Kuchnia

Zmierzch mrożonych soków. Rynek mówi „dość”
Masz to w zlewie w mieszkaniu? W polskich miastach używanie surowo zakazane. Grzywna to choćby 10 tys. zł
Sprzątanie mieszkań i domów w Poznaniu
1200 darmowych pączków w Hali Targowej. Akcja przed Tłustym Czwartkiem
Zacznij luty z „Hej Poznań”!
Oryginalny Air Fryer XL w świetnej cenie. Tak wiele za tak niewiele
Pączki u Magdy Gessler droższe niż zwykle. Ile kosztują w tym roku
Podpisy na klatce: historia sąsiedzkiego konfliktu, codziennych zmagań i próby kompromisu w polskim blokowisku
Nowy Jork znów nr 1!
SOBOLÓW. Rewelacyjny Koncert Karnawałowy w wykonaniu Orkiestry Dętej Sobolów [ZDJĘCIA]
Nowe zasady dla mieszkańców Bałut. Od tego roku!
Bez zaproszenia Wiktor Pietrowicz trzymał w rękach siatkę z lekami, kiedy sąsiadka z klatki, pani Nina, zagadnęła go przy skrzynkach pocztowych. — Panie Wiktorze, gratuluję serdecznie. Córka… — zawahała się, jakby zastanawiała się, czy wypada mówić dalej. — Wyszła za mąż. Wczoraj. Zobaczyłam w internecie, u mojej siostrzenicy na profilu. Nie od razu zrozumiał, co się nie zgadza. „Gratuluję” brzmiało jak obce słowo, zupełnie nie do niego. Skinął głową, jakby rozmowa dotyczyła jakiegoś odległego znajomego. — Jaki ślub? — zapytał rzeczowo. Pani Nina już żałowała, iż zaczęła temat. — No… cywilny, podobno byli w urzędzie. Zdjęcia… biała sukienka. Myślałam, iż pan wie. Wiktor Pietrowicz wszedł do mieszkania, położył zakupy na kuchennym stole i długo wpatrywał się w nie, nie zdejmując kurtki. W jego głowie brakowało jednej rubryki: „zaproszenie”. Nie oczekiwał przyjęcia na sto osób. Liczył na zwykły telefon. Choćby wiadomość. Wyjął telefon, znalazł profil córki. Zdjęcia były schludne, bez zbędnych ozdobników, bardziej jak służbowy raport niż święto. Ona w jasnej sukience, obok chłopak w ciemnym garniturze, podpis krótki: „My”. Komentarze: „Szczęścia”. „Gratulacje”. Jego nazwiska nigdzie. Usiadł, zdjął kurtkę, powiesił ją na krześle. W środku wzbierała nie tyle rozpacz, co ostra, wstydliwa złość: został wykluczony. Nie zapytany o zdanie. Nie uznany za potrzebnego. Wykręcił jej numer. Sygnał długo, potem krótkie „halo”. — Co to za historia? — zapytał. — Wyszłaś za mąż? Pauza. Słyszał, jak nabiera powietrza, jakby przygotowywała się do ciosu. — Tak, tato. Wczoraj. — I nie powiedziałaś mi. — Wiedziałam, co powiesz. — Co powiem? — wstał, przeszedł się po kuchni. — To nie chodzi o „co powiem”. To… Rozumiesz, jak to wygląda? — Nie chcę tego omawiać przez telefon. — A jak chcesz? — niemal krzyknął, powstrzymał się w ostatniej chwili. — Gdzie jesteś? Podała adres. Nie znał go. To był drugi policzek w ciągu minuty. — Przyjadę — powiedział. — Tato, nie trzeba… — Trzeba. Rozłączył się bez pożegnania, stojąc z telefonem w dłoni jak z dowodem winy. W środku wszystko domagało się przywrócenia porządku. W jego świecie porządek to rodzina — bez ukrywania ważnych spraw. „Jak należy”. Tego trzymał się całe życie. Spakował się szybko, niemal mechanicznie. Włożył do torby jabłka — kupił je rano na bazarze, jeszcze przed apteką — i kopertę z pieniędzmi. Wyjął je ze schowka, z pudełka „na wszelki wypadek”. Nie wiedział, po co koperta. Może by nie przyjść z pustymi rękami. Może żeby odzyskać choć odrobinę ojcowskiej roli. W pociągu siedział przy oknie. Za szybą mijały garaże, ogrodzenia, pojedyncze drzewa. Patrzył, ale widział zupełnie coś innego. Przypomniał sobie, jak w liceum córka przyprowadziła kolegę, śmiała się zbyt szeroko, jakby już się broniła. Nie podniósł wtedy głosu. Powiedział tylko: „Najpierw nauka, potem głupoty”. Kolega wyszedł, córka zamknęła się w pokoju. Próbował porozmawiać — „Nie trzeba”, odpowiedziała. Był przekonany, iż robi słusznie. Rodzic musi hamować. Potem była studniówka. Podjechał pod szkołę, widział ją przyjaciółkami i z jakimś chłopakiem. Podszedł, bez przywitania zapytał: „To kto to?”. Zaczerwieniła się. Powtórzył głośniej. Chłopak się wycofał. Przyjaciółki udawały, iż czegoś szukają w telefonie. Cały wieczór milczała. Był przekonany, iż postawił granice. Przypominał sobie też jej matkę — jak kiedyś na rodzinnym przyjęciu, wobec wszystkich, powiedział: „Znów wszystko pomyliłaś. Nic nie robisz jak trzeba”. Nie z okrucieństwa. Ze zmęczenia, z chęci, żeby w domu było „jak trzeba”. Matka uśmiechnęła się sztywno, nocą płakała w kuchni. Widział — nie zareagował. Uznał, iż ma sama się ogarnąć. Teraz te wspomnienia wracały jak niewyrzucone paragony z kieszeni. Próbował je ułożyć w jedną całość i wciąż powtarzał sobie: przecież nie pił, nie bił, pracował, utrzymywał, ratował rodzinę. Chciał dobrze. Pod nowym blokiem zatrzymał się, wybrał numer domofonu. Drzwi kliknęły. Winda jechała powoli, dłonie miał mokre. Drzwi otworzyła córka. Włosy spięte byle jak, pod oczami cienie. Miała na sobie zwykły sweter, nie odświętny. Spodziewał się blasku — zobaczył tylko zmęczenie i napięcie. — Cześć — powiedziała. — Cześć — odpowiedział, podając torbę. — Jabłka. I… — uniósł kopertę. — Dla was. Wzięła bez słowa, jak rzecz, której nie wolno rzucić na ziemię. W przedpokoju stały dwie pary butów, męskie i jej sportowe. Na wieszaku obca