Nie tak dawno fascynowaliśmy się wynikami sportowymi biegaczy narciarskich z naszego regionu. Stała za nimi nie tylko forma sportowców, ale też precyzyjna praca serwismenów. Jeden z nich, Andrzej Michałek z Trójwsi Beskidzkiej, na igrzyskach zimowych bywa w tej roli od 20 lat. W rozmowie z red. Michałem Cichym przybliża specyfikę tego zajęcia.
W jakim systemie pracują serwismeni reprezentacji Polski – to etat w związku czy kooperacja klubowa?
Jesteśmy zatrudnieni przez Polski Związek Narciarski i otrzymujemy za to wynagrodzenie. Pracujemy dla całej kadry, nie tylko dla zawodników z Beskidów. Każda reprezentacja ma przydzielonych serwismenów na starty w Pucharze Świata, a także dla kadr młodzieżowych i juniorskich. Nie jeździmy jednak na wszystkie zawody – tylko na Puchar Świata i najważniejsze imprezy sezonu. Nie jesteśmy w stanie być wszędzie, bo terminy często się pokrywają.
Co tak naprawdę decyduje o tym, iż narty „jadą” – i jaka jest w tym rola serwismena?
Naszym zadaniem jest przygotowanie nart do testów, które zawodnicy przeprowadzają przed startami. zwykle biegacz posiada co najmniej 20 par nart do każdego stylu – klasycznego i łyżwowego. Ich użycie różni się w zależności od pogody i warunków śniegowych. Monitorujemy i sprawdzamy specjalistycznymi urządzeniami, jaki jest śnieg – jego wilgotność i stopień zmrożenia. To pierwszy aspekt naszej pracy – test samych nart, ponieważ każda para ma inną strukturę, która sprawdza się w określonych warunkach. Oprócz nart zawodniczych mamy także narty testowe, na których sprawdzamy różnego rodzaju produkty: parafiny, bloki, płyny czy proszki. Wszystko mamy wytestowane i udokumentowane, żeby zminimalizować ryzyko błędu.
Rozumiem, iż w tej dyscyplinie to bardzo kluczowa rola?
Tak, zdecydowanie. Dodam, iż od pięciu lat współpracujemy z reprezentacją Czech, żeby dogonić światową czołówkę. Połączyliśmy siły – wspólnie testujemy i wybieramy optymalne warianty. Finalne rozwiązania stosujemy zarówno u naszych zawodników, jak i u Czechów. To bardzo nam pomogło w rywalizacji z największymi nacjami, takimi jak Norwegia, Finlandia czy Szwecja, które dysponują ogromnym zapleczem. Mają m.in. specjalne ciężarówki przystosowane do smarowania nart na maszynach. To swego rodzaju „wyścig zbrojeń”. Około 80 proc. czołowych reprezentacji ma takie mobilne zaplecze. Czesi również posiadają niewielkiego TIR-a. My wciąż korzystamy z kontenerów przygotowywanych przez organizatorów Pucharu Świata – głównie ze względów finansowych. kooperacja z Czechami bardzo dużo nam dała. Dzięki niej jesteśmy świetnie przygotowani, co dostrzegają także inne reprezentacje. Zdarza się, iż nas chwalą, a niektóre kraje zaczęły choćby naśladować ten model współpracy.
Czy światowa czołówka bardzo nam odjechała?
Pod względem budżetów i zaplecza technicznego tak. Natomiast jeżeli chodzi o samo przygotowanie nart, jesteśmy na bardzo wysokim poziomie. Często musimy przygotować sprzęt lepiej niż Norwegowie czy Szwedzi, żeby wyrównać różnice. Nie zawsze się to udaje, bo oni inwestują ogromne środki, ale nasze przygotowanie realnie wpływa na wyniki zawodników. Dobrym przykładem są igrzyska olimpijskie – mieliśmy wtedy świetnie przygotowane narty na dystans 50 km dla Dominika Burego i Elizy Ruckiej-Michałek. W połączeniu z ich formą przełożyło się to na wyniki.
Serwismen jest obecny także na trasie podczas biegu?
Tak, choć w mniejszym stopniu niż w największych reprezentacjach. Norwegowie rzadko wychodzą na trasę, bo skupiają się na przygotowaniu sprzętu. My, ze względu na mniejszy sztab, często jesteśmy na trasie – w strategicznych miejscach, na przykład po trudnych zjazdach czy w strefach odżywiania. Nie zawsze jest to korzystne, bo w tym czasie moglibyśmy prowadzić dodatkowe testy.
Wcześniej był Pan także czynnym zawodnikiem?
Tak, byłem w kadrze olimpijskiej w czasach, gdy startowali Janusz Krężelok, Maciej Kreczmer czy Justyna Kowalczyk. Z powodu problemów zdrowotnych, głównie z kręgosłupem, zakończyłem karierę. W tamtym czasie trener Aleksander Wierietielny wraz z Justyną Kowalczyk zaproponowali mi pracę serwismena. To były początki tej funkcji w Polsce, około 2004 roku. W naszym kraju nie funkcjonowała jeszcze taka rola, narty smarowali trenerzy. Już na igrzyska olimpijskie w Turynie w 2006 roku pojechałem jako serwismen Justyny – i wtedy zdobyliśmy pierwszy, brązowy medal.
