Zielony Trener : Zacznijmy od początku. Jesteś absolwentem jednej z najbardziej znanych akademii siatkarskich w Polsce, Akademii Talentów Jastrzębskiego Węgla.
Jakub Turski: Tak, zgadza się.
Z.T: Później trafiłeś do pierwszej drużyny. Wtedy trenerem był już Ferdinando De Giorgi?
JT: Jeszcze nie. Wtedy trenerem był Mark Lebedew. To było w trzeciej klasie liceum. Pamiętam, iż był grudzień, chwilę przed świętami. Zadzwonił do mnie drugi trener pierwszej drużyny i powiedział, iż mam pojawić się na treningu zespołu PlusLigi. Nie muszę chyba mówić ,że było to dla mnie duże wyróznienie.
Z.T: Wcześniej obserwowali cię w akademii?
JT: Tak mi się wydaje. W naszym roczniku było trzech środkowych. Najwyraźniej uznano, iż w tamtym momencie prezentowałem się najlepiej i dostałem szansę. Zacząłem trenować z pierwszym zespołem.
Z.T.: Od razu byłeś gotowy na PlusLigę?
JT: Nie. Absolutnie nie. Bardziej pomagałem drużynie w treningach. Bywałem w czternastce meczowej, ale wiedziałem, iż nie jestem jeszcze gotowy na regularne granie na tym poziomie. Starałem się wykorzystać każdą minutę treningu.
Z.T.: A później dostałeś kontrakt.
JT: Tak. Po tym półroczu klub zaproponował mi kontrakt. Zostałem tam jeszcze na dwa kolejne sezony. Łącznie spędziłem około dwóch i pół roku w pierwszym zespole.
Z.T.: Jak wspominasz ten okres?
JT: Fantastycznie. Trener Mark Lebedew dawał mi szanse. Czasami wchodziłem na zagrywkę, zdarzały się wejścia pod siatkę. Później przyszedł trener Ferdinando De Giorgi i również dostawałem swoje okazje. choćby prawie cały mecz zagrałem w Lidze Mistrzów.
Z.T.: Później nastąpiła zmiana.
JT: Tak. Trener De Giorgi odszedł, przyszedł Roberto Santilli. To był już moment walki o medal, więc wejść na boisko było trudniej. Presja była dużo większa.
Z.T.: Masz medale z tamtego okresu?
JT: Mam dwa brązowe medale mistrzostw Polski. W sezonie, w którym dołączyłem do pierwszej drużyny, zdobyliśmy trzecie miejsce. Później było piąte miejsce, a w moim ostatnim sezonie znów brąz.
Z.T.: To musiało robić wrażenie na młodym chłopaku.
JT: Bardzo. Nagle znalazłem się w szatni z zawodnikami, których wcześniej oglądałem w telewizji albo na filmach w internecie. Dla mnie byli gwiazdami. Chwilę później trenowałem razem z nimi. To było ogromne doświadczenie.
Z.T.: Miałeś wtedy siatkarskich idoli?
JT: Było ich wielu. Dzisiaj patrzę na siatkówkę trochę inaczej. Bardziej analizuję rozwiązania techniczne. jeżeli miałbym wskazać kogoś z polskich środkowych, to na pewno imponuje mi Jakub Kochanowski. Jego szybkość, dynamika i sposób poruszania się po boisku robią ogromne wrażenie.
Z.T.: Kiedy trafiłeś do Chełma, trener Andrzejewski od początku mówił, iż każdy będzie musiał wywalczyć swoje miejsce?
Jakub Turski: Tak i myślę, iż tak właśnie było. Nie było wielkiego obiecywania przed sezonem. Zresztą uważam, iż takie rozmowy kilka znaczą. Ostatecznie wszystko i tak wychodzi na boisku. Gra ten, kto lepiej pasuje do koncepcji albo prezentuje się lepiej w danym momencie.
Z.T.: Miałeś okres, kiedy regularnie wychodziłeś w pierwszym składzie.
