Ilu Tyszan stanęłoby dzisiaj w obronie krzyża?

1 godzina temu

Rozmawiamy z ks. prałatem Franciszkiem Resiakiem, budowniczym kościołów, a od niedawna Honorowym Obywatelem Miasta Tychy.

Noweinfo.pl: –W Tychach przebywa ksiądz od 1972 roku, ale dopiero w 2026 roku władze miasta zauważyły tę obecność na tyle, by przyznać księdzu tytuł Honorowego Obywatela Miasta Tychy? Spowodowało to w życiu księdza jakieś zmiany?

Ks. prałat Franciszek Resiak: – Nigdy nie zabiegałem o zaszczyty. Dlatego przyznanie tego tytułu było dla mnie dużą niespodzianką. Słyszałem, iż o to wyróżnienie zabiegał dla mnie prezydent Tychów Maciej Gramatyka, ale w jego środowisku, a mówiąc ściślej w najbliższym wspierającym go otoczeniu, byli przeciwnicy tej decyzji, ale nie ośmielili się sprzeciwić prezydentowi. W moim życiu tytuł ten niczego nie zmienił. Oczywiście, dziękuję prezydentowi Gramatyce i Radzie Miasta Tychy za to wyróżnienie, ale nie wiem, czy na nie zasłużyłem.

– No tak, dla jednych budowa kościołów w socjalistycznym mieście, jakim miały być Tychy, to zasługa, dla innych – wprost przeciwnie. Ile kościołów wybudował ksiądz w Tychach?

– Trzy: kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Paprocanach, kościół Ducha Świętego, kościół na cmentarzu parafialnym w Żwakowie.

– Jest ksiądz kojarzony głównie z kościołem Ducha Świętego zaprojektowanym przez polskiego Gaudiego – architekta Stanisława Niemczyka. To wizytówka miasta, zabytek, który jest w tej chwili celem wielu wycieczek. To tu zobaczyć można polichromie prof. Jerzego Nowosielskiego. Miasto Tychy, informując o tym kościele, często pomija fakt, iż bez księdza nie byłoby tego obiektu. Tak po ludzku, nie irytuje to księdza?

– Kościół jest przede wszystkim świątynią. To miejsce spotkania z Bogiem, ma służyć wiernym. Tu nie ma miejsca na żadną irytację. Tak się złożyło, iż kościół Ducha Świętego, ze względu na swoje wyjątkowe walory artystyczne, budzi spore zainteresowanie jako najmłodszy zabytek w Tychach. Nie słyszałem o przypadku, by jakaś budowla z 1982 roku (11 września 1982 roku nastąpiła konsekracja) już w 2020 roku wpisana została do rejestru zabytków. A tak stało się właśnie z kościołem Ducha Świętego. Władze miasta Tychy, informując o swoich zabytkach (a nie jest ich przecież tak dużo), powinny przekazywać na ich temat możliwie dużo informacji. Tak mi się przynajmniej wydaje. jeżeli ktoś chce poznać historię budowy najmłodszego zabytku Tychów, to odsyłam do mojej książki pt. „Moje parafie – moje życie. Opowieść kapłana”.

Ks. prałat Franciszek Resiak w kościele Ducha Świętego w Tychach, fot. ZB

– Dwa miesiące temu obchodził ksiądz jubileusz 65-lecia kapłaństwa. Jak ksiądz porówna stan wiary Polaków w czasach swojego dzieciństwa, przyjęcia święceń i teraz?

– Jest coraz gorzej. To wynik braku wiedzy, czy wręcz ciemnoty – i to agresywnej ciemnoty – w kwestii religijnej, prawnej. Z niesmakiem i zdumieniem obserwowałem tzw. czarne marsze, które 6 lat temu przetoczyły się przez Polskę, w tym przez Tychy, po tym jak Trybunał Konstytucyjny zakazał aborcji nienarodzonych dzieci np. z zespołem Downa.

– Skąd to zdumienie? Przecież zwolennicy aborcji głoszą swoje hasła od dawna.

– Bo wśród protestujących, a więc ludzi domagających się prawa do zabijania chorych dzieci, zauważyłem m.in. moich parafian, którzy przychodzili do mnie na lekcje religii, uczestniczyli w mszach świętych. Wydawało się, iż rozumieją proste przykazanie: „Nie zabijaj”. Okazuje się, iż nie rozumieli, albo raczej nie chcieli zrozumieć w chwili, gdy (nawet hipotetycznie) dotyczyłoby ono ich osobiście.

