Kto nie biega, ten nie lata

2 godzin temu

Paralotniarstwo to wolność, adrenalina i bliski kontakt z naturą. Marek Siuda, mieszkaniec Lubonia, od ponad dekady realizuje swoją pasję do latania, przemierzając niebo nad Polską i najdalszymi zakątkami świata. O tym, jak zaczęła się jego przygoda z paralotnią, dlaczego bieganie jest nieodłącznym elementem latania oraz jakie doświadczenia zapamięta na całe życie, opowiada w rozmowie z „Gazetą Lubońską”.

Gazeta Lubońska: Skąd wzięła się Twoja pasja do paralotniarstwa i co sprawiło, iż zacząłeś latać 11 lat temu?

Marek Siuda: Jedenaście lat temu mój przyjaciel, wiedząc, iż marzy mi się skok na spadochronie, zaproponował zapisanie się na kurs paralotniowy i wytłumaczył mi, na czym to wszystko polega. Miałem wtedy zerowe pojęcie o paralotniarstwie. Decyzja zapadła w ciągu pięciu sekund. Zapisuj nas i jedziemy uczyć się latać.

Pierwszy etap kursu odbyliśmy w Międzybrodziu Żywieckim, w szkole paralotniowej ALTI prowadzonej przez Tamarę Dudek. Tam jako pierwszy z grupy zaliczyłem dziesięć prawidłowych zlotów z górki Jaworzynki i mogłem przystąpić do egzaminu teoretycznego. Na drugim etapie szkolenia w Zatorze poznałem Pawła Pata Trzęsowskiego, który prowadził szkolenie na wyciągarce. Ta metoda polega na tym, iż pilot jest holowany na linie, która nawija się na bęben i w ten sposób unosi się w powietrze. Na wysokości trzystu do czterystu metrów pilot zwalnia linę i zaczyna się swobodny lot.

Po uzyskaniu Świadectwa Kwalifikacji Pilota Paralotni wydanego przez Urząd Lotnictwa Cywilnego zacząłem latać samodzielnie, a później wraz z grupą Pata Trzęsowskiego w Polsce i na całym świecie.

Gazeta Lubońska: Biegasz regularnie, aby mieć lepszą kondycję do latania. Jak wygląda Twój trening i jak pomaga Ci to w paralotniarstwie?

Marek Siuda: Biegać zacząłem również jedenaście lat temu w Międzybrodziu Żywieckim, za namową przyjaciela, choć początkowo z dużymi oporami, bo w wieku szesnastu lat zerwałem na nartach przednie więzadło w kolanie. W paralotniarstwie funkcjonuje powiedzenie „kto nie biega, ten nie lata”. Z górki trzeba zbiec, żeby postawić skrzydło nad głową i bezpiecznie wystartować.

Biegam około trzech dni w tygodniu, zwykle po piętnaście kilometrów, czasami trochę więcej, czasami mniej. Bieganie daje kondycję, sprawność, wytrzymałość, pomaga utrzymać wagę i nieraz po lądowaniu pozwoliło mi pokonać wiele kilometrów pieszo. Tak było na przykład w kolumbijskiej dżungli czy w indyjskich Himalajach, gdzie dzięki tej sprawności udało mi się wyjść cało z bardzo trudnych miejsc.

A tak na marginesie, choć zaliczyłem czternaście maratonów i ukończyłem dwa triatlony, to na serio nie lubię biegać. Ale żeby latać, trzeba biegać.

Gazeta Lubońska: Latasz w bardzo różnych miejscach. Nad Bałtykiem w Trzęsaczu, nad dżunglą w Kolumbii, nad Himalajami w Indiach, w Maroku i na Teneryfie. Który z tych regionów dał Ci najwięcej niezapomnianych wrażeń i dlaczego?

Marek Siuda: Na dziś powiedziałbym, iż Himalaje. Najwyższe góry świata hipnotyzują. Lata się tam na wysokościach od trzech do pięciu i pół tysiąca metrów, a czasem choćby wyżej. Często krąży się z sępami dosłownie na wyciągnięcie ręki. To ogromne i piękne ptaki, które w pewnym sensie pomagają nam latać.

