Bardzo. Do dziś czuję, iż jestem technicznie bardzo powtarzalny. choćby teraz, jak czasem brakuje zawodników na treningu i muszę wejść, to widzę, iż te fundamenty dalej są moją mocną stroną. Te setki, tysiące odbić o ścianę, czasem choćby na korytarzu, kiedy sala była zajęta, zrobiły swoje. Do tego dochodził pad siatkarski – my uczyliśmy się go z oderwaniem obu nóg, na materacach. Dzisiaj w PlusLidze rzadko się to widzi, a my byliśmy tego uczeni od samego początku.
Z.T W młodości miałeś też problemy zdrowotne związane z sercem.
Tak, miałem wrodzoną wadę serca. Lekarz jednak nie zabronił mi trenować siatkówki. Powiedział, iż gdyby to była piłka nożna, to byłby problem, ale siatkówka nie jest aż tak intensywna pod tym względem. Jeździłem kilka razy do sanatorium kardiologicznego do Polanicy-Zdroju. To było bardziej leczenie klimatyczne niż jakieś poważne zabiegi. Z czasem badania pokazały, iż ubytek się zamknął i uznano mnie za zdrowego. Kiedy wyjeżdżałem do Avii Świdnik w wieku 17 lat, byłem już normalnie dopuszczony do sportu i tak naprawdę nikomu się tym nie chwaliłem.
Z.T. Kiedy pojawił się moment, iż pomyślałeś: „to już nie jest tylko zabawa”?
T.J. Wtedy, kiedy przeszedłem z Chełma do Avii Świdnik. Trafiliśmy tam trzej siedemnastolatkowie do pierwszego zespołu. Trenerem był Andrzej Grygołowicz, bardzo utytułowany szkoleniowiec. Już w pierwszym sezonie trenowaliśmy z seniorami przez cały okres przygotowawczy. Na początku grałem tylko w juniorach i w trzeciej lidze, żeby się ogrywać, ale z sezonu na sezon dostawałem coraz więcej szans. Wtedy poczułem, iż to już jest naprawdę poważna siatkówka.
Z.T To musiało być zderzenie z innym poziomem.
T.J Zdecydowanie. W Chełmie byłem jednym z wyróżniających się zawodników w swoim roczniku, a w Świdniku byłem jednym z wielu. To bardzo mobilizowało. Fizycznie byłem słabszy, chudy, musiałem nadrabiać pracą. Pamiętam biegi, interwały – zawsze chciałem mieć najlepsze czasy. Rywalizacja mnie nakręcała.
Z.T Miałeś momenty zwątpienia?
T.J. Nie przypominam sobie, żebym chciał rzucić siatkówkę. Zawsze chciałem być najlepszy: zdobywać punkty, robić asy serwisowe. Często jeździłem rano na halę z koszykiem piłek i trenowałem zagrywkę. Wiedziałem, iż skoro nie mam idealnych warunków fizycznych, to muszę to nadrobić pracą.
Z.T. Jak radziłeś sobie z presją i porównywaniem do innych?
Na początku nie było tej presji aż tak dużo, bo nie grałem w pierwszym zespole. Ale na mistrzostwach Polski juniorów zobaczyłem takich zawodników jak Łukasz Żygadło i wtedy dotarło do mnie, ile jeszcze przede mną. Zrozumiałem, iż wielu chłopaków w moim wieku jest ode mnie lepszych. To mnie nie zniechęciło, tylko jeszcze bardziej zmotywowało do pracy, chociaż do reprezentacji się nie przebiłem.
Z.T. Kolejnym ważnym etapem była Resovia Rzeszów. W jakich okolicznościach tam trafiłeś?
T.J. Resovia wtedy dopiero wracała do PlusLigi i budowała swoją pozycję. Pamiętam bardzo dobrze mecz w 2004 roku, kiedy Avia Świdnik wygrała w Rzeszowie. To był chyba jedyny mecz w tamtym sezonie, który Resovia przegrała u siebie. Zagrałem wtedy bardzo dobre spotkanie i możliwe, iż właśnie ten mecz miał duży wpływ na to, iż w kolejnym sezonie trafiłem do Rzeszowa.
Z.T. Czułeś, iż trafiasz do „dużego klubu”?