Ks. prałat Franciszek Resiak na mszy świętej w kościele św. Benedykta w Tychach odprawionej w 65. rocznicę święceń kapłańskich, 27.06.2026 r.; fot. ZB

– Czy w czasach PRL-u, kiedy komuniści jawnie walczyli z Kościołem, dochodziło do tak gorszących scen, jak obecnie, kiedy publicznie mówi się o opiłowywaniu katolików z rzekomych przywilejów, bezcześci się świątynie, symbole religijne?

– Komunizm był ustrojem zbrodniczym. Więziono, torturowano i mordowano w tym czasie kapłanów. Władze komunistyczne prowadziły otwartą, bezwzględną wojnę z Kościołem. Na tym gruncie porównanie z obecnymi czasami jest chybione. Istnieją jednak pewne obszary, które można ze sobą zestawiać i wnioski z tego zestawienia dla współcześnie żyjących wcale nie są optymistyczne.

– Na przykład?

– Za PRL-u władze komunistyczne szkodziły Kościołowi, jak tylko mogły, ale jeżeli np. budynek kościoła już powstał i został poświęcony, to nikt nie odważył się przejmować takiej budowli, nie mówiąc już o jej burzeniu. Sypały się kary finansowe na księży, stosowano inne represje, ale nikt nie śmiał podnieść ręki na samą świątynię, symbole religijne, bo groziło to buntem wiernych i zamieszkami. Komuniści dobrze o tym wiedzieli.

– Ale kamienny krzyż przy ówczesnej ul. Dzierżyńskiego w Tychach (a w tej chwili ul. Stefana Grota-Roweckiego) został w 1979 roku zburzony.

– I właśnie ten przykład dobrze ilustruje moją wcześniejszą wypowiedź. Sprawie zburzenia tego krzyża poświęciłem niecko miejsca w mojej książce „Moje parafie – moje życie. Opowieść kapłana”. Krzyż ten miał być przeniesiony. Stał tu co prawda od 1807 roku, będąc symbolem wiary i polskości mieszkańców tej ziemi, ale w 1979 roku nagle zaczął przeszkadzać, bo się nie komponował z trybuną 1-majową dla komunistycznych dygnitarzy. W efekcie krzyż został zburzony. Na to barbarzyństwo spontanicznie zareagowali mieszkańcy, tłumnie gromadząc się w miejscu profanacji. Według szacunków Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa w obronie krzyża stanęło wówczas ok. 15 tys. osób.

Kamienny krzyż przy ul. Stefana Grota-Roweckiego (dawniej Dzierżyńskiego), w obronie którego w 1979 roku stanęło ok. 15 tys. Tyszan; 21.08.2026 r.; fot. ZB

– Gdzie ksiądz wtedy był?

– Byłem wówczas proboszczem w Paprocanach. Skontaktowałem się z ks. dziekanem Eugeniuszem Świerzym i obaj przyjechaliśmy na miejsce obywatelskiego buntu. Wzburzenie Tyszan było wielkie, gniew narastał. Głosiliśmy słowo Boże, łagodząc nastroje. Na uspokojeniu sytuacji zależało ks. biskupowi Herbertowi Bednorzowi. I, jak się okazuje, władzom miasta, które też były kompletnie zaskoczone tym, co się stało. Jeszcze tej samej nocy krzyż został odbudowany. Dzisiaj niszczone są przydrożne krzyże, na kościołach wypisywane są bezecne hasła, dochodzi choćby do zakłócania mszy świętej. Różne złe rzeczy działy się w komunie, ale do tego nie dochodziło. Komuniści czuli respekt przed Kościołem. Wiedzieli bowiem, iż gdy przekroczą pewną granicę – ludzie nie wytrzymają i zrobi się naprawdę groźnie.

– Dzisiaj to się zmieniło?

– Tak. Ilu Tyszan dzisiaj stanęłoby w obronie krzyża? Nasze społeczeństwo w dużej mierze zobojętniało. Obecna władza deklaruje wolność przekonań, ale czasem oznacza to przyzwolenie na czyny bezecne wobec katolików, symboli religijnych. Może sobie na to pozwolić, bo jest wielu ludzi deklarujących się jako katolicy, ale z katolickim systemem wartości, chrześcijaństwem nie mają nic wspólnego.

– Gdzie, zdaniem księdza, najłatwiej zaobserwować to zjawisko?

