Po krwawym blasku żagwi na spoconych twarzach
Po mroźnej ciszy w ogrodach
Po męce i agonii na kamiennych wzgórzach
Po krzyku i płaczu
Więzieniu pałacu i łoskocie
Wiosennych grzmotów wśród dalekich gór
Ten co był żywy teraz jest umarły
My co byliśmy żywi umieramy teraz
Z resztką cierpliwości.
/T. S. Elliot, Ziemia jałowa/
Jeżeli Pan domu nie zbuduje,
na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą.
/Psalm 127/
W tekście Imperium Europaeum, czyli powrót do przyszłości z 1999 roku[1], swoistym Manifeście Przeznaczenia dla Europy (Manifest Destiny), inicjującym odrębny w imponującym i wielowątkowym dorobku pisarskim Tomasza Gabisia – cykl imperialny[2], autor podejmuje próbę odpowiedzi na pytania „dlaczego Imperium? oraz „po co Imperium”? I odpowiada: aby przetrwać w niebezpiecznym świecie, bo poszczególne narody Europy „nie mają już wystarczająco dużo duchowych i politycznych sił, aby samodzielnie odegrać rolę w polityce światowej”. Narody Europy muszą zatem „scalić swoje zasoby i potencjały”, a przez to „odnaleźć swoje przeznaczenie”.
Ponad pięćdziesiąt lat temu – konstatuje wieloletni redaktor „Stańczyka” – „widzialna, geopolityczna egzystencja Imperium Europaeum została rozbita przez wrogie, pozaeuropejskie imperia. Ale mimo to Imperium Europaeum trwało nadal. Jest ono bowiem nie tylko geopolityczną egzystencją, która mimo podboju nie umarła, ale pogrążyła się w głębokim śnie(…) ale także niezniszczalnym, niepokonanym duchem, którego nikt, żadne wrogie imperium, nie może choćby okupować, gdyż jego suwerenność zakorzeniona jest w sferze głębszej i wyższej niż czysto geopolityczna i militarna siła”.
Gabiś w świadomie paradoksalnej i antynomicznej frazie zarysowuje wizję imperium, które „będzie równocześnie stałym lądem, wyspą i morzem, Wschodem i Zachodem, Północą i Południem, będzie Imperium Środka, łączącym w sobie nomos ziemi i nomos morza, nomos powietrza i nomos kosmosu, będzie ‘Nowym Kontynentem’, Lewiatanem w sojuszu z Behemotem”. Ma być Imperium Europaeum (IE) wewnętrznie europejskim imperium duchowym i zewnętrznym europejskim imperium geopolitycznym” po to, aby „europejska metafizyka, europejska metapolityka, europejska geopolityka i europejska polityka odnalazły się nawzajem, zwarły i zespoliły w jedną, organiczną całość”.
Idea imperium europejskiego jest dla Gabisia niedającym się odwołać wyrokiem i rozstrzygnięciem, metapolitycznym paradygmatem, od którego nie ma ucieczki, w erze „po końcu historii”. Przywołany w tym miejscu „koniec historii”, to rzeczywistość postępującej dekompozycji Imperium Americanum, a zarazem epoka dla państw narodowych post mortem. Klasyczne państwa narodowe, powołane do życia traktatem westfalskim, wiodą w tej chwili „żywot cieni”; przestają być „autonomicznymi centrami władzy wojskowo-politycznej” („podlegają procesowi depolityzacji i desuwerenizacji”); nie mają prerogatyw samodzielnego desygnowania wrogów i sojuszników; suwerennego decydowania o wojnie i pokoju. Państwo narodowe to w istocie „fasada skrywająca pustkę”. Realna geopolityczna historia państw narodowych zakończyła się w latach 1939-41, w tej chwili mamy do czynienia z „administracyjno-ideologiczno-psychologiczno-symbolicznym konstruktem”, pozorującym sprawczość i podmiotowość. Klasy polityczne państw narodowych jedynie administrują atrapami dawnych państw – konstatuje Gabiś. To między innymi nowe technologie wojskowe, nowe rodzaje broni i nowe sposoby prowadzenia wojny „rozsadziły przestrzenno-polityczno-prawne ramy europejskiego państwa narodowego”.
Warunkiem powodzenia realizacji idei imperium ma być zawarcie „europejskiego pokoju”, zarzucenie niekończących się rozliczeń historycznych, „zamknięcie rachunków z przeszłości”, bowiem jedną rzeczą jest postawienie diagnozy śmiertelnego przykurczu państw narodowych, a odrębną rozpoznanie kondycji europejskich narodów. Gabiś podkreśla, iż „historia pisana z punktu widzenia państw narodowych, które przestały być podmiotami historii politycznej”, nie jest już historią realną[3].
Właśnie dlatego dla trwania i wzrostu Europy, dla konsolidacji jej zasobów i utwierdzenia potencjałów konieczne są „wielkie europejskie pojednanie”, „wielkie europejskie zapomnienie” i „wielkie europejskie przedawnienie”, jako imperialne odpowiedzi na wciąż boleśnie polaryzującą europejskie narody pamięć historycznych wewnątrzeuropejskich konfliktów, w tym zbrodni wojennych. W IE koniecznie obowiązywać musi reguła „wewnętrznej pacyfikacji”, realizowana m.in. poprzez wspólną unijną politykę historyczną (i szerzej imperialną pedagogikę), której wypracowanie „będzie polegało na (…) selekcji historycznych wydarzeń, epizodów, postaci, działań, symboli według zasadniczego kryterium: przybliżały powstanie zjednoczonej Europy czy je oddalały?”.
Gabisiowa wizja IE jest w istocie wizją Imperium Mundi, wizją na wzór De Monarcha Dantego, który swoje gibelińskie imperium wyłożył jako „jednolitą zasadę, która miała uporządkować poszczególne królestwa w kierunku pokoju jako ostatecznego celu”. Także dla Gabisia, w Jego autorskiej i (po)nowoczesnej wersji O monarchii – europejskie de nomine i światowe de facto – IE jawi się jako jedyna godna tego miana rzeczywistość par excellence polityczna, bowiem wyłącznie na poziomie imperium podejmowane będą egzystencjalne decyzje o desygnowaniu wroga i przyjaciela, o pokoju i wojnie.
Nie mam jednak pewności, czy wizja IE Gabisia wieszczy pokój, czy wręcz przeciwnie, bo jak wywodzi autor, Imperium Europaeum zechce i będzie musiało (w idiomie IE „chcieć” to „musieć”, a „musieć” to „chcieć”, jak odnotowuje autor), za sprawą „kumulacji politycznych, wojskowych, technicznych i gospodarczych zasobów rozproszonych dotychczas pomiędzy państwa narodowe (…) dążyć do wielkości i suwerenności, do wzięcia udziału w walce o panowanie nad światem”; „nadejdzie czas, kiedy to Europejczycy ogłoszą swoją Deklarację Niepodległości, oderwą swoje prowincje od Imperium Americanum, odbudują Imperium Europaeum i ponownie przyłączą doń swoje dawne amerykańskie prowincje”. Waszyngton „używa” Europy, gdyż bez niej „nie jest w stanie kontrolować i organizować Wielkiej Wyspy”. Nie zmienia to faktu, iż – parafrazując Alaina de Benoita – „ostrze amerykańskiego albo-albo zawsze skierowane jest przeciw Europie”.
W Krótkim wstępie… nasz pogodny krytykant[4] wykłada, iż IE podbije świat pod hasłem „Bóg, Imperium, Honor”, ale nie ma tu mowy o Bogu konfesyjnym, bo organizowane na zasadzie tolerancji IE przyzna równoprawny status wszystkim bogom i każdemu z nich z osobna („wszyscy oni połączeni będą ekumenicznym braterstwem, zjednoczeni w duchu tolerancji”).