kurtka. Wszystko zarejestrował automatycznie — dawno wyrobił sobie nawyk kontrolowania przestrzeni. — Jest w domu? — zapytał. — W kuchni — odparła córka. — Tato, proszę, spokojnie. „Spokojnie” zabrzmiało jak prośba i rozkaz. Przy stole w kuchni siedział młody mężczyzna, może trzydziestolatek. Zmęczony, ale opanowany. Wstał. — Dzień dobry, — powiedział. — Ja… — Wiem, kim pan jest — wszedł mu w słowo Wiktor Pietrowicz, natychmiast tego żałując. Nie wiedział. choćby imienia nie znał. Córka rzuciła krótkie, ostrzegawcze spojrzenie. — Mam na imię Sergiusz — powiedział spokojnie młody człowiek. — Miło poznać. Wiktor Pietrowicz skinął głową. Po chwili podał dłoń. Uścisk był krótki, suchy. — No to, gratuluję — powiedział, a „gratuluję” zabrzmiało znowu obco. — Dziękujemy — odpowiedziała córka. Na stole dwie filiżanki, jedna z niedopitą kawą. Obok papiery, może z urzędu, pudełko z kawałkami ciasta — lekko przeschniętymi. Dzień poślubny wyglądał nie na święto, a na sprzątanie po nim. — Siadaj — rzuciła córka. Usiadł, położył dłonie na kolanach. Chciał zacząć od najważniejszego, nie mógł znaleźć słów, które nie zabrzmiałyby żałośnie. — Dlaczego? — zapytał w końcu. — Dlaczego dowiaduję się od sąsiadki? Córka spojrzała na Sergiusza, potem na ojca. — Bo nie chciałam, żebyś tam był. — To już wiem — powiedział. — Chcę wiedzieć dlaczego. Sergiusz odsunął filiżankę, jakby robił miejsce na rozmowę. — Mogę wyjść — zaproponował. — Nie trzeba — odpowiedziała córka. — Tu mieszkasz. Twój dom. Wiktor Pietrowicz poczuł ukłucie. „Twój dom”. Nie jego. Był na obcej ziemi, nie w gościach. — Nie mam zamiaru robić awantur — powiedział. — Po prostu… Jestem ojcem. To… — Tato — przerwała. — Zawsze zaczynasz od „jestem ojcem”. Potem idzie lista wymagań, co powinnam. — Powinnam? — uniósł brwi. — Myślisz, iż zaproszenie ojca to obowiązek, o który się upominam? — Myślę, iż zrobiłbyś z tego egzamin. Nie chciałam tego. — Egzamin z czego? — pochylił się — Przyszedłbym po prostu… Uśmiechnęła się bez wesołości. — Przyszedłbyś i zacząłbyś obserwować, kto w co ubrany, co mówi, który z jego krewnych jak na ciebie patrzy. Znalazłbyś powód do pretensji. A potem jeszcze rok byś to wypominał. — To nieprawda — powiedział automatycznie. Sergiusz lekko chrząknął, ale nie wtrącał się. — Tato — córka ściszyła głos. — Pamiętasz moją studniówkę? — Oczywiście — odpowiedział. — Odbierałem cię. — Pamiętasz, co wtedy powiedziałeś przy wszystkich? Spinał się. Pamiętał, ale nie chciał. — Zapytałem kto to był. I co? — Zapytałeś tak, jakby mi się coś stało. Stałam wtedy w sukience, którą z mamą wybierałyśmy, byłam szczęśliwa, a ty podszedłeś i sprawiłeś, iż chciałam zniknąć. — Chciałem wiedzieć, z kim się zadajesz — odparł. — To normalne. — Normalnie — pyta się potem. W domu. Nie przy wszystkich. Chciał się sprzeciwić, ale nagle w jej twarzy zobaczył coś, czego wcześniej nie widział. Nie urazę nastolatki. Lęk dorosłego, który wie, jak łatwo stracić grunt pod nogami. — I przez studniówkę mnie nie zaprosiłaś? — próbował wrócić do logiki. — Nie przez studniówkę — odparła. — Przez to, iż cały czas tak robisz. Wstała, włączyła wodę w kranie. Szum ciszy zrobił się gęsty. — Pamiętasz, jak mówiłeś do mamy na urodzinach cioci Wali? — spytała bez odwracania się. Pamiętał. Stół, sałatki, goście i tamte słowa — czuł się wtedy usprawiedliwiony. — Powiedziałem, iż coś pomyliła — ostrożnie sformułował. — Powiedziałeś, iż nic nie umie zrobić jak trzeba — poprawiła. — Słyszałam to. Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata. Zrozumiałam, iż jeżeli przyprowadzę do ciebie chłopaka, jeżeli zrobię coś ważnego przy tobie, możesz zrobić to samo. I choćby nie zauważysz. W gardle poczuł gorąco. Chciał powiedzieć: „Przecież potem przeprosiłem”. Ale nie przepraszał. „Nie dramatyzuj” — odpowiadał. „Powiedziałem prawdę”. — Nie chciałem cię poniżać — wyszeptał. Córka się odwróciła. Woda lała się nadal, nie zakręciła kranu. — Ale poniżyłeś — powiedziała. — Nie raz. Sergiusz podszedł, spokojnie wyłączył wodę. Usiadł z powrotem. W tym zwykłym geście Wiktor Pietrowicz dostrzegł coś: tu potrafią zatrzymać zbędny hałas. — Myślisz, iż jestem potworem — powiedział Wiktor Pietrowicz. — Myślę, iż nie umiesz się zatrzymać — odpowiedziała cicho. — Pracować, wymagać, karać — to potrafisz. Ale nie widzisz, kiedy nam jest po prostu ciężko. Patrzysz tylko, czy jest „jak trzeba”. Chciał powiedzieć, iż bez jego „jak trzeba” nie daliby rady. Że ciągnął wszystko, gdy zwlekano z wypłatą, gdy trzeba było leczyć matkę, płacić za mieszkanie. Chciał wyliczyć, co zrobił dla rodziny. Nagle zrozumiał, iż brzmiłoby to jak faktura wystawiona za miłość. — Przyjechałem, bo mnie zabolało — powiedział ciszej. — Nie jestem z kamienia. Dowiedziałem się od obcej kobiety. Wiesz, jak bardzo… — Wiem — szepnęła. — Mnie też bolało. Wiedziałam, iż będziesz zły. Tydzień nie spałam normalnie. Wybrałam mniejsze zło. — Mniejsze zło — powtórzył. — To ja jestem złem. Nie odpowiedziała. — Tato… nie chcę z tobą wojować. Ja chcę żyć tak, żeby się nie bać, iż popsujesz mi istotny dzień. Nie mówię, iż robisz to celowo. Tylko… potrafisz. Spojrzał