Właśnie tam, w 2024 roku, ostatniego dnia przed powrotem do New Delhi, uczący się pilot z Indii, który nie do końca ogarniał zasady pierwszeństwa, wleciał mi w skrzydło. Spadaliśmy splątani z prawie trzech tysięcy metrów i tylko spadochrony zapasowe oraz ogromne szczęście uratowały nam życie. Uderzyłem plecami w mocno pochyłe zbocze, dwa metry od wielkiego głazu, a on zawisł metr nad ziemią na drzewie. Farciarz.

Nie ukrywam, iż miałem ochotę walnąć go w tę pustą łepetynę, ale odpuściłem, bo z dwumetrowym żołnierzem indyjskim raczej bym poległ. On został na górze, a ja postanowiłem zejść do doliny. To była czterogodzinna epopeja przetrwania. Kolejny cud, iż przeżyłem, schodząc dwa i pół tysiąca metrów w dół, ale to już dłuższa historia.

W tym roku poleciałem w głąb Himalajów na nowym skrzydle. Znów były niesamowite przeżycia, na szczęście bez kolizji w powietrzu.

Gazeta Lubońska: Czym różnią się warunki do latania w Polsce od tych, które spotkałeś za granicą, pod względem klimatu, termiki i atmosfery latania?

Marek Siuda: Każde miejsce ma swój urok. Polska z góry jest przepiękna. Latałem nad zamkiem w Stobnicy, nad twierdzą w Srebrnej Górze, nad Wisłą, Odrą i Wartą. Nad „Darem Pomorza” i „Błyskawicą” w Gdyni. Próbowałem choćby przybić piątkę z Jezusem w Świebodzinie, ale jeszcze się nie udało.

Za granicą zachwyca egzotyka. Poznaje się nowych ludzi, próbuje lokalnych potraw. W grupie zapalonych paralotniarzy odwiedzamy miejsca, których żadne biuro podróży nie ma w swojej ofercie. Wszystkie wyjazdy organizujemy sami.

Gazeta Lubońska: Latasz, biegasz, jeździłeś konno. Jak żona reaguje na Twoje sportowe pasje?

Marek Siuda: Teraz już trochę przystopowałem z nowymi dyscyplinami. Latanie jest na pierwszym miejscu, ale za każdym razem, gdy chciałem spróbować czegoś nowego, słyszałem głośne „i co ty jeszcze wymyślisz”. Najpierw były narty w wieku nastoletnim, potem konie, kajaki, żaglówki, pływanie, bieganie. Przez pewien czas byłem choćby prezesem Lubońskiego Klubu Biegacza. Na końcu przyszło latanie, a ostatnio jeszcze motocykl, żeby na wyjazdach robić eskapady po wertepach.

Żona to akceptuje i macha na to ręką. Najważniejsze, żebym wracał cały i zdrowy oraz żeby pobiec z nią w zawodach. W 2024 roku, gdy wróciłem z Indii poobijany i z urazem pleców, chciałem odpuścić 9 Rogoziński Półmaraton Przemysła II oraz Luboński Bieg Niepodległości. Wtedy żona rozmasowała mi plecy, przeszliśmy szybką rehabilitację i musiałem z nią pobiec. Nie ma lekko.

Gazeta Lubońska: Masz jeszcze marzenie, żeby skoczyć ze spadochronu?

Marek Siuda: Dziś, po ponad dziesięciu latach latania i tych wszystkich przeżyciach, skok ze spadochronu wydaje mi się banalny. Z mojej perspektywy to trzy, cztery minuty w powietrzu, a przygotowania zajmują pół dnia i kosztują niemałe pieniądze. Trochę szkoda na to czasu.

Gazeta Lubońska: Jak radzisz sobie z obawami i ryzykiem związanym z lataniem? Czy bycie w powietrzu bardziej relaksuje, czy raczej podnosi poziom adrenaliny?

Marek Siuda: Latanie jest fascynujące, bo ciągle coś się dzieje. Ryzyko istnieje wszędzie, choćby gdy przechodzimy przez ulicę na pasach. Zdarza się, iż w powietrzu skrzydło się poskłada. Wtedy adrenalina wyostrza zmysły i pozwala na szybkie, chłodne myślenie. Gdy uda się wyjść z takiej sytuacji, pojawia się ogromna euforia.

Najczęściej jednak jest to spokojne planowanie dalszego lotu, unikanie niebezpiecznych sytuacji i relaks polegający na podziwianiu świata z góry. Mój najdłuższy lot odbył się w Kolumbii. Trwał siedem godzin i dwanaście minut, a dystans wyniósł sto dwadzieścia cztery kilometry.

