Niewykorzystane karne się zemściły. Koniec marzeń Wisły [ZDJĘCIA]

2 godzin temu

W pierwszym meczu w Lizbonie Wisła nie zaprezentowała się najlepiej. Nafciarze podnieśli się dopiero w ostatnich minutach, kiedy stratę dziesięciu bramek zniwelowali do czterech trafień. Nie była to różnica niemożliwa do odrobienia, ale podopieczni Xaviego Sabate musieli zagrać w rewanżu niemal perfekcyjnie.

Katastrofalny początek

Trudno opisać niemoc, z jaką mistrzowie Polski rozpoczęli spotkanie ze Sportingiem. Nafciarze dochodzili do sytuacji rzutowych, ale seryjnie pudłowali. Na pierwszą bramkę Wisły kibice czekali aż do 7. minuty, a Mitja Janc trafił do siatki w momencie, gdy Sporting grał w osłabieniu. Pierwsze trafienie przy równych siłach przyszło dopiero w 10. minucie. Było wówczas 2:5, co stawiało Wisłę w bardzo trudnym położeniu w kontekście całego dwumeczu.

W zespole rywali trudni do zatrzymania byli bracia Costa, choć trzeba przyznać, iż Sporting wcale nie grał koncertowo. Portugalczycy byli lepsi, ale to nie był poziom, do którego Wisła nie miała możliwości dorównać.

Xavi Sabate reagował gwałtownie i jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa wymienił niemal wszystkich zawodników z pola. Richardsona, Janca i Fazekasa zastąpili Kosorotov, Zarabec oraz Ilić. Zespół zareagował pozytywnie. Słoweniec ożywił tempo ataków, a Rosjanin wziął na siebie ciężar zdobywania bramek. Zmorą były jednak rzuty karne, które mistrzowie Polski egzekwowali fatalnie. Z linii siedmiu metrów pomylili się kolejno Richardson, Daszek i Kosorotov.

W końcu Wisła jednak się otrząsnęła i postawiła obronę, z której słynie. Goście przygaśli, a płocczanie zdobyli siedem kolejnych bramek. Z każdą udaną akcją Orlen Arena reagowała coraz żywiej, a wynik 13:11 do przerwy zwiastował ogromne emocje w drugiej połowie.

Wisła walczyła, ale to za mało

Druga odsłona zaczęła się świetnie, bo od rzutu karnego. Kibice w hali mogli się zastanawiać, kto tym razem podejdzie do „siódemki”, skoro poprzedni wykonawcy zawiedli. Tym razem skutecznie rzucił Richardson i Wisła miała już trzy bramki przewagi. Niestety, bliżej celu podopieczni Xaviego Sabate już nie byli.

Sporting gwałtownie wyrównał stan meczu i każda bramka zaczęła liczyć się podwójnie. Wisła spróbowała odskoczyć jeszcze raz na kwadrans przed końcem. Czerwoną kartkę zobaczył Christian Moga, Richardson wykorzystał kolejnego karnego i na tablicy widniał wynik 20:18. Nafciarze wciąż mieli jednak problemy ze skutecznością, a choćby jeżeli udało się trafić, błyskawicznie odpowiadał któryś z braci Costa lub Salvador Salvador. Torbojrn Bergerud przestał odbijać piłki, a czas nieubłaganie uciekał.

Sporting wyraźnie grał na czas, na co pozwalali sędziowie z Czarnogóry. Arbitrzy dość swobodnie decydowali o zatrzymywaniu zegara – raz robili to przy rzucie karnym, innym razem nie. Podejmowali też kontrowersyjne decyzje, jak choćby w sytuacji, gdy Martim Costa utrudniał wznowienie gry. Sędziowie odgwizdali faul, ale nie ukarali Portugalczyka wykluczeniem. Poza tym pozwalali na bardzo ostrą grę, o co pretensje miały obie drużyny.

Wisła sama sobie jednak nie pomogła i choć ostatecznie wygrała spotkanie, nie zdołała odrobić strat z Lizbony. Sporting wywalczył w Płocku przepustkę do ćwierćfinału, w którym zmierzy się z Aalborgiem.

Mistrzom Polski pozostaje teraz skupienie się na krajowych rozgrywkach. Już w przyszły weekend Nafciarze pojadą do Kalisza na Final Four Pucharu Polski. W półfinale Wisła zagra z Industrią Kielce.

Orlen Wisła Płock – Sporting Lizbona 28:27 (13:11)

Orlen Wisła Płock: Alilović, Bergerud – Kosorotov 7, Richardson 4, Fazekas 4, Janc 3, Ilić 3, Dawydzik 2, Serdio 1, Zarabec 1, Daszek, Susnja, Mihić.

Sporting Lizbona: Ali, Kristenssen – Silva 2, Berlin, Alvarez, Francisco Costa 7, Suarez, Gurri, Martinez, Salvador 4, Thorkelsson 1, Gassama 2, Branquinho, Moga, Martim Costa 7, Romero 1.

Kary: Wisła 6 min., Sporting 6 min. Czerwona kartka: Moga (z gradacji kar)

Idź do oryginalnego materiału