Zawiadomienia ze spółdzielni dotarły we wrześniu i październiku. Mieszkańcy bloków znali już nowe stawki i próbowali zaplanować domowe budżety. Problem pojawia się właśnie teraz, gdy trzeba rzeczywiście zapłacić te astronomiczne kwoty. Przelew za listopad czy grudzień zmienia teoretyczną podwyżkę w bolesną rzeczywistość.

Fot. Shutterstock / Warszawa w Pigułce
Gdy cyfry zamieniają się w realne pieniądze
Pani Joanna z Torunia dostała w październiku pismo informujące o wzroście zaliczki na ogrzewanie z 280 do 450 złotych miesięcznie. Przez kilka tygodni to była tylko liczba na kartce. Teraz siedzi przed komputerem i musi przelać te 450 złotych, a dodatkowo dopłacić jeszcze 170 złotych różnicy. W jej głowie kręci się pytanie, co wykreślić z listy zakupów w najbliższym miesiącu.
Teoretyczna podwyżka o 60 procent staje się konkretnym wyborem. Mniej warzyw dla dzieci czy rezygnacja z wizyty u dentysty? Może odłożyć wymianę sprzętu AGD na kolejny kwartał, choć pralka już ledwo działa. To nie są pytania filozoficzne dla milionów Polaków – to codzienna rzeczywistość sezonu grzewczego 2025 i 2026.
Według spółdzielni mieszkaniowych, pierwsze prawdziwe rachunki pokazujące pełną skalę podwyżek trafiły do mieszkańców właśnie w listopadzie. To właśnie ten miesiąc stał się momentem prawdy. Teoretyczne wyliczenia z zawiadomień przekształciły się w bezlitosne kwoty do zapłaty.
Dlaczego właśnie teraz jest najgorzej
Pierwsza połowa 2025 roku była okresem pozornego spokoju. Spółdzielnie korzystały jeszcze z rezerw finansowych zgromadzonych w poprzednich latach i odkładały trudne decyzje. Większość zarządów czekała z podwyżkami do jesiennych walnych zgromadzeń, które odbyły się między wrześniem a listopadem.
Teraz jednak nastąpił moment rozliczenia. Rezerwy się skończyły, a nowe taryfy ciepłownicze zaczęły obowiązywać od lipca 2025. Spółdzielnie musiały dostosować wysokość zaliczek do rzeczywistych kosztów kupowanego ciepła. Opóźnienie między podwyżkami cen a wzrostem zaliczek oznacza, iż niektórzy mieszkańcy dostali dodatkowo wezwania do dopłaty za minione miesiące.
Mechanizm ochronny, który od września 2022 ograniczał wzrosty cen ciepła do maksymalnie 40 procent, przestał działać pierwszego lipca 2025. Przez te prawie trzy lata polskie spółdzielnie i ciepłownie funkcjonowały w systemie cen regulowanych. Koniec tarczy osłonowej to nie jednorazowy skok cen, ale proces rozciągnięty w czasie, którego skutki dopiero teraz w pełni odczuwają mieszkańcy.
Gdzie rachunki rosną najbardziej, gdzie nieco mniej
Geografia ma ogromne znaczenie w tej zimowej historii. Rekordowe wzrosty notuje Ruda Śląska, gdzie po protestach i interwencji lokalnych władz Węglokoks Energia obniżył planowaną podwyżkę ze 100 do 80 procent. To jednak wciąż oznacza, iż mieszkańcy płacą o około 600 złotych rocznie więcej dla przeciętnego gospodarstwa.
W Zielonej Górze przygotować się trzeba na wzrosty od 50 do 65 procent, w Lublinie i Opolu na około 30 procent, a w Warszawie na 20 do 24 procent. Różnice wynikają z lokalnej polityki cenowej, technologii produkcji ciepła i decyzji podejmowanych przez poprzednie zarządy ciepłowni w ostatnich latach.
Izba Gospodarcza Ciepłownictwo Polskie informuje, iż realne wzrosty cen dotknęły 56 procent systemów ciepłowniczych w kraju. Dla pozostałych 44 procent odbiorców sytuacja pozostała względnie stabilna, choć i tam ceny rosną, tylko w mniejszym tempie. Średni wzrost opłat za centralne ogrzewanie wynosi około 600 złotych miesięcznie na gospodarstwo domowe.
Co sprawia, iż rachunki poszybowały właśnie teraz
Ceny uprawnień do emisji CO2 pozostają na wysokim poziomie, podobnie jak koszty gazu i węgla wykorzystywanych przez miejskie ciepłownie. Po wygaśnięciu tarcz energetycznych spółdzielnie kupują ciepło po cenach rynkowych, znacznie wyższych niż subsydiowane w poprzednich latach.