na Sergiusza. — A pan czemu milczy? — zapytał. Sergiusz westchnął. — Nie chcę się wtrącać — odpowiedział. — Ale widziałem, jak bardzo się bała. Że pan przyjdzie i przed wszystkimi zapyta o moją pracę, rodzinę, mieszkanie. Że potem będzie to temat rozmów przez lata. — A co, nie można spytać? — wróciła stara twardość. — Mam się cieszyć, nie wiedząc nic? — Można pytać — odparł Sergiusz. — Ale nie jak na przesłuchaniu. Córka usiadła, złożyła dłonie na stole. — Wiesz, co jeszcze zrobiłeś? — zapytała. Wiktor Pietrowicz spiął się. — Dwa lata temu, gdy powiedziałam, iż jestem z Sergiuszem, poprosiłeś go na rozmowę. Przyszedł. Usadziłeś w kuchni i zacząłeś: ile zarabia, dlaczego nie ma samochodu, dlaczego wynajmuje. Spokojnie, ale tak, jakby musiał udowodnić, iż w ogóle może być obok mnie. — Chciałem zrozumieć, kim jest — odpowiedział. — Chciałeś pokazać, iż stoi niżej. I mnie też — bo jeżeli „nie dorasta”, to ja znowu „źle wybrałam”, a ty masz rację. Przypomniał sobie ten wieczór. Rzeczywiście pytał. Wierzył, iż to troska. Czuł się odpowiedzialny, musi sprawdzić. Wydawało mu się, iż chroni córkę. — Nie chciałem… — zaczął. — Tato, ty zawsze nie chciałeś. Ale robisz, a ja muszę z tym żyć. Zadrżało mu kolano. Zacisnął dłonie, by nie zauważyli. — I co dalej? — zapytał. — Uważasz, iż już nie jestem potrzebny? — Uważam, iż jesteś potrzebny na odległość — odpowiedziała. — Chcę, żebyś był w moim życiu, ale nie rządził nim. — Nie rządzę — rzucił, już bez pewności. — Rządzisz. choćby teraz. Przyjechałeś nie zapytać jak się mam, tylko ustawić mnie na miejscu. Chciał zaprzeczyć, ale poczuł, iż to prawda. Jechał tu z argumentami, gotowy do boju o rację. Nie, żeby pogratulować. Chciał odzyskać rolę. — Inaczej nie potrafię — przyznał cicho, ze zdziwieniem dla siebie. Córka spojrzała uważniej. — No. To już jest uczciwe. Zapanowała cisza, w której było więcej zmęczenia niż gniewu. — Nie każę ci znikać — powiedziała. — Ale proszę: nie przychodź bez zaproszenia. Nie rób dochodzeń. Nie mów przy wszystkich rzeczy, których nie da się już odkręcić. — A jeżeli będę chciał was widywać? — W takim razie dzwoń. Umawiaj się. jeżeli mówię „nie”, to znaczy „nie” — odparła. — Nie dlatego, iż cię nie kocham. Po prostu tak jest dla mnie bezpieczniej. Słowo „bezpieczniej” ugodziło mocniej niż „krzywda”. Zrozumiał, iż buduje życie nie wokół oczekiwań ojca, tylko ochrony przed nim. Sergiusz wstał. — Zrobię herbatę — rzucił i poszedł do kuchni. Wiktor Pietrowicz obserwował, automatycznie oceniając ruchy: jak trzyma kubek, jak sięga do szafki. Odruch sprawdzania miał zakorzeniony głęboko. — Tato — powiedziała córka. — Nie chcę, żebyś odchodził z poczuciem, iż cię wyrzucono. Ale nie będę udawać, iż nic się nie stało. — Czego oczekujesz? — zapytał. Chwilę myślała. — Chcę, żebyś powiedział: rozumiem. Nie „chciałem dobrze”. Tylko iż rozumiesz. Spojrzał na nią. W środku bunt walczył z czymś nowym i nieprzyjemnym. Przyznać rację — stracić pozycję. Ale stracił już więcej. — Rozumiem, że… — zawahał się. — Że mogłem cię zawstydzić. I iż się tego boisz. Nie uśmiechnęła się, ale ramiona jej opadły, jakby przestała się bronić. — Tak. Sergiusz postawił czajnik, wyjął świeże filiżanki. Wiktor Pietrowicz zdziwił się: czajnik był nowy, bez kamienia. Uświadomił sobie, iż tutaj wszystko będzie inne, a on będzie musiał się uczyć być gościem. — Nie wiem, jak teraz — powiedział. — Zróbmy tak — odparła córka. — Za tydzień spotkamy się w mieście, w kawiarni. Na godzinę. Porozmawiamy. Bez Sergiusza, jeżeli tak wolisz. Bez „egzaminów”. — A do was? — Jeszcze nie — odpowiedziała. — Potrzebuję czasu. Chciał się sprzeciwić, ale powstrzymał się. W środku poczuł gorzką ulgę: wreszcie są jasne zasady. — W porządku. W kawiarni. Sergiusz postawił przed nim filiżankę. — Cukru? — Nie, dziękuję. Napił się. Herbata była gorąca, parzyła język. Patrzył na córkę i wiedział, iż „wczoraj” już nigdy nie wróci. Nie da się go żądać, jak należnego. — I tak uważam, iż nie powinnaś nie zaprosić ojca — powiedział cicho. — A ja uważam, iż nie wolno poniżać — odpowiedziała równie cicho. — My oboje tak uważamy. Skinął głową. To nie było pojednanie. To było przyznanie, iż każdy ma swoją rację — i iż jego już nie jest najważniejsza. Kiedy wychodził, odprowadziła go do drzwi. Założył kurtkę, poprawił kołnierz. Chciał ją przytulić, ale nie zdecydował się. — Zadzwonię — powiedział. — Zadzwoń — odpowiedziała. — I, tato… jeżeli przyjdziesz bez umówienia, nie otworzę. Spojrzał na nią. W jej głosie nie było groźby. Tylko spokój. — Zrozumiałem. W windzie stał samotnie, słuchał mechanicznego szumu. Na ulicy ruszył na przystanek z rękami w kieszeniach. Koperta została u nich, jabłka też. Ślady jego wizyty były w obcej kuchni. Wracał długo: autobusem, potem pociągiem. Za szybą te same garaże i płoty co rano, tylko w szarościach wieczoru. Patrzył w swoje odbicie i myślał, iż ta rodzina, budowana jak twierdza, okazała się zbiorem oddzielnych pokoi — każdy ze swoją furtką i zamkiem. Nie wiedział, czy kiedyś wejdzie głębiej niż do przedpokoju. Ale wiedział, iż na kolejne drzwi musi zapukać już inaczej.
