Choćbym wzleciał na wyżyny,
choćbym wzbił się na sam szczyt, bez korzeni jestem nikt …
Każda historia ma swój początek. Zanim pojawią się medale, pełne trybuny i wielkie nazwiska, są sale gimnastyczne pachnące lakierem do parkietu, połatane piłki i ludzie, którzy robią coś bardziej z pasji niż dla pieniędzy. Tak było też w Chełmie, na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy siatkówka dopiero zapuszczała tu swoje pierwsze korzenie.
Nie było wtedy wielkich planów, strategii rozpisanych na dekady ani wizji profesjonalnego klubu. Była za to potrzeba grania, rywalizacji i wspólnego spędzania czasu. Byli nauczyciele, trenerzy, działacze i zawodnicy, którzy często po pracy czy szkole spotykali się w skromnych warunkach, by odbić pierwszą piłkę nad siatką.
Z perspektywy czasu widać, iż właśnie tam — w tych niepozornych treningach i pierwszych meczach — rodziło się coś więcej niż tylko drużyna.
Ten cykl artykułów jest próbą powrotu do tamtych chwil. Do ludzi, miejsc i wydarzeń, które stworzyły fundamenty chełmskiej siatkówki. Bo zanim pojawiły się sukcesy, musiały być korzenie. A bez nich , jak w słowach piosenki — choćby najwyższy lot nie ma sensu.
Chcemy przypomnieć, jak to wszystko się zaczęło: kto był pierwszy, gdzie grano, z czym trzeba było się zmagać i dlaczego siatkówka w Chełmie stała się czymś więcej niż tylko sportem. To opowieść o pasji, cierpliwości i budowaniu czegoś od zera , krok po kroku, set po secie, rok po roku.
Kazimierz Prus, Tomasz Augustyniak, Leopold Matysko, Wojciech Miszczuk – te i wiele innych nazwisk przewinie się w naszych opowieściach. Nie chronologicznie, trochę chaotycznie, trochę pewnie przekręcając fakty i myląc daty , ale prawdziwie.

















