Kuchnia

W drodze do sklepu Anna nagle rozpoznała w starszej kobiecie matkę swojej pierwszej wielkiej miłości. Ku jej zaskoczeniu, kobieta również ją poznała i nie mogła powstrzymać łez.
Sony mogło zablokować czwartego największego wydawcę w PS Store, celując w gry shovelware na PS4/PS5
GODZINA ZERO #158: ROBERT MAZUREK I MARIAN BANAŚ
Polacy myślą, iż są zdrowe, więc często po nie sięgają. Mogą szkodzić sercu
Podczas gdy Katya płaciła, Sergei się oddalał. Kiedy zaczęła pakować zakupy, on opuścił sklep. Gdy wychodziła, Katya natknęła się na Sergeia, który palił papierosa.
Matka co jakiś czas przyprowadzała nowych „mężów”
Zrobiłam pampuchy i przepadłam. Ten waniliowy sos to złoto!
PCPM pomaga Syryjczykom szukającym schronienia w Libanie, dostarczając im paczki żywnościowe. Dla wi…
Smaki świata i pomoc z serca. Studenci WSB NLU znów zachwycili podczas International Cooking Day
Najlepszy sposób na nadziewanie pączków. Nic z nich nie wypłynie
Szukasz atrakcyjnej siedziby dla swojej firmy? Skorzystaj z oferty Inkubatora Przedsiębiorczości w Budzowie
Siostrzenica odwiedziła mnie, ale jest obrażona, iż nie serwuję jej jedzenia.
Od Żebraka do Cudu: Rewolucja w JEDEN Dzień
Żadnej magii Sylwester nadciągał z impetem, niczym pociąg ekspresowy, a Lena miała wrażenie, iż stoi na peronie bez biletu – nie uda się, szczęścia nie będzie, choćby świątecznego nastroju nie znajdzie. Po co w ogóle zapraszała gości? Kto chciałby spędzać sylwestra z pechową kobietą? 31 grudnia zaczął się lokalną katastrofą: wierna przez dekadę pralka urządziła w łazience mały potop. W Wigilię Nowego Roku znaleźć hydraulika to jak polowanie na czarnego łabędzia, ale Lena się nie poddała. Wytchnienie nie trwało długo. W ciągu dnia jej rudy kot Bazyl, samozwańczy smakosz, zeżarł całą szynkę przeznaczoną do sałatki jarzynowej – dla gospodyni została jedynie puszka groszku i kiszone ogórki. To mu jednak nie wystarczyło: postanowił upolować sikorkę, która przysiadła na uchylonym oknie. Ogromny figowiec runął z parapetu, przewracając choinkę i gasząc starą ukochaną lampki Lenki. Odłamy doniczki i choinkowych ozdób, przechowywanych od dzieciństwa, wymieszały się z ziemią. W oczach Lenki stanęły łzy. Potem rozbiła się karafka, przypalił kurczak, a wisienką na torcie był… brak tortu! Wpadła w panikę, gdy goście byli już pod blokiem. Dzwoni do siostry: – Katka, katastrofa! Nie mam tortu! – Spokojnie! Już jestem pod klatką. Chodź, zaraz wszystko załatwimy. Pod blokiem czekały na nią Katka, najlepsza przyjaciółka Maja z wielką siatką i ciotka Halina – oczywiście z miską galarety. – Galareta? I to cały gar?! – wykrztusiła Lena. – Na wszelki wypadek! – oznajmiła dumnie ciotka Halina, która zawsze miała w zanadrzu nieproszoną radę – Oby tylko jarzynowa jest?! Gdy dziewczyny jechały po tort, Maja rozwieszała serpentyny – a