Za łapówki i fałszywe dokumenty stałam się „młodsza”: Po latach prawda wyszła na jaw, mój mąż Marek dowiedział się o moim oszustwie, rozeszliśmy się i podzieliliśmy naszą warszawską knajpę
Wrzucam do gara i zalewam bulionem. Ta chorwacka zupa syci i obłędnie smakuje
Chicago Auto Show powraca
Wyglądają jak nasze krokiety. Robi się je o wiele szybciej i są smaczniejsze
Gorzki posmak codzienności – Koniec, nie będzie żadnego ślubu! – wykrzyknęła Marlena. – Zaczekaj, co się stało? – zdezorientował się Igor, – przecież wszystko było w porządku! – W porządku? – Marlena parsknęła, – no tak… w porządku. Po prostu… – na chwilę zamilkła, gorączkowo myśląc, jak mu to wyjaśnić… W końcu wyznała czystą prawdę: – twoje skarpetki śmierdzą! Nie będę tego wdychać do końca życia! – Naprawdę tak powiedziałaś? – wykrztusiła matka Marleny, gdy ta ogłosiła, iż wycofuje wniosek o ślub, – nie do pomyślenia! – Dlaczego? – wzruszyła ramionami niedoszła panna młoda, – przecież to prawda. Powiedz tylko, iż tego nie zauważyłaś. – Zauważyłam, oczywiście – zmieszała się mama – ale to… upokarzające. Myślałam, iż go kochasz. Chłopak jest całkiem w porządku. A skarpetki – to da się naprawić. – W jaki sposób? Nauczyć go myć nogi? Zmieniać skarpety? Używać dezodorantu? Mamo! Posłuchaj siebie! Ja się miałam zamąż pójść! Żeby się schronić za mężczyzną, a nie adoptować dorosłego chłopca! – To po co tak daleko z nim zaszłaś? Po co składałaś wniosek? – To przez Ciebie, mamusiu! „Igor jest porządny, dobry chłopak. Bardzo mi się podoba” – pamiętasz? A jeszcze: „Masz już dwadzieścia siedem lat. Czas wyjść za mąż i dać mi wnuki”. Czemu milczysz? Prawda? – Ale, Marlenko, nie myślałam, iż przez cały czas się wahasz. Wydawało się, iż traktujesz to poważnie – odparła mama – i, wiesz, cieszę się, iż się nie pomyliłam: dobrze się zastanowiłaś i podjęłaś decyzję. Tylko córeczko, to „skarpetki śmierdzą” – trochę przesada. Nie jesteś taka. – Zrobiłam to specjalnie, mamo. Dobitnie. Tak, by nie było już drogi powrotu… *** Igor na początku wydawał się Marlenie zabawny i trochę nieporadny. Wiecznie chodził w dżinsach i tej samej koszulce. Nie mądrował się o Wyspiańskim, ale godzinami opowiadał o starych filmach. W takich momentach błyszczały mu oczy. Przy nim było łatwo i spokojnie. I właśnie za tym spokojem tęskniła Marlena, zmęczona dramatycznymi związkami i nieustannym szukaniem „tego jedynego”. Po dwóch miesiącach kina i kawiarenek Igor, nieśmiało, zaproponował: – Może wpadniesz do mnie? Zrobię pierogi — sam kleiłem! To zaproszenie wydało się tak ciepłe, domowe, iż serce Marleny zadrżało. A to „sam kleiłem” – rozbroiło ją zupełnie. Zgodziła się… *** Mieszkanie Igora nie przypadło Marlenie do gustu. Nie było brudne, ale panował tam chaos, bezguście i pewna zapuszczona atmosfera. Szare ściany bez tapet, stara, wytarta kanapa z jednym wałkiem zamiast poduszki. Na podłodze stosy książek, pudełek, czasopism. Trampki w samym środku. Do tego stęchłe powietrze z odrobiną kurzu i zatęchłości. Pokój przypominał bardziej bazę przeładunkową, z której wszyscy zaraz wyjadą, tylko jakoś nie wyjeżdżają. – No i jak podoba Ci się moja forteca? – Igor rozłożył ręce z uśmiechem, w którym nie było ani krzty wstydu. Był z siebie dumny! I całkiem szczerze nie widział nic dziwnego wokół. Marlena zmusiła się do uśmiechu – chłopak podobał się jej, nie chciała wszczynać kłótni. Weszli do kuchni. Tam było jeszcze gorzej: stół lekko pokryty kurzem, w zlewie brudne talerze, kubki z czarnym nalotem. Na kuchence – wiekowy garnek. W oko Marleny wpadł czajnik. „Ciekawe – pomyślała – jaki miał kolor w oryginale?” Humor siadł. Słuchała Igora tylko na wpół – z zapałem coś opowiadał, próbując ją rozbawić. Gdy częstował ją pierogami, stanowczo odmówiła – wymyśliła dietę jako pretekst. Nie wsadziłaby do ust niczego przygotowanego w tej kuchni. Już w domu Marlena analizowała swój gościnny wieczór. Pozornie, to co zobaczyła u Igora, było błahe, nieistotne. Mieszka sam facet, nie ogarnia? I co z tego? Ale za tą niechlujnością Marlena