Czyli był Pan serwismenem Justyny Kowalczyk, najsłynniejszej polskiej biegaczki narciarskiej?
Tak. Później Justyna stworzyła własny zespół i zaczęła współpracować z bardziej doświadczonymi, zagranicznymi serwismenami. To był naturalny kierunek – wchodziła na poziom światowej czołówki. Ja byłem wtedy na początku drogi i musiałem wszystkiego się uczyć od podstaw. To lata doświadczeń, testów i pracy. Jeździmy po całym świecie, spotykamy się na Pucharach Świata, rozmawiamy z producentami sprzętu – to ciągła nauka.
Już wtedy było widać, iż Justyna Kowalczyk osiągnie taki poziom?
Było widać. Znałem ją wcześniej – jesteśmy w tym samym wieku, byliśmy razem w kadrach juniorskiej i olimpijskiej. Od początku wyróżniała się zaangażowaniem, samodyscypliną i charakterem. Było widać, iż ma ogromny potencjał.
Wynika z tego, iż był Pan na wielu igrzyskach olimpijskich.
Od Turynu w 2006 roku uczestniczyłem we wszystkich igrzyskach – łącznie w sześciu. To około 20 lat pracy.
Dla serwismenów to szczególne wydarzenie, tak samo jak dla sportowców?
Dla nas najistotniejsze jest jak najlepsze przygotowanie nart na najważniejsze zawody dla zawodników. Ja jednak podchodzę do wszystkich startów tak samo – staram się wykonać swoją pracę najlepiej jak potrafię. Młodsi serwismeni mogą odczuwać większą presję na igrzyskach, ale ja mam już doświadczenie i potrafię nad tym panować. Dla nas, serwismenów, zimowe igrzyska olimpijskie są o tyle specyficzne, iż najczęściej realizowane są w rejonach o dużej zmienności pogodowej i temperaturowej, a więc i dobór nart oraz smaru wymaga tym większych nakładów pracy czy uwagi.
Które igrzyska zapadły Panu najbardziej w pamięć?
Pierwsze, w Turynie, były wyjątkowe. jeżeli chodzi o zaplecze i atmosferę, bardzo dobrze wspominam Vancouver 2010 – wiele dyscyplin było w jednym miejscu, mieszkaliśmy razem z zawodnikami różnych krajów. Soczi również było imponujące. Tak naprawdę każde igrzyska są inne.
Rzeczywiście olimpiada jest tak barwna, jak się mówi?
Tak, bo każdy kraj może wystawić zawodnika. Pojawiają się sportowcy z krajów, gdzie sporty zimowe nie są popularne, mam tu na myśli na przykład Afrykę czy Amerykę Południową. Nie wszyscy walczą o medale – dla wielu sam udział jest ogromnym sukcesem i spełnieniem marzeń.
Ma Pan jakieś szczególne doświadczenia czy wspomnienia?
Najtrudniej było w Pekinie, w czasie pandemii COVID-19 – codzienne testy, choćby dwa razy dziennie przez trzy tygodnie. W Soczi z kolei zapamiętałem bardzo silną obecność wojska i duże zabezpieczenia militarne.
Jakie były ostatnie igrzyska pod względem organizacyjnym?
Widać, iż odchodzi się od wspólnych wiosek olimpijskich. Zawodnicy często mieszkają w hotelach, z własnymi kucharzami. Kraje coraz częściej się izolują, głównie ze względów zdrowotnych, z uwagi na mieszanie się sportowców z różnych kontynentów.
Sportowo ostatnie igrzyska były udane dla biegaczy.
Tak, szczególnie dzięki świetnym startom Elizy i Dominika na 50 km.
To pewnie także Pana sukces?
Byliśmy bardzo zadowoleni z naszej pracy. Widać to było zarówno po wynikach naszych zawodników, jak i Czechów.
Podzielał Pan zaskoczenie wynikami Australijczyków?
W finale drużynowym byli tuż za nami, ale to nie przypadek. Australijka zdobyła wcześniej medal w kategorii U23, a ich zawodnicy mieszczą się w czołowej pięćdziesiątce. To nie są już przypadkowi sportowcy.
Jak Pan, jako Istebnianin, odbiera sukcesy zawodników z Trójwsi Beskidzkiej?
Jestem z nich bardzo dumny. Istebna to mała miejscowość, wszyscy się znamy. Znam Dominika Burego, jego brata Kamila i Elizę od lat. Tym bardziej cieszy, iż często przygotowywali się samodzielnie. To pokazuje charakter i determinację. Dużą rolę odgrywają też rodzice i trenerzy, którzy często pracują niemal społecznie, a dzieci trenują w trudnych warunkach.
Latem również zajmujecie się serwisem?
Tak, przygotowujemy rolki i trasy, a także pracujemy nad sprzętem na kolejny sezon i własną kondycją. Zimą spędzamy całe dni na trasie, testując narty – pokonujemy choćby 20-40 km dziennie. Dlatego musimy być w bardzo dobrej formie fizycznej, żeby wytrzymać sezon.
Życzę udanych przygotowań i dziękuję za rozmowę.

2 godzin temu