Drugi czynnik to unijne wymogi dotyczące termomodernizacji budynków. Nowelizacja dyrektywy budynkowej zmusza właścicieli, w tym spółdzielnie, do przeprowadzania kosztownych prac termomodernizacyjnych. Te wydatki muszą się gdzieś pojawić, najczęściej właśnie w czynszu mieszkańców.
Trzeci element to wzrost płacy minimalnej do 4666 złotych brutto, z planowanym dalszym wzrostem do 4806 złotych. Dla dużych spółdzielni mieszkaniowych oznacza to setki tysięcy złotych dodatkowych wydatków rocznie na wynagrodzenia konserwatorów, pracowników ochrony czy osób sprzątających.
Woda podrożała o 12 do 13 procent rocznie, materiały budowlane wzrosły o kilkanaście procent. Od stycznia 2025 maksymalna cena za ciepło wzrosła do 134,97 złotych za gigadżul. Każdy element układanki dokłada się do końcowej kwoty na przelewie.
Jakie kwoty faktycznie trzeba płacić
Dla przeciętnego mieszkania o powierzchni 60 metrów kwadratowych wzrost zaliczki o 30 procent oznacza dodatkowe 300 do 400 złotych miesięcznie. W skali roku to 3600 do 4800 złotych. jeżeli wzrost sięga 80 procent, jak w Rudzie Śląskiej, może to być choćby 600 do 800 złotych miesięcznie więcej, czyli 7200 do 9600 złotych rocznie.
Mieszkańcy starszych bloków z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych są w szczególnie trudnej sytuacji. Systemy grzewcze w tych budynkach są mniej efektywne, a zużycie ciepła na metr kwadratowy może być choćby dwa razy wyższe niż w nowych mieszkaniach. To przekłada się na proporcjonalnie wyższe rachunki.
W niektórych miastach koszt ogrzewania mieszkania o powierzchni 60 metrów kwadratowych sięga choćby 700 do 900 złotych miesięcznie. Dla rodzin o niskich i średnich dochodach to oznacza wybór między jedzeniem a ciepłem w mieszkaniu. Liczba gospodarstw zagrożonych ubóstwem energetycznym rośnie dramatycznie.
Bon ciepłowniczy to za mało dla większości
Sejm przyjął 12 września ustawę o bonie ciepłowniczym jako odpowiedź na dramatyczne apele spółdzielni i samorządów. Ma on stanowić wsparcie dla gospodarstw domowych korzystających z ciepła systemowego w drugiej połowie 2025 i w całym 2026.
Bon mogą otrzymać osoby samotnie gospodarujące oraz rodziny, których miesięczny dochód nie przekracza 2500 złotych na osobę samotnie gospodarującą lub 1700 złotych na osobę w rodzinie. Gospodarstwo musi również korzystać z ciepła systemowego i płacić za ciepło powyżej 170 złotych za gigadżul.
Za okres od pierwszego lipca do 31 grudnia 2025 bon wyniesie od 500 do 1750 złotych, w zależności od ceny ciepła. Za cały 2026 rok kwoty będą odpowiednio wyższe – od 1000 do 3500 złotych. Problem w tym, iż większość mieszkańców nie kwalifikuje się do tego wsparcia ze względu na progi dochodowe.
Kto faktycznie może liczyć na pomoc
Próg 2500 złotych dla osoby samotnie gospodarującej wyklucza większość emerytów i rencistów, których świadczenia przekraczają tę kwotę. Rodzina dwuosobowa musi mieścić się w 3400 złotych miesięcznego dochodu, a czteroosobowa w 6800 złotych. W praktyce pomoc trafia do około 400 tysięcy gospodarstw z oszacowanych 8 milionów korzystających z ogrzewania systemowego.
Nawet jeżeli ktoś nieznacznie przekroczy kryterium dochodowe, może otrzymać świadczenie, ale pomniejszone o kwotę przekroczenia. Minimalna kwota bonu to 20 złotych – poniżej tej kwoty bon nie jest wypłacany. W praktyce system wspiera najbardziej potrzebujących, ale zostawia bez pomocy szeroką grupę gospodarstw o średnich dochodach, dla których podwyżki są równie dotkliwe.
Wnioski o bon za drugą połowę 2025 można składać od 3 listopada do 15 grudnia 2025. Prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę we wrześniu i już obowiązuje. Złożyć go można osobiście w gminie, pocztą albo online przez gov.pl, ePUAP lub aplikację mObywatel.
