Dziecko potrzebowało lekarza, nie jego życiorysu. Historia małego pacjenta pokazuje problem z „Ustawą Kamilka”

1 tydzień temu

Są przepisy, które powstają z bardzo konkretnego powodu – mają chronić dzieci i zapobiegać tragediom. I trudno kwestionować sam cel takich regulacji. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy system próbuje ocenić człowieka wyłącznie przez pryzmat jednej informacji z jego przeszłości, bez uwzględnienia charakteru popełnionego czynu, wykonywanego zawodu, rzeczywistych kompetencji oraz tego, jak w praktyce wygląda kontakt z małym pacjentem.

Historia rodziny z Gniezna pokazuje ten problem wyjątkowo wyraźnie. Ich dwuletni syn doznał poważnego poparzenia stopy. Trafił na Szpitalny Oddział Ratunkowy, a następnie przez kilka tygodni wymagał regularnych zmian opatrunków w poradni chirurgicznej. Rodzice świadomie wybierali wizyty w czasie dyżurów doktora Mateusza Hena – lekarza, którego znali i któremu ufali, mimo iż wiedzieli o jego prawomocnym wyroku. Dziś mówią wprost: gdyby mieli przejść przez tę sytuację jeszcze raz, ponownie wybraliby tego samego lekarza.

I właśnie w tym miejscu pojawia się pytanie, które warto postawić szerzej: czy system ochrony dzieci powinien potrafić odróżnić człowieka, który rzeczywiście może stanowić zagrożenie dla małoletniego, od lekarza skazanego za czyn niezwiązany z przemocą wobec dziecka, który jednocześnie posiada wiedzę, doświadczenie i zaufanie rodziców?

Wszystko wydarzyło się w kilka sekund

Nasz syn uległ wypadkowi tuż po swoich drugich urodzinach – wspomina matka chłopca.

To był zwykły moment w domu. Kobieta odwróciła się na chwilę, żeby wyjąć coś ze zmywarki. Wtedy usłyszała huk. Po chwili zorientowała się, iż dziecko ściągnęło na siebie elektryczny czajnik, w którym chwilę wcześniej zagotowała się woda. Do dziś rodzice nie wiedzą, jak dokładnie do tego doszło. Przewód urządzenia był zwinięty i wydawało się, iż dziecko nie powinno mieć możliwości pociągnięcia czajnika. Los sprawił jednak, iż urządzenie otworzyło się dopiero w momencie uderzenia o podłogę. Dzięki temu wrzątek nie oblał całego ciała chłopca. Poparzeniu uległa stopa.

Rodzice natychmiast zdjęli dziecku ubranie i ruszyli do szpitala. Dojazd samochodem był szybszy niż oczekiwanie na karetkę, a placówka znajduje się kilka minut od ich domu.

SOR: pozorny chaos, który okazał się pełnym profesjonalizmem

Na miejscu dziecko zostało natychmiast skierowane na triaż. Pomoc zaczęła się jeszcze zanim pojawił się lekarz. Dla rodziców była to chwila ogromnego stresu. Ich dwuletni syn cierpiał, a oni sami mieli poczucie winy i rozpamiętywali kilka sekund nieuwagi, które doprowadziły do wypadku. Z perspektywy czasu oceniają jednak działania personelu zupełnie inaczej.

Dzisiaj – z perspektywy czasu – możemy powiedzieć, iż to, co działo się na SOR-ze, to był pełen profesjonalizm w tym pozornym chaosie – wspominają rodzice.

Kilka osób jednocześnie zajmowało się dzieckiem. Przygotowywano opatrunki chłodzące, sprzęt przechodził z rąk do rąk, a kolejne osoby wykonywały swoje zadania. Rodzice nie mieli poczucia, iż ich syn został pozostawiony sam sobie. Wręcz przeciwnie. Wokół dziecka cały czas znajdował się personel medyczny.

