Jedzenie szczurów, palenie zwłok i zabieranie duszy Jerzy był w niemal 150 krajach

slowopodlasia.pl 1 godzina temu
Dla większości ludzi podróżowanie to kadr z pocztówki: wygładzony, pozbawiony rys, bezpiecznie zamknięty w granicach kurortowego hotelu z opcją all inclusive. Dla Jerzego Koprianiuka, pasjonata z podróży i obywatela świata z Kożanówki w gminie Rossosz przygoda zaczyna się tam, gdzie znika schemat, a zaczyna prawdziwe życie. Jerzemu na drodze stawali nie tylko życzliwi ludzie, ale i niebezpieczne zwierzęta. Fot. ze zbiorów J. KoprianiukaJerzy odwiedził blisko 150 państw, ma za sobą dziesiątki tysięcy przemierzonych kilometrów, noclegi w wieloosobowych hostelach, dzikie przejazdy lokalnymi autobusami oraz setki spotkań z ludźmi z najdalszych zakątków ziemi. Oto opowieść o człowieku, który udowadnia, iż świat nie jest obcy ani groźny – wystarczy chcieć go naprawdę poznać, zrozumieć i dotknąć na własnych zasadach.Mapa samochodowa zamiast InternetuWszystko zaczęło się w latach 70. W czasach, gdy o Google Maps nikt jeszcze nie słyszał, a świat za żelazną kurtyną wydawał się nieosiągalną odległością. Młody Jerzy spędzał godziny nad atlasami geograficznymi i papierowymi mapami. Zamiast czekać na wycieczki, chłonął wiedzę, analizując układy dróg, strefy klimatyczne i granice państw.- Od małego u mnie ta geografia była. Każdemu to mówię: ja mogę jako dziecko dyskutować z profesorem z UJ z Krakowa. Geografia u mnie była od małego, tak jak niebo nad moją głową. Nauczyciele dopytywali, skąd ja w tym temacie wiem więcej. A ja miałem mapy i je studiowałem. Pamiętam, iż w szkole podstawowej miałem mapę samochodową. Już w wieku 15 lat znałem wszystkie stolice świata – wspomina mężczyzna.Przełom w jego życiu przyniósł rok 1989 i upadek ustroju komunistycznego w Polsce. Otwarcie granic i swobodny dostęp do paszportów były niczym zielone światło dla kogoś, kto od lat nosił w głowie gotową mapę świata. - Pierwszy raz udałem się w podróż w 1993 roku, po przemianach, jak już można było paszport wyrobić na spokojnie. Zacząłem od naszych kresów: Białoruś, Ukraina, Litwa. A pierwszy raz w odważniejszą podróż samemu wyruszyłem, obierając kierunek: Grecja, Turcja, Albania, Kosowo – bez znajomości ani jednego słowa obcego. Nie mam pojęcia, jak sobie poradziłem – śmieje się Jerzy.Ola, towarzyszka podróży. Madagaskar. Fot. ze zbiorów J. KoprianiukaSztuka logistyki Jerzy Koprianiuk nie korzystał z usług biur podróży. Zamiast gotowych wycieczek i przewodników z tabliczką wybiera pełną niezależność. Sam układa trasy, wylicza czasy przesiadek i analizuje rozkłady jazdy lokalnych przewoźników. Dla niego logistyka to nie przykry obowiązek, ale istotna część podróżniczej pasji. Planowałem podróże i sam jeździłem, w ogóle bez biura. A wie Pani, ja mogę godzinami patrzeć na mapę. Niektórzy nie lubią planowania podróży, a ja sobie robię rozpiskę: tu mam pół godziny, tu wiem, iż mam następny autobus, patrzę jak jeżdżą autobusy... I tak po kolei przechodzę z punktu do punktu. Abym mógł zwiedzić np. Wietnam, Laos, Kambodżę w dwa tygodnie, to logistyka musi być idealna – opowiada.Podróżowanie w wydaniu Jerzego wymaga też odpowiedniego nastawienia i kondycji fizycznej. Luksus i wylegiwanie się na plaży to dla niego marnowanie czasu. Liczy się ruch, zwiedzanie i stały kontakt z miejscem, w którym się znajduje. - I każdy się dziwi, jak ten podróżnik z Kożanówki tak piechotą i transportem podróżuje. Pobyt w kurorcie przez 2 tygodnie? To nie dla mnie. Cały czas muszę być w ruchu! Plaża dla mnie to maksymalnie godzina. Tylko raz kąpałem się w morzu w Wietnamie. Miałem