W innym tekście[5], Gabiś stawia pytanie o cel: „Dokąd Unii iść wypada i czym ma być?” i odpowiada raz jeszcze: „wypada jej iść ku suwerenności i być samodzielnym graczem na wielkiej szachownicy Euroazji i całego świata”. To właśnie kosztem Imperium Americanum IE „przejmie kontrolę nad Wielką Wyspą”, choć jeżeli „Imperium Europejskie chce się umacniać na wschodzie, Rosja na zachodzie (…), konflikt jest nieuchronny i naturalny”. Pisze więc Gabiś o Marszu na Wschód (Drang Nacht Osten), jako „odwiecznym geopolitycznym celu Imperium Europaeum”, w którego interesie leży, aby Imperium Wschodnie „nie tylko przestało być imperium, ale żeby zostało uzależnione, rozebrane, rozgrabione, a więc w przyszłości weszło jako prowincja (lub kilka prowincji) w skład Imperium Europaeum”. IE za cel stawia sobie „jak najdalsze odepchnięcie Rosji na wschód, wyeliminowanie jakiegokolwiek jej wpływu na politykę europejską” poprzez „okrążenie, wzięcie w kleszcze, rozbicie i rozbiór Imperium Wschodniego (podstawowy aksjomat IE)”[6].
W autorskiej, pracującej z godnym podkreślenia erudycyjnym rozmachem i literacką mocą, Gabisiowej kuźnicy imperialnej nie mogło zabraknąć rozważań o Unii Europejskiej, diagnozy sytuacji UE, planów jej rekonstrukcji oraz projekcji roli, którą może i powinna odegrać UE na drodze ku IE.[7]
W tym przedmiocie wyraźnie widoczne są dwa znacząco różniące się od siebie stanowiska Gabisia, początkowe, z okresu, który umownie nazwę tutaj „okresem wykalkulowanej nadziei”, oraz późniejsze – z „czasów rozpoznanej impotencji”. Stanowisko charakterystyczne dla pierwszego z nich wybrzmiało przed z górą ćwierćwieczem w Imperium Europaeum: „należy mieć jasną świadomość faktu, iż Imperium Europaeum jest procesem (…) Dlatego także ów pokraczny twór zwany Unią Europejską, niezależnie od jej ideologii, jej koncepcji prawnych, ekonomicznych i politycznych, jest mimo wszystko jako forma jednoczenia Europy, tak samo jak kiedyś Imperium Germanicum instrumentem i wcieleniem Imperium Europaeum”. Autor Raportu o ‘Szekspirze’ w wywiadzie dla „Nowej Debaty” z 2013 roku przyznaje, iż pierwotnie myślał o IE jako o „odwróceniu unijnej koncepcji jedności Europy” i w związku z przewidywaną „głęboką integracją na płaszczyźnie polityczno-wojskowej” liczył na to, iż powstała w wyniku transformacji UE t.zw. Druga Unia Europejska, jako „liberalne superpaństwo minimum” z istotnym zakresem decentralizacji i autonomii regionów, pomyślana jako „jeden wielki obszar gospodarczy, jednolita unia walutowa, zapewniająca autonomie i swobodę prowincji w sprawach niedotyczących bezpieczeństwa” stopniowo przeistoczy się w europejskie imperium. Przewidywał: „W miarę jak Imperium Europejskie będzie nabierało politycznej substancji, zanikać będą napięcia polityczne pomiędzy narodami europejskimi”. Polityka przeniesie się „na wyższy, imperialny poziom”.
Treścią polityczną II UE miałaby być w zamyśle Gabisia oś Paryż–Berlin-Warszawa-Kijów, jako system wojskowo-politycznej kooperacji z ofensywnymi celami na wschodzie, system „Europejskiego Czwórprzymierza”, poprzez który „wiedzie droga do geopolitycznej, geostrategicznej i politycznej restytucji Imperium Europejskiego”.[8]
U progu drugiej dekady XXI wieku Tomasz Gabiś coraz wyraźniej wskazuje na zgubny kurs obrany przez UE. W Prawicowej rekonstrukcji Unii Europejskiej autor Religii Holocaustu dostrzega utrwalające się wśród europejskich elit upodobanie do „przenoszenia jakobińskiej koncepcji państwa i narodu (…) na szczebel kontynentalny”, do tworzenia brukselskiego „socjaldemokratycznego ‘supereuropaństwa narodowego’”. Unia staje się powoli – odnotowuje – „‘państwem ideologicznym’, wręcz ‘państwem wyznaniowym’ z dominującą świecką religią ‘praw człowieka’” i przekształca się „w swego rodzaju lewicowo-liberalną klerokrację”.
Koniec końców dochodzi Gabiś do wniosku[9], iż „system Unii Europejskiej jest niereformowalny a jej dalsza ewolucja nie pozostawia nadziei” i konkluduje: „Trzeba by najpierw przepędzić na cztery wiatry jakobińskich politykierów, technokratów, biurokratów, bankierów, ideologicznych fanatyków rządzących dziś Europą”. Niestety na pytanie: „Ale kto by to miał zrobić?” Tomasz Gabiś odpowiedzi nie znalazł.[10] Zamiast odpowiedzi mamy autorską wieszczbę dotyczącą „ostatecznego rozwiązania kwestii europejskiej”; „samolikwidacji Europy”.
*****
„Projekt przelania Jeziora Genewskiego do butelek (…) jest o wiele mniej szalony od projektu przywrócenia rzeczom tego samego miejsca, jakie zajmowały przed rewolucją” – zauważył Joseph de Maistre.
Tomasza Gabisia zmagania z ideą Imperium Europejskiego (IE), Jego „przelewanie do butelek”, zaczęło się od próby udzielenia odpowiedzi na pytanie „Dlaczego Imperium Europaeum zwycięży w walce o świat?”, by po z górą ćwierćwieczu dotrzeć do punktu, w którym autor zdiagnozował „duchowe i polityczne skarlenie Europy”. Pomiędzy sugestywnie, z uwodzicielską mocą narysowanym przez autora obrazem „potęgi i chwały” Imperium a Europą-karłem zachodzi groteskowa wręcz opozycja. Gabiś przemierza drogę od patosu odrodzenia do pełnej rezygnacji melancholii ruin, przeplatanej jeremiadami i nazbyt chyba ostentacyjnymi, jak na autora wybitnie rzeczowego i beznamiętnego, dawkami bezsilnego szyderstwa.
Co poszło nie tak? Co przeoczył, czego nie dostrzegł autor?
W mojej ocenie idea IE od samego początku uwikłana została w aporie wynikające z błędnej dialektyczno-nominalistycznej diagnozy i percepcji rzeczywistości; z fałszywej filozofii „Ducha Imperium” – jako swoistej quasi-metafizyki Imperium; z chybionej postkonserwatywnej, estetyczno-literackiej perspektywy pisarskiej.
Nominalistyczna substytucja Europy
Europejskie pisarstwo Gabisia to nie tylko autorefleksyjna gra konwencjami, nie tylko eklektyczny kogel-mogel stylów i intertekstualnych poetyk nasyconych pastiszem, parodią, czarnym humorem, bezceremonialną kpiną i szelmowskim szyderstwem. To także, a może choćby przede wszystkim deklaracja ideowa i autorskie credo. Gabiś jawi nam się jako znakomity pisarz a jednocześnie żarliwy ideolog europejskiego imperium; i z tego zderzenia i złączenia subtelnego, obdarzonego silnym i odrębnym głosem pisarza z epatującym imperialną pedagogiką ideologiem – pisarz, pomimo całego bogactwa stosowanych środków i stylów, wyjść obronną ręką nie jest w stanie.