bezkonkurencyjny Bazyl owinął się w nie i przemienił w kosmitę. Na ratunek kotu ruszył mąż Katki – Igor, który wrócił prosto z pracy. Bazyl nie protestował… dopóki nie zobaczył Lenki. Rzucił się do niej i zostawił Igorowi krwisty ślad na dłoni. Poszkodowanego wszyscy opatrzyli, a Igor deklarował pomoc w kuchni, ograniczając się jednak do filozofowania o tym, iż „sałatka to stan duszy, nie składniki” – co dziewczynom wystarczyło. – Lena, co to za pudełko? – krzyknęła z pokoju Maja. – „Szczęśliwego Nowego Roku” napisane, a tu jeszcze dopisek! „Otworzyć w nocy. Babcia Wanda”. Lena wypadła z kuchni: – O rany, zapomniałam! To od babci Wandy, kazała na Nowy Rok otworzyć – w nocy, około drugiej. Obiecała niespodziankę. Katka już wyciągała rękę, ale Lena pokręciła głową: – Nie wolno wcześniej! Babcia i tak sprawdzi. Może jakaś kłódka albo szyfr? Poczekamy. choćby ciotka Halina przysiadła bliżej, wpatrzona w pudełko. *** Był toast prezydenta, szampan, jarzynowa „po kocie”, kłótnie i śmiech, a gdy wybiła druga… – No to czas na niespodziankę od babci Wandy! – ogłosiła Lena i wręczyła pudełko jedynemu facetowi. Igor pogmerał, odchylił wieczko – a tam, na warstwie waty, dziesiątki drobnych ruloników, przewiązanych wstążkami, z naklejkami z imionami. – Co to? – spytał zdumiony. Lena rozwinęła swoją pierwszą karteczkę, przeczytała na głos: – Lenko, kochana wnuczko. Znowu coś poszło nie tak? Pralka padła, kot zjadł sałatkę? To świat się nie kończy! Pamiętaj – zawsze możesz zamówić pizzę i odpalić serial. Tort kupisz i rano. Najważniejsze, iż masz kogoś, kto pomoże ci tę pizzę zjeść. Kocham cię na księżyc i z powrotem. Babcia Wanda. Sala zamarła, a potem wybuchła śmiechem. Lena płakała ze śmiechu: – Skąd ona to wie?! – Magia! – szepnęła ciotka Halina. Dalej czytały swoje liściki: Katka – by nie kłóciła się tyle z Igorem, lepiej go przytuliła i pocałowała (czym wzbudziła salwę braw); Maja – żeby szukała miłości raczej w bibliotece lub w Żabce pod domem niż w klubach, bo tam są normalni ludzie (i niech nie farbuje włosów na fioletowo!); a ciotka Halina – iż dobre rady są spoko, ale czasem lepiej milczeć i zjeść kawałek tortu. Po raz pierwszy od lat ciotka Halina była cicho! Śmiech i rozmowy trwały do rana. Dziewczyny zadzwoniły do babci Wandy przez Messengera: „Kochane, to nie magia! Po prostu was znam. I bardzo kocham!”. Rankiem Lena zebrała wszystkie karteczki do słoika. To nie były tylko życzenia – to był przepis na szczęście od babci: nie bój się bałaganu, śmiej się z niepowodzeń, doceniaj tych, którzy są obok i nie żałuj sobie jedzenia. I najważniejsze – pamiętaj, iż najlepszy prezent to wiedzieć, iż gdzieś jest ktoś, kto cię kocha i rozumie. Zawsze. Żadnej magii – po prostu rodzina, przyjaciele i polski sylwester pełen ciepła, śmiechu oraz… niezawodnej galarety ciotki Haliny!
