Historia, która zarasta

13 godzin temu

„Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy”ten cytat Asnyka rezonował w mojej głowie, kiedy opuszczałam cmentarz Zmartwychwstańców przy ulicy Samotnej w Poznaniu. Kiedyś miejsce spoczynku dla poznaniaków, dziś zaniedbane, odhumanizowane i staje się ogólnodostępną toaletą dla psich przyjaciół. Dlatego powstaje pytanie, czy miejsce spoczynku powstańców wielkopolskich zostanie odkryte z gruzów zapomnienia przed rocznicą 27 grudnia?

Przy torach kolejowych niedaleko stacji Poznań Dębiec, pośród drzew można zauważyć popadającą w ruinę nekropolię. Cmentarz został poświęcony w roku 1924 i funkcjonował do roku 1945. A źródła podają, iż na tej ziemi pochowano prawie dziesięć tysięcy zmarłych. Wpierw przenoszono tam szczątki z innych pobliskich cmentarzy, a później trafiały tam ofiary obozów hitlerowskich. Wędrując wśród mogił, można napotkać odnowione pomniki powstańców wielkopolskich, m.in. Metodego Włodzimierza Stelmachowskiego. Niestety znaczna ilość mogił jest uszkodzona, płyty są połamane, wywrócone lub zupełnie nie istnieją.

Magiczna kraina czy koszmar?

Zdaje się, iż magiczne krainy zawsze przekracza się pewnego rodzaju metaforycznym przejściem – pewną starą szafą, dziurą między wymiarami albo zaczarowanym lasem. Taki „teleport” musi występować w miejscu nieco odrealnionym – choćby przy samotnym strumieniu, który oddziela osiedle od lasu położonego przy dawnej nekropolii. Chodząc po niepewnej kładce nad Górczynką, czułam się, jakbym przekraczała jakiś inny wymiar. Pod moimi nogami ciek płynął zgodnie ze swoim naturalnym nurtem, a ja zastanawiałam się, czego świadkiem był, co widział i co słyszał w tym miejscu. Właśnie w taki sposób znalazłam się na cmentarzu dębieckim.

Na tle modernistycznych budynków mieszkalnych i torów kolejowych pole pełne mogił staje się wymownym kontrastem między współczesnością a przeszłością. Groby pokrywają znaczną część tego miejsca, choćby jeżeli nie są one oznaczone płytami czy kamykami z numerem. Powszechnym widokiem są tablice zawieszone na drzewach, które naturalnie symbolizują pamięć po zmarłych, ich obecność, ale nie wskazują miejsca pochówku. Z tego powodu nigdy nie możemy mieć pewności, czy nie stąpamy po jakiejś ukrytej przez historię mogile. Jednakże ta kwestia niekoniecznie zajmuje właścicieli czworonożnych przyjaciół, którzy chętnie wybierają się tam na spacery.

Najwymowniejszym świadectwem zapomnienia są zniszczenia. Wiele płyt grobowych jest popękanych, wywróconych, a tabliczki wiszą krzywo na pojedynczych drzewach. Kamyki ze smutnymi numerami porośnięte są mchem, jakby sama natura próbowała ukryć to, o co choćby człowiek nie potrafi zadbać. Wykrzywione krzyże i stare, zaniedbane mogiły przypominają, iż ludzka opatrzność od dawna już tu nie czuwa. Zamiast ciszy należnej miejscu spoczynku, słychać tupot psich łap. Właściciele czworonożnych przyjaciół traktują ten teren jako wybieg, pozwalając swoim pupilom przemierzać alejki grobów, jakby był to nowy tor przeszkód. Może to nowy psi sport albo zwyczajny brak świadomości, natomiast efekt pozostaje jednakowy. Cmentarz coraz to bardziej traci swoją godność, swoje sacrum, rozpadając się w ogłuszającym milczeniu.

Kropla pamięci w morzu zapomnienia

Poprzedzający moją wizytę na cmentarzu dębieckim, Dzień Wszystkich Świętych pozostawia jednak kroplę nadziei. Widok zniczy na pojedynczych grobach zawsze będzie trochę bardziej pokrzepiający, niż ich zupełny brak, należy jednak zadać pytanie, czy jest ku temu okazja tylko raz do roku? Wielu z nas z pewnością potwierdzi, iż cmentarze odwiedza się rzadko, często z przymusu, mówi się wtedy utarte „tak trzeba”. Trzeba, jak wielu uznaje, pojawić się w takim miejscu pierwszego listopada, zapalić znicz, oczyścić groby bliskich z liści, wrócić do domu i powtórzyć to wszystko za rok. Dzień ten powinien być prawdziwym czasem zadumy, często jednak traktujemy go jako nudny obowiązek i przymus. Czy w podobnym sposób cmentarz dębiecki odwiedzą bliscy powstańców wielkopolskich, którzy spoczywają pośród drzew, ukryci w cieniu zapomnienia? A co z tymi, o których nie ma już kto pamiętać?

„Cmentarze są dla żywych, a nie umarłych”

Mówi się, iż pamięć to najtrwalsze tworzywo świata. Dopóki kogoś wspominamy, cytujemy dopóty taka jednostka przez cały czas może być w jakimś stopniu obecna i zapamiętana. Jako społeczność odczuwamy potrzebę kultywowania sztuki, pamięci o kimś. Czy to właśnie dlatego uważa się, iż cmentarze są dla żywych? Jest to miejsce, gdzie rzeczywiście możemy się na chwilę zatrzymać, skłonić do refleksji, wyrazić żal po starcie bliskich. Dla wielu kultur cmentarze są pewnego rodzaju sferą sacrum, dlatego czy nie powinna ona łączyć się z szacunkiem, by nie sprowadzać jej do profanum? Biegające psy po cmentarzu dębieckim raczej degradują symboliczność tego miejsca. Chyba iż uznajemy je za gości, którzy również składają hołd poległym.

W Stambule, a dokładniej w Kilyos znajduje się „Cmentarz Samotnych”. Trafiają tam ludzie, którzy zostali porzuceni, niezidentyfikowani przez członków rodzin. Uznaje się ich za samotnych, nie posiadających nikogo, właśnie w taki sposób tracą tożsamość i zostają niczym więcej jak prostym numerem na drewnianej tabliczce. Ten smutny obraz przypomina mi tę poznańską nekropolię, gdzie anonimowi powstańcy, ofiary obozów, nasi przodkowie są kamyczkami z liczbą pokrytą mchem. Ilość tych symboli jest niewyobrażalnie przytłaczająca i uniemożliwia bliskim odnalezienie miejsca spoczynku swoich krewnych.

Czas ma do siebie to, iż się nie zatrzymuje i choć jak mówi stare porzekadło może leczyć rany, to potrafi je również ukrywać. A ukryć nie znaczy wyleczyć. Historia i istnienie cmentarza przy ulicy Samotnej w Poznaniu zaiste została ukryta przez czas: przez drzewa, które go spowijają, przez brak ludzkiej uważności, przez zwykłą obojętność.

A jednak stojąc tam, miałam wrażenie, iż wciąż coś tam czeka – ta wymowna cisza błagała o jeszcze jedno spojrzenie, zatrzymanie się. Może więc wszystko zależy od nas, od tego, którym miejscom pozwolimy zniknąć, a którym pozwolimy przetrwać.

Julita Kempa

Bezimienne mogiły zbiorowe. Kamyki, które zastępują wiele płyt grobowych. Pod dużą częścią leży więcej niż jeden człowiek fot. Jan Kaczmarek
Idź do oryginalnego materiału