Może zatem autor Stańczyka jako konserwatywnego realisty dobierać sobie, już po postkonserwatywnym przełomie, ze Skarbnicy zwanej Europą, dowolne idee, czy systemy normatywne, na sposób radykalnie nominalistyczny konfundować czytelnika swoją niezaprzeczalną erudycją, przywoływać nazwiska bohaterów świętych i nieświętych, datami, wydarzeniami, symbolami, poematami, traktatami i dramatami sypać jak z rękawa, ale całe to nieco katechetyczne „wywoływanie” cieni i prochów świetnej przeszłości w nadziei scalenia i skumulowania europejskiej mocy, cała ta intelektualnie imponująca próba reanimowania truchła imperium poprzez odwołanie się do wyrafinowanej „kultury pamięci”– i tak przecież nie doprowadzi do uznania się Europy „w imperialnym jestestwie swoim”.
Daremna okazuje się zamiana roli „nieskłonnego do łatwych uniesień”, znającego „niedoskonałość ludzkich dzieł i kruchość ludzkich dokonań” – Stańczyka – na rolę ideologa-maga, wywołującego z kontynentalnego antykwariatu duchy, a adekwatnie „Ducha Imperium”: estetyzujące podbijanie Europy dla Imperium na poziomie retorycznym nieszczególnie nadaje się do rzetelnych obrachunków z Europą jako rzeczywistością polityczną, Europą faktyczną – Europą-Unią Europejską.
By przywołać filmową obcojęzyczną frazę – po historycznym europejskim imperium pozostały jedynie „shadows and dust”.
Nie da się sporządzić literackiego przepisu na IE. Nie da się też zorganizować historycznych narodów Europy w imperialną jedność bez odwołania się do scalającej Europę i przekraczającej europejskiego człowieka zasady. Jest tylko jedna taka zasada – to wiara. A przecież próbę takiego odwołania „po śmierci Boga”, czyli po usunięciu Boga z domeny publicznej, pośród „martwych metafor”, Gabiś uznaje słusznie za przejaw bezpłodnego restauracjonizmu. Czy jednak, „po śmierci Boga” powiedzie się rekomendowane przez wrocławskiego mędrca „wielkie europejskie pojednanie”, „wielkie europejskie zapomnienie” i „wielkie europejskie przedawnienie”?
Reguła „wewnętrznej pacyfikacji”, która ma w IE obowiązywać może od biedy, poparta imperialną pedagogiką, zapobiegać eskalacji europejskich resentymentów, ale racją imperium nie jest i nie zostanie. Nie należy też utożsamiać „pacyfikacji wewnętrznej” z rodzajowo odmiennym pojęciem, jakim jest rzeczywisty (a więc odwołujący się do zasady sprawiedliwości) pokój, szczególnie, gdy proponowana przez autora historyczna „selekcja”, jak przykładowo ta w odniesieniu do obrachunków Wołyńskich, jest sprawiedliwego pokoju bezceremonialnym zaprzeczeniem. Bo, choć TG słusznie zauważa iż „Rzeź Wołyńska była naszą wielką narodową klęską, której najbardziej pierwotnym źródłem była nieumiejętność (niemożność) zapobieżenia zagładzie państwa polskiego w 1939 roku”, to przecież jednocześnie przestrzega przed „wybuchem antyukraińskiej histerii (…) i erupcją ‘zoologicznego antybanderyzmu’” i dopowiada, że „wielkie przedawnienie” jest warunkiem „wyzwolenia się z ‘neurotycznej obsesji pamięci”, nie ma przy tym wątpliwości, iż chodzi o obsesję pamięci polskiej.
Imperium in statu nascendi potęgujące się animozje pomiędzy prowincjami szkodzą – to zrozumiałe. Problem wszakże w tym, iż dla autora „przedawnienie” oznacza danie pierwszeństwa nad rachunkiem krzywd „prawu do zostawienia zmarłych w spokoju”, bo tak właśnie Tomasz Gabiś definiuje prawo Antygony, brawurowo wykładając w eseju My, dezerterzy z frontów Wielkiej Europejskiej Wojny Domowej, jak to celnie ujął Piotr Bartula, „wizję Europy-Antygony, głoszącej terapeutyczną, higieniczną ideę przedawnienia”. Z niezrozumiałych jednak względów w tej próbie imperialnej pedagogiki zastosowanej do polsko-ukraińskich sporów, nie wybrzmiewa zasadniczy motyw Sofoklesowego „prawa Antygony”, a mianowicie prawo do grzebania zmarłych, do ich upamiętnienia, aby ich dusze nie tułały się po świecie, bezdomne i nieukojone, jak te właśnie dusze zamordowanych przed laty kobiet i dzieci wrzucone do anonimowych dołów, aby nie zostały wymienione przez naród – który nie jest przecież tylko „teraźniejszą teraźniejszością”, ale stanowi sztafetę i wspólnotą pokoleń – na przewrotnie wykalkulowane doraźne profity.
„Przedawnienie”, „zapomnienie”, proponowane przez TG, nie wytrzymuje sprawdzianu sprawiedliwości, a dodatkowo ignoruje polski interes narodowy.
Heglowskie „ukąszenie”
Chesterton powiada, iż fakty są jedynie fizyczne, natomiast prawda jest metafizyczna.
Paradoksalnie autor Raportu o wojnie w Iraku, pomimo deklamacji o końcu metafizyki, wykłada Imperium na metafizyczny sposób. Hipostaza Imperium – jego Duch – rozumiany jako samoświadoma podmiotowość w historii, to u TG rodzaj metapolitycznej odpowiedzi, metafizyczny odpowiednik panteistycznej opowieści o boskiej substancji natury, immanentny i światowy surogat transcendentalnego Pana Zastępów. Kategorie i metafory, których używa autor, nie prowadzą go do prawdy. Na drodze do poznania rzeczywistości staje bowiem, przyjęta przez TG, dialektyczna wizja rozwoju Ducha Imperium, który przenika historię narodów Europy, urzeczywistniając się jako ostateczna europejska Synteza na wielkiej dziejowej scenie, zsekularyzowanej na sposób teologii politycznej.
Czym, kim jest ten „duch”, którym hipnotyzuje czytelnika autor?
Rezydentem w quasi-platońskim królestwie idei, „chytrym Rozumem” oferującym „fantomowe ciało” Imperium, jako rzekomo jedyne historyczne przeznaczenie?
Duchem-Głosem, przemawiającym do nas przez autora, jako Europejczyka par excellence (bo dla Gabisia „Europejczycy” to członkowie elity europejskiej, wąska polityczno-duchowa elita imperialna – kasta), z romantycznie uwodzicielską mocą?.
Widzimy Imperium Europaeum jako mutację śmiertelnego boga Hobbesa, jedynego, który może nam być dany po „śmierci Boga” transcendentalnego, jako „wiecznie trwającą teraźniejszość” o boskiej sprawczości i boskich atrybutach, która nie jest przecież synonimem życia wiecznego, ale immanentną „pamięcią” ducha Imperium, quasi-magicznym imperialnym repozytorium.
Europejskie narody (państwa narodowe) są jedynie widzami, a wyjątkowo drugoplanowymi aktorami na scenie-Europie, na której Duch Imperium, jako jedyny prawdziwy autor i jedyny prawdziwy bohater dialektycznie utwierdza swoje paradoksalne istnienie, dostarczając Europie pozoru jedności i „oferując się” jako metapolityczny fundament.