Co możesz zrobić zanim zapłacisz
Sprawdź szczegółową kalkulację nowych stawek w spółdzielni. Zgodnie z ustawą o spółdzielniach mieszkaniowych, zarząd ma obowiązek na pisemne żądanie członka przedstawić kalkulację wysokości opłat. Żądaj zestawienia zużycia ciepła dla całego budynku z ostatnich lat i porównania nowej ceny za jednostkę z ceną z poprzedniego okresu.
Każdy członek spółdzielni ma prawo do szczegółowego uzasadnienia podwyżki, w tym informacji o nowej umowie z dostawcą ciepła. Możesz również zwrócić się do rady nadzorczej spółdzielni, która pełni funkcję kontrolną nad zarządem. Pamiętaj, iż spółdzielnia jedynie pośredniczy w przekazywaniu środków, nie może arbitralnie podnosić cen.
Jeśli twoje dochody mieszczą się w limitach i płacisz za ciepło powyżej 170 złotych za gigadżul, nie czekaj do ostatniej chwili z wnioskiem o bon ciepłowniczy. Będziesz potrzebował dokumentów potwierdzających dochody oraz zaświadczenia od spółdzielni lub dostawcy ciepła o cenie za gigadżul.
Jak przetrwać sezon zimą w portfelu
Choć nie masz wpływu na cenę ciepła, możesz ograniczyć jego zużycie. choćby proste działania przynoszą wymierne oszczędności. Uszczelnienie okien i drzwi, odpowietrzenie kaloryferów czy obniżenie temperatury o jeden stopień Celsjusza może zmniejszyć rachunki o kilkanaście procent.
Zamontuj głowice termostatyczne na kaloryferach, jeżeli ich jeszcze nie masz. Pozwalają precyzyjnie kontrolować temperaturę w poszczególnych pomieszczeniach. W sypialni czy w pokojach, w których przebywasz rzadko, możesz obniżyć ogrzewanie bez utraty komfortu w pozostałych częściach mieszkania.
Sprawdź czy twoja spółdzielnia planuje termomodernizację budynku. Docieplenie ścian i wymiana stolarki okiennej mogą przynieść znaczące oszczędności w dłuższej perspektywie, choćby jeżeli na początku oznaczają wzrost opłat eksploatacyjnych. Każdy procent zaoszczędzonego ciepła to mniej pieniędzy do zapłacenia.
Co dalej – prognozy nie napawają optymizmem
Eksperci ostrzegają, iż to nie koniec podwyżek. Według profesora Stanisława Nagy z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, rachunki będą rosły w efekcie wzrastających cen paliw, kosztów emisji CO2 i unijnych dyrektyw. Stan infrastruktury przesyłowej i niski stopień termomodernizacji budynków również nie poprawiają sytuacji.
Z powodu wymagań unijnych i transformacji energetycznej należy przygotować się na wzrost kosztów ogrzewania w ciągu najbliższych 10 lat. Polska znajduje się na piątym miejscu w Unii Europejskiej pod względem wzrostu cen ciepła w 2025, a elektrociepłownie dostarczyły w 2023 aż 55,6 procent energii cieplnej pochodzącej z węgla kamiennego.
Choć duże firmy energetyczne zapowiadają, iż gaz będzie wykorzystywany jako paliwo przejściowe w ciepłownictwie, ta zmiana również nie będzie tania. Właściciele ogrzewania gazowego już teraz płacą 4,00 do 4,80 złotych brutto za metr sześcienny gazu, a ponad 80 procent gazu w Polsce pochodzi z importu.
Najgorsze dopiero nadchodzi
Choć w tej chwili skupiamy się na płaceniu rachunków za listopad i grudzień 2025, prawdziwy szok może czekać mieszkańców w 2026 roku. jeżeli rząd nie wprowadzi nowych mechanizmów wsparcia, zima 2026 może być najdroższą od dwóch dekad.
Prognozy wskazują dalszy wzrost o 10 do 20 procent, jeżeli nie pojawi się nowy mechanizm stabilizujący ceny. System ETS 2 wprowadzany w Unii Europejskiej dodatkowo podbije koszty emisji CO2, co bezpośrednio przełoży się na ceny ciepła. Branża ciepłownicza apeluje o systemowe rozwiązania i inwestycje w energię odnawialną, jednak proces ten potrwa lata.
Do tego czasu rachunki za ciepło pozostaną tematem numer jeden w milionach polskich domów. Teoretyczne podwyżki zamieniły się w realne kwoty do zapłacenia, a mieszkańcy bloków zaczynają rozumieć, iż listy grozy były tylko wstępem. Prawdziwa groza zaczyna się teraz, przy terminalu płatniczym lub komputerze, gdzie trzeba wykonać przelew na kwotę, która jeszcze rok temu wydawała się abstrakcyjna.

45 minut temu












