Każdego roku czekam na połowę kwietnia niczym Żydzi na Mesjasza, wtedy bowiem rozpoczyna się kolejny sezon wyścigowy na torze Służewiec. Po raz pierwszy zagrałem gonitwę w niedzielę 4 lipca 1971 r. jako nieopierzony gołowąs i jestem na torze do dnia dzisiejszego. Swój wyścigowy debiut pamiętam tak dobrze, jakby to było wczoraj. W nocy z 3 na 4 lipca 1971 r. spadła na Warszawę gigantyczna ulewa. Rano tor przypominał grzęzawisko i został oceniony przez Komisję Techniczną jako ciężki. Mocno zastanawiałem się czy pojechać na Służewiec, ale mój ojciec i starszy brat (nieboszczycy, Panie świeć nad ich grzesznymi duszami), dla których każdy dzień wyścigowy był wydarzeniem najwyższej rangi, zaproponowali mi podwodę w postaci zaprzyjaźnionego taksówkarza jeżdżącego limuzyną marki Wołga. Darmocha oraz perspektywa wygodnego dojazdu przeważyły. Włożyłem do kieszeni 200 złotych i pojechałem.