Odpowiedź na pytanie, skąd wziął się u Tomasza Gabisia cały ten kłopotliwie się narzucający „Duch Imperium”? nie wydaje się trudna: autor nie odnalazł postmetafizycznej i postchrześcijańskiej Europy, jako jedności ducha i woli i nie znalazł też Europejczyków, jako dorozumianego „europejskiego narodu”, wyjął więc z rękawa „Europejczyków” jako arystokratyczną kastę. Nie dziwi więc, iż Europa jako epifania Ducha Imperium, ta śpiąca, somnambuliczna Europa, rozpoznająca samą siebie w wielkiej historii, istnieje jedynie jako literacka fantazja. Europa realna skrywa za fasadą „jedności” w postaci Unii Europejskiej oligarchicznie zawiadywaną formułę normalizacji i uniformizacji życia zamieszkujących ją narodów (uniformizacji, która ma się tak do zasady jedności, jak „wewnętrzna pacyfikacja” do pokoju), jest kulturowo-cywilizacyjną hybrydą, na dodatek przestrzenią politycznie i kulturowo sparaliżowaną. Jako „Zachód” jest dzisiaj Europa wyłącznie Europą-Unią Europejską, innej w realnym świecie nie ma. A jako UE jest jedynie „dodatkiem do transatlantyckiego supermocarstwa i pomostem dla jego inwazji na Eurazję”. Tomasz Gabiś musi wiedzieć, iż Europa jako jedność jest fantasmagorią.
Prawdziwa Europa, w której kiedykolwiek mieszkał Duch, to Europa godnego tego miana Ducha, mianowicie Ducha Świętego, Christianitas, Europa jako kulturowa i cywilizacyjna jedność, Europa jako porządek organizujący narody zamieszkujące jej geograficzną przestrzeń ze względu na odrębną, europejską formułę jedności – Europa chrześcijańska. To „określając się wobec wspólnego zagrożenia muzułmanów, potomkowie ‘rzymian’ i ‘barbarzyńcy’ nazwali się po raz pierwszy Europejczykami” – jak przypomina Paweł Mielcarek w Zasadzie Europy[11]. Ale choćby i ta Europa, jako rzeczywistość duchowo-polityczna, po schizmach wschodniej i zachodniej, po Reformacji i rewolucjach, już jako Europa po-westfalska i Europa po-wiedeńska, Europa dekadencka i Europa okresu swej własnej wielkiej domowej wojny, z epoki na epokę, z dekady na dekadę, Europa jako moralno-polityczna jedność – coraz bardziej stawała się tylko wspomnieniem, odłączając się od konstytuującej ją racji, rozumianej, jak słusznie wywodzi w debacie nad książką TG, Adam Danek, „nie tylko instrumentalnie, jako system normatywny i narzędzie, które spajałoby imperium”, „legitymizowało jego podboje”, ale przede wszystkim jako religia stanu, którą wyznają mieszkańcy Europy, jako spadkobiercy cywilizacji łacińskiej, wierząc iż „jeśli nasze przyszłe Imperium nie będzie się opierało na prawdziwej wierze i jej zasadach, to Opatrzność nie będzie dla niego łaskawa, a jego losy nie okażą się pomyślne”.
Powtórzmy: Europa UE nie jest jednością duchową, kulturową, religijną i cywilizacyjną, Jako fikcja rzekomej politycznej jedności jest Europa-UE narzędziem eksploatacji i dyscyplinowania narodów, „delirycznym podżegaczem wojennym” (w Europie „nawet ekolodzy głoszą militaryzm”, zauważył Alain de Benoist), zajętym (to z kolei uwaga Emmanuela Todda) „zarządzaniem własną klęską w zastępczej wojnie z Rosją”. Możemy niestety mówić o wyraźnie zdefiniowanej agendzie polityczno-kulturowej UE, która wynika z globalnej świeckiej religii, wyznawanej przez unijną klasę polityczną, agendzie antychrześcijańskiej rewolucji kulturowej. Dodajmy do tego ekspedycyjno-policyjny charakter armii państw członkowskich, jako swoistej „natowskiej legii cudzoziemskiej, formowanej na sposób komercyjno-kontraktowy, zgodnie z modelem „małe-sprawnej-armii-zawodowej”, z którego to wieloczłonu za pewnik uznać należy wyłącznie umiarkowany rozmiar tych formacji. Wszystko to tylko potwierdza fakt, iż od chwili „zainstalowania” wspólnoty europejskiej przez amerykańskie służby[12], pakiet kontrolny integracji europejskiej trzymają Amerykanie. Dla Waszyngtonu, co jasne, bardziej funkcjonalnym i na pewno efektywniejszym rozwiązaniem jest podporządkowanie sobie jednego ponadnarodowego ośrodka władzy, niźli obłaskawianie bądź (bardziej przecież kosztowne) dyscyplinowanie poszczególnych państw.
Co się zaś tyczy roszczenia jedności ekonomicznej: wspólny rynek utrwala jedynie zastany hierarchiczny układ zależności, w ramach którego np. Polsce przypada rola półperyferyjna, podczas gdy ścisłe centrum ekonomiczne Europy zbiera dodatkową rentę wynikającą z jednolitej organizacji rynków oraz reglamentowania bądź blokowania przez ośrodki decyzyjne UE, dzięki gorsetu arbitralnie egzekwowanych przepisów, niechcianej (to jest niekontrolowanej przez Brukselę) konkurencji.
Tomasz Gabiś wie, iż nie da się zbudować Europy jako jedności, bo nie ma jednoczącego fundamentu, na którym można byłoby posadowić imperium. Stąd też ostatecznie oferuje Europę jako pozorną wielość, przedstawiając koncept Uporządkowanej Anarchii (UA). Idea UA jest nie tylko, jak podkreśla autor, „śmiałym eksperymentem myślowym o Europie ‘po końcu’, o świecie bez NATO; po małej Apokalipsie w formule ‘Day afer’”[13], ale też w oczywisty sposób jest konceptem niedopowiedzianym, bo stawia nas wobec pytania o to, kto ową nominalnie „uporządkowaną” Anarchię uporządkował ‘Day before’? Zakładam, iż Gabiś w porządkujący charakter przypadkowych mutacji nie wierzy.
Postkonserwatywna mutacja konserwatyzmu
Tomasz Gabiś z premedytacją nie wskazuje fundamentu normatywnego, na którym można by zbudować przyszłe imperium, raczej – recytując postmodernistyczne zaklęcia i mantry – proponuje wybór dowolnej idei, jednego z wielu dostępnych systemów normatywnych. Nie otrzymujemy, niestety, odpowiedzi na pytanie o rację IE, takie pytanie nie zostało zaproszone do pisarstwa Gabisia z dość elementarnego powodu, bowiem racją istnienia Imperium Europejskiego jest właśnie Europejskie Imperium, uzasadnieniem jego ekspansji i konsolidacji jest jego tautologicznie prezentowana ekspansja i konsolidacja. Władza IE legitymizuje samą siebie; pytania stawiane spoza IE zostają unieważnione na mocy jego potęgi. Prowadzeni przez autora, poruszamy się po błędnym kole labiryntu przesłanek, które okazują się wnioskami i wniosków, które zastępują przesłanki. Autor wywodzi: „poddani nie będą mieli żadnych trudności z rozróżnieniem dobra i zła, piękna i brzydoty, ponieważ coś jest dobre, właśnie dlatego iż jest dobre dla Imperium, a coś jest źle dlatego, iż jest złe dla Imperium”.