T.J. Wtedy jeszcze nie do końca. Resovia była beniaminkiem i dopiero uczyła się profesjonalizmu. Najmocniejsze zespoły w Polsce to były wtedy Mostostal Kędzierzyn-Koźle i Częstochowa. Resovia była w fazie budowy. Oczywiście już wtedy były ambicje, ale to nie był jeszcze ten klub, który później zdobywał mistrzostwa Polski i grał o najwyższe cele.
Z.T. Jak wyglądały Twoje pierwsze sezony w Rzeszowie?
T.J.Zajmowaliśmy miejsca w okolicach piątego, szóstego. Klub się rozwijał, z roku na rok było coraz lepiej, zaczęli przychodzić coraz lepsi zawodnicy, także z zagranicy. Ja grałem regularnie, ale w pewnym momencie na mojej pozycji zrobiło się dość ciasno i uznałem, iż żeby się dalej rozwijać, potrzebuję zmiany.
Z.T. Olsztyn i powrót do Rzeszowa – I wtedy pojawił się Olsztyn?
T.J. Tak, poszedłem do Olsztyna na dwa lata. To był dobry ruch, bo tam grałem dużo i mogłem się dalej rozwijać. Po tych dwóch sezonach Resovia znowu się do mnie odezwała i wróciłem do Rzeszowa.
Z.T. To był już inny klub niż ten, który opuszczałeś?
T.J. Zdecydowanie. Klub był już dużo bardziej poukładany, bardziej profesjonalny. Trenerem był Ljubomir Travica, a jego asystentem Andrzej Kowal. W zespole byli już zawodnicy z dużymi nazwiskami. To był kolejny krok do przodu.
Z.T. Trafiłeś wtedy do zespołu z Georgem Grozerem.?
T.J. Tak, graliśmy razem na jednej pozycji. To był bardzo mocny zawodnik, o ogromnych możliwościach fizycznych. W tym sezonie zdobyliśmy brąz mistrzostw Polski. Dla mnie to był bardzo dobry czas w Rzeszowie. –
Z,T, Słyszałem, iż byłeś wtedy kapitanem zespołu. T.J Tak, trener Travica mianował mnie kapitanem. To było dla mnie duże wyróżnienie, bo w drużynie byli reprezentanci Polski i Niemiec, a mimo to trener postawił właśnie na mnie. To pokazywało, iż mi ufa i iż mam w zespole swoją pozycję.
Z.T. Dlaczego mimo tego zdecydowałeś się odejść?
T.J. Klub dalej się rozwijał, przychodzili kolejni atakujący i znowu zrobiło się ciasno na mojej pozycji. Wiedziałem, iż jeżeli chcę grać regularnie, to muszę poszukać nowego miejsca. Tak zaczęła się moja przygoda z zagranicą. Grecja, Francja, Kielce .
Z.T. Najpierw była Grecja.
T.J. Tak, wyjechałem do Grecji, a potem sezon dokończyłem we Francji, w Narbonne. To było interesujące doświadczenie – inne ligi, inny styl gry, inna mentalność. Człowiek uczy się tam nie tylko siatkówki, ale też życia w innym kraju, funkcjonowania w innym środowisku.
Z.T. Później wróciłeś do Polski, do Kielc.