To ważne, bo właśnie tak w praktyce wygląda świadczenie pomocy małemu pacjentowi w sytuacji nagłej. Dziecko trafiające na SOR nie jest „prywatnym pacjentem lekarza”. Funkcjonuje w ramach zespołu – od triażu, przez pielęgniarki i ratowników, po lekarza podejmującego decyzje medyczne. Rodzic lub opiekun co do zasady również pozostaje przy dziecku.

Potwierdza to również stanowisko Mateusza Hena, który wskazywał, iż małoletni pacjent wymagający pilnej pomocy otrzymuje świadczenia zgodnie ze stanem zdrowia i obowiązującą organizacją pracy SOR, a świadczenie udzielane jest w warunkach obecności zespołu medycznego.

„Idziemy do najlepszego chirurga, jakiego mamy w Gnieźnie”

Po dwóch dniach rodzina miała zgłosić się na zmianę opatrunku do poradni chirurgicznej. Wtedy zapadła decyzja.

Mąż zdecydował, iż nie chce jeździć nigdzie na chirurgię dziecięcą, tylko idziemy do najlepszego chirurga, jakiego mamy w Gnieźnie – czyli Mateusza Hena.

Rodzice nie ukrywają, iż wiedzieli o prawomocnym wyroku lekarza. Wiedzieli o nim jeszcze przed pierwszą wizytą. Nie potraktowali jednak samego faktu skazania jako odpowiedzi na pytanie, czy lekarz będzie adekwatną osobą do leczenia ich dziecka. Wiedzieli, czego dotyczył wyrok. Wiedzieli również, iż nie dotyczył przestępstwa seksualnego wobec małoletniego ani innego tego typu czynu.

To rozróżnienie jest istotne także z punktu widzenia informacji przedstawionych przez samego Hena. W opublikowanym stanowisku wskazywał on, iż prawomocny wyrok dotyczył naruszenia nietykalności cielesnej, a nie przestępstwa wobec małoletniego, oraz iż sąd nie orzekł wobec niego zakazu kontaktowania się z dziećmi ani zakazu wykonywania zawodu lekarza.

Pierwsza zmiana opatrunku. I coś więcej niż medycyna

Pierwsza wizyta nie była łatwa. Dwuletni chłopiec płakał. Rodzice podkreślają jednak, iż był to przede wszystkim płacz ze strachu. Nowe miejsce, nowe osoby, dotykanie poparzonej nogi i konieczność zmiany opatrunku. W takich sytuacjach wiedza medyczna jest tylko jednym z elementów układanki. Dla małego dziecka znaczenie ma sposób, w jaki lekarz mówi. Ton głosu. To, czy próbuje nawiązać kontakt. Czy tłumaczy, co się dzieje. Czy potrafi sprawić, iż dziecko choć trochę przestaje się bać. Według rodziców właśnie to było jedną z największych zalet Hena. Lekarz mówił do chłopca, mimo iż ten jeszcze praktycznie nie mówił. Rozmawiał z nim, próbował odwrócić jego uwagę, przybijał „żółwika”. Chciał pokazać mu, iż osoby znajdujące się w gabinecie nie chcą zrobić mu krzywdy.

Obok lekarza znajdowały się pielęgniarki. Jak relacjonują rodzice, zwykle były dwie, a czasami choćby trzy choć w niewielkim gabinecie oznaczało to już spory tłok. I właśnie to jest kolejny element, o którym łatwo zapomnieć podczas dyskusji o przepisach. Lekarz nie działał tam samotnie.

W poradni chirurgicznej proces leczenia również jest pracą zespołową. Lekarz podejmuje decyzje i wykonuje czynności wymagające jego kompetencji, natomiast pielęgniarki uczestniczą w przygotowaniu i realizacji świadczenia. Rodzic znajduje się przy dziecku. Nie jest to sytuacja, w której mały pacjent zostaje zamknięty sam na sam z lekarzem za zamkniętymi drzwiami.