W Manif(i)eście Postkonserwatywnej autor wypowiada swoje nowe postkonserwatywne credo. A przy tym, obserwując „jak obumierają kategorie, pojęcia i języki”, jak „wszystko, co trwałe ulatnia się i rozpływa w powietrzu”, na przekór wypowiadanym przez siebie mantrom o końcu metafizyki, całkiem przed-postkonserwatywnie odnotowuje, iż „ludzie w najgłębszych warstwach swojej egzystencji pozostają tacy sami”. A zatem mają jakąś duchową i niedoczesną „naturę”, stoi za nimi jakaś przed-ludzka, niepodlegająca nurtowi zmian, idea człowieka. Prawda o człowieku przekracza wymiar doczesności. Uprzedza znany nam świat. Istnieje prawda, by tak rzec, inna niż „Prawda Imperium”.
To przywiązanie do klasycznej antropologii, które mogłoby może ostudzić Gabisiowy imperialny poryw, nie dotrzymuje jednakże pola, organizującej jego styl myślenia, politycznej woli rozumianej jako wola mocy. Dla Gabisia to właśnie wola polityczna, jako wola mocy ma być ostatecznym źródłem prawomocności i dobra, co oznacza wyproszenie racji moralnych poza domenę polityczności. Imperialna aksjologia znosi przed-postkonserwatywną antropologię. o ile celem samym w sobie jest chwała Imperium i jego doczesne panowanie, to prawdziwy, wynikający z naszej natury, cel duchowy odsunięty zostaje w sferę irracjonalności. Względy moralne, dobro wspólne, sprawiedliwość przetworzone zostają w narzędzie do osiągnięcia celów w praktyce stawianych wyżej od tych, jakie wyznaczają tradycja wiary czy moralność. U podstaw takiego myślenia leży przekonanie o końcu obecności łaski w polityce, o (co do rodowodu) luterańskiej rozdzielności domen wiary i natury.
Tymczasem, łaska buduje na naturze, a zatem musi się na niej oprzeć, z kolei natura, skażona grzechem pierworodnym, bez łaski degraduje się i podupada – to konserwatywny elementarz, który postkonserwatysta Tomasz Gabiś, jako tezę na przykładnie dialektyczny sposób kwestionuje, dyscyplinując łaskę i odsyłając regułę moralności do pozapolitycznego kąta, aby ostatecznie przezwyciężyć i przekroczyć obie w syntezie. Odtąd życie postkonserwatysty jest życiem programowo rozstrojonym: polega na rozdzielnym i rozszczepionym oddawaniu chwały Bogu w życiu pozapolitycznym i w porządku nadnaturalnym, to jest w konfesyjnej części własnej biografii, przy równoczesnej odmowie zaproszenia Boga do ściśle doczesnej domeny życia politycznego. Odrzucając nadprzyrodzone źródło racjonalności, Gabiś zdekonstruował Logos, aby z niekłamaną perswazyjną mocą zlecić autonomicznemu rozumowi, w istocie woli politycznej, zadania w służbie imperium.
Autor Gier imperialnych stracił nadzieje związane z transformacją UE w IE, czego potwierdzeniem jest np. projekt Konfederacji Europejskiej, tym niemniej zawarty w nim postulat samorozwiązania Unii wydaje się dość optymistyczny i w tym względzie dorównuje Habermasowskiej recepcie „patriotyzmu konstytucyjnego”. Obie propozycje nie grzeszą nadmiarem realizmu.
Stawiam zatem pytanie o stosunek autora do przygotowanego przez elity UE pakietu zmian traktatowych; do wprowadzenia reguły jednomyślności, powołania Unii Obrony, tzw. kompetencji dzielonych, jednolitej polityki pieniężnej i zintegrowanej polityki fiskalnej, unijnego zarządzania infrastrukturą krytyczną czy energetyczną itd. itp. – a zatem zmian, które czynią państwa członkowskie lennikami UE.
Czy więc TG jest „za”, czy „przeciw”? Mimo wszystko „za”, bo zmiany konsolidują przyszły imperialny ośrodek, chcąc nie chcąc przybliżają nadejście imperium (fakt: niedoskonałego, ale doskonałe są tylko Platońskie idee)?; czy jednak „przeciw”, bo natura tych zmian niepokoi i przestrasza; bo zmiany wprowadzają ludzie, którzy wyprowadzili z norm prawa międzynarodowego prawo człowieka do nieurodzenia się i wpisują do francuskiej konstytucji prawo człowieka do zabicia dziecka nienarodzonego?
Na dnie moich interrogacji kryje się problem kryteriów, miar innych niż czysta polityczna efektywność, moc sprawcza i wola mocy, różnych od motywów techniczno-funkcjonalnych czy organizacyjno-zarządczych pragmatyk? Skąd Tomasz Gabiś weźmie adekwatne miary moralne?, skoro utrzymuje, iż „oskarżanie Imperium, iż chce panować nad światem nie ma sensu, gdyż zakłada, iż taki cel jak panowanie nad światem jest celem moralnie złym” i dodaje: „ten cel nie jest ani dobry ani zły, jest on naturalnym celem imperium (…) walka o panowanie nad światem odbywa się ‘poza dobrem i złem’”. Zgodzimy się chyba, iż słowa Gabisia są w istocie miodem na serca jawnych i niejawnych brukselskich elit. One też mają imperialne ambicje i nie przyjmują do wiadomości prób kwestionowania prawa do władania „poza dobrem i złem”?[14]
Warto więc może przypomnieć kilka prawd, na które, jak sądzę, bez trudu się zgodzimy.
Po pierwsze, wszelka władza pochodzi od Boga, toteż także wtedy, gdy nie przyjmuje tego do wiadomości, nie może się zwolnić od obowiązków względem Tego, który powołał ją do istnienia i – jak każdy twórca – przeznaczył ją do określonego celu (celu, z powodu którego istnieje władza jako taka). Ów cel to racja władzy, próba wspólnotowej realizacji projektu dobrego życia, dopomożenia w osiągnięciu szczęścia doczesnego niesprzecznego ze szczęściem wiecznym. Państwa istnieją w zamyśle Bożym, bo bez nich społeczeństwa obyć się nie mogą. Są więc rodzajem Bożego stworzenia i – jak każde stworzenie – mają obowiązek oddawania Bogu czci. Zasadnicza racja jedności politycznej to realizacja dobra wspólnego poprzez głoszenie i stosowanie w porę i nie w porę sprawiedliwości, gdy tymczasem Gabisiowa wizja IE zawiera gotowość podporządkowania polityki serwitutom dowolnej ideologii, o ile ta – z woli Imperatora – uznana zostanie za najbardziej użyteczną dla realizacji interesów Imperium.
Może TG to przeoczył, ale tak naprawdę mimowolnie sporządził przepis na despotyczną tyranię i zarazem na permanentną wojnę tyranów. Każdy z nich jest demiurgiem, każdy z nich decyduje „o dobru i złu”, bo to w istocie oznacza formuła „poza dobrem i złem”, która przydaje polityczności walor nadrzędny i uwalnia ją od moralnego skrupułu. Zapowiada się więc, parafrazując Aleksandra Zinowiewa, taka walka o dobro (w istocie o obsadzenie pozycji „poza dobrem i złem”), iż nie zostanie choćby kamień na kamieniu. Wyrecytowana przez Tomasza Gabisia formuła IMPERIUM SACRUM SANCTUM MAGNUM I ULTIMUM powinna być chyba traktowana, nieco żartobliwie rozbrajam jej patetyczny tenor, wyłącznie jako przebiegły fortel i usypiający czujność ornament.
