Gdy pogoda przestaje respektować prognozy, a mapa kraju wypełnia się ostrzeżeniami, polityka schodzi na drugi plan. Nie znika – ale zmienia ton. Środowe posiedzenie sztabu kryzysowego, któremu przewodniczył Donald Tusk, było właśnie takim momentem: mniej było deklaracji, więcej odpowiedzialnego realizmu. Premier nie obiecywał cudów, nie przerzucał winy, nie budował heroicznej narracji. Zamiast tego nazwał rzeczy po imieniu – i to w polskiej polityce wciąż bywa aktem odwagi.
„Temperatura i pogoda wykręciła nam niezłe numery” – mówił Tusk, odnosząc się do śnieżyc i gołoledzi paraliżujących wiele regionów kraju. To zdanie, pozornie lekkie, w istocie ustawiało ramę całego wystąpienia: mamy do czynienia z siłami, których państwo nie kontroluje w pełni. A skoro tak, trzeba mówić językiem odpowiedzialności, nie propagandy.
Premier wielokrotnie apelował o ostrożność i przygotowanie na najgorsze scenariusze. „Musimy przyjmować warianty pesymistyczne, aby nie być w żaden sposób zaskoczonym” – podkreślał, dziękując jednocześnie służbom działającym tam, gdzie śnieg i lód zablokowały przejazdy. W tym połączeniu – realizmu i uznania dla pracy w terenie – kryje się istota zarządzania kryzysowego. Nie chodzi o to, by udowadniać wszechmoc państwa, ale by minimalizować ryzyko i reagować gwałtownie tam, gdzie to możliwe.
Najmocniej wybrzmiało jednak zdanie, które dla części komentatorów stało się pretekstem do krytyki, a które w istocie było manifestem dojrzałości władzy. „Nie jest w ludzkiej mocy przeciwdziałać wszystkim konsekwencjom złej pogody, takiej jak śnieżyce czy gołoledź” – powiedział Tusk. Dodał jednak natychmiast: „Nie może dojść do żadnego tragicznego zdarzenia z tego względu, iż myśmy czegoś nie dopatrzyli”. To nie jest zrzeczenie się odpowiedzialności, ale jej precyzyjne zdefiniowanie: państwo nie wygra z naturą, ale musi wygrać z własnym zaniedbaniem.
Warto zauważyć, iż premier nie zapowiadał spektakularnych reorganizacji ani doraźnych decyzji pod publiczkę. Zamiast tego mówił o pełnej dyspozycyjności aparatu państwowego. „Wiem, iż mogliście mieć inne plany na ten wieczór i noc, ale służby państwowe nie świętują wtedy, kiedy jest taka sytuacja” – zwracał się do administracji i służb. To zdanie dobrze oddaje filozofię obecnego rządu w momentach próby: mniej fajerwerków, więcej pracy.
W tle tych słów pobrzmiewa doświadczenie Tuska jako polityka, który wielokrotnie mierzył się z kryzysami – od powodzi po zawirowania międzynarodowe. Jego wystąpienie nie było popisem retorycznym, ale instrukcją postępowania. „Zachowajcie trzeźwość umysłów” – apelował. W czasach, gdy każda sytuacja kryzysowa bywa natychmiast wykorzystywana do politycznych połajanek, ten apel brzmi szczególnie aktualnie.
Styl „Polityki” każe dostrzec w tym także szerszy kontekst. Po latach, w których władza lubiła udawać, iż wszystko da się „załatwić”, obecny premier mówi wprost o ograniczeniach państwa. To zmiana tonu, ale i zmiana jakości debaty. Odpowiedzialność nie polega na obiecywaniu niemożliwego, ale na uczciwym komunikowaniu ryzyka i mobilizowaniu zasobów tam, gdzie są naprawdę potrzebne.
Zimowa aura jeszcze nie raz wystawi państwo na próbę. Pytanie nie brzmi, czy da się całkowicie uniknąć utrudnień, ale czy władza potrafi reagować bez paniki i bez cynizmu. Środowe posiedzenie sztabu kryzysowego pokazało, iż Donald Tusk rozumie tę różnicę. A to – w kraju przyzwyczajonym do politycznych spektakli – bywa wartością samą w sobie.

8 godzin temu