Jeden raz trafił się inny lekarz. Rodzice zaczęli sprawdzać grafik

W pewnym momencie podczas jednej z wizyt operacja lub inny nagły przypadek spowodowały, iż Hen nie mógł pojawić się przy zmianie opatrunku. Rodzice nie znali choćby nazwiska lekarza, który go zastąpił. Pamiętają natomiast różnicę w podejściu do ich syna. Od tego momentu, przed każdą kolejną wizytą, upewniali się, czy dyżur pełni Hen. Nie dlatego, iż drugi lekarz był – jak twierdzą – niekompetentny. Powód był znacznie bardziej prozaiczny. Ich dziecko po prostu lepiej reagowało na konkretnego lekarza. W przypadku dwulatka to ma ogromne znaczenie. Dziecko nie rozumie procedur medycznych tak jak dorosły. Nie wie, iż zmiana opatrunku jest konieczna. Nie rozumie, dlaczego ktoś dotyka jego bolącej nogi. Nie wie, iż osoba w fartuchu chce mu pomóc. Dlatego czasami równie ważne jak kwalifikacje medyczne stają się sposób komunikacji, doświadczenie w kontakcie z małymi pacjentami i umiejętność zdobycia ich zaufania.

„On po prostu ma podejście do dzieci”

Rodzice wspominają, iż Hen pokazał im również, jak samodzielnie zmieniać opatrunki. Powiedział, iż o ile pojawi się problem, mogą przyjechać. Nie opisują więc wyłącznie lekarza wykonującego procedurę medyczną. Opisują człowieka, któremu powierzyli zdrowie swojego dziecka i któremu – w ich ocenie – udało się połączyć wiedzę medyczną z adekwatnym podejściem do małego pacjenta.

To doświadczenie stoi w pewnym napięciu z debatą o tym, czy osoba z określoną przeszłością karną powinna być automatycznie wykluczana z działalności związanej z leczeniem dzieci. I tutaj właśnie zaczyna się najtrudniejsze pytanie.

„Ustawa Kamilka” nie pyta tylko o to, czy ktoś skrzywdził dziecko

Potoczna nazwa może sugerować, iż przepisy zostały stworzone przede wszystkim po to, aby wyłapywać osoby, które dopuściły się przemocy lub przestępstw seksualnych wobec dzieci. Rzeczywiste przepisy są szersze. Ministerstwo Sprawiedliwości wyjaśnia, iż przy sprawdzaniu karalności osób, których obowiązki związane są m.in. z leczeniem małoletnich, bierze się pod uwagę nie tylko przestępstwa seksualne. W informacji o karalności sprawdzane są również przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu – wprost wymieniane są m.in. pobicie i spowodowanie uszczerbku na zdrowiu. To oznacza, iż mechanizm ochronny nie analizuje wyłącznie pytania:

„Czy ta osoba dopuściła się przestępstwa wobec dziecka?”

Zakres jest szerszy. I właśnie tutaj można postawić pytanie o proporcjonalność. Bo czy człowiek skazany za czyn przeciwko zdrowiu lub nietykalności cielesnej, ale niezwiązany z dzieckiem, automatycznie staje się osobą, której nie należy powierzać leczenia małoletniego? To nie jest pytanie o pobłażanie wobec przestępstw. To pytanie o to, czy system powinien umieć rozróżniać.

Państwo może sprawdzać. Ale czy powinno automatycznie decydować?

Samo sprawdzanie osób mających kontakt z dziećmi trudno uznać za coś kontrowersyjnego. Wręcz przeciwnie – rodzice mają prawo oczekiwać, iż szkoła, przedszkole czy szpital zrobi wszystko, aby dzieci były bezpieczne. Problem zaczyna się wtedy, gdy wynik weryfikacji staje się automatycznym filtrem, bez przestrzeni na ocenę charakteru czynu i realnego zagrożenia.

Co ciekawe, ustawodawca sam dostrzegł, iż wcześniejsze przepisy rodziły problemy interpretacyjne. Ministerstwo Sprawiedliwości w 2025 roku informowało o nowelizacji mającej właśnie usuwać wątpliwości dotyczące tego, kiedy i wobec jakich osób należy przeprowadzać weryfikację. To pokazuje, iż dyskusja o konstrukcji tych przepisów nie jest wymysłem krytyków ustawy. Sam system wymagał doprecyzowania.

