Paryski nie-co-dziennik
Tak, Nietzsche jest niewątpliwie Francuzem – konkludował prowokacyjnie swój tekst „Nietzsche, francuski cud” Philippe Sollers, analizując kulturowy fenomen niemieckiego filozofa, głosiciela „śmierci Boga”, „woli mocy”, „nadczłowieka”, „wiecznego powrotu”, „losu umiłowania” (amor fati). Ów francuski cud ma polegać na: konsekwencjach nieobecności Boga, którego śmierć byłaby lepiej odczuwalna „po francusku” niż w jakimkolwiek innym zakątku świata jako triumf arystokratyczności nad plebejskością stadnej moralności. Tak pisał Sollers.
Stendhal zabrał mi najlepszy dowcip, który ja rzec mogłem, że: „jedynym usprawiedliwieniem Boga jest to, iż nie istnieje” – a to już Nietzsche w „Ecce homo”. A dalej: Voltaire! to jedyna wielka inteligencja, która żyła przede mną. Albo: Artysta nie ma domu prócz Paryża. Wcześniej, studiując w Bonn filologię klasyczną, należał do stowarzyszenia „Frankonia”, którego członkowie upijali się – co prawda piwem, nie winem – szukając mocnych wrażeń. Tak czy inaczej, geniusz tej bez wątpienia wielce osobliwej postaci miałby być niemożliwy bez jego fascynacji francuską kulturą.
Czytam tekst Sollersa w poniedziałek, 25 sierpnia, w dniu 125. rocznicy śmierci Friedricha Nietzschego. Umarł w wieku 55 lat – jako sławny filozof, choć przez ostatnie jedenaście lat życia, będąc w stanie obłędu, nie napisał już ani słowa. Popadał w ataki złości, smarował się odchodami, nie rozpoznawał bliskich. W końcu sparaliżowany zmarł na zapalenie płuc bez kontaktu ze światem. Został pochowany na cmentarzu w Röcken, obok ojca, luterańskiego pastora, który zmarł w wieku 35 lat na chorobę umysłową, kiedy Fryderyk miał 4 lata. Być może była to choroba dziedziczna, która przyczyniła się do obłędu syna.
W obłędzie tym utożsamiał się z różnymi postaciami: Buddą, Dionizosem, umarłym Bogiem. Wysyłał profetyczne karty pocztowe do przywódców Europy, z których większość nie żyła. Podpisywał się Dionizos, Ukrzyżowany albo Ukrzyżowany Dionizos. Jego siostra Elizabeth tak relacjonowała moment śmierci brata: Poruszył ustami i zamknął je, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zawahał się…
Zawahał się człowiek, który przez całe życie był słaby, schorowany, obolały, niedowidzący, osamotniony i nieśmiały, a stał się bogiem życia i siły, uosobieniem biologicznego arystokratyzmu. Gnany wewnętrznym niepokojem toczył walkę ze światem i z sobą samym, chcąc uzdrowić i siebie, i ludzkość całą. I jak nikt przed nim, z wyjątkiem założycieli wielkich religii, został apostołem nowej moralności – „poza dobrem i złem”, opartej na pełni życia i siły. „Wolą mocy”, co wyzwala kruchą egzystencję ze słabości, uwiódł i słabych, i silnych: polityków (Piłsudski, de Gaulle), filozofów (Foucault, Derrida), kompozytorów (Mahler, Strauss, Schönberg), pisarzy (Mann, Kafka, Shaw, Gide, Rilke, Hesse), bożyszczy popkultury (Morrison), mas ludzkich, które nie lubią swej słabości. Bo kto ją lubi? Kto by nie chciał pełni życia? Kto by nie chciał być panem swego losu?
Nietzsche przeciwstawił życiu – Boga ukrzyżowanego, fikcję odkupienia win słabych kosztem silnych. Jezus miał być pierwszym socjalistą, a chrześcijaństwo religią litości. Europejska cywilizacja, głosił, wymaga wyższej kultury, która uwolni narody ze stadnych nacjonalizmów rodzących wzajemną wrogość ludów, co ze strachu zamykają się w swych narodach, nazywając to dumnie patriotyzmem. Europie potrzeba nowej politycznej organizacji, która gwarantowałaby nieskrępowany rozwój wolnego umysłu, i w tym celu musi się zjednoczyć, aby stworzyć nową europejskość.
Nietzsche Francuzem? Bardziej do polskiego powinowactwa się on przyznawał. Przodkowie moi byli polską szlachtą. Po nich zostały mi moje instynkty. Jestem jeszcze na tyle Polakiem, by za Chopina oddać całą resztę muzyki – napisał w autobiografii, wspomnianej już „Ecce homo [oto człowiek]. Jak staje się tym, kim się jest”, wydanej 8 lat po jego śmieci. Powoływał się na ustną tradycję rodzinną, iż z rodu Nickich pochodzi, herbu Radwan, co jednak nie zostało potwierdzone. Niemieckością swą wręcz pogardzał, twierdząc, iż Niemcy, skąd przez całe życie uciekał, są krajem pospolitości, filistrów, których kultura jest wiele lat za europejską. Stworzył własną opowieść wielkiego filozofa, zaznaczając swoje podobieństwo do Sokratesa, najmądrzejszego człowieka świata, który otwarcie przyznawał się do mądrości niewiedzy; bo… Rozum to tylko sen ze świadomością snu. Rozum w języku: Ach, cóż to za stara oszukańcza baba!
Miesza teraźniejszość chwili obecnej z teraźniejszością minioną i z tą, co dopiero będzie. Pozostawmy czas własnemu losowi. choćby jak go zgubimy, on nie zgubi nas, zawsze nas odnajdzie. A w ogóle zgubić się, a choćby dopuścić do zupełnej swej zagłady, jest rzeczą bardziej moralną, niźli zbytnio troszczyć się o siebie (co cię nie zabije, to cię wzmocni). Nie wszystko stracone, póki jesteśmy z siebie niezadowoleni. Bunt ciała odświeży nasz zmysł czasu, co tak finezyjnie przekomarza się z nicością, której jedynym atrybutem jest czystość absolutna i takaż cisza, co rodzi awanturniczą samotność, którą trzeba zdobyć i pokonać.
„Świat przemija”, „staje się” i „nie-jest”. „Wieczność-jest”; a… „Życie wieczne to nie jakieś inne życie: to właśnie to życie, które żyjesz”. Co było, jest pytajnikiem, co będzie – wykrzyknikiem! Krzyczy: Idź!… Idę, idę… Tylko dokąd? Tam! – ponad przepaścią! Tako rzecze on, Zaratustra, ale o tym za tydzień. Został banał, co rzeczywistość tak „po ludzku” udaje: teza – mit, antyteza – rozum, synteza – ideologia, czyli nowy mit: człowieka? demona? może nadczłowieka już? Już – CZAS. On zawsze jest, choćby jak go nie ma.
Leszek Turkiewicz