Kosmonauci spod Czantorii

55 minut temu

Bywacie w zaolziańskim Nydku? Przy głównej drodze w centrum tej podgórskiej miejscowości znajduje się plac o nieregularnym zarysie. Jest tam parking i pętla autobusowa, a wokół urząd gminy, strażacka remiza, bary i pensjonaty. Ów plac miejscowi nazwali przed laty rynkiem kosmonautów. Wiecie dlaczego?

Wszystko wydarzyło się w roku 1963. W październiku. Po nydeckim kiermaszu odbywającym się zawsze z początkiem tego miesiąca. Po biesiadzie w istniejącej do dziś gospodzie „Pod Lipami” grupa podochoconych gości namówiła wówczas mocno już „wciętego” właściciela ustawionej na pobliskim placyku karuzeli, żeby ich powoził za „pół litra”. Wszystko działo się późnym wieczorem, przed zamknięciem popularnej knajpy. Przedsiębiorca usadowił swoich gości na karuzeli, włączył motor, po czym schował się do stojącego obok domku na kółkach, bo było okropnie zimno. Niespodziewanie zmożony nadmiarem napojów wyskokowych zasnął w bungalowie, pozostawiając wirujących nieszczęśników własnemu losowi. „Towarzystwo, było ich bodajże ośmioro, wirowało na upiornej karuzeli aż do wczesnego ranka” – wspominał po latach pochodzący z Nydka historyk, publicysta i społecznik Jan Rusnok.

Zatrzymanie tego „pieroństwa” spowodowali bowiem dopiero górnicy wyjeżdżający do pracy pierwszym autobusem. To oni zorientowali się, iż karuzela wozi wiszących bezwładnie na krzesełkach ludzi i obudzili pijanego operatora.

Szybko wezwano karetki, bo nieszczęśni balowicze przedstawiali opłakany wygląd. „Przemarznięci, pobrudzeni, bez butów, którymi rzucali w budę. Ci, którzy zachowali jeszcze odrobinę sił i potrafili mówić, opowiadali, iż długo wzywali pomocy, ale nikt jakoś nie dosłyszał” – relacjonował Jan Rusnok. „Kiedy zaś w licznej asyście schodzących się do hutniczych autobusów robotników ładowano niefortunnych karuzelowiczów do karetek, ktoś krzyknął: »kosmonauci«! I tak już zostało” – dodał.

Wiadomość o incydencie lotem błyskawicy obiegła czeską część Śląska Cieszyńskiego. Historia stała się także inspiracją dla Adama Wawrosza, zaolziańskiego gawędziarza i publicysty, który na jej motywach napisał opowiadanie gwarowe zatytułowane „Między niebym a ziymią”. Swą opowieść okrasił zaś kilkoma pikantnymi szczegółami…

Fot. Adrian Tync Wikimedia

Bohaterowie Wawrosza w drodze z pracy do domu wstąpili do gospody na „półke borowiczki”. Traf chciał, iż za stołem siedział m.in. „kumedyjant Papinek, kiery se pod gróniami postawił ringszpil z huśtaczkami i budke ze strzylaniną”. Ostatecznie towarzystwo „wygnali ze szynku” dopiero po północy i wtedy to „Mrózkowi pizło do głowy, by się przejechać na ringszpilu i kapkę ochłódzić czepanie. Papinek nie chcioł ruszyć pokoju nocnego, ale kiedy ślęczeli po nim i wciśli mu do ręki flaszeczkę rómu, zgodził się. Motor zacharczoł i wszyscy jak ptoszki zaczyni fyrkać w powietrzu. Życzliwy Papinek wloz do swojigo barłoga i zaczón doić flaszeczke. Przijymne ciepło i to stałe purkani motora zakleiły mu oczy. Przewrócił się na strużoku i usnął twardym snym.

Już pół godziny lotali nasi śląscy astrónauci i czuli, iż mają dość. Wołali na kumedyjanta, by zastawił to diobelstwo, ale nie dowołali sie. A czas gzuł. Na marowni pizła jedna godzina. Zimny wiater zaczón żgać do szpiku kości. Gorzołka już downo z czepani wywietrzała, a Papinka jak nie było, tak nie było. Wołali, krziczeli, ale jejich głos był głosym na puszczy. Kole drugi w nocy już nie zipli. Jedyn po drugim ściepowali z nóg bóty i prali do Papinkowego okna. Ale bóty jak na złość sie rozlatowały po zogónach. Kole trzeci czuli, iż się zbliżo ich koniec. Strzewa i żołądek nie wydzierżały tego rekordowego lotu i wzieno ich to na dwa kóńce. Wszystko poleciało z wiatrem. Tyrckała myśloł o skokaniu. Ale rozmyślił se to, iż by wylądowoł na murowani i mógłby se ubliżyć.

Kole sztwortej ku ranu nie widzieli już ani gwiozd nad Beskidami, ani nie słyszeli u Czetyny śpiywać kohóta. Frąkała po cichu mleł paciyrz, bo zapómnioł, iż już downo jest ateistą, a Łodyga, kieremu baba przikozała, aż się śpiycho z roboty, iż mu napiecze placków ze śmietónkom, czuł hórdani w żołądku i rozbeczoł się jak chłapiec. Mrózkowi kiejsi Cygónka wróżyła śmierć lotnika i czuł mięko pod sobą. Jewka od czasu do czasu prugowała wrzasknąć, ale był to pisk myszy, kierą kocór dęczy.

Stękała też nie był w stanie ani stękać. Wiedzioł, iż kiejsi umrzić musi, ale żeby na huśtaczce? Wszystkimu Frąkała winiyn, bo go wciągnął do gospody, i to plugawe kwicisko.

– jeżeli przeżyję, przyięgóm, iż sie do kieliszka nie podziwóm – szeptoł po cichu.

(…) Kole sztwortej rano daleko na wschodzie malowała się sznóreczka czyrwiónego nieba. Niedaleko w chałupie zachrochtały głodne świnie, a przed budą otępnie wył pies, jakby czuł śmierć. Chłopi z grónia walili na szychtę do hawiyrskigo autobusu. Jak widzieli, co się robi, obudzili Papinka, kierymu z dziwu włosy stanęły na głowie.

Jak zastawił motór, wszyscy jeszcze wydychali. We szpitolu po łyku kóniaku i w ciepłej wannie prziszli do siebie. Szczęśliwi, jakby na nowo naródzeni, tuplowali, iż izba wytrzyźbiyń w porównaniu z ryngiszpilym to je handra. (…) Po tym cyrkusie sie Papinek wytracił z dziedziny. Pod gróniami zakrólowała cisza”. Nie na długo.

Jakiś czas później nydeccy dowcipnisie przytaszczyli z huty trzynieckiej sporych rozmiarów metalowy model rakiety kosmicznej, wykorzystywany w pierwszomajowym pochodzie, i umieścili go na przygotowanym postumencie właśnie w miejscu, gdzie stała sławna karuzela. Na finał zaś – za milczącym przyzwoleniem władz – zorganizowali uroczyste odsłonięcie pomnika połączone z nadaniem uporządkowanemu przy okazji terenowi przed gospodą nazwy „Plac Kosmonautów”.

Co ciekawe, nie był to wcale koniec inwencji wesołków spod Czantorii. Przez lata przedmiotem pożądania za Olzą, zwłaszcza ludzi dowcipnych, była bowiem legitymacja Lotnika Kosmonauty San Beskido, nadawana przez szefa dowcipnisiów, Adama Morcinka, prezydenta owego San Beskido.

Idź do oryginalnego materiału