A co z leczeniem dziecka na SOR-ze?

W tym miejscu warto odsunąć na bok konkretną osobę i spojrzeć na mechanizm medyczny. Dziecko przywożone na SOR po wypadku nie trafia do gabinetu „jednego lekarza”. Najpierw jest oceniane pod kątem pilności. Następnie zajmuje się nim zespół. W sytuacji nagłej liczy się czas. Liczy się dostępność personelu. Liczy się możliwość wykonania procedur. Liczy się doświadczenie lekarza. I liczy się kooperacja między osobami, które znajdują się przy pacjencie. Tak właśnie było w przypadku opisywanego chłopca. Rodzice nie pamiętają chaosu jako braku organizacji. Przeciwnie – dziś mówią, iż był to pozorny chaos wynikający z tego, iż wiele osób wykonywało jednocześnie swoje zadania. To ważna różnica.

Poradnia chirurgiczna to nie gabinet, w którym dziecko zostaje samo z lekarzem

Podobnie wygląda późniejsze leczenie. Lekarz jest osobą odpowiedzialną za ocenę stanu pacjenta i wykonywanie czynności wymagających jego kompetencji. Obok niego pracuje personel pielęgniarski. Rodzic pozostaje przy dziecku. W przypadku małego pacjenta dochodzi jeszcze jeden element – konieczność współpracy z rodzicem. To rodzic przekazuje informacje, obserwuje dziecko, pyta o dalsze postępowanie, uczy się wykonywania zaleconych czynności i później kontynuuje część procesu leczenia w domu. Dlatego sprowadzenie całej dyskusji do tego, iż „lekarz ma kontakt z dzieckiem”, jest zdecydowanie zbyt dużym uproszczeniem. Kontakt z dzieckiem w szpitalu nie zawsze oznacza bowiem sytuację, przed którą ustawodawca chciał chronić małoletnich.

Efekt leczenia? Dziś prawie nie ma śladu

Najważniejsze w całej historii jest jednak to, co wydarzyło się później. Rodzice jechali do szpitala przekonani, iż ich syn doznał bardzo poważnego urazu. Pod stopą znajdował się duży płat skóry, który – jak wspominają – wyglądał tak, jakby „spłynął” wraz z wrzątkiem. Był strach. Czy dziecko będzie chodziło? Jak długo potrwa leczenie? Czy pozostanie duża blizna? Czy chłopiec będzie chciał założyć but? Czy będzie można normalnie funkcjonować?

Tymczasem leczenie przyniosło efekt, który dla rodziny stał się niemal cudem. Jeszcze z opatrunkiem chłopiec zaczął poruszać się, odpychając się poparzoną nogą. Po zdjęciu ostatniego grubego opatrunku praktycznie wrócił do chodzenia. Nie było większego problemu z butami czy skarpetkami. Dzisiaj po poparzeniu pozostał adekwatnie jedynie ślad w postaci nieco ciemniejszego fragmentu skóry.

To jest cień na skórze – mówią rodzice.

Ich zdaniem z czasem również on może zniknąć.

„Wtedy też płakałam. Ze szczęścia”

Ta historia ma jeszcze jeden wymiar. Matka dziecka mówi, iż kiedy po zakończeniu leczenia zobaczyła, jak jej syn normalnie chodzi, również płakała. Tym razem jednak nie ze strachu. Ze szczęścia. Takie momenty zostają z rodzicami na zawsze. I właśnie dlatego dzisiaj nie patrzą na całą sytuację wyłącznie przez pryzmat przepisów, rejestrów i zaświadczeń. Patrzą na nią przez pryzmat swojego dziecka. Dziecka, które miało dwa lata, kiedy wydarzył się wypadek. Dziecka, które potrzebowało lekarza. Dziecka, które bało się bólu, nowych ludzi i kolejnych opatrunków. I dziecka, któremu – według relacji rodziców – konkretny lekarz potrafił pomóc nie tylko medycznie, ale również poprzez adekwatne podejście.