JT: Tak. Czułem wtedy, iż dobrze wyglądam na treningach i dostawałem swoje szanse. Później przyszło kilka meczów z rzędu w podstawowym składzie. Ale nigdy nie patrzyłem na to w ten sposób, iż miejsce mi się należy.
Z.T.: Nie było rozczarowania, kiedy wracałeś na ławkę?
JT: Nie. Oczywiście każdy sportowiec chce grać, ale trzeba rozumieć swoją rolę. To jest sport drużynowy. jeżeli kolega gra dobrze, to drużyna na tym korzysta. Trzeba umieć spojrzeć szerzej niż tylko przez własne minuty na boisku.
Środkowy od czarnej roboty
Z.T.: Jakim jesteś środkowym?
JT: Chyba takim, który rozumie swoją rolę. Nie jestem zawodnikiem, który musi być cały czas w centrum uwagi. Gram na pozycji, gdzie często wykonuje się pracę, której nie widać w statystykach.
Z.T.: Co uważasz za swój największy atut?
JT: Myślę, iż potrafię dobrze oceniać ryzyko. Nie jestem zawodnikiem, który będzie robił coś za wszelką cenę. Staram się podejmować dobre decyzje dla drużyny.
Z.T.: Czyli nie jesteś typem szaleńca na boisku?
JT: Raczej nie. Są zawodnicy, którzy potrafią wziąć na siebie ogromną odpowiedzialność i często to się sprawdza. Ja czuję się dobrze w swojej roli. Wiem, iż czasami trzeba zrobić tę mniej widowiskową robotę.
Presja jest potrzebna
Z.T.: Łatwo radzisz sobie z presją?
JT: Coraz łatwiej. Na początku było trudniej. Wracałem do PlusLigi po kilku latach gry na niższych poziomach i naturalne było, iż człowiek czuł presję.
Z.T.: Dzisiaj?
JT: Dzisiaj pomaga doświadczenie. Kiedy dostajesz szansę, grasz mecze i widzisz, iż dajesz sobie radę, to pewność siebie rośnie.
Z.T.: Masz jakieś rytuały przed meczem?
JT: Nie. Nie mam szczęśliwych skarpetek ani żadnych przesądów. Staram się podejść do meczu tak samo jak do treningu. To działa najlepiej.
Z.T.: Muzyka?
JT: Rap.
Z.T.: Konkretnie?
JT: Ostatnio sporo Pezeta, ale słucham różnych rzeczy.
Z.T.: Słuchawki na uszach aż do wyjścia na parkiet?
JT: Kiedyś tak było częściej. Teraz wolę porozmawiać z chłopakami. Zauważyłem, iż gdy za bardzo zamykam się w muzyce, to trochę odcinam się od drużyny. A jednak wolę być częścią tego wszystkiego.
Trener spokojniejszy niż się wydaje
Z.T.: Trener Andrzejewski sprawia wrażenie spokojnego człowieka.
JT: Bo taki jest. Trenowałem z trenerami, którzy reagowali dużo bardziej emocjonalnie. Trener Andrzejewski potrafi zachować spokój.
Z.T.: A Ferdinando De Giorgi?
JT: Był bardziej ekspresyjny. Częściej pokazywał emocje i niezadowolenie. Ale też trzeba pamiętać, iż to był najwyższy poziom siatkówki, jaki wtedy widziałem.
Z.T.: Krążą legendy o jego treningach.
JT: Słyszałem podobne historie, ale u nas nie wyglądało to aż tak ekstremalnie. Treningi były bardzo intensywne, ale nie trwały po trzy godziny. Po prostu człowiek naprawdę ciężko pracował.
Rodzina zawsze była obok
Z.T.: Kto najbardziej wspierał cię w karierze?
JT: Rodzice.
Z.T.: Tata też miał coś wspólnego ze sportem?
JT: Tak. Grał amatorsko w siatkówkę. To on zaraził mnie sportem. Dzięki niemu aktywność fizyczna była czymś naturalnym.
Z.T.: Jeżdżą na mecze?