Twój dom wreszcie zrozumie, iż oglądasz film. Google Home z potężną aktualizacją automatyzacji
— A kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać! — Zoja Pietrowna rzuciła szmatą prosto w twarz synowej. — W moim domu mieszkasz, moje jedzenie jesz! Tamara otarła twarz, zacisnęła pięści. Trzeci miesiąc po ślubie, a każdy dzień jak pole bitwy. — Ja myję podłogi, gotuję, piorę! Czego pani jeszcze potrzeba? — Żebyś zamknęła buzię! Przybłędo! Z obcym dzieckiem się tu wpakowałaś! Mała Ola wyjrzała ze strachem zza drzwi. Cztery latka, a już rozumie — babcia jest zła. — Mamo, wystarczy! — wszedł Stepan, brudny po pracy. — Co znowu? — A to! Twoja żonka mi pyskuje! Mówię jej, iż zupa przesolona, a ona się odgryza! — Zupa jest w porządku — powiedziała zmęczona Tamara. — Pani się zwyczajnie czepia. — No! Słyszałeś? — Zoja Pietrowna wycelowała palcem w synową. — To ja się czepiam! We własnym domu! Stepan objął żonę ramieniem. — Mamo, przestań. Tamara cały dzień pracuje w domu. A ty tylko się kłócisz. — Tak? Teraz przeciw matce? Wychowałam, wyżywiłam, a on! Stara odeszła, trzaskając drzwiami. W kuchni zapadła cisza. — Przepraszam — Stepan pogładził żonę po głowie. — Z wiekiem staje się nieznośna. — Stepanie, może byśmy coś wynajęli? Choćby pokój? — Na jakie pieniądze? Jestem traktorzystą, nie dyrektorem. Ledwie na jedzenie wystarcza. Tamara wtuliła się w męża. Dobry chłopak, pracowity. Ale matka — prawdziwe piekło. Poznali się na wiejskim jarmarku. Tamara sprzedawała własnoręcznie zrobione rzeczy, Stepan kupował skarpety. Zagadał pierwszy — nie przeszkadza mu, iż ma dziecko. Sam lubi dzieci. Wesele było skromne. Zoja Pietrowna od pierwszego dnia nie znosiła synowej. Młoda, ładna, magister rachunkowości — a jej syn tylko traktorzysta. — Mamo, chodź na kolację — Ola pociągnęła za spódnicę. — Zaraz, kochanie. Podczas kolacji Zoja Pietrowna ostentacyjnie odsunęła talerz. — Nie da się jeść. Dla świń lepiej się gotuje. — Mamo! — Stepan uderzył pięścią w stół. — Wystarczy! — Co wystarczy? Mówię tylko prawdę! Tamta Świetlana to gospodyni! A ta! Świetlana to córka Zoji Pietrowny. Mieszka w mieście, przyjeżdża raz do roku. Dom jest na nią przepisany, choć tu nie mieszka. — Jak pani nie pasuje moje gotowanie, to proszę sama gotować — spokojnie rzuciła Tamara. — Ach ty! — teściowa zerwała się. — Jeszcze ci pokażę! — Dość! — Stepan wszedł między nie. — Mamo, albo się uspokoisz, albo wychodzimy. Już teraz. — Dokąd pójdziecie? Na ulicę? Dom nie wasz! To była prawda. Dom należał do Świetlany. Mieszkali tu z łaski. *** Cenny ciężar W nocy Tamara nie mogła zasnąć. Stepan tulił ją i szeptał: — Wytrzymaj jeszcze trochę. Kupię traktor, założę własny biznes. Zarobimy na własny dom. — Stepanie, to bardzo drogie… — Znajdę używany, naprawię. Umiem. Tylko we mnie wierz. Rano Tamara obudziła się z nudnościami. Pobiegła do łazienki. Czy to możliwe? Test pokazał dwie kreski. — Stepan! — wbiegła do pokoju. — Zobacz! Mąż przetarł oczy, spojrzał na test i nagle podskoczył, porwał ją w ramiona. — Tamarko! Kochanie! Będziemy mieć dziecko! — Ciszej! Mama usłyszy! Ale już za późno. Zoja Pietrowna stała w drzwiach. — Co za hałas? — Mamo, Tamara jest w ciąży! — Stepan promieniał. Teściowa zaciągnęła usta. — A gdzie zamierzacie mieszkać? Tu już tłoczno. Świetlana wróci — wyrzuci was. — Nie wyrzuci! — Stepan zmarszczył się. — To i mój dom! — Dom jest Świetlany. Zapomniałeś? Ja na nią przepisałam. A ty