Dygresja o termometrach
Nie ma obowiązku zgadzania się z Juanem Donosu Cortesem, ale jego metafora „dwóch termometrów” stanowić może użyteczny komentarz do omawianej kwestii. Cortes twierdził, iż „dwa są tylko możliwe wędzidła na ludzi, jedno wewnętrzne, drugie zewnętrzne: religia i polityka”. Na termometrach: religijnym i politycznym, zmierzyć możemy „poziom religijności” danego społeczeństwa oraz „stopień represyjności” jego władzy politycznej. Cortes uznał za prawidło, iż poziomy „temperatury” religijnej i politycznej są do siebie odwrotnie proporcjonalne. Kiedy rośnie poziom słupka rtęci na termometrze religijnym, spada ten na termometrze politycznym, co przekłada się na sytuację, w której im większa jest pobożność, tym słabsza, tym mniej represyjna, ledwie zauważalna i odczuwalna jest władza polityczna. I odwrotnie: im bardziej słabnie religijność społeczeństwa, tym większa jest skłonność władzy do wzięcia w karby jego swobód i wolności.
Czytana w kontekście idei Imperium Europejskiego, projektowanego przez TG jako ultima ratio, Imperium-Prawdy i Imperium-Dobra ex definitione, w postchrześcijańskich czasach – metafora „dwóch termometrów” dobitnie uwierzytelnia zagrożenia dla dobrego życia wpisane w Gabisiową propozycję nie-sympatycznym atramentem. Trzeba pamiętać, iż sukcesy historycznych imperiów w ograniczeniu politycznego rozczłonkowania świata niejednokrotnie szły w parze z wielkim ludzkim cierpieniem.
Dygresja o wspólnocie
Przyjmijmy jako przestrogę myśl Etienne Gilsona, z jego Metamorfoz Państwa Bożego[15], iż organizowanie jedności (imperium) na zasadzie uległości i przemocy struktur nie może przynieść sukcesu. Nie wynaleziono jeszcze dotąd „żadnego uniwersalizmu, który byłby w stanie zastąpić dobro, zbudowane na fundamencie wiary”. choćby tam, gdzie rozum dzieli, wiara łączy, „bowiem prawda słowa Bożego jest bardziej pewna i bardziej nieomylna niż najlepiej choćby wywiedzione pewniki rozumu naturalnego”.
Aby być czymś innym niż „zbiorem narodów, którym mniej lub bardziej uniemożliwiono szkodzenie sobie nawzajem, społeczność europejska musi zacząć żyć jedną prawdą”, być „wspólnotą ludzi połączonych umiłowaniem tego samego dobra” – jak to ujął św. Augustyn. W przeciwnym razie owo IE in statu nascendi „zostanie mniej lub bardziej brutalnie czy subtelnie wykorzystane” przez pychę i pożądliwość ludzką do niegodziwych celów.
Uważam, iż kondycja religijna wciąż jest niezbędna do powodzenia szlachetnego w zamyśle przedsięwzięcia, kondycja każdego z nas, naszych rodzin i naszych ojczyzn. Próba zastąpienia spoiwa, jakim jest wiara, lepiszczem ludzkim: ideologią, technologią, nauką czy wolą Imperium – w nadziei, iż „zuniwersalizuje się w miejsce wiary i ułatwi narodziny uniwersalnej społeczności doczesnej” za każdym razie kończy się źle, a owo zło wyraźnie kumuluje się, ciążąc nad losami narodów i świata.
Uwagi o rzeczywistej strukturze zarządzania światem oraz idei światowego pluriversum
Dobra wiadomość jest taka, iż istnieje już Imperium par excellence, jest nim Boże królestwo, które, co prawda, nie jest z tego świata, ale przenika świat. Oczywiście wiem, iż w sytuacji aksjologicznej próżni europejskich narodów, w Europie wymierającej, w wielokulturowym schaotyzowanym środowisku, wobec desuwerenizacji i depolityzacji państw narodowych oraz agresywnej ideologicznej agendy UE – prawda o królestwie Bożym stanowi pocieszenie wyłącznie dla niedostatecznie licznych i nie należy do przedmiotu ściśle politycznej analizy.
Zaskakuje natomiast, iż w imperialnym pisarstwie Tomasza Gabisia adekwatnie nie pojawia się perspektywa globalnego cienia władzy, ponadnarodowej i międzykontynentalnej, hierarchicznie zorganizowanej, pozorowanej na sieć, struktury globalnych interesariuszy realnego kapitalizmu, centrów światowego zawiadywania, kontrolujących światowe finanse i tzw. globalny ład korporacyjny; nadzorujących – excuse le mot – implementację światowych zasad i reguł współpracy i konkurencji. Ta sieć nosi w literaturze przedmiotu miano systemu globalnego partnerstwa publiczno-prywatnego (P3P); wielopoziomowego dozoru świata: z kreatorami polityki w rozumieniu reguł gry polityczno-ekonomicznej, takimi jak Bank Rozrachunków Międzynarodowych (BIS) w Bazylei (wraz z siecią nominalnie niezależnych krajowych banków centralnych, skutecznie przez BIS dyscyplinowanych i bezpośrednio finansujących wydatki rządów krajowych); sieć globalnych think tanków i falanga kluczowych, nie zawsze dostatecznie rozpoznanych, podmiotów-udziałowców globalnej formuły zarządzania, takich jak Światowe Forum Ekonomiczne, Klub Rzymski, Rada Stosunków Międzynarodowych, czy wielkie fundusze inwestycyjne (np. BlackRock czy Vanguard) i plutokratyczne rody, których nikt nie odważa się umieszczać w rankingach zasobności i bogactwa. Na niższym poziomie tej globalnej hierarchicznej struktury dokonuje się dystrybucja głównych polityk globalnych; przede wszystkich via agendy ONZ na zasadzie kolejno uchwalanych i wdrażanych (konsensualnych) konwencji międzynarodowych, a dalej – przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy, WHO, UE, NATO, globalne korporacje i organizacje (w tym wypadku prawdziwie) pozarządowe, w rodzaju Planned Parenthood czy Amnesty International. Szczebel niżej, jak przyjęło się opisywać tę strukturę, następuje transmisja głównych polityk (takich jak ”Zielony ład”, „Fit for 55”, „Agenda zdrowia reprodukcyjnego”, „Agenda 2050” itd.itp.) na poziom rządów krajowych, pełniących rolę egzekutorów globalnych polityk, oraz należycie zasymilowanych autorytetów naukowych i instytucji eksperckich, wspierających i legitymizujących egzekucję tych polityk przez rządy krajowe.[16] Instytucjom eksperckim stojącym na straży poprawności myślenia i globalnej dyscypliny werbalnej oraz harcownikom na frontach wojny hybrydowej, jak wiodące korporacje medialne, platformy social mediów, czy tzw. weryfikatorzy faktów (fact checkers) przypada także w udziale faktyczna roli propagandystów polityk globalnych.
Z tej lakonicznej z konieczności prezentacji wnosić należy, iż rozmaite struktury ponadnarodowe, w tym Unia Europejska stanowią element globalnego procesu i struktury zarządzania i bynajmniej samodzielnymi podmiotami i kreatorami reguł gry Nowego Porządku Światowego (NPŚ) nie są i być nie mogą. A iż ta struktura istnieje i efektywnie zawiaduje sprawami świata, dowodnie przekonaliśmy się w okresie realizacji globalnego planu „Pandemia”, wielorękiego projektu „nadzorowania monitorowania i karania” w warunkach stanu wyjątkowego, to jest w ramach globalnej biopolitycznej – oświeconej medyczną ekspertyzą – tyranii.
