Czarny pas pod sutanną. Historia księdza, który nigdy nie przestał walczyć

2 godzin temu
Pierwszy raz wszedł na salę treningową w 1991 roku. Miał 16 lat, uczył się w zawodówce i stanął w progu sali gimnastycznej PSP nr 8 na opolskim Zaodrzu… za późno.

– Przyszedłem w czerwcu, a akurat był koniec treningu i koniec roku szkolnego. Trochę mnie wtedy spławili. na urlopie zajęć nie było, więc postanowiłem, iż wrócę we wrześniu. I wróciłem – wspomina ks. Tomasz Skowron.

To był czas pionierów – polskie karate Kyokushin dopiero krzepło, a czarny pas był rzadkością, na którą patrzyło się z niemal nabożnym szacunkiem.

– Zaczynałem u Andrzeja Ochowicza w Opolu – opowiada. – Wtedy choćby późniejsze legendy opolskiego karate nie miały jeszcze czarnych pasów. Pamiętam, iż wcześniej próbowaliśmy ju-jitsu na Metalchemie, bo było za darmo, ale dojazdy zjadały cały budżet. Karate stało się jednak czymś więcej niż sportem. Stało się drogą.

„Miałem już podanie na architekturę”

Wszystko wskazywało na to, iż Tomasz Skowron zostanie inżynierem. Miał przygotowane dokumenty na architekturę we Wrocławiu i budownictwo w Opolu.

– Bałem się trochę rysunku, ale chciałem spróbować – wspomina. – Tego dnia szedłem zapłacić wpisowe na budownictwo. I wtedy, dosłownie z rachunkiem w ręce, przeszedłem się jeszcze na wydział teologiczny przy ul. Drzymały. Wszedłem… i nie wiem, co się stało. Wyszedłem stamtąd już z myślą, iż idę do seminarium.

Dziś przyznaje, iż sam długo nie dopuszczał tej myśli do siebie.

– Pamiętam, jak wychodziłem z wydziału teologicznego i nagle dopadło mnie pytanie: „Jak ja to powiem mamie?” – śmieje się.

Nawet na pielgrzymce żartował, iż idzie na studia techniczne. A jednocześnie patrzył na kleryków kierujących ruchem i myślał: „Za rok będę jednym z nich”.

Treningi w seminarium „zgodnie z sumieniem”

Seminarium duchowne nie stłumiło w nim ducha karate. Choć harmonogram był napięty – kolacja o 18.30, krótko po niej modlitwy – Tomasz znajdował luki. Zapytał rektora o zgodę na treningi. Usłyszał: „Rozważ to w swoim sumieniu”. Nie było mat, nie było luksusów – był tylko zapał.

– No to rozważyłem i poszedłem – wspomina z błyskiem w oku. – Nie dało się trenować bardzo regularnie. Czasem zdarzał się dzień, iż mogłem być na całym treningu. Kiedy był czas, wraz z grupą pięciu innych mężczyzn ćwiczyliśmy kata na betonie przed budynkiem. Seminarium to nie lochy. Ludzie są tam bardzo różni. Jedni palą papierosy, inni ćwiczą karate. Ważne, żeby nie popaść w nałóg – wtedy się wylatywało.

Wikary z rozciętą wargą i wsparciem proboszcza

Jako wikary w Prudniku trenował regularnie w Nysie. Wracał czasem poobijany.

– Raz wróciłem z rozciętą wargą – opowiada. – Gospodyni była pielęgniarką, zapytałem, czy jechać na SOR. Założyli mi dwa szwy. Przez tydzień jadłem papki. Ale proboszcz był mi bardzo przychylny. Wspierał mnie i cieszył się, iż trenuję. Trochę docinał, ale życzliwie.

Startował w wielu zawodach karate.

– Szykowałem się na czarny pas, a wymogiem były starty – tłumaczy. – Pojechałem do Wołowa, chciałem wrócić na 18.00, bo miałem odprawić mszę, ale wszystko się przeciągnęło i wróciłem po 22.00. Jedną walkę wygrałem, w drugiej odpadłem. Potem były zawody we Wrocławiu – zrzucałem wagę, żeby trafić do dobrej kategorii. Na te zawody jeździłem już jako ksiądz.

Dzięki tym startom mógł pojechać do Krakowa i zdać egzamin na 1 dan. Proboszcz był z niego bardzo dumny.

Najtrudniejszy okres – parafia w Ozimku

– Rygor był niesamowity – przyznaje. – Wieczorem po mszy przebierałem się w karate-gi, zakładałem na to dres i wymykałem się z parafii. Jak szpieg. Kiedyś zapomniałem rękawic, a ćwiczyliśmy na workach. Zdarłem sobie kostki, potem zrobiły się strupy. Do dziś pamiętam wzrok proboszcza. On na pewno wiedział…

Po jednych zawodach oberwał tak mocno, iż nie był w stanie uklęknąć podczas Mszy św.

– Sam z siebie się wtedy śmiałem, iż ledwo chodzę, i zastanawiałem się, co parafianie myślą – dodaje ze śmiechem.

W Głubczycach założył sekcję karate w tamtejszym liceum. Później został proboszczem w Pomorzowicach, gdzie spędził ponad dekadę.

– Stamtąd nie było już żadnych dojazdów – opowiada. – Ćwiczyłem sam. Biegałem, robiłem kata, ale to było dziesięć lat zastoju. Bardzo lubiłem tamte tereny, góry. Tęskniłem jednak za treningami.

Parafia św. Jacka z proboszczem–karateką

W sierpniu 2025 roku ks. Tomasz Skowron został proboszczem parafii św. Jacka w Opolu. Przełom przyszedł niespodziewanie.

W listopadzie prowadziłem modlitwę dla mężczyzn – mówi. – Do kościoła wszedł Artur Wiśniewski, którego znałem jeszcze z lat 90. Zaprosił mnie na trening do T-REX Fighters, grupy doświadczonych, dorosłych karateków. Wielu z nich pamiętam jeszcze z czasów, gdy trenowałem na 1 Maja w Opolu.

– Dziś jestem na dwóch treningach w tygodniu. Kondycyjnie daję radę, technika wraca – mówi z satysfakcją.

Cel jest jasny: egzamin na drugi dan.Bo karate, podobnie jak wiara, nie jest sprintem. To maraton, który trwa całe życie.

Czytaj także: „Nieduży Wojtek” spełnił największe marzenie. Umożliwił to Wojciech Szczęsny

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

Idź do oryginalnego materiału