Gazeta Lubońska: Czy zdarzyły Ci się szczególnie trudne lub niebezpieczne sytuacje w powietrzu?

Marek Siuda: Latając, popełnia się błędy, a panika prowadzi prosto do tragedii. Zdarzyło mi się, iż kręcąc komin, zbyt mocno zbliżyłem się do chmury, która mnie wciągnęła. To, co dzieje się w chmurze, można porównać do wirowania w pralce wypełnionej mlekiem. To bardzo niebezpieczna sytuacja i realna walka o życie. Trzeba zachować zimną krew, nie stracić orientacji w przestrzeni i pilnować kierunku lotu.

Bardzo często choćby niewierzący zaczynają się wtedy modlić. Pilot paralotni wie, co musi robić i jak reagować, żeby ocalić życie, ale przy okazji warto mieć też szczęście. Ja je mam.

Pamiętam też, jak w 2018 roku, w setną rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego, w skromny sposób uczciłem Bohaterów tego zwycięskiego zrywu. dzięki wysokiej drabiny przymocowałem do postaci Siewcy w Luboniu powstańczą flagę oraz biało-czerwoną opaskę na ramię.

Gazeta Lubońska: Gdybyś miał zachęcić kogoś, kto nigdy nie latał paralotnią, co byś mu powiedział?

Marek Siuda: Na platformie Canal+ na kanale Planete+ o godzinie osiemnastej emitowane są programy „Świat z Góry” i „Polska z Góry”. W niektórych z tych miejsc latamy i takie widoki podziwiamy na co dzień. jeżeli ktoś szuka bliskiego kontaktu z naturą, chce poznawać świat i nowych ludzi, to paralotniarstwo jest dla niego. Krążenie w kominie, czyli unoszącym się ciepłym bąblu powietrza, razem z orłami, sępami czy bocianami to bezcenne i naprawdę epickie przeżycie.

Beata Spychała

Październik 2018. Maraton w Poznaniu można uznać za udany. Uczciłem 100. rocznicę Powstania Wielkopolskiego i wykręciłem najlepszy czas z dotychczasowych startów w Poznaniu 03:31:36 fot. Zb. Marka Siudy
Listopad 2023. 8 Rogoziński Półmaraton Przemysła II. Moim zdaniem najlepsza impreza biegowa fot. Zb. Marka Siudy
Październik 2022. Andaluzja. Ponad 16 h latania z ekipą i sępami fot. Zb. Marka Siudy
Październik 2022. Andaluzja. Ponad 16 h latania z ekipą i sępami fot. Zb. Marka Siudy
Wrzesień 2024. Francja. Takie eskapady to tylko z Pawłem Trzęsowski fot. Zb. Marka Siudy
Maj 2024. Lotnisko w Michałkowie. Więcej sprzętu niż talentu: trzy dupozloty i do domu fot. Zb. Marka Siudy
Maj 2024. Lotnisko w Michałkowie. Więcej sprzętu niż talentu: trzy dupozloty i do domu fot. Zb. Marka Siudy
Kwiecień 2024. Półmaraton Poznański. To już 10 raz gdy biegniemy razem, ja na luziku, żonka na maksa fot. Zb. Marka Siudy
Marzec 2024. Nowe Marzy dały dzisiaj polatać. Wczoraj 2 h biegania, dzisiaj prawie 2,5 latania fot. Zb. Marka Siudy
Styczeń 2024. Kolumbia. O 6 rano trzęsienie ziemi, a potem latanie i życiówka, 124 km fot. Zb. Marka Siudy
Październik 2023. Zakwaterowanie w mieście New Delhi, Indie fot. Zb. Marka Siudy
Luty 2023. Po super lataniu czas na zwiedzanie Kolumbii fot. Zb. Marka Siudy
Sierpień 2022. Macedonia. Latanie z ekipą pod dowództwem Pawła Trzęsowskiego jest przednie fot. Zb. Marka Siudy
Grudzień 2018. Luboń. Montaż flagi powstańczej na pomniku Siewcy fot. Zb. Marka Siudy
Listopad 2019. Rogoziński Półmaraton Przemysła II. Moim zdaniem najlepsza impreza biegowa fot. Zb. Marka Siudy
Idź do oryginalnego materiału