po tort i… zamilkła. Pierwszy wieczór od lat, bez jej rad! Śmiech i rozmowy ciągnęły się do rana. Dziewczyny zadzwoniły do babci Wandy przez Messengera i ona, uśmiechając się z fotela w innym mieście, powiedziała: – Moje kochane! Cieszę się, iż niespodzianka się udała! Żadnej magii! Ja Was po prostu dobrze znam i bardzo Was kocham! Rano, sprzątając po imprezie, Lena włożyła wszystkie kartki do słoika i postawiła na widocznym miejscu. To nie były zwykłe życzenia – to był przepis na szczęście od jej babci: nie bój się chaosu, śmiej się z porażek, doceniaj tych, którzy są przy Tobie i jedz to, co lubisz, tylko się nie przejadaj. I pamiętaj, iż najpiękniejszy prezent, to świadomość, iż gdzieś ktoś kocha Cię i rozumie. Zawsze.
Nieproszeni goście w naszym mieszkaniu – czyli jak po powrocie z wakacji Katia i Maks zostali zaskoczeni przez rodzinę matki, która bez pytania zamieniła ich dom w tymczasowy hotel
Kanada znowelizowała zalecenia odnośnie podróży na Kubę
Wędliny z Jedliny podbiły serca internautów. Co się kryje za tym sukcesem?
Jechać, czy nie jechać? (na Kubę) – oto jest pytanie!
Całe życie w błędzie? Czy pomidor to owoc czy warzywo?
Z życia wzięte. "Przyjechałam odpocząć, a skończyłam na kolanach ze ścierką": Jak mój syn i synowa mogą żyć w takim chlewie
Niemca z minimalną płacą kupuje prawie dwa razy więcej żywności niż Polak