tylko tu mieszkasz. euforia zgasła jak świeca. Tamara opadła na łóżko. W miesiąc wydarzyła się tragedia. Tamara podnosiła ciężkie wiadro z wodą — nie mieli bieżącej. Silny ból w dole brzucha. Czerwone plamy na spodniach… — Stepanie! — krzyknęła. Poronienie. W szpitalu powiedzieli — z przemęczenia, z nerwów. Potrzebny spokój. Jaki spokój w jednym domu z teściową? Tamara leżała na szpitalnej sali, patrzyła w sufit. To koniec. Dalej nie wytrzyma. Nie chce. — Odejść od niego muszę — powiedziała przyjaciółce przez telefon. — Dłużej nie dam rady. — Tamara, a Stepan? Przecież dobry chłop. — Dobry. Ale z tą matką… Zginę tam. Stepan przyleciał po pracy. Brudny, zmęczony, z bukietem polnych kwiatów. — Tamarko, kochanie, wybacz. To moja wina. Nie dopilnowałem. — Stepanie, ja już nie dam rady tam mieszkać. — Wiem. Wezmę kredyt. Wynajmiemy mieszkanie. — Tobie nie dadzą, pensja marna. — Dają. Mam drugą pracę. Na fermie, na nocnej zmianie. W dzień traktor, w nocy przy krowach. — Stepanie, padniesz tak! — Nie padnę. Dla ciebie wszystko zrobię. Wypisali Tamarę po tygodniu. W domu Zoja Pietrowna przywitała ją od progu: — Widzisz, straciłaś? Mówiłam — słaba jesteś. Tamara przeszła obok bez słowa. Nie warta teściowa jej łez. Stepan pracował jak wół. Rano na traktorze, w nocy na fermie. Spał po trzy godziny. — Pójdę do pracy— powiedziała Tamara. — W biurze jest miejsce dla księgowej. — Tam płacą grosze. — Grosz do grosza. Zaczęła pracę. Rano odprowadzała Olę do przedszkola, potem biegła do biura. Wieczorami odbierała dziecko, gotowała, prała. Zoja Pietrowna dalej narzekała, ale Tamara nauczyła się tego nie słyszeć. *** Własny kąt i nowe życie Stepan dalej uzbierał na traktor. Znalazł stary, rozbity. Właściciel sprzedawał za bezcen. — Bierz kredyt — powiedziała Tamara. — Naprawisz, będziemy zarabiać. — A jak się nie uda? — Uda się. Masz złote ręce. Dali kredyt. Kupili traktor. Stał na podwórku jak kupa złomu. — Ale sobie radochę kupili! — śmiała się Zoja Pietrowna. — Złom, tylko na szrot! Stepan rozbierał silnik po nocach, po pracy na fermie, przy latarce. Tamara podawała narzędzia, trzymała części. — Idź spać. Padniesz. — Razem zaczęliśmy, razem skończymy. Miesiąc naprawiali. Potem drugi. Sąsiedzi się śmiali — głupi traktorzysta kupił sobie wrak. Aż wreszcie pewnego ranka traktor zaryczał. Stepan siedział za kierownicą, nie wierząc we własne szczęście. — Tamaro! Chodzi! Naprawiłem! Wybiegła na podwórko i uściskała męża. — Wiedziałam! Zaufałam ci! Pierwsze zlecenie — zaorać sąsiadowi pole. Drugie — dowieźć drewna. Trzecie, czwarte… Zaczęły spływać pieniądze. A potem Tamara znowu poczuła poranne mdłości. — Stepanie, jestem znowu w ciąży. — Tym razem żadnej pracy! Rozumiesz? Wszystko zrobię sam! Chronił ją jak skarbu. choćby wiadra nie dał podnieść. Zoja Pietrowna narzekała: — Delikatna! Ja troje urodziłam i nic! A ona! Ale Stepan był nieugięty. Zero dźwigania. Na siódmym miesiącu przyjechała Świetlana z mężem. — Mamo, sprzedajemy dom. Dobrą ofertę mamy. Przeprowadzasz się do nas. — A oni? — Zoja Pietrowna spojrzała na Stepana i Tamarę. — Jacy oni? Niech sobie radzą. — Świetlano, tu się urodziłem, to też mój dom! — oburzył się Stepan. — I co z tego? Dom mój. Zapomniałeś? — Kiedy wyjeżdżać? — spokojnie zapytała Tamara. — Za miesiąc. Stepan był wściekły. Tamara położyła mu dłoń na ramieniu — spokojnie, nie trzeba. Wieczorem siedzieli przytuleni. — Co teraz? Zaraz dziecko się urodzi. — Znajdziemy