T.J. Tak, zagrałem jeden sezon w Efektorze Kielce . Po nim pojawił się jednak poważniejszy problem z barkiem. Kontuzja barku i operacja – Przez większość kariery kontuzje raczej Cię omijały. – To prawda. Oczywiście zdarzały się drobne urazy, jakieś skręcenia, bóle kolan od przeciążeń, ale nic, co wyłączałoby mnie na długo z gry. Dopiero po sezonie w Kielcach okazało się, iż z barkiem jest poważny problem. – Co dokładnie się stało? – Okazało się, iż mięsień nadgrzebieniowy jest do szycia. To nie było jakieś jedno konkretne zerwanie w jednym momencie, tylko efekt wielu lat grania, obciążeń, skakania, atakowania. Trzeba było zrobić operację. – Gdzie przeszedłeś zabieg? – W Bielsku-Białej, u bardzo dobrego specjalisty. Wiedziałem, iż jeżeli już się operować, to u kogoś sprawdzonego. Po operacji czekała mnie długa rehabilitacja i praktycznie cały sezon przerwy. – Nie miałeś wtedy wątpliwości, czy jeszcze wrócisz do grania? – Wiedziałem, iż chcę spróbować. Oczywiście w głowie pojawiają się różne myśli, bo to nie jest łatwy moment, ale byłem nastawiony na to, żeby jeszcze raz wyjść na boisko. ⸻ Ostatni zagraniczny etap – Czechy – I udało się: był jeszcze wyjazd do Czech. – Tak, dzięki menedżerowi i po badaniach dostałem propozycję z czeskiej ekstraligi, z Przybramu. Pojechałem tam na jeden sezon. To był mój ostatni sezon na najwyższym poziomie. – Jak wspominasz ten czas? – Bardzo dobrze. Fajna liga, dobre warunki, wszystko poukładane. Dla mnie to było też takie symboliczne zamknięcie kariery na poziomie ekstraklasy. ⸻ Sanok i przejście w stronę trenerki – Po Czechach był jeszcze Sanok. – Tak, to był już drugi poziom rozgrywek w Polsce. Pojechałem tam z jasnym celem: zrobić awans. Udało się. To był już jednak moment, kiedy coraz bardziej dawały o sobie znać kolana i czułem, iż jako zawodnik zbliżam się do końca. – Kiedy pojawiła się myśl, żeby zostać trenerem? – Chyba zawsze wiedziałem, iż po karierze zostanę przy siatkówce. Już wcześniej, jeszcze w Olsztynie, zrobiłem papiery trenerskie – drugi stopień, który do dziś jest honorowany. W Sanoku byłem już grającym trenerem i tam ta droga trenerska zaczęła się na dobre. Droga trenerska: Sanok , Sędziszów i łączenie sportu z pracą – W Sanoku zacząłeś już na serio pracę jako trener. Jak to wyglądało? – Byłem grającym trenerem. To był taki naturalny etap przejścia z grania do trenowania. Już wcześniej miałem papiery trenerskie zrobione w Olsztynie, więc formalnie też byłem do tego przygotowany. Wtedy przekonałem się, jak zupełnie inaczej wygląda siatkówka z boku boiska, a nie z parkietu. – Dziś prowadzisz Avię Solar Sędziszów Małopolski. Jak wygląda u Ciebie codzienność? – Pracuję normalnie poza sportem, w firmie logistycznej, już od sześciu–siedmiu lat. Trenujemy trzy razy w tygodniu, do tego mecz w sobotę. Da się to pogodzić, chociaż oczywiście wymaga to dobrej organizacji. jeżeli kiedyś będzie awans, to wtedy trzeba będzie się zastanowić, co dalej, bo przy wyższym poziomie te wymagania są już zupełnie inne. ⸻ Chełm, PlusLiga i tożsamość klubów – Patrzysz na rozwój siatkówki w Chełmie z perspektywy człowieka, który przeszedł całą drogę – od „Komunalnych” po PlusLigę. – Uważam, iż Chełm utrzyma się w PlusLidze. Nie było tam rewolucji kadrowej, tylko raczej korekty. Zespół jest zgrany, ma swoje automatyzmy i mechanizmy. To widać na boisku. – Często podkreślasz znaczenie tożsamości klubu. – Bo to jest klucz w sporcie zespołowym. Spójrz na Zawiercie, na Kędzierzyn,teraz na Lublin – tam wszystko buduje się latami, krok po kroku. To nie jest ciągłe wywracanie drużyny do góry nogami. Dlatego moim zdaniem Resovia w ostatnich latach nie miała takich sukcesów jak wcześniej – było za dużo zmian, brakowało ciągłości. Podsumowanie drogi – Gdy dziś patrzysz wstecz na swoją drogę – od szkolnej sali do PlusLigi i zagranicznych lig – co było najważniejsze? – Praca. Cały czas praca. Ja nigdy nie byłem tym najbardziej utalentowanym czy najlepiej zbudowanym fizycznie zawodnikiem. Wszystko, co osiągnąłem, było efektem tego, iż bardzo dużo pracowałem: na treningach, poza treningami, samemu. Innej drogi po prostu nie ma. Gdybyś miał dziś powiedzieć jednym zdaniem, co jest w życiu najważniejsze, co by to było? – Miłość i pasja. Bez miłości do ludzi i bez pasji do tego, co się robi, wszystko inne traci sens. Dziękuję Ci za rozmowę, to był dobry czas i na koniec czego Ci życzyć ? Zdrowia. Dziękuję i pozdrawiam kibiców In postu Chelm.