– Polacy uświadamiają to sobie na przykład wtedy, gdy szukają kandydatów na chrzestnych dla swoich dzieci. Nagle okazuje się, iż wśród naszych znajomych dominują ludzie albo nieochrzczeni, albo żyjący w stanie grzechu ciężkiego (np. w związkach niesakramentalnych) i nie zamierzają tego zmienić.

– W czasach PRL-u zdarzało się, iż choćby komuniści po cichu np. chrzcili swoje dzieci…

– Niektórzy polscy komuniści, zwalczający dawniej Kościół, byli inni niż dzisiejsi działacze polityczni. Ateizm nie przeszkadzał im być swoistymi konserwatystami. A i z tym ateizmem niekiedy bywało różnie. Faktycznie, niektórzy z tych komunistów przychodzili z prośbą, by potajemnie ochrzcić swoje dzieci. Sam udzielałem takiego chrztu dziecku komunisty z Mikołowa. Czasami rozmowa z przedstawicielami komunistycznej władzy naprawdę potrafiła pozytywnie zaskoczyć.

– Czuł się kiedyś ksiądz tak pozytywnie zaskoczony?

– Tak. Co jakiś czas tyscy księża wzywani byli do domu partii w Tychach (dzisiaj mieści się tam szkoła muzyczna) przed oblicze I sekretarza Komitetu Miejskiej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, który de facto rządził miastem. Sekretarz ten znany był z wybitnie wrogiej postawy wobec wiary katolickiej, księży. Budowałem wtedy kościół Ducha Świętego. Nastawiłem się na twardą rozmowę. I z takim nastawieniem wszedłem do gabinetu. A sekretarz już na początku rozmowy mnie rozbroił.

– Jak?

– Urodziłem się w Podrudzie. To miejscowość na dawnych Kresach II Rzeczpospolitej (obecnie znajduje się w granicach Ukrainy). Pierwszy sekretarz rozpoczął rozmowę z dużą życzliwością i ciepłem, mówiąc o Kresach. Trudno było w tej materii się z nim nie zgodzić. Powspominaliśmy więc Kresy i… na tym rozmowa się zakończyła.

– Dużo rozmów z ówczesnymi władzami przeprowadził ksiądz podczas budowy kościoła Ducha Świętego?

– Było ich trochę. Dobrze pamiętam na przykład spotkanie z prof. Kazimierzem Wejchertem, szefem Miastoprojektu, generalnym projektantem tzw. Nowych Tychów.

– Było miło?

– Umówiłem się na konkretną godzinę. Stawiłem się punktualnie. Sekretarka zgłosiła profesorowi moje przybycie. Ale, jak się okazuje, nie miało to dla pana Wejcherta znaczenia, bowiem czekałem przed jego gabinetem z dwie godziny, nie wiedząc, czy w ogóle mnie przyjmie.

– O czym chciał ksiądz rozmawiać z generalnym projektantem Tychów?

– Chodziło o architekta Stanisława Niemczyka, pracownika Miastoprojektu. Postanowiłem powierzyć mu zaprojektowanie kościoła Ducha Świętego, usłyszałem bowiem, iż jest wierzący, a w pracy samodzielny i z powodu tej samodzielności nie lubi go generalna projektant prof. Hanna Adamczewska-Wejchert, żona prof. Kazimierza Wejcheta. To były dla mnie wystarczające rekomendacje. Trzeba pamiętać, iż w czasach PRL-u architekci zatrudnieni w państwowych przedsiębiorstwach musieli uzyskać zgodę swoich przełożonych na przyjęcie prywatnego zlecenia zaprojektowania kościoła. Właśnie o tym chciałem porozmawiać z szefem Miastoprojektu Kazimierzem Wejchertem.

– I porozmawiał ksiądz w końcu?

– Trudno to nazwać merytoryczną rozmową. Po tych dwóch godzinach oczekiwania profesor na krótko zatrzymał się przy mnie z tłumaczeniem, iż zapomniał o naszym spotkaniu, by w końcu uchylić się od wyrażenia zgody, na to, by Stanisław Niemczyk mógł projektować kościół poza godzinami pracy w Miastoprojekcie. Mój upór i upór Stanisław Niemczyka spowodowały, iż po sześciu miesiącach zabiegania o taką zgodę, w końcu łaskawie została udzielona, ale z tego powodu Stanisław Niemczyk nie miał łatwego życia. Jak mi później mówił, kierownictwo Miastoprojektu robiło mu rewizje, otwierając szuflady biurka, by sprawdzić, czy nie ukrywa w nich projektu świątyni Ducha Świętego. Nawiasem mówiąc, Stanisław Niemczyk zaprojektował kościół Ducha Świętego za darmo.