JT: Tak. Teraz jest trudniej, bo mieszkam daleko od domu, ale kiedy tylko mogą, pojawiają się na trybunach.
Z.T.: To oni najbardziej przeżywają?
JT: Myślę, iż tak.
Komentarze bolą bardziej rodzinę niż zawodników
Z.T.: Czytasz komentarze po meczach?
JT: Nie.
Z.T.: Nigdy?
JT: Naprawdę bardzo rzadko. Nie widzę w tym sensu.
Z.T.: Dlaczego?
JT: Bo komentarz może napisać każdy. Krytyka jest potrzebna, ale powinna być konstruktywna. Często jest jednak pisana pod wpływem emocji.
Z.T.: Zawodnik jest odporny?
JT: Z czasem tak. Problem polega na tym, iż często czytają to nasi bliscy. Rodzice, rodzina, znajomi. I to właśnie ich takie komentarze potrafią zaboleć bardziej niż nas.
Z.T.: Zawodnik wie przecież, kiedy popełnił błąd.
JT: Dokładnie. Nie potrzeba tysiąca komentarzy, żeby zawodnik wiedział, iż popełnił błąd. On wie o tym już w momencie, kiedy piłka spada na boisko.
Bez konfliktów i bez teatru
Z.T.: Lubisz prowokacje pod siatką?
JT: Nie.
Z.T.: choćby po efektownym bloku?
JT: Mogę spojrzeć przeciwnikowi w oczy, kiedy są emocje, ale nie jestem człowiekiem konfliktowym. Nigdy nie czułem potrzeby robienia teatru na boisku.
Z.T.: Niektórzy żyją z takiego „trash talku”.
JT: I jeżeli komuś to pomaga, to w porządku. Ja po prostu nie jestem taki. Gdybym próbował się tak zachowywać, byłoby to sztuczne.
Chełm okazał się dobrym miejscem
Z.T.: Dobrze czujesz się w Chełmie?
JT: Tak. To spokojne miasto. W pewnym momencie człowiek dochodzi do wniosku, iż nie ma większego znaczenia, czy do domu ma godzinę czy sześć godzin drogi. I tak większość czasu spędza się na treningach, wyjazdach i meczach.
Z.T.: Czyli decyzji nie żałujesz?
JT: Ani trochę. Trafiłem do dobrego klubu, poznałem świetnych ludzi i uważam, iż był to bardzo dobry krok.
Z.T.: Jakie nadzieje wiążesz z przyszłym sezonem? Play-offy?
JT: Dobrze by było. Nie chciałbym stawiać sztywnego celu, iż musimy być w play-offach, bo jak nie będziemy, to będzie źle. Ale warto stawiać sobie ambitne cele. Indywidualnie chciałbym przede wszystkim zagrać sezon w zdrowiu. Chciałbym rozegrać więcej meczów, zdobyć więcej punktów i być z siebie bardziej zadowolony niż w tym sezonie.
Drużynowo uważam, iż jeżeli dobrze się zgramy, to stać nas co najmniej na walkę o play-offy.
Z.T.: Czyli apetyt jest większy niż tylko utrzymanie?
JT: Zdecydowanie. Utrzymanie było celem w tym sezonie i udało się go zrealizować. Teraz trzeba myśleć o kolejnym kroku.
Z.T.: A prywatnie? Czego życzyć Jakubowi Turskiemu?
JT: Zdrowia. To zawsze jest najważniejsze. A poza tym spokoju, czasu dla bliskich i możliwości dalszego rozwoju. Mam poczucie, iż jeszcze wiele przede mną i chciałbym sprawdzić, gdzie tak naprawdę znajduje się mój siatkarski sufit.
Z.T.: Czyli najlepszy Jakub Turski dopiero przed nami?
JT: Mam taką nadzieję.

















!["Żal patrzeć". Bolesny upadek legendy Cristiano Ronaldo [OPINIA]](https://sf-administracja.wpcdn.pl/storage2/featured_original/6a32f7b2d3c581_83388895.jpg)