dostrzegła coś większego, trudnego do zrozumienia: jak można tak żyć? Nie chodzi choćby o lenistwo. Chodzi o to, że… dla niego to jest normalne! Pozostał gorzki posmak… *** Potem Igor odwiedził Marlenę. Oficjalnie się oświadczył. Dał jej pierścionek. Złożyli deklarację do urzędu. Rodzice zaczęli szykować się do ślubu. Bycie narzeczoną, wiadomo – przyjemne. Ale kiedy Marlena zostawała sama i myślała o Igorze, który cały czas starał się robić jej miłe rzeczy, kleił swoje pierogi i opowiadał kawały – miała przed oczami… czajnik o nieokreślonej barwie! I Marlena rozumiała: to nie tylko czajnik. To dowód! Mówi o stosunku Igora do życia. Do codzienności. Do siebie. prawdopodobnie także do niej. Kiedyś wyobraziła sobie wspólne poranki i aż się wzdrygnęła. Wstaje, idzie do kuchni, widzi niedopitą herbatę i okruchy po kanapce. Prosi: „Igor, sprzątnij proszę”. A on popatrzy zdziwiony – jak w tamtym mieszkaniu – i nie zrozumie, o co chodzi. Nie będzie się kłócił, nie będzie krzyczał. Po prostu… nie pojmie. I każdego dnia będzie trzeba tłumaczyć, sprzątać, przypominać. A jej miłość powoli umrze od tysięcy drobnych, niedostrzegalnych dla niego zadanek. A mama taka szczęśliwa, iż wychodzi za mąż. *** Za mąż… Cała lekkość i ciepło, które Marlena czuła przy Igorze, zniknęły, zastąpione przez ciężką, lepką troskę. – Marlenko – Igor pytał niemal codziennie, z niepokojem patrząc jej w oczy – wszystko u nas dobrze? Przecież się kochamy? – Oczywiście – odpowiadała, czując, jak coś w niej pęka. W końcu Marlena nie wytrzymała – wyżaliła się przyjaciółce, wszystko jej wyznała. – No i co z tego? – nie rozumiała i bardzo się dziwiła Kasia. – Kurz, czajnik… Mój mąż potrafi zostawić po sobie czołg w kuchni i choćby nie zauważy. Faceci nie zwracają uwagi na takie drobiazgi! – Właśnie! Oni tego nie widzą – wyszeptała Marlena. – I on nigdy nie zobaczy. A ja będę widzieć! Całe życie! I to będzie mnie powoli zabijać! *** Nie, nie winiła go. Nie kłamał. Był szczery. Tylko… żył w innym świecie. W świecie, w którym brudny talerz w zlewie to norma. A dla niej – to znak braku zrozumienia i obojętności. Rozumiała, iż nie chodzi o czystość. Chodzi o to, iż patrzą na świat całkiem inaczej. I pęknięcie, które pojawiło się w jej głowie, z czasem stałoby się wielką przepaścią między nimi. Lepiej zakończyć wszystko już teraz, niż obudzić się na dnie tej przepaści za kilka lat, gdy będzie za późno. Pozostało czekać na odpowiedni moment… *** Marlenę i Igora zaproszono na imprezę. Przyszli, zostawili płaszcze w przedpokoju, zdjęli buty… Weszli do pokoju… Ohydny zapach podążał za nimi krok w krok. Marlena nie od razu zorientowała się, skąd pochodzi ten odór. Kiedy już wiedziała – i zobaczyła, iż inni też to wiedzą – poczuła taki wstyd, iż najchętniej zniknęłaby z powierzchni ziemi. Nie mówiąc ani słowa, wybiegła, gwałtownie się ubrała i wyszła. Igor pobiegł za nią. Dogonił. Chwycił ją za rękę. Ona się odwróciła i rzuciła mu w twarz, niemal z nienawiścią: – Koniec! Żadnego ślubu nie będzie! *** Ślubu naprawdę nie było. Marlena uważa, iż postąpiła słusznie i nie żałuje decyzji. A Igor… Do dziś nie rozumie: o co adekwatnie chodziło? No i co, iż skarpetki śmierdzą! Przecież mógł je zdjąć…
Teściowa opiekuje się naszymi dziećmi latem na emeryturze – pomagamy jej finansowo, ale brat męża przywozi swoje dzieci do babci bez żadnego wsparcia. Jak spokojnie rozwiązać problem, żeby nie było konfliktu?
Wróciłam do domu wcześniej, a mój mąż zamiast euforii wysłał mnie – ciężarną z ciężkimi siatkami – po zakupy, bo… pucował mieszkanie i szykował „niespodziankę”. Efekt? Wielka kłótnia, łzy i noc spędzona u rodziców.
Mój mąż myśli tylko o sobie – zjada całe jedzenie, nie zostawiając choćby kawałka dla dziecka. Ukrywam jedzenie przed Adamem, bo nasz syn mógłby być głodny. Kredyt, ograniczony budżet i ciągłe tłumaczenia: “Kupimy, nie martw się!”. choćby tort urodzinowy dla gości ledwo ocalał. Teściowa twierdzi, iż wyolbrzymiam problem, a ja grożę rozwodem. Czy mam rację, iż nie zamierzam dłużej tego tolerować?