Warto więc może powiedzieć słów kilka o strategicznym planie i celu P3P, którym jest transformacja społeczeństw w oparciu o finansjalizację globalnych zasobów natury, w większości ogólnie dostępnych i bezpłatnych zasobów Ziemi (tzw. global commons): powietrza i szerzej kosmosu, wód morskich i oceanicznych, Antarktydy i Arktyki, węglowodorów i metali ziem rzadkich itd. itp. poprzez ich zleconą przez dedykowane instytucje ponadnarodowe inwentaryzację, komodyfikację i reglamentację (na wzór praw do emisji CO2). Przejęcie kontroli nad szacowanymi na wiele trylionów amerykańskich dolarów zasobami, a następnie potraktowanie ich jako denominacyjnej bazy nowego światowego cyfrowego pieniądza pomyślanego jako bezalternatywny środek wymiany ma na celu domknięcie globalnego systemu dyscyplinowania i kontroli ludności świata – prawdziwie żarłocznego Lewiatana. Faktycznego Imperium Mundi.
Widziana w tym właśnie władczym kontekście globalnego cienia władzy, drugiego i dalszych jej planów, skoordynowanej a zarazem rozgałęzionej struktury globalnego władztwa, struktury jednocześnie imponującej i przerażającej, idea Imperium Europaeum, wykoncypowana jako kolejna (po amerykańskiej) wersja Imperium Mundi[17], całkiem niezależnie od jej intelektualnej elegancji i retorycznego rozmachu, jest niczym więcej niźli dodawaniem wzniosłości, powagi i poloru do powidoku europejskiej jedności politycznej, jest wielobarwnym kostiumem przykrywającym rzeczywistość faktycznego sprawstwa, która wymyka się definicjom, bon motom, paradoksom, kategoriom i metaforom prowadzonej przez Tomasza Gabisia analizy. Co więcej, idea europejskiego imperium, nie tyle jako ambitny, władczy projekt i zamysł, ale jako możliwa jej w Europie-UE adaptacja znakomicie harmonizuje ze stawką globalnego zawiadywania; stawką na dekompozycję i defragmentację państw narodowych. Rozczarowany postawą europejskich elit, Gabiś w Między imperium a polis. Koncepcje Imperium Europejskiego i Uporządkowanej Anarchii przedstawia koncept fragmentyzacji Europy, zgodnie z którym na nowej mapie Europy i świata miałyby pojawić się (w miejsce dotychczasowych państw) polityczne formy poleis: „niezależne prowincje, regiony, kantony, ziemie, krainy, landy, ‘księstwa’, ‘baronie’, hrabstwa, wolne miasta, komuny i gminy, obszary zasiedlenia, autonomiczne strefy, wolne terytoria należące do klanów, szczepów, rodów, rodzin i jednostek, wspólnoty etnokulturalne, religijne i inne, bractwa, stowarzyszenia, fundacje, ‘cechy’, gildie, etniczne i kulturalne ‘klik’” posiadające własny język i własne networki, wspólnoty światopoglądowe, sekty etc.”.
Stowarzyszenia, gildie, bractwa itd. jako panaceum na skrywane sprawstwo globalnych elit, na zarządczą strukturę NPŚ – to się samo komentuje.
Na podkreślenie zasługuje także, iż Gabisiowa recepta sytuuje się na antypodach diagnoz, prognoz i receptur wielu Jego mistrzów, by wymienić w tym miejscu Carla Schmitta czy Alaina de Benoista, którzy antycypują i postulują nową światową architekturę pluriversum, wielobiegunowego świata, w którym to zgrupowania państw, rozumiane jako „terytorialnie bliskie związki pokrewnych kulturowo (cywilizacyjnie) państw”, zyskują i zyskiwać będą w dającej się przewidzieć przyszłości na sprawczej mocy, zmieniając się w faktyczne wspólnoty (jedności) polityczne, to jest w Wielkie Przestrzenie (Grossraum). Wielka Przestrzeń (WP), w odróżnieniu od Imperium i w przeciwieństwie do Nowego Porządku Światowego, który jest odpowiednikiem globalnej oświeconej oligarchicznej despocji, pozostaje domeną narodowej, ale relatywnie ograniczonej przez wspólny interes bezpieczeństwa, podmiotowości, stanowiąc zarazem strefę samoobrony dla tworzących je państw narodowych, strefę przekraczającą formalne granice państwa-lidera – mocarstwa organizującego politycznie sformatowaną przestrzeń. Te nominalnie regionalne konglomeraty państw sprzymierzonych, ich koalicje powstają już na naszych oczach i organizowane są na klasycznych, nie ideologicznych zasadach, w oparciu o wspólny interes bezpieczeństwa i uzgodnione minimum aksjologiczne; głoszą własną doktrynę nieinterwencji, odpowiednik XIX-wiecznej amerykańskiej doktryny Monroe. Do ich istoty należy – jak podkreślał Schmitt – „skuteczne wykluczenie interwencji obcych mocarstw na ich obszarze”.
Możemy powtórzyć za Schmittem: nie wiemy, co nas czeka, ale wydaje się, iż „przejście ku nowemu ‘nomosowi Ziemi’ realizującemu się w pluriversum ‘wielkich przestrzeni’ (w odnowionej formule koncertu mocarstw) znajduje się dziś w realnej perspektywie”.
Na podkreślenie zasługuje, iż ośrodki organizujące się w oparciu o ugruntowane w historii strefy wpływów, oddziałujące przez własną atrakcyjną siłę, także kulturową „odrzucają uniwersalizm euro-atlantycki i demoliberalny, jako zamaskowaną wersję hegemonicznego imperializmu”. De Benoist nazywa je Państwami-cywilizacjami i podkreśla, iż dążą one „do wypracowania koncepcji dobrego życia, czerpiąc z własnych historii i kultury”, uzgadniają katalogi „podstawowych i nienegocjowalnych wartości, których obrona i umacnianie stanowią podstawową rację i sens istnienia tworzących je państw”; odrzucają model neutralności państwa w sprawach aksjologicznych, humbug „modernizacji” na transatlantycką modłę, zachodnią orgię indywidualizmu i quasi-religijny kult rynku
Jestem pesymistą, gdy idzie o samodzielną europejską możliwość regionalnego (bo kontynentalne – inne niż unijne i dystopijno-despotyczne – europejskie zjednoczenie należy do porządku wishful thinking) kulturowo-cywilizacyjnego zorganizowania Europy, ale stawiam retoryczne pytanie, czy rzeczywiście jedyną realną alternatywą dla zmierzchającego Pax Americana jest projektowane przez Gabisia Pax Europaeum – propozycja i prognoza władania światem przez Europę, która w zastraszającym tempie zapada się agonalną wersję post-Europy?
Podkreślę: Gabisiowe remedium mnie nie przekonuje. Co więcej – może okazać się gorsze od choroby, którą usiłuje leczyć.
Andrzej Maśnica
Warszawa, czerwiec 2025 r.
[1] Imperium Europaeum, czyli powrót do przyszłości „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne” nr 34, 1999).
[2] Na który składają się literacko zróżnicowane formy ideowo-politycznego pisarstwa opublikowane na przestrzeni ponad ćwierćwiecza i pomieszczone w wydanych w 2008 r Grach imperialnych, a – już po ukazanie się książki – m.in. w krakowskich „Arcanach”, „Pressjach” i na portalu „Nowej Debaty”, zebrane na stronie autorskiej tomaszgabis.pl
[3] Cytat za: Krótki wstęp do krótkiego kursu imperialnej (makro)historii XX wieku [w:] Gry imperialne, 2008; tekst oparty na wcześniejszych tekstach: Imperium Europaeum, czyli powrót do przyszłości. Krótki kurs imperialnej historii XX wieku („Stańczyk. Pismo postkonserwatywne” nr 34, 1999) oraz Historia Polski i Europy w Imperium Europejskim („Stańczyk. Pismo postkonserwatywne” nr 35, 2000).