Kościół Ducha Świętego w Tychach; fot. ZB

– Dość łagodnie ksiądz wypowiada się o przedstawicielach poprzedniego ustroju. Skąd ta wyrozumiałość?

– A jak inaczej można traktować ludzi, którzy myśleli, iż wygrają z Panem Bogiem? Wiedziałem jak mam postępować z przeciwnikami. Znałem ich sposób myślenia. Na przykład, gdy byłem proboszczem w Nierodzimiu na Śląsku Cieszyńskim, wybudowałem, używając fortelu, bardzo potrzebną salkę katechetyczną dla dzieci.

– Na czym ten fortel polegał?

– Ogłosiłem, iż buduję pomieszczenie dla grabarza, który, jako pracownik fizyczny, należy przecież do klasy robotniczej. Grabarz, faktycznie nie miał, mówiąc dzisiejszym językiem, zaplecza socjalnego, a przecież partia komunistyczna, jak głosiły propagandowe slogany, po to była przewodnią siłą narodu w PRL, by służyć robotnikom. Zdziwienie budziła tylko wielkość tego „domu grabarza”. Tłumaczyłem, iż ludziom ciężkiej pracy należy się odrobina luksusu. Coraz więcej pytań zaczęło się jednak rodzić, gdy zamówiłem i ustawiłem w tej obszernej salce ławy (na których później, podczas lekcji religii, siedziały dzieci). O faktycznym przeznaczeniu budynku wiedział tylko jeden robotnik, pozostałych poinformowałem, dopiero gdy robota była zakończona i zaprosiłem wszystkich na otwarcie. Śmiali się i dziwili, iż dali się wyprowadzić w pole, ale rozumieli, iż utrzymanie tajemnicy w czasach walki komunistów z Kościołem było konieczne.

– Podejrzewam, iż dzisiaj młodzi ludzie nie zrozumieją, na czym ta konieczność polegała? Dlaczego trzeba było w tajemnicy budować salkę katechetyczną dla dzieci?

– Bo z wyjątkiem krótkich okresów odwilży politycznych, następujących po ogólnopolskich buntach społecznych, władze komunistyczne z definicji nie zgadzały się, by powstawały nowe parafie, a istniejące cokolwiek budowały. Motywowane ideologicznie zakazy administracyjne były bronią, którą na co dzień posługiwali się komuniści. Gdy ktoś naruszył te zakazy, musiał liczyć się z odwetem. Byłem tego świadom. Gdy katecheza w „domu grabarza” się rozpoczęła, przyjechał na rowerze miejscowy komunista – wójt Nierodzimia. Zaczął mnie straszyć karami za to, iż wybudowałem dla dzieci salkę do nauki religii bez wiedzy władz. Odpowiedziałem mu, iż nie ja, ale on będzie ukarany. „Dlaczego ja?” – zapytał zdziwiony komunista. „Bo nie dopilnował pan tego, by salka nie powstała” – odpowiedziałem. Widziałem, iż ten argument wywarł na nim odpowiednie wrażenie. W efekcie żadnej kary nie było.

– To jedyna samowola budowlana, której się ksiądz, jako proboszcz, dopuścił?

– Nie. Młodemu pokoleniu naprawdę trudno zrozumieć warunki, w jakich żyło się za rządów komunistów. Śmieją się z nich teraz na filmach Stanisława Barei, ale absurdy te bardzo uwierały w życiu codziennym. Starałem się zawsze dostrzegać choćby prozaiczne potrzeby ludzi i w miarę swoich możliwości je zaspokajać, choćby wbrew oporowi komunistycznej władzy. Na przykład zawsze dbałem o to, by przy kościele były ubikacje. Ale i tu napotykałem trudności. Dlatego najpierw dla ludzi te ubikacje budowałem, a później zgłaszałem to władzom, prosząc o pozwolenie. Dochodziło przy tym do absurdalnych sytuacji.

– Jakich?