coś. Najważniejsze, iż razem. Stepan pracował jak w transie. Traktor ryczał od świtu do nocy. W tydzień zarobił tyle, co wcześniej w miesiąc. Nagle zadzwonił pan Michał, sąsiad z dalszej wsi. — Stepanie, dom sprzedaję. Stary, ale solidny. Tanio. Może zajrzysz? Pojechali obejrzeć. Rzeczywiście stary — ale porządny. Piec, trzy pokoje, szopa. — Ile? Pan Michał podał cenę. Połowa pieniędzy była, połowy brakowało. — A na raty? — zaproponował Stepan. — Część teraz, reszta w pół roku. — Dobrze, znam cię, jesteś słowny chłop. Wrócili do domu jak na skrzydłach. Zoja Pietrowna od progu: — Gdzie się włóczyliście? Świetlana papiery przywiozła! — I dobrze — spokojnie rzuciła Tamara. — Wyprowadzamy się. — Dokąd? Na ulicę? — Do własnego domu. Kupiliśmy. Teściowa zgłupiała. Nie spodziewała się. — Kłamiecie! Skąd pieniądze? — Zarobiliśmy — Stepan otoczył Tamarę ramieniem. — Kiedy ty tylko gadałaś, my zakasaliśmy rękawy. Wyprowadzili się po dwóch tygodniach. Nie było dużo do zabrania — co miał swój człowiek w cudzym domu? Ola ganiała po pokojach, pies szczekał. — Mamo, ten dom jest naprawdę nasz? — Nasz, córeczko. Naprawdę nasz. Zoja Pietrowna przyjechała jeszcze raz. Stanęła w drzwiach: — Stepanie, może byście mnie jednak przyjęli? Duszno mi w mieście. — Nie, mamo. Sama wybrałaś. Zostań ze Świetlaną. — Ale ja matka! — Matka nie nazywa wnuczki obcą. Żegnaj. Zamknął drzwi. Boli, ale tak trzeba było. Mateusz urodził się w marcu. Silny, zdrowy chłopczyk. Głośny, z charakterem. — Cały tata! — śmiała się położna. Stepan trzymał syna z drżącym od wzruszenia oddechem. — Tamaro, dziękuję ci. Za wszystko. — To ja dziękuję. Że się nie złamałeś. Że wierzyłeś. Dom odżył. Obsadili ogródek, kupili kury, traktor zarabiał. Wieczorami siadali na ganku. Ola biegała z pieskiem, Mateusz spał w kołysce. — Wiesz co — powiedziała Tamara — jestem szczęśliwa. — Ja też. — Pamiętasz, jak ciężko bywało? Myślałam, iż nie dam rady. — Dałaś. Silna jesteś. — Jesteśmy silni. Razem. Słońce chowało się za las. W domu pachniało chlebem i mlekiem. Prawdziwy dom. Ich dom. Gdzie nikt cię nie upokorzy. Nie wyrzuci. Nie nazwie obcą. Gdzie można żyć, kochać i wychowywać dzieci. Gdzie można być szczęśliwą. *** Drodzy Czytelnicy, każda rodzina ma swoje zmagania i nie zawsze łatwo jest je przetrwać. Historia Tamary i Stepana to lustro, w którym każdy może dostrzec własne trudności, ale i siłę do ich przezwyciężenia. Tak to już jest — od trudów do radości, zawsze z nadzieją, aż los się uśmiechnie. A jak uważacie — czy Stepan powinien był wcześniej odciąć się od matki i szukać własnego kąta? I czym dla Was jest prawdziwy dom — ściany czy rodzinne ciepło? Podzielcie się swoimi przemyśleniami — bo życie to szkoła, a każda lekcja jest cenna!
USA wstrzymują wydawanie wiz dla obywateli 75 krajów
„Wszyscy żyjemy na wielkiej bombie”. Ptasia grypa atakuje
Dodaj odrobinę do drożdżowego ciasta. Będzie miękkie, sprężyste i nie wyschnie
Ulubiona przekąska dzieci, szybki obiad dorosłych. Co takie kęski dają poza smakiem?
Echo nocy — Samotność wśród świąt. Opowieść o Aleksandrze, która pierwszy raz spędza Sylwestra w polskim ośrodku rehabilitacyjnym, daleko od rodzinnych tradycji, sałatki jarzynowej i bliskich, gdzie przypadkowe spotkanie w zimowym parku daje nadzieję na nowe jutro
Mój pasierb złamał zasadę: tylko prawdziwe matki mają pierwszeństwo!
Mężczyzna chodzi z agresywnym psem bez smyczy. Pogryzł już wiele psów sąsiadów.