akurat trochę czasu między autobusami, to poświęciłem czas na plażę. A tak, muszę cały czas jeździć i zwiedzać – zaznacza.O oszczędnościach i logistyce decyduje również wybór noclegów. Zamiast luksusowych hoteli wybiera proste warunki, stawiając cel wyprawy ponad osobisty komfort: - jeżeli pytają mnie o noclegi, odpowiadam: hostele. To nie jest bardzo przyjemne, na przykład w Norwegii nocowałem w pokoju na 20 osób, ale za to tanio, za 105 złotych za dobę. W Szwecji pokój na 28 osób. Staram się wybierać jak najtańsze noclegi, żeby jak największą część czasu i pieniędzy poświęcić na zwiedzanie.Wyspa Wielkanocna. Fot. ze biorów J. KoprianiukaOd Gangesu po białe nocePrzemierzając świat, Jerzy z bliska przyglądał się niezwykłym, a często wręcz szokującym z perspektywy Europejczyka rytuałom i obyczajom. Widział rzeczy, o których większość słyszy jedynie w filmach dokumentalnych. W Indiach trafił nad brzeg Gangesu – rzeki uznawanej przez wyznawców hinduizmu za świętą, gdzie zmarli łączą się z żywiołami.- W Indiach nad Gangesem widziałem palenie zwłok. Tylko bogaty człowiek może się spalić. Tutejsi zwożą nad brzeg rzeki stosy drewna, układają na nich zwłoki i palą je ok. godziny. Później resztki wrzucają do Gangesu. A tam obok ludzie się kąpielą, piją wodę... A te zwłoki przepływają. To jest szokujący widok – opowiada mieszkaniec Kożanówki.Inne podejście do życia i śmierci zaprowadziło go także do Kolumbii, gdzie trafił do miejsc kojarzonych z najmroczniejszą historią przestępczości. - Byłem w takich miejscach jak grób Pabla Escobara w Medellín. Bardzo skromny, bardzo prosty grób, a ludzie tam podchodzą, jakby to był ktoś wielki. Pieniądze miał gigantyczne, a grób nadzwyczaj skromny – komentuje podróżnik.Pieczone szczury i żabyW kulturze orientalnej zderzył się również z odmiennymi tradycjami kulinarnymi. Podróż po Azji południowo-wschodniej była okazją do spróbowania potraw, które dla Polaka mogą brzmieć egzotycznie lub wręcz ekstremalnie.- W Tajlandii jada się różne pająki. Ja próbowałem żabki – choćby smaczna, smakuje trochę jak sucha ryba. A w Laosie jechałem całą dobę autobusem, zatrzymaliśmy się i pytam policjanta, co to za mięso sprzedają. A on na to: „Szczury! Szczury wodne, to najlepsze danie!”. Dwóch chłopaków z Polski poszło i zjadło tego szczura, bo jakby odmówili, to gospodarze, którzy ich zaprosili, by się pogniewali – opowiada Jerzy.Fotografowanie zabiera duszęJednocześnie podróżnik natrafił na głęboko zakorzenione tabu kulturowe związane z fotografowaniem ludzi. W niektórych zakątkach globu aparat fotograficzny bywa traktowany z dużą nieufnością. - W niektórych miejscach nie wolno ludziom robić zdjęć bez pytania, bo uważają, iż odbiera im się duszę. W Maroku czy innych krajach od razu się zasłaniają. Ale z kolei w Indonezji jest zupełnie inaczej. Tam dziewczynki podchodziły do mnie i krzyczały: „Foto, foto!”. Ustawiała się cała kolejka, żeby zrobić sobie ze mną zdjęcie. Byłem tym wręcz zaskoczony – przyznaje podróżnik.Skrajności kulturowe to także różnice w klimacie i przyrodzie. Jerzy zwiedzał zarówno mroźny Spitsbergen oraz ponurą, deszczową Islandię, jak i tropikalną Azję. – Przykładowo w Islandii jest pięknie, ale dla mnie za głucho, ciemno i ponuro. Cały czas zimno, pada i pochmurno. A z kolei Azja – przeraża mnie ten upał. W Tajlandii o godzinie 7:00 rano jest już 35 stopni! Ale da się przetrwać. Za to najpiękniejsze miejsca? Zdecydowanie Sri Lanka – zielona wyspa, Indonezja – przepięknie! – zachwyca się mężczyzna.Ludzie są na ogół życzliwiJedną z najważniejszych lekcji, jakie Jerzy wyciągnął ze swoich wypraw, jest