– Na przykład w Nierodzimiu. Niektórzy wierni, aby dotrzeć do kościoła, musieli pokonać wiele kilometrów. Głównie dla nich wybudowałem prowizoryczną ubikację na prywatnym gruncie należącym do jednego z gospodarzy, oczywiście za jego zgodą. Gdy ubikacja ta już funkcjonowała, miejscowe władze gminy zostały pisemnie poproszone przeze mnie o zalegalizowanie tej budowli. Nie chciały podjąć jednak tak „niebezpiecznej” dla nich decyzji, aby nie być posądzonym o sprzyjanie Kościołowi. Asekuracyjnie uznały więc, iż stanowią za niski szczebel władzy, aby rozstrzygać w tej kwestii i odesłały mnie do powiatu. Powiat natomiast zastosował inny argument, by wyłączyć się z podjęcia tak „ważnej” decyzji. Mianowicie zaliczył ubikacje przy kościele do budowli sakralnych i poinformował mnie, iż w związku z tym przekracza to zakres kompetencji władz powiatowych, a o pozwolenie trzeba starać się aż w Wojewódzkiej Radzie Narodowej w Katowicach. Zwróciłem się więc do WRN. Na szczęście znalazł się tam ktoś mądry i nie przesłał mojej prośby do Warszawy. Nieco podobnie było z budową ubikacji przy kościele Ducha Świętego w Tychach. Tutaj jednak władze komunistyczne absolutnie nie chciały zalegalizować przykościelnych toalet. Uczynił to dopiero prezydent Tychów po zmianie ustroju Polski. Z komunistami potrafiłem sobie radzić. Natomiast zawsze bolały mnie postawy niektórych parafian.

– Co ksiądz ma na myśli?

– Dzisiaj trudno wyobrazić sobie sytuację, gdy nie ma cmentarza w Żwakowie. Udało mi się z niemałym trudem wybudować tę parafialną nekropolię. Oprócz poważnych przeszkód (opisuję to szczegółowo w mojej książce) były i głupawe protesty przeciw budowie cmentarza, a także kierowane do Urzędu Miasta Tychy uwagi typu: „gdzie będziemy chodzić z psami na przechadzkę”, „już odczuwam psychiczny dyskomfort, kiedy patrzę z balkonu na przyszły cmentarz”, „wystarczy nam cmentarz komunalny”, „proboszcz przygotowuje sobie interes”. A po oddaniu cmentarza do użytku jedna z kobiet oświadczyła: „a teraz farosz będzie grabił”. Bardzo mnie to zabolało, bo przecież wszystko, co robiłem, robiłem bezinteresownie. Gdy cmentarz został oddany do użytku, to parafianie, którzy protestowali przeciw jego budowie, chcieli być tam pochowani. Oczywiście, ich wola została uszanowana.

– Z perspektywy 65. lat swojego kapłaństwa, jak ksiądz ocenia kondycję swojego środowiska, czyli obecnego stanu duchownego?

– Święcenia kapłańskie otrzymałem z rąk ks. biskupa Herberta Bednorza. To był odważny duszpasterz. Komuniści czuli przed nim respekt. Nie bał się iść na zwarcie z władzą. Swoją postawą dawał przykład podległym sobie księżom. Pól konfliktów nie brakowało i trudno, aby było inaczej, skoro Kościół był intensywnie zwalczany. Jednak tu na Śląsku komuniści trafili w osobie biskupa Bednorza na twardego przeciwnika, który atakowany – przejmował inicjatywę. Czasy się oczywiście zmieniły, ale niekiedy brakuje mi takich postaw, jakie starał się kształtować w nas biskup Bednorz. Walcząc o słuszną sprawę, często mówił do nas, księży, iż w sytuacji konfliktu z władzą „trzeba iść na chłopa”, to znaczy nie cofać się, nie tchórzyć, nie filozofować, ale atakować – oczywiście w sensie walki pokojowej. Wyznawał zasadę, iż najlepszą obroną jest atak. Cenił inicjatywę.

– No to chyba cenił i księdza…

– Zwróciłem na siebie uwagę jeszcze jako młody wikary w Skoczowie. Pewnego dnia odbywała się tam procesja z udziałem biskupa Bednorza, który niósł Najświętszy Sakrament. Przez teren parafii przebiegała ruchliwa, szeroka droga. Procesja musiała ją przekroczyć. W gronie wielu księży czekaliśmy na skraju drogi na jakąś dużą lukę w kawalkadzie pojazdów lub na to, iż jakieś auto zatrzyma się, umożliwiając nam przejście. Czas mijał, a żaden kierowca nie chciał się zatrzymać. Wtedy wszedłem na jezdnię i podniosłem rękę, zatrzymując cały zmierzający w naszą stronę sznur aut. Procesja przeszła przez drogę. Później, podczas obiadu, w towarzystwie proboszczów biskup powiedział, iż się nie spisali. Pytał, jak nazywa się ten młody ksiądz, czyli ja (od przyjęcia przeze mnie święceń kapłańskich minął zaledwie rok). A gdy mu powiedziano, to biskup stwierdził, iż będzie o mnie pamiętał.