To jeden z najzdrowszych chlebów. Nie powoduje wzdęć i poziom cukru nie skacze
Idealne schabowe z mizerią i pieczonymi ziemniakami
Od ponad 30 lat produkują wędliny według tradycyjnych receptur. To wyroby, które świetnie znają szczecinianie
Mój mąż od lat prowadzi bardzo intensywną korespondencję z byłą koleżanką z pracy, która mieszka za granicą – i choć jest dla mnie niemal idealnym partnerem, nie mogę zaakceptować tej przyjaźni!
Możesz myśleć o mnie, co tylko chcesz, ale niczego nie udowodnisz” — groźnie oświadczyła teściowa, stawiając synową przed trudnym wyborem
Eksperci ostrzegają przed tymi warzywami. Zimą lepiej ich nie spożywać
Po prostu zazdrościcie – – Mamo, ty chyba żartujesz? Restauracja „Wierzynek”? To przecież co najmniej pięćset złotych za kolację! Od osoby. Igor rzucił klucze na półkę, aż zadzwoniły o ścianę. Olga odwróciła się od garnka z sosem i od razu zauważyła, jak mężowi zbielały kostki palców, gdy ściskał telefon… (… dalsza treść zachowana, tytuł: ) Po prostu zazdrościcie mojego szczęścia! – Gorzka lekcja miłości, zaufania i rodzicielskiej odpowiedzialności w polskiej rodzinie
W Kaliszu wybudują prawie 400 mieszkań. Kiedy pierwsze zostaną oddane do użytkowania?
Dorsz w sosie szpinakowym z sosem razowym
Szukasz czegoś na odchudzanie? Naturalnie – Forskolin
Taka wieprzowina rozpływa się w ustach. Kupisz ją w popularnych sklepach
Wyposażenie wnętrz – sprawdź top produkty z Komfort.pl
Zapraszamy naszych beneficjentów i nowe osoby po żywność składkową…
W powiecie raciborskim bezrobocie wzrosło i wynosi 1820 osób. Pracodawcy szukają kucharzy, ślusarzy i kasjerów
Ważne ostrzeżenie z Unii Europejskiej. Miej zapasy na 72 godziny
Resztki miłości – opowieść o teściowej, szwagierce i walce o swoje miejsce w sercu rodziny
Mam 60 lat. Nie zapraszam już do mojego domu przyjaciół ani rodziny – znajomi twierdzą, iż jestem zbyt wyniosła, ale ja nie przejmuję się opiniami innych, bo wolę spotkania poza domem niż sprzątanie i przyjmowanie gości, które odbierało mi euforia życia.
Wszyscy chcieliby mieć taką pomoc… czyli Polskie realia z teściową: jak nadopiekuńcza babcia, ukochany synek mamusi i „dobra robota dla dzieci” doprowadziły Paulinę do rozwodu, ucieczki z dziećmi i odnalezienia własnego szczęścia wśród warzywnego leczo i barwnych kombinezonów
Za mąż za niepełnosprawnego. Opowieść Dziękuję za wsparcie, lajki, szczere komentarze i subskrypcje, a także OGROMNE dzięki wszystkim za wpłaty ode mnie i moich pięciu kotów. Udostępniajcie, proszę, jeżeli spodobała Wam się historia – autorce to zawsze sprawia radość! Córka wróciła późno z kliniki, gdzie pracowała jako pielęgniarka na oddziale urazowym. Długo się myła, potem w szlafroku przyszła do kuchni. – Na patelni kotlety i makaron – zaproponowała mama, przyglądając się jej i próbując zgadnąć, co się stało – Zmęczona jesteś, Lucynko? Co z humorem? – Jeść nie będę, i tak jestem brzydka, a jak się jeszcze podtuczę, to już naprawdę nikt na mnie nie spojrzy – odparła ponuro Lucy, nalewając sobie herbaty. – Skąd ci to do głowy przyszło? – zaniepokoiła się mama – Wszystko masz w porządku, oczka mądre, nos i usta też niczego sobie, nie wymyślaj, Lucynko! – Z tego, iż wszystkie koleżanki już dawno mężatki, a ja nie! Podobam się tylko najgorszym facetom. Ci, którzy mi się podobają, choćby mi się nie przyglądają. Co ze mną nie tak, mamo? – córka