Oficjalnie odpowiedź brzmi tak.
W praktyce coraz więcej Polaków mówi wprost: nie.
Narodowy Fundusz Zdrowia miał gwarantować równość i dostęp do leczenia. Dziś dla tysięcy pacjentów oznacza głównie jedno: czekanie, strach i bezsilność.
Terminy do specjalistów liczone są w miesiącach i latach. Diagnostyka odkładana jest tak długo, iż choroba często wygrywa z kalendarzem. A kiedy pytasz dlaczego, słyszysz tylko proszę czekać.
System dla wybranych
W Polsce funkcjonują dwa NFZ.
Jeden dla tych, którzy mają numery telefonów, znajomości i dojścia.
Drugi dla wszystkich pozostałych.
Jeśli znasz ordynatora, dyrektora szpitala albo polityka, system nagle działa. jeżeli nie znasz nikogo, czekasz. Czasem za długo.
Prywatnie, żeby leczyć się publicznie
Największy paradoks polega na tym, iż żeby dostać się na NFZ, trzeba najpierw zapłacić prywatnie.
Ten sam lekarz rano pracuje w publicznym szpitalu, a po południu przyjmuje prywatnie. I to tam pada zdanie, które zmienia wszystko: teraz możemy pana skierować dalej.
Formalnie to legalne.
Faktycznie to presja, której pacjent nie wytrzymuje.
Koperta nie z wdzięczności, tylko ze strachu
Nikt nie daje pieniędzy kasjerce w sklepie.
Nikt nie płaci dodatkowo kominiarzowi czy gazownikowi.
Ale w ochronie zdrowia stawką jest życie.
I właśnie dlatego ludzie płacą, choć wiedzą, iż to złe, niemoralne i nielegalne.
Bo boją się, iż inaczej nie zdążą.
To nie jest problem pacjentów ani lekarzy
To systemowa porażka państwa, które dopuściło do sytuacji, w której:
albo kombinujesz, albo czekasz
a czekanie bywa wyrokiem
Tak, są wyjątki. Są dobrzy lekarze i działające oddziały.
Ale wyjątki nie ratują systemu.
To jest alarm
Jeśli dostęp do leczenia zależy od znajomości i pieniędzy, to nie jest już publiczna służba zdrowia. To loteria.
A w tej loterii nie wszyscy doczekują swojego numeru.

2 godzin temu







