Lewy – profesor macha rękami, Messi wypełnia stadion, a Polonia czeka

1 godzina temu

Robert Lewandowski przyjechał do Chicago jako gwiazda, która miała zmienić nie tylko Chicago Fire, ale też zainteresowanie futbolem, a adekwatnie „soccer” w mieście. Po dwóch miesiącach widać jednak wyraźnie: Lewy strzela gole, ale wielka „Lewymania” zdecydowanie nie nadąża za marketingiem.

Profesor, który trafił do „innej” klasy
Ostatni mecz z New England był wręcz symbolicznym obrazkiem. Lewandowski pokazuje kolegom, gdzie mają biec, próbuje ustawiać pressing, czeka na podanie, którego nie dostaje. Chwilę później ręce lecą w górę. Frustracja widoczna z daleka. Mateusz Borek podsumował to bez litości: „Robert ma już zmęczone ręce, bo dużo dziś macha do kolegów”, dodając, iż piłkarze Fire często podejmują złe lub spóźnione decyzje. Później mówił choćby o „cierpieniu za 20 milionów dolarów rocznie” i zawodniku, który myśli na boisku kilka razy szybciej od otoczenia. I może rzeczywiście tak jest. Tylko iż Lewandowski wiedział, dokąd przyjeżdża. MLS to nie Bayern i nie Barcelona. jeżeli profesor wchodzi do słabszej klasy, może ją czegoś nauczyć. Ciągłe machanie rękami i demonstrowanie niezadowolenia prędzej czy później zaczyna jednak wyglądać bardziej jak irytacja niż przywództwo.

Lewy kontra Messi? Stadion odpowiedział
Najbardziej niewygodną prawdę pokazał mecz z Inter Miami, na który na Soldier Field przyszło 63 094 kibiców. Rekord Chicago Fire. Messi kontra Lewandowski – wielki plakat, wielkie widowisko, pełny stadion. Tyle iż Chicago już wcześniej zapełniało Soldier Field na mecze z Inter Miami, zanim Lewandowski w ogóle tutaj grał. Dlatego ostrożnie z opowieścią, iż to Lewy przyciągnął 63 tysiące ludzi. Cztery dni później Inter Miami wyjechało, Messi zniknął, Lewandowski został, a na trybunach było 26 324 widzów. I właśnie tutaj kończy się marketing. Messi w Ameryce jest wydarzeniem. Lewandowski – na razie wielką gwiazdą piłkarską, ale nie zjawiskiem tej samej skali.

A gdzie w tym wszystkim kibic?
I tu dochodzimy do rzeczy, która wielu polskich kibiców boli najbardziej. Bo kibic nie kupuje tylko biletu. Kibic kupuje emocje. Ojciec przychodzi na mecz z dwójką dzieci, bo to one od tygodnia mówią tylko o tym, iż wreszcie zobaczą Lewandowskiego na żywo. Kupuje trzy bilety. Płaci za parking. Bierze piwo, dzieciom coś do jedzenia. Potem jeszcze koszulka z numerem 9, bo przecież „Lewy gra w Chicago” i trzeba mieć pamiątkę. Robi się z tego kilkaset dolarów. I co taki kibic chciałby dostać w zamian? Zupełnie niewiele… Mały gest Lewego, który nie kosztuje wiele. Czy tak trudno jest podejść po meczu do trybuny. Pomachać. Zatrzymać się na chwilę. Przybić kilka piątek dzieciakom. Pokazać, iż widzi tych ludzi, którzy przyszli właśnie dla niego. A tymczasem zbyt często obrazek jest inny: koniec meczu, głowa w dół, szybki marsz do szatni, ewentualnie dwa klaśnięcia w stronę trybun i po wszystkim. I tu naprawdę można się poczuć rozczarowanym. Panie Lewy, właśnie ci ludzie są dziś pana największym kapitałem. I o ile po meczu dostają tylko widok pleców znikających w tunelu, to po kilku takich wieczorach przestają mówić: „idziemy zobaczyć Lewego”. Zaczynają mówić: „już byliśmy”. A to dla klubu i dla samego zawodnika jest znacznie groźniejsze niż jeden słabszy mecz. Bo kibic może wybaczyć niewykorzystaną sytuację. Może wybaczyć porażkę. Może choćby wybaczyć kiepską formę. Trudniej wybaczyć poczucie, iż jest się tylko klientem, który miał kupić bilet, piwo i koszulkę. Lewandowski nie musi rozdawać autografów przez godzinę. Ale powinien pamiętać, iż dla dziecka stojącego przy barierce jedno spojrzenie, jedna piątka albo jedno zdjęcie może być wspomnieniem na całe życie. A dla rodzica – powodem, żeby kupić kolejny bilet.

Lewy strzela. Ale to już za mało
Sportowo trudno go skreślać. Gole są i nikt rozsądny nie może powiedzieć, iż Lewandowski przyjechał do MLS kompletnie się kompromitować. Tyle iż za nazwiskiem Robert Lewandowski sprzedawano coś więcej niż gole. Sprzedawano fenomen. Na razie widzimy znakomitego napastnika, który momentami wygląda, jakby poziom kolegów doprowadzał go do szału. Widzimy stadion pękający w szwach, kiedy przyjeżdża Messi. I widzimy Polonię, która bardzo chciała mieć Lewego blisko siebie, ale przez cały czas czeka na coś więcej niż możliwość oglądania go z trybun…. Może kiedyś doczekamy się jakiegoś spotkania z „profesorem” Lewandowskim…

Antoni B

Idź do oryginalnego materiału