patrzyła ponuro, czekając na odpowiedź. – Po prostu nie spotkałaś jeszcze swojej drugiej połówki, przyjdzie czas, Lucynko – próbowała ją pocieszyć mama, ale Lucy jeszcze bardziej się nakręciła. – No właśnie: „oczka” mam, bo małe. Wąskie usta, a nos popatrz jaki! Gdybym miała pieniądze, zrobiłabym sobie operację plastyczną, ale jesteśmy biedne! Dlatego postanowiłam, iż wyjdę za jakiegoś kalekę, w klinice są tacy chłopcy po wypadkach, których dziewczyny zostawiły. Co mi innego zostało, mam już trzydzieści trzy lata, czasu w czekanie nie mam! – No co ty, Lucy, co ty wygadujesz… Tatuś przecież też ma chore nogi. Myślałam, iż przynajmniej zięć pomoże na działce, to by była pomoc, bo jak tu żyć? – wyrwało się mamie, po czym zaraz zaczęła się tłumaczyć – Nie myśl sobie, Lucy, nie wszystkim się dobrze powodzi, ale po co ci kaleka? Patrz, sąsiad Szymek – fajny chłopak, dawno ci się przygląda. Silny, dzieci zdrowe będą, i w ogóle… – Mamo, daj spokój, ten twój Szymek w żadnej pracy miejsca nie zagrzeje, pić lubi, i o czym z nim gadać? – oburzyła się Lucy. – A po co ci z nim gadać, ja mu powiem – idź przekopać działkę, potem obiad będzie. Albo do sklepu poślę, wiesz, on chłopak dobry, może wam wyjdzie? – mama próbowała załagodzić, ale Lucy tylko odsunęła herbatę i wstała, – Idę spać, mamo, a myślałam, iż przynajmniej ty mnie za człowieka masz, a ty, jak wszyscy, myślisz, iż jestem potworem… – Lucy, córuś, no coś ty… – mama ruszyła za nią, ale Lucy machnęła tylko ręką – Daj spokój, mamo! I zamknęła przed nosem drzwi do swojego pokoju. Potem długo nie mogła zasnąć, wspominała chłopaka, którego ostatnio przywieźli, nogę mu amputowali do kostki. Przygniotła go płyta w zrujnowanym budynku. Budynek do wyburzenia, a on tam wlazł, nie od razu go wyciągnęli, nogi nie dało się uratować. Nikt do niego nie przychodził, młody chłopak, jeszcze trzydziestki nie ma. Na początku patrzył na Lucy jakoś tak żałośnie, trzymał ją za rękę, patrzył w oczy, tuż po operacji. Potem, gdy doszedł do siebie, zorientował się, co z nim, i ponuro wpatrywał się w sufit. Żal jej go było bardziej niż innych, może dlatego, iż nikt do niego nie przychodził. – Myślisz, iż będę mógł chodzić? – zapytał niedawno, nie patrząc w jej stronę, a Lucy odpowiedziała stanowczo i pewnie: – Oczywiście, iż będziesz chodził, wszystko się zagoi, jesteś młody! – Wszyscy tak mówią, sama byś spróbowała bez nogi, co to za życie – warknął niespodziewanie chłopak, odwracając się do ściany, jakby to ona była winna. – A po co tam wlazłeś? – odpowiedziała złością Lucy – Sam jesteś winien! – Coś mi się tam wydawało – burknął niechętnie, i teraz, gdy wchodziła do sali, odwracał się do ściany. Lucy przyglądała mu się uważnie: oczy miał jasne, zimne jak lód. Ale twarz bardzo sympatyczna, aż żal, iż coś takiego go spotkało… – Żałujesz mnie? – raz złapał jej spojrzenie – Widzę, iż żałujesz, teraz to już tylko mnie żałować, takich jak ja nikt nie lubi! – Takich jak ja też nikt nie lubi, choć mam i nogi, i ręce – bo jestem jakaś nie taka, choćby nikt nie żałuje, lepiej bym była bez nóg, może wtedy by żałowali – odburknęła Lucy, aż jej się zrobiło do płaczu. Za to Michał nagle po raz pierwszy się uśmiechnął, patrząc na nią: – Aleś ty głupia, to ty nieładna? Chyba sobie żartujesz! Jak na ciebie patrzę, to tylko zazdroszczę temu, kogo wybierzesz, wierzysz? Lucy patrzyła na