fakt, iż świat w rzeczywistości jest o wiele bezpieczniejszy i bardziej przyjazny, niż przedstawiają to nagłówki medialne. Kraje często określane mianem niebezpiecznych okazują się miejscami pełnymi ludzkiej serdeczności. – Wiele państw uważa się za bardzo niebezpieczne, a okazuje się, iż są bardzo bezpieczne. Taka Abchazja – nic mi tam w ogóle nie groziło. Propaganda straszy. Nie ma co wierzyć w to, co piszą. Teraz na przykład Białoruś: nie do pomyślenia, jak tam jest czysto, jedzenie wspaniałe, naturalne, bez żadnej chemii. A ludzie niezwykle życzliwi w sklepach i na ulicach – mówi Jerzy.Pytany o to, jaki naród okazał się najbardziej otwarty i gościnny wobec przybysza z Polski, Jerzy nie ma wątpliwości. - Gruzini! Niesamowicie gościnni. Tak samo dobrze wspominam podróż Koleją Transsyberyjską – 10 dni w jedną stronę, 7 z powrotem. Czas leciał momentalnie, Rosjanie w pociągu ciągle częstowali smakołykami, rozmawiali, atmosfera była świetna – wspomina.Koniec języka za przewodnikaPodróżowanie bez biegłej znajomości wielu języków obcych również nie stanowiło dla niego przeszkody. Język rosyjski otwierał mu drzwi w całej Europie Wschodniej i Azji Środkowej, a w innych miejscach pomagała życzliwość napotkanych ludzi i uniwersalny język gestów. - Rosyjskim władam perfekcyjnie. We wszystkich krajach dawnego Związku Radzieckiego nie było żadnego problemu. A tak to podstawowe słowa. Jak trzeba gdzieś trafić, to pokazuję w telefonie nazwę ulicy. W Albanii czy Rumunii pytałem człowieka o drogę, to potrafił rzucić swoje sprawy i poprowadzić mnie kilkaset metrów, żeby pokazać adekwatny kierunek. Ludzie na świecie są bardzo pomocni – przyznaje podróżnik.Oczywiście w trakcie tak licznych wypraw nie dało się całkowicie uniknąć trudnych sytuacji zdrowotnych czy losowych. Podczas podróży po Oceanie Spokojnym Jerzy musiał zmierzyć się z nagłą chorobą. - Na wyspach Tonga, w upale otarłem sobie nogę i wdarła się choroba – róża. Na szczęście to było tuż przed powrotem do Polski. Jak wracałem, było 33 stopni upału, a noga puchła. Zaraz po przylocie trafiłem do szpitala w Białej Podlaskiej, ordynator od razu zdecydował o leczeniu. Całe szczęście, iż dopadło mnie to przed samym domem, a nie gdzieś w środku dżungli!.Pasja bez granicPo ponad trzech dekadach podróżowania Jerzy Koprianiuk nie zwalnia tempa. Choć zwiedził już blisko 150 krajów, wciąż planuje kolejne trasy, analizuje połączenia lotnicze i szuka nowych wyzwań. Od pewnego czasu podróżuje z towarzyszką wypraw, Olą, z którą dzieli trudy i euforii drogi.Jego recepta dla młodych adeptów podróżowania jest prosta: solidna wiedza, umiejętność chłodnego planowania i szacunek do odwiedzanych miejsc. - Trzeba mieć bardzo dużą wiedzę geograficzną i dużo czytać, żeby wiedzieć, co po kolei zwiedzać. Nie można jechać w ciemno. Trzeba umieć zaplanować logistykę, połączenia, wiedzieć, gdzie iść. No i podstawa w podróżach to ubezpieczenie oraz podstawowe szczepienia! – radzi.Mimo ogromnej listy odwiedzonych miejsc – od Ameryki Południowej, przez Afrykę, po kraje wyspiarskie Oceanii – jest jedno miasto, do którego Jerzy wraca z niezmiennym sentymentem i zachwytem. – To Rzym. Byłem tam już z 15 razy, ale mnie tam ciągle ciągnie. Pokochałem to miasto. Katedra na Lateranie, Koloseum, Plac Wenecki, Schody Hiszpańskie, Watykan... Trzeba tam jechać, iść i znowu to wszystko zobaczyć – mówi, bo pasja nie wymaga wielomilionowego budżetu ani wygód. Wystarczy ciekawość drugiego człowieka, odwaga do wyjścia poza schemat i otwarty umysł, gotowy na przyjęcie świata dokładnie takim, jaki jest.
Idź do oryginalnego materiału