– I pamiętał?

– Cztery lata później biskup Bednorz uczynił mnie proboszczem w Nierodzimiu. Panowała tam trudna sytuacja.

– Jaka?

– Poprzedni proboszcz… wziął ślub cywilny. Nigdy na ten temat publicznie się nie wypowiadałem. Wykonywałem swoje obowiązki duszpasterskie. Później dowiedziałem się, iż ten ksiądz się nawrócił.

– Na innych probostwach było łatwiej?

– Z taką sytuacją, jak w Nierodzimiu, już się nie spotkałem, ale były inne wyzwania, też na swój sposób trudne. Należy pamiętać, iż proza życia była inna. Aby odprawić mszę świętą, trzeba było być na czczo. A ja miałem do odprawienia kilka mszy w kilku odległych od siebie górskich parafiach. Chcąc sprostać temu zadaniu, wychodziłem z domu (mieszkałem na kwaterze) wcześnie rano bez śniadania i, jak dobrze poszło, wracałem bardzo późnym popołudniem na obiado-kolację. Nie miałem samochodu. Objeżdżając parafie, korzystałem z autobusów PKS-u. Nie chciałbym jednak, aby zabrzmiało to, jak narzekanie. Wszelkie trudy rekompensowali moi parafianie – górale. Bardzo cenię mieszkańców Śląska Cieszyńskiego, za ich lojalność, patriotyzm, dumę z polskości, charakter, wiarę. Zawsze mogłem i mogę na nich liczyć.

– A co ksiądz teraz porabia, jako emeryt?

– Staram się zachować aktywność. Jestem autorem trzech książek: „Kościół na Zapadziu”, „Moje parafie – moje życie. Opowieść kapłana” oraz „Ikona. Święty obraz”. w tej chwili na wydrukowanie czeka czwarta publikacja mojego autorstwa, będąca swoistym aneksem do książki „Moje parafie – moje życie. Opowieść kapłana”. Porządkuję swoje notatki i, jak Pan Bóg da, to być może jeszcze coś napiszę. Niezależnie od tego, czym się zajmujemy, nasze życie powinno prowadzić do spotkania z miłosiernym Bogiem. Dlatego wszystko, co czynimy, służy albo naszemu zbawieniu, albo potępieniu. Z dokonania tego wyboru nikt nas nie zwolni.

– Na zakończenie swojego przemówienia wygłoszonego trzy miesiące temu w Mediatece z okazji przyznania tytułu Honorowego Obywatela Miasta Tychy, zaszokował ksiądz słuchaczy, gdy zwrócił się do nich ze słowami, iż wszyscy (w tym tam zebrani) umrzemy i zawsze warto o tym pamiętać.

– Ale to przecież oczywista prawda.

Ks. prałat Franciszek RESIAK lat 88; 25 czerwca 1961 roku wyświęcony na kapłana. Proboszcz w parafiach: Ducha Świętego w Tychach (1976 – 2006), Najświętszego Serca Pana Jezusa w Tychach Paprocanach (1972 – 1980), w Jaworzynce i Trzycatku (1968 – 1972), w Nierodzimiu (1965 – 1968). Od 2006 roku na emeryturze. W 1981 roku (stan wojenny) zjeżdżał z posługą duszpasterską pod ziemię do strajkujących górników kopalni „Piast”. W wolnej Polsce odznaczony za zasługi dla KWK „Piast” (otrzymał też m.in. galowy mundur górniczy, górniczą szpadę). W 1982 roku uhonorowany został tytułem kanonika. W latach 90. na prośbę strajkujących pracowników Fabryki Samochodów Małolitrażowych w Tychach uczestniczył w negocjacjach nt. przerwania strajku w tym zakładzie. W 2000 roku papież Jan Paweł II przyznał mu tytuł prałata. Budowniczy kościołów (w Tychach zbudował trzy świątynie, w tym znany nie tylko w Polsce kościół pw. Ducha Świętego). 19 maja 2026 roku Rada Miasta Tychy przyznała mu tytuł Honorowego Obywatela Miasta Tychy, wcześniej odznaczony został m.in. medalem „Zasłużony dla miasta Tychy”. Autor licznych felietonów oraz (na razie) trzech książek: „Kościół na Zapadziu”, „Moje parafie – moje życie. Opowieść kapłana” oraz „Ikona. Święty obraz”.

Rozmawiał Zdzisław BARSZEWICZ

Idź do oryginalnego materiału