niego z niedowierzaniem, ale naprawdę mu wierzyła. A potem wypaliła to, co chodziło jej po głowie: – A jak wybiorę ciebie, to się ze mną ożenisz? Milczysz, znaczy kłamiesz, wszystko jasne! Lucy wstała i ruszyła do drzwi z miną obrażoną. Michał podniósł się na łokciach jak mógł, usiadł na łóżku, jakby zaraz miał za nią pobiec. Wtem przypomniał sobie, iż nie może, i zawołał za nią: – Wyjdź za mnie, Lucy, przysięgam ci, iż niedługo nikt się choćby nie domyśli, iż coś z nogą nie tak. gwałtownie się pozbieram, nie odchodź, Lucy… Lucy i Michał Stanęła w korytarzu, prawie płacząc, ale jednocześnie poczuła, iż to właśnie ON. I nie ważne, iż ma inny nos, inne oczy, a on nogę – po prostu się spotkali, i tyle. Przyszła pora, jak mówiła mama… Michał zabrał się za rehabilitację z niesamowitym zapałem. Teraz miał cel: chce ożenić się z cudowną dziewczyną, musi stanąć na nogi dla ich wspólnej przyszłości. Chce, by Lucy już nigdy nie była smutna i nie czuła się niepotrzebna. Potrzebuje jej, bardzo, tylko z nią chce być zawsze… – Co ty, zakochałaś się w końcu, córciu? – zaczęła niedługo później mama – Popatrz, jak ci radośniej na sercu, a mówiłaś, iż brzydka jesteś. Lucy choćby nie zaprzeczyła, krążyła jak na skrzydłach, a jej największym marzeniem było teraz to, by Michał wreszcie dobrze chodził i oswoił się z protezą. Coraz dłużej spacerowali, najpierw po podwórzu kliniki, potem po śnieżnych przednoworocznych ulicach, błyszczących kolorowymi światełkami… – A dom już zburzyli, tu mnie przygniotło – pokazywał jej kiedyś Michał. – I po co tam wlazłeś, co ci się tam wydawało? Nigdy mi nie powiedziałeś – przypomniała Lucy. – Będziesz się śmiała – psa tam zobaczyłem, bezdomnego, wychudzonego, czarnego z białymi łatami, pomyślałem, iż zamarznie, chciałem go zabrać do domu, żeby nie mieszkać samemu – wytłumaczył Michał. – A patrz, tam jakiś pies chudy, żałośnie się patrzy, ale podejść się boi. – To chyba właśnie on – ucieszył się Michał, a pies przybiegł do nich i szedł aż pod dom… – Ale Lucy się poszczęściło – takiego męża sobie znalazła, młodszego od siebie, przystojnego, i z mieszkaniem, i bez teściowej! – żartowały koleżanki na jej weselu. Mama Lucy łezkę uroniła, kiedy Michał nazwał ją „mamą”. Sam jest z domu dziecka, żadnej rodziny nie ma. Chłopak dobry, uczciwy, a najważniejsze – kochają się naprawdę, niech będą szczęśliwi. A działka może poczekać, bez niej da się żyć, chociaż Michał wszystko ogarnie, cokolwiek się nie weźmie! Lucynka i Michał żyją na razie we trójkę, piesek Kazio z nimi został. Ale niedługo będzie ich czworo, bo Lucy i Michał niedługo zostaną rodzicami córeczki… Nigdy nie wolno tracić nadziei, bo czasem przez to można nie dostrzec i nie rozpoznać własnego szczęścia. Bo życie potrafi nas jeszcze zaskoczyć swoją cudowną nieprzewidywalnością…
Te pączki z cytryną robię na specjalną okazję - lemon curd + beza zawsze zachwycają
Od lodowiska po kosmos
Szybkie sałatki na imprezę. Bez majonezu i śmietany
Polskie Centrum Biowitalności i sztuka świadomego dobrostanu – zainwestuj w relaks i odpoczynek
„Nieuczciwa konkurencja”. Wielkopolska Izba Rolnicza przeciw umowie z Mercosur
Teraz jest szał na dubajskie ciasteczka. Wystarczył jeden post i ludzie ustawiają się w kolejkach
Przedwojenna zupa jarzynowa ratowała przed głodem. Dziś mało kto pamięta ten przepis
14.01.2026 Żyj zdrowo – żywność ekologiczna