3,8 km pływania, 180 km na rowerze, a na koniec pełny maraton. W niedzielę 4 października Dariusz Maszewski i jego 21-letnia córka Wiktoria staną na starcie IRONMAN Calella-Barcelona. Chcą zrobić coś niezwykłego – pokonać cały liczący ponad 226 km dystans razem i wspólnie przekroczyć linię mety. Dla Wiktorii będzie to pierwszy pełny Ironman. Dla jej ojca – choć ma już takie starty za sobą – prawdopodobnie najbardziej wyjątkowy.
– Nigdy w życiu nie spodziewałem się, iż dożyję chwili, kiedy będę mógł spełnić swoje marzenia razem z córką – mówi Dariusz Maszewski.
IRONMAN Calella-Barcelona odbędzie się w najbliższą niedzielę, 4 października. Choć w nazwie zawodów widnieje Barcelona, centrum wydarzeń znajduje się właśnie w nadmorskiej Calelli. Uczestnicy mają do pokonania klasyczny pełny dystans Ironmana: 3,8 km pływania, 180 km jazdy na rowerze i 42,2 km biegu.
Tym razem tata nie jedzie „po swoje”
Dariusz startował już na pełnym dystansie. Do Calelli wraca po raz trzeci. Ale ten występ ma wyglądać inaczej niż poprzednie. Nie zamierza ścigać się z córką ani zostawiać jej na trasie, by walczyć o własny wynik. – Te zawody traktuję stricte dla Wiktorii. Koło niej płynę, koło niej jadę na rowerze i koło niej biegnę – zapowiada.
Plan jest prosty tylko na papierze: zacząć razem i razem dotrzeć do mety.
– Rzadko kiedy spotyka się, żeby ojciec z córką kończyli razem zawody Ironmana. Powiem szczerze, iż nie znam nikogo, kto coś takiego zrobił – przyznaje Dariusz. – Pomimo tego, iż już startowałem w Ironmanie, ten, który się zbliża, jest dla mnie chyba najważniejszy. Właśnie ze względu na Wiktorię.
Zaczęło się pięć lat temu
Wiktoria weszła w triathlon jako 16-latka. Jednym z jej pierwszych startów był sprint w Radłowie. To właśnie wtedy – wspomina jej ojciec – mogła pojawić się myśl, iż kiedyś przyjdzie czas na legendarny pełny dystans.
Potem były kolejne zawody, dłuższe dystanse i dwie „połówki”. Z czasem przyszły również wyniki. Jeszcze w czerwcu tego roku Wiktoria wygrała kategorię K18 na dystansie 1/4 podczas Garmin Triathlon Tour w Skierniewicach. Uzyskała czas 2:36:55 i była dziesiątą kobietą na mecie.
Teraz poprzeczka wędruje jednak zdecydowanie wyżej.
„Cały czas mam to gdzieś z tyłu głowy”
O tym, iż 4 października stanie na starcie w Calelli, Wiktoria wie od blisko roku, bo wtedy zapisali się na wydarzenie. Im bliżej zawodów, tym trudniej myśleć o czymś innym.
– Na cięższych treningach bardzo mnie to motywowało. Czy na cięższym bieganiu, czy na rowerze, zawsze wyobrażam sobie tę linię mety – opowiada. – Lekkie nerwy są.
Przygotowuje ją własny ojciec. A połączenie tych dwóch ról – taty i trenera – bywa specyficzne.
– Myślę, iż jest bywa bardziej wymagający, ale czasem także bardziej wyrozumiały. Zależy od sytuacji – mówi Wiktoria. – Jak jesteśmy sami na treningu, to daje mi popalić. Ale wiem też, iż zawsze mogę się tacie wygadać. Jak coś boli, zawsze mnie zrozumie, bo zna mnie od 20 lat. Zawsze mam to wsparcie u jego boku.
Najpierw była koszykówka
Co ciekawe, sportowa historia Wiktorii wcale nie miała prowadzić do triathlonu. Wcześniej trenowała koszykówkę. Poważne problemy z kolanami, zerwane więzadła i dwie operacje sprawiły jednak, iż musiała z niej zrezygnować. Sportu porzucić nie chciała, pojawił się więc triathlon i aktywności, które kolanom nie szkodzą.
Dziś łączy treningi ze studiami i pracą. Mieszka w Krakowie, studiuje dietetykę, a do tego pracuje jako instruktorka pływania. – Zawsze pierwsze w głowie mam znaleźć czas na treningi. Czasami jest ciężko, ale zwykle się udaje – przyznaje.
Na takim dystansie role mogą się odwrócić
Dariusz podkreśla, iż choćby ogromne doświadczenie nie daje gwarancji, iż to właśnie on będzie tym, który w trudnym momencie pomoże córce. – Wcale nie musi być tak, iż to ja będę jej wsparciem fizycznym. Może być tak, iż to mnie gdzieś poskłada i ona będzie musiała mnie ratować – mówi.
Bo przy ponad 226 kilometrach wydarzyć może się wszystko: kryzys, skurcze, odwodnienie czy zwyczajne wyczerpanie. Ogromne znaczenie ma też regularne jedzenie i picie – nazywane przez triathlonistów „czwartą dyscypliną”.
W Calelli Maszewscy nie będą sami. Wystartuje tam również kolejny zawodnik z ich grupy, a do Hiszpanii wybiera się