Odszedł Marian Kasprzyk - Mistrz Olimpijski i Honorowy Obywatel Ziębic

5 godzin temu

Marian Kasprzyk zapisał się w historii jako złoty medalista olimpijski z Tokio (1964) i brązowy medalista igrzysk w Rzymie (1960). Był jednym z najwybitniejszych polskich bokserów XX wieku, znanym z niezwykłej waleczności i charakteru.

Dla kibiców był przede wszystkim „Polskim Pappem” – tak ochrzcili go fani, bo stylem walki, sylwetką, mańkucią pozycją i charakterystycznym wąsikiem przypominał legendarnego węgierskiego mistrza László Pappa. Ale jego własna historia była jeszcze bardziej filmowa niż porównania.

Bardzo życzliwy, wspaniały, dobry człowiek, mający czas na rozmowę i często - gdy siły na to pozwalały - odwiedzający swoje Ziębice. [...] Dziękujemy za wszystko Panie Marianie… - napisał w mediach społecznościowych Mariusz Szpilarewicz, burmistrz Ziębic.

Zaczynał w Ziębicach

Urodził się 22 września 1939 roku w Kołomaniu koło Kielc. Ostatnie lata wojny spędził z rodziną na przymusowych robotach u bauera w Niemczech. Po wojnie Kasprzykowie osiedlili się w Ziębicach, gdzie Marian poszedł do szkoły i tam po raz pierwszy założył rękawice bokserskie.

Zaczynał w Sparcie Ziębice, potem trenował w Nysie Kłodzko. Miał 19 lat, 169 cm wzrostu i niespełna 70 kg, gdy podczas towarzyskich zawodów znokautował cenionego boksera z NRD. niedługo trafił do BBTS Bielsko, klubu pierwszoligowego, gdzie jego kariera eksplodowała. Już w debiucie w ekstraklasie pokonał na punkty Henryka Niedźwiedzkiego.

Kariera jak scenariusz filmu

Życie Kasprzyka rzeczywiście stało się kanwą filmu. W obrazie „Bokser” Juliana Dziedziny zagrał go Daniel Olbrychski. I nie było w tym przesady - jego biografia pełna była ostrych zakrętów.

Na początku lat 60. wplątał się w bójki poza ringiem. Był proces, wyrok, więzienie i choćby dożywotnia dyskwalifikacja sportowa. Wydawało się, iż to koniec. Jednak dzięki wsparciu środowiska, interwencjom m.in. trenera karę cofnięto. Kasprzyk wrócił. Silniejszy. Głodny walki.

I wtedy przyszło Tokio.

Złoto wyszarpane jedną ręką

Na igrzyskach w Tokio w 1964 roku dokonał czegoś, co przeszło do legendy polskiego sportu. W finałowej walce w wadze półśredniej przeciwko Rickardasowi Tamulisowi już w pierwszej rundzie złamał kciuk prawej dłoni. Nie powiedział trenerowi. Walczył dalej praktycznie jedną ręką.

W przerwie rzucił tylko: „Chyba coś pękło… ale wytrzymam.”

Wytrzymał. Wygrał na punkty. Złoty medal olimpijski stał się faktem.

Cztery lata wcześniej, w Rzymie (1960), był o krok od finału. Po zwycięstwie nad mistrzem olimpijskim Władimirem Jengibarjanem nie został dopuszczony do półfinału z powodu potężnego krwiaka po faulu rywala. Musiał zadowolić się brązem.

Wystąpił też na igrzyskach w Meksyku (1968). Łącznie stoczył około 270 walk, z czego wygrał ponad 230.

Nigdy nie był mistrzem Polski...

W kraju często przegrywał rywalizację z wielkimi nazwiskami - Jerzym Kulejem czy Leszkiem Drogoszem. Paradoksalnie łatwiej było mu zdobywać medale na arenie międzynarodowej niż tytuły krajowe.

Po zakończeniu kariery został trenerem i działaczem. Pracował w śląskich klubach, wychowywał młodych pięściarzy, był aktywny w środowisku bokserskim. Otrzymał tytuł Zasłużonego Mistrza Sportu, liczne odznaczenia i nagrody.

/ źródło: olimpijski.pl /

Idź do oryginalnego materiału