„Dziękujemy za tę chwilową niepamięć”

Rodzice kończą swoją historię słowami, które są jednocześnie podziękowaniem i bardzo mocnym pytaniem o sens przepisów.

Cieszymy się, iż wtedy Zarząd Powiatu Gnieźnieńskiego i dyrekcja szpitala nie pamiętały o „Ustawie Kamilka”. Bardzo im dziękujemy za tę chwilową niepamięć.

To oczywiście nie oznacza, iż placówki medyczne powinny ignorować prawo. Wręcz przeciwnie.

Szpital ma obowiązek przestrzegać przepisów dotyczących ochrony małoletnich, a odpowiedzialność za prawidłowe dopuszczenie osób do określonej działalności nie może być zastępowana uznaniową decyzją pojedynczego pracownika. Ministerstwo Sprawiedliwości jasno wskazuje, iż działalność związana z leczeniem małoletnich jest objęta procedurą weryfikacji. Ale właśnie dlatego warto zadać pytanie ustawodawcy: czy mechanizm powinien kończyć się na sprawdzeniu rejestru i rodzaju skazania, czy też powinien pozwalać na bardziej proporcjonalną ocenę sytuacji?

Bezpieczeństwo dzieci i prawo do dobrego lekarza nie powinny być przeciwieństwami

W tej historii nie chodzi o udowadnianie, iż przepisy ochrony dzieci są niepotrzebne. Są potrzebne. Nie chodzi również o wybielanie kogokolwiek, kto został prawomocnie skazany. Prawomocny wyrok jest faktem i powinien być respektowany. Problem polega na czymś innym.

Czy jedno skazanie powinno automatycznie przesłaniać wszystkie pozostałe informacje o człowieku – niezależnie od tego, czego dotyczył czyn, kiedy do niego doszło, jakie są kwalifikacje zawodowe tej osoby, jak wygląda jej praca i czy istnieje jakikolwiek związek pomiędzy popełnionym przestępstwem a ryzykiem dla dziecka? To pytanie jest szczególnie ważne w ochronie zdrowia. Bo lekarz nie pracuje w próżni. Pracuje w systemie, w którym istnieją pielęgniarki, ratownicy, inni lekarze, procedury, dokumentacja medyczna, rodzice i opiekunowie.

W przypadku małego pacjenta szczególnie ważne są również kompetencje miękkie – umiejętność uspokojenia dziecka, nawiązania kontaktu i zdobycia jego zaufania. Historia gnieźnieńskiej rodziny pokazuje, iż właśnie te elementy mogą mieć ogromne znaczenie.

To nie jest spór o to, czy chronić dzieci. To spór o to, jak robić to mądrze

Stanowisko Mateusza Hena, które opublikowaliśmy wcześniej, podkreślało, iż nie posiada on sądowego zakazu kontaktowania się z małoletnimi, a wyrok, o którym mowa, nie dotyczył czynu wobec dziecka. Wskazywano również, iż w szpitalu nie funkcjonuje oddział chirurgii dziecięcej, a małoletni pacjent trafiający na SOR otrzymuje pomoc w ramach zespołu medycznego i obowiązujących procedur.

Historia rodziny pokazuje natomiast coś, czego nie da się zapisać w żadnym rejestrze. Pokazuje doświadczenie pacjenta. Pokazuje relację lekarz–dziecko. Pokazuje znaczenie zaufania rodzica. I wreszcie pokazuje, iż ochrona dzieci nie powinna oznaczać rezygnacji ze zdrowego rozsądku. Być może właśnie tego elementu najbardziej brakuje w konstrukcji przepisów: możliwości odróżnienia realnego zagrożenia od sytuacji, w której człowiek zostaje oceniony przede wszystkim przez pryzmat jednego zdarzenia z przeszłości. Bo rodzice tego chłopca nie zapamiętali Mateusza Hena jako człowieka z rejestru karnego. Zapamiętali go jako lekarza, który przez kilka tygodni zajmował się nogą ich dwuletniego syna. A ich dziecko dziś chodzi normalnie. I właśnie to jest dla nich najważniejszym świadectwem całej tej historii.

Idź do oryginalnego materiału