Kanadyjskie produkty nie koniecznie są “kanadyjskie”
Wystarczy większa szczypta do rosołu. Zyska piękny kolor, a trawienie przyśpieszy
Przyjaciele przyszli na wystawny stół z pustymi rękami, więc zamknęłam lodówkę – Czy jesteś pewny, iż trzy kilogramy karkówki wystarczą? Ostatnio wyczyścili wszystko do zera, choćby chlebem sos zbierali. A Lubka jeszcze poprosiła o pojemnik „dla pieska”, po czym wrzuciła w socialach zdjęcie mojego pieczeni jako swojego kulinarnego dzieła.
Kiedy miałem trzynaście lat, nauczyłem się ukrywać głód — i wstyd.
Brownie z daktyli i fasoli: Zdrowsze i smaczniejsze niż myślisz
Wyrzuciłam syna i synową z mojego mieszkania. Myślałam, iż to koniec awantur - a to był dopiero początek
Jak sprawić, by rosół był żółty? Wystarczy dodać jedną przyprawę
Przez czterdzieści lat słyszałam jedno zdanie, które zawsze brzmiało jak korona na mojej głowie. — Moja żona nie pracuje. Ona jest królową domu. Ludzie się uśmiechali. Podziwiali mnie. Czasem choćby zazdrościli. A ja… ja wierzyłam. Wierzyłam, iż jestem ważna. Że jestem cenna. Że to, co robię, to najważniejsza praca na świecie. I faktycznie, to była praca. Tylko nikt tak jej nie nazywał. Byłam kucharką, sprzątaczką, opiekunką, nauczycielką, pielęgniarką, psycholożką, kierowcą, księgową, organizatorką wszystkiego. Pracowałam po 14 godzin, czasem więcej. Nie było „wolnego dnia”. Nie było „pensji”. Nie było „dziękuję” tyle razy, ile potrzebowałam. Było tylko jedno: — Jesteś w domu. Wszystko masz dobrze. Moje dzieci nigdy nie wychodziły do szkoły w brudnych ubraniach. Mąż nigdy nie wrócił do domu bez ciepłego obiadu. Mój dom był uporządkowany. Moje życie — podporządkowane temu, by inni byli spokojni. Czasem patrzyłam w lustro i nie widziałam kobiety. Widziałam funkcję. Ale powtarzałam sobie: „To jest rodzina. To jest miłość. To mój wybór.” Pocieszała mnie jedna myśl — iż to wszystko jest „nasze”. Nasz dom. Nasze pieniądze. Nasze życie. Ale prawda była inna. Gdy mój mąż odszedł do Boga… mój świat rozpadł się nie tylko z żalu. Rozpadł się także z powodu rzeczywistości. Płakaliśmy. Ludzie nazywali go „wielkim człowiekiem”, „żywicielem rodziny”, „filar rodzinny”. Potem przyszedł dzień odczytania testamentu. Stałam jako wdowa — ze ściśniętymi rękami i bólem w sercu, czekając choć na odrobinę bezpieczeństwa, choć na jakąś ochronę… po wszystkich latach oddanych rodzinie. I wtedy usłyszałam słowa, które uczyniły mnie obcą we własnym życiu. Dom był zapisany na jego nazwisko. Konto bankowe było na jego nazwisko. Wszystko było na jego nazwisko. I „nasze” w jednej sekundzie zmieniło się w „jego”. Moje dzieci — nasze dzieci — odziedziczyły to, co przez całe życie chroniłam, czyściłam i utrzymywałam. A ja? Ja zostałam bez prawa, by powiedzieć choć jedno: „To jest także moje.” Od tego dnia zaczęłam żyć w najbardziej upokarzający sposób — nie w biedzie, ale w zależności. Musiałam pytać: — Czy mogę kupić leki? — Czy mogę kupić sobie buty? — Czy mogę pofarbować włosy? Jakbym nie była kobietą po siedemdziesiątce, tylko małą dziewczynką proszącą o pieniążki. Czasem stałam z kartką zakupów i zastanawiałam się, jak to możliwe… Jak to możliwe, iż pracowałam czterdzieści lat, a moja praca jest bez wartości? Nie bolało mnie tylko to, iż nie mam pieniędzy. Bolało mnie, iż zostałam oszukana. Że nosiłam koronę ze słów, nie koronę bezpieczeństwa. Że byłam „królową”, ale pozbawioną praw. I wtedy zaczęłam sobie zadawać pytania, których wcześniej nigdy nie odważyłam się zadać: Gdzie byłam ja w tej „miłości”? Gdzie było moje imię? Gdzie była moja przyszłość? I najważniejsze — dlaczego przez lata uważałam, iż mieć własne pieniądze to brak zaufania? Dziś znam prawdę. Mieć własny dochód, własne konto, własne ubezpieczenie, własny majątek — to nie jest zdrada miłości. To jest szacunek do siebie. Miłość nie powinna zostawiać cię bez ochrony. Miłość nie powinna odbierać ci siły, a potem zostawiać z prośbą o wsparcie. Lekcja Kobieta może oddać swoje życie dla domu… ale dom powinien mieć miejsce także dla niej — nie tylko w kuchni, ale w prawach, bezpieczeństwie i pieniądzach. Praca domowa jest godna szacunku. Ale zależność — to pułapka. 👇 Pytanie do Ciebie: Czy znasz kobietę, która była „królową w domu”, a na końcu została bez praw i bez własnej przyszłości?
Za łapówkę stałam się „młodsza” – po latach mąż odkrył prawdę o moich fałszywych dokumentach i rozpadło się nasze małżeństwo
Rodzina męża sama się wprosiła na naszą działkę na ferie, ale kluczy nie dałam – Jak to, Leniu, wasza działka ma stać pusta? Na sylwestrową przerwę przyjedziemy z dziećmi, powietrze świeże, górka pod nosem, banię rozpalimy. Przecież ty wiecznie w pracy siedzisz, a Witek mówi, iż chce się wyspać. Daj klucze, wpadamy jutro rano! Szwagierka wrzeszczy do telefonu, cała rodzina jest w pełnej gotowości, a ja w kuchni próbuję pojąć to szokujące bezczelstwo. Odmówiłam kluczy, bo dom to nie socjal i nie agroturystyka, a po ostatniej imprezie kuzynów zostały mi popalona wykładzina, wybite okno i pamiątkowy zapach kiełbasy z popiołem. choćby groźby teściowej z torbą mrożonej ryby mnie nie złamały. Swoje granice trzeba chronić – choćby przed własną rodziną!