[4] Aluzja do cyklu zanot Tomasza Gabisia, publikowanych pod zbiorczym tytułem Notatki pogodnego krytykanta na autorskim blogu tomaszgabis.pl .
[5] Od I Unii Europejskiej przez II UE do Imperium Europejskiego, 2007 r. na stronie tomasz.gabis.com.pl. Rozszerzona wersja tekstu Od Unii Europejskiej do Imperium Europejskiego, zamieszczonego [w:] Tożsamość starego kontynentu i przyszłość projektu europejskiego, red. D. Pietrzyk-Reeves, 2007.
[6] W wywiadzie dla „Nowej Debaty” (Rozmowa z ‘Nową Debatą’, 02.2013 r.) autor Gier imperialnych łagodzi stanowisko. Czytamy w nim: „Moim zdaniem Rosja jako mocarstwo, jako suwerenne imperium euroazjatyckie i Europa (,,,) zawsze pozostawać będą w pewnym geopolitycznym napięciu; Imperium Europejskie chce się umacniać na wschodzie, Rosja na zachodzie, dlatego konflikt jest nieuchronny i naturalny”. Gabiś przewiduje sinusoidę w relacjach IE z Rosją; „od stosunków przyjaźni i współpracy po jawny i eskalujący konflikt”.
[7] Autor Gier imperialnych podejmuje problematykę UE w szeregu tekstów, ale przede wszystkim w: Prawicowej rekonstrukcji Unii Europejskiej („Arcana”, nr 3-4 2008); Od I Unii Europejskiej przez II UE do Imperium Europejskiego, 2007 (vide przypis 4.); O Konfederacji Europejskiej („Arcana” nr 1-2 2022).
[8] Zauważalnie, prawdopodobnie pod wypływem oceny rozwoju sytuacji wojennej na Ukrainie, autor zmienia zdanie co do ofensywnych celów czwórprzymierza, bo oto w wywiadzie Europa będzie imperialna albo jej nie będzie wcale („Pressje” teka 62 11.2023), na pytanie o rację bytu proponowanej przezeń Konfederacji Europejskiej, Gabiś stwierdza: „W sytuacji, w której znalazła się Europa, potrzebna jest przede wszystkim koncentracja sił. Europa nie może się rozpraszać na wszystkie strony świata (…) Konfederacja (…) skupia się na wewnętrznym wzmocnieniu Europy, zapewnieniu jej narodom możliwości swobodnego rozwoju kulturalnego i gospodarczego”.
[9] Vide przywołane w przypisie 6 i 8 wywiady autora.
[10] W późniejszym o dekadę wywiadzie dla „Pressji” (vide: przypis 8), Gabiś wyznaje: „Przed laty miałem pewną nadzieję na przewartościowanie w elitach europejskich, również unijnych, ale do tego nie doszło. w tej chwili uważam system za niereformowalny. Dla mnie dzisiejsza Unia Europejska nie jest instrumentem, który mógłby w jakikolwiek sposób zapobiec negatywnym procesom, jakie w Europie zachodzą, a w niektórych dziedzinach wręcz je przyspiesza (…), obecna wspólnota europejska nie ma dziś żadnej realnej substancji politycznej i w istocie zamieniła się, podobnie jak wszystkie jej państwa członkowskie, w chory organizm, który mniej lub bardziej świadomie zmierza do autodestrukcji”.
[11] Vide: Paweł Mielcarek, Zasada Europy {w:] Otwarte okna. Szkice z kultury humanizmu katolickiego, 2022.
[12] Vide: Phillippe de Villiers, Kiedy opadły maski, 2019.
[13] Vide: Między imperium a polis. Koncepcje Imperium Europejskiego i Uporządkowanej Anarchii, „Arcana” nr 76 (4/2007). W tekście TG rozbraja i tonuje pierwotną „hardcorową” wersję IE przedstawiając koncept Uporządkowanej Anarchii (UA) jako „rezultatu dewolucji i rozpadu struktur państwowo-politycznych (narodowych i ponadnarodowych)”. Charakterystyczne, iż autor wymienia rozliczne znane ludzkości formy organizacji społeczeństw i wciąż udaje mu się nie odnaleźć w swojej wizji UA miejsca dla państwa narodowego.
[14] Pozornie wyrafinowana formuła „poza dobrem a złem” stanowi fundament filozoficznej myśli liberalnej, która „uwalnia” kolejne dziedziny ludzkiej aktywności (gospodarkę, naukę, politykę itd.) od serwitutów na rzecz niezależnej od woli człowieka, obiektywnie istniejącej, reguły moralności. W istocie domena aktywności „poza dobrem i złem” to królestwo zwierząt. Zoon Politikon ma taką samą zdolność do działania „poza dobrem i złem, co do działania „poza dniem i nocą”. Rzeczy istnieją niezależnie od naszej intelektualnej umiejętności ich rozpoznania i naszej gotowości do ich przyjęcia za nieodwoływalne. Człowiek w swej przed-filozoficznej i przed-politycznej naturze ugodzony został koniecznością dokonywania wyborów podlegających osądowi moralnemu. Obdarzony wolną wolą, w świecie relacji i współzależności społecznych, chytry polityczny rozum może jedynie deklamować działanie „poza dobrem i złem”, przezwyciężać moralny wymiar ludzkiego świata na sposób intelektualny i postulatywny. Rozum i wola mogą na przewrotnie subiektywny sposób „znosić” konieczność dokonywania wyborów, nakładać na rzeczywistość gorset nadrzeczywistych kategorii, które rzekomo zwalniają nas od moralnych obowiązków, ale moralnego substratu naszej (arcy)ludzkiej kondycji przecież nie unieważnią.
[15] Etienne Gilson, Metamorfozy Państwa Bożego, 2020 r.
[16] Jest przy tym rzeczą oczywistą, iż t.zw deep state w USA, rzeczywista elita władzy w Ameryce, nie jest jedynie egzekutorem, ale prawdopodobnie jednym z głównych interesariuszy-dysponentów tej struktury.
[17] Warto odnotować w tym kontekście, iż sposobem na konsolidację UE jest proceduralna inżynieria dezintegracji państw narodowych, która to dezintegracja stanowi apriori Gabisiowego projektu IE. Koncepcja redaktora ‘Stańczyka” w tym, co nie jest w niej dopowiedziane, ale co z całą pewnością zawarte jest w niej implicite, zwiastuje wielką wojnę narodów, jako wehikułu konsolidacji i komasacji sił i zasobów Europy. Warto mieć na uwadze, iż obie wojny światowe, albo jak kto woli obie odsłony europejskiej wojny domowej nie były toczone w imię interesów narodowych, co Gabiś podkreśla, ale miały na celu tworzenie imperiów. Jako realista polityczny nie wierzę, rzecz jasna, w kantowski „wieczny pokój”, ale – inaczej niż Gabiś – postrzegam przyszłą (obecną?) wojnę państw i narodów jako zmierzch jednobiegunowego porządku i bolesny połóg (już poczętego i zrodzonego de facto) „świata wielobiegunowego”. Taki konfliktowy scenariusz, w mojej ocenie, sprzyja co najmniej osłabieniu systemu globalnego partnerstwa publiczno-prywatnego (jako układnemu zblatowaniu elit cienia ze Wschodu, Zachodu, Północy i Południa). Casus odwołania pandemii praktycznie z dnia na dzień zdaje się potwierdzać tę intuicję. Tym niemniej nie możemy być pewni, iż to, co dzieli potencjalnych partnerów na pierwszym i publicznym planie rozgrywki o świat okaże się bardziej przemożne od tego, co ich łączy na jej kolejnych, mniej spektakularnych i poufnych planach.

2 tygodni temu