Kiedy moja babcia dowiedziała się o chorobie, zaskoczyła wszystkich spokojem. Usiadła w kuchni, nalała sobie herbaty, spojrzała przez okno i powiedziała:
Zapomnij o pistacji. To te pączki będą królować w tłusty czwartek 2026
Planujesz kupić pączki na tłusty czwartek? Tak sprawdzisz czy są świeże
Orlen testuje z Polleną Kurowski. "Brak charakterystycznego zapachu, kojarzonego z materiałami z recyklingu"
Oddaj klucz od naszego mieszkania
I dziś, czasem budzę się w środku nocy i zastanawiam się, kiedy mój ojciec zdołał odebrać nam wszystko. Miałam 15 lat, gdy to się wydarzyło. Mieszkaliśmy w niedużym, ale zadbanym domu – z meblami, lodówka była pełna w dni zakupów, a rachunki niemal zawsze opłacone w terminie. Chodziłam do pierwszej klasy liceum i jedynym moim zmartwieniem było, by zaliczyć matematykę i uzbierać na wymarzone sportowe buty. Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy tata coraz częściej wracał później. Wchodził bez słowa, rzucał klucze na stół i szedł prosto do pokoju z telefonem w ręku. Mama mówiła: — Znowu się spóźniasz? Myślisz, iż ten dom sam się utrzyma? A on odpowiadał sucho: — Daj mi spokój, jestem zmęczony. Słuchałam wszystkiego z pokoju, udając z słuchawkami na uszach, iż nic się nie dzieje. Któregoś wieczoru widziałam go, jak rozmawiał przez telefon na podwórku. Śmiał się cicho, mówił coś w stylu „już prawie załatwione” i „spokojnie, dam radę”. Gdy mnie dostrzegł, od razu skończył rozmowę. Coś ścisnęło mnie w żołądku, ale nic nie powiedziałam. W dzień, w którym odszedł, był piątek. Wróciłam ze szkoły i zobaczyłam na łóżku otwarty kuferek. Mama stała w drzwiach sypialni z zaczerwienionymi oczami. Zapytałam: — Gdzie idzie? Nie spojrzał choćby na mnie, tylko rzucił: — Nie będzie mnie przez jakiś czas. Mama krzyknęła: — Przez jaki czas i z kim? Powiedz prawdę! Wtedy wybuchł: — Odchodzę do innej kobiety. Mam dość tego życia! Rozpłakałam się, mówiąc: — A ja? Moja szkoła? Nasz dom? Odparł tylko: — Poradzicie sobie. Zamknął kuferek, chwycił dokumenty z szuflady, portfel i wyszedł bez pożegnania. Jeszcze tego wieczoru mama próbowała wypłacić pieniądze z bankomatu – karta była zablokowana. Następnego dnia w banku powiedzieli jej, iż konto jest wyczyszczone. Tata wypłacił wszystkie wspólne oszczędności. Dowiedziałyśmy się też, iż zostały dwa miesiące niezapłaconych rachunków, a ojciec wziął kredyt na mamę jako poręczycielkę, nic nie mówiąc. Pamiętam, jak mama siedziała nad rachunkami ze starym kalkulatorem i płakała: — Na nic nie wystarcza… na nic… Próbowałam jej pomagać z liczeniem, ale nie rozumiałam połowy tego, co się dzieje. Po tygodniu odcięli nam internet, zaraz potem prawie też prąd. Mama zaczęła szukać pracy – chodziła sprzątać domy. Ja zaczęłam sprzedawać słodycze w szkole. Wstydziłam się stać na przerwie z torebką cukierków, ale robiłam to, bo w domu brakowało na wszystko, choćby najpotrzebniejsze rzeczy. Pewnego dnia otworzyłam lodówkę, a tam była tylko dzbanek z wodą i pół pomidora. Usiadłam w kuchni i płakałam sama. Wieczorem jadłyśmy biały ryż, bez niczego. Mama przepraszała, iż nie może mi dać tego, co kiedyś. Dużo później zobaczyłam na Facebooku zdjęcie taty z tamtą kobietą w restauracji – wznoszą toast winem. Ręce mi się trzęsły. Napisałam: „Tato, potrzebuję na materiały do szkoły.” Odpisał: „Nie mogę utrzymywać dwóch rodzin.” To była nasza ostatnia rozmowa. Nigdy więcej się nie odezwał. Nie zapytał, czy skończyłam szkołę, czy jestem chora, czy czegoś potrzebuję. Po prostu zniknął. Teraz pracuję, płacę własne rachunki i pomagam mamie. Ale ta rana wciąż jest świeża. Nie tylko przez pieniądze, ale przez zostawienie, przez jego obojętność, przez sposób, w jaki nas pogrążył i zaczął nowe życie, jakby nic się nie wydarzyło. I mimo wszystko, wiele nocy budzę się z tym samym pytaniem, które nie daje mi spokoju: Jak dalej żyć, gdy własny ojciec odbiera ci wszystko i zostawia, żebyś uczył się przetrwania, będąc jeszcze dzieckiem?
Mój mąż myśli tylko o sobie – zjada wszystko, choćby posiłki przygotowane dla naszego synka! Muszę chować jedzenie przed własnym mężem, bo inaczej nasz dwuletni syn może zostać głodny. Od pięciu lat jesteśmy małżeństwem, mamy kredyt hipoteczny i ograniczony budżet, a on uważa się za żywiciela rodziny, choć na mieszkanie złożyli się także moi rodzice. Niedawno przed urodzinami syna zjadł choćby ozdobioną część tortu przeznaczonego dla gości! Teściowa twierdzi, iż powinnam po prostu gotować więcej, ale ja mam już dość – zagroziłam mężowi rozwodem, jeżeli to się powtórzy. Czy powinnam ustąpić, czy mam prawo wymagać od niego większej odpowiedzialności i szacunku dla innych domowników?
Niebezpieczne substancje w popularnych szklankach. Sanepid wycofuje je ze sprzedaży
Dania jednogarnkowe na zrzucenie zbędnych kilogramów. Obejdzie się bez kolacji
Zimowa aura, gorąca atmosfera (foto)
Szklanki z ołowiem i kadmem. Inspektorat ostrzega
Jedzenie ma coraz więcej kalorii przez CO2. Naukowcy alarmują
Piekę zamiast chleba i bułek. Każdy ze zniecierpliwieniem zagląda do piekarnika
Zimno było tylko z nazwy
Chcesz mojego męża? To twój!” – powiedziała żona z uśmiechem do nieznajomej, która pojawiła się w jej drzwiach.
Wyśmiewali mnie za «wieś», choć sami pochodzą z zapadłej prowincji…
Jemy coraz mniej wartościowe produkty. Jakość żywności drastycznie spada
Seniorzy powinni sięgać po ten ser jak najczęściej, a unikają. Reguluje cukier, chroni przed miażdżycą
Milczałam przez długi czas. Nie dlatego, iż nie miałam nic do powiedzenia, ale wierzyłam, iż jeżeli zacisnę zęby i przełknę, zachowam spokój w rodzinie. Od pierwszego dnia synowa mnie nie polubiła ― najpierw żartowała, potem weszło jej to w nawyk, aż stało się codziennością. Gdy się pobrali, zrobiłam wszystko, co mogła zrobić matka: dałam im pokój, pomogłam z meblami, stworzyłam im dom. Powtarzałam sobie: „Młodzi są, poukładają się. Ja będę cicho, trzymać się z dala.” Ale ona nie chciała, żebym była z dala. Ona chciała, żebym zniknęła. Każda moja próba pomocy spotykała się z pogardą: „Nie dotykaj, nie umiesz!”, „Zostaw, ja zrobię to porządnie!”, „Kiedy wreszcie się nauczysz?” Jej słowa były ciche, ale raniły jak igły ― czasem przy synu, przy gościach, przy sąsiadach. Usmiechała się i udawała miłą, ale w głosie była trucizna. Kiwałam głową, milczałam i uśmiechałam się, choć miałam ochotę płakać. Najgorzej bolało mnie nie przez nią… ale przez to, iż mój syn nie mówił nic. Udawał, iż nie słyszy, wzruszał ramionami, patrzył w telefon. Gdy zostawaliśmy sami, mówił: „Mamo, nie zwracaj uwagi. Taka już jest… nie myśl o tym.” „Nie myśl o tym”… Jak nie myśleć, gdy we własnym domu zaczynasz czuć się jak obca? Bywały dni, kiedy odliczałam godziny, aż wyjdą. Żeby zostać sama, oddychać, nie słyszeć jej głosu. Zaczęła traktować mnie jak służącą, która ma siedzieć w kącie. „Czemu zostawiłaś szklankę tutaj?”, „Czemu nie wyrzuciłaś tego?”, „Czemu tyle gadasz?” A ja już prawie nie mówiłam. Pewnego dnia ugotowałam zupę ― nic szczególnego, po prostu domową, ciepłą, taką, jaką robię dla osób, które kocham. Weszła do kuchni, otworzyła garnek, powąchała i się zaśmiała: „To wszystko? Znowu twoje wiejskie jedzenie? Bardzo dziękujemy…” Dodała też coś, co do dziś dźwięczy mi w uszach: „Szczerze mówiąc, gdyby cię nie było, wszystko byłoby łatwiejsze.” Mój syn siedział przy stole i słyszał. Widziałam, jak zaciska szczękę, ale znów milczał. Odwróciłam się, by nie widzieli moich łez ― powtarzałam sobie: „Nie płacz. Nie rób im przyjemności.” A wtedy ona podniosła głos: „Codziennie jesteś ciężarem! Dla wszystkich! Dla mnie, dla niego!” Nie wiem czemu… ale tym razem coś się przełamało. Może nie we mnie, ale w nim. Syn wstał powoli, bez krzyku, bez trzaskania. Powiedział tylko: „Przestań.” Zamarła. „Co to znaczy ‘przestań’?” ― zaśmiała się, niby niewinnie. ― „Mówię tylko prawdę.” Syn podszedł do niej i pierwszy raz w życiu usłyszałam taki ton: „Prawda jest taka, iż upokarzasz moją matkę. W domu, który ona prowadzi. Rękami, które mnie wychowały.” Otworzyła usta, ale nie pozwolił jej przerwać: „Milczałem za długo. Myślałem, iż jestem ‘mężczyzną’, iż chronię spokój. Ale po prostu pozwalałem na coś obrzydliwego. I z tym koniec.” Zbladła. „Wybierasz ją zamiast mnie?!” A on powiedział najważniejsze zdanie, jakie kiedykolwiek usłyszałam: „Wybieram szacunek. jeżeli nie potrafisz go okazać, to znaczy, iż jesteś w niewłaściwym miejscu.” Zapadła cisza. Ciężka. Jakby powietrze stanęło. Poszła do pokoju, trzasnęła drzwiami i mówiła coś dalej, ale to już nie miało znaczenia. Syn odwrócił się do mnie, miał mokre oczy. „Mamo… przepraszam, iż zostawiłem cię samą.” Nie mogłam od razu odpowiedzieć. Usiałam, ręce mi drżały. Ukląkł przy mnie, złapał dłonie, jak za młodu. „Nie zasługujesz na to. Nikt nie ma prawa cię upokarzać. choćby osoba, którą kocham.” Zapłakałam. Ale tym razem nie z bólu, ale z ulgi. Bo ktoś wreszcie mnie zobaczył ― nie jak ‘przeszkodę’, nie jak ‘starą babę’; ale jak matkę, jak człowieka. Tak, milczałam długo… ale pewnego dnia mój syn przemówił za mnie. I wtedy zrozumiałam coś ważnego: czasem milczenie nie chroni pokoju… ono chroni obcą okrutność. A Wy jak myślicie ― czy matka ma znosić upokarzanie dla „spokoju w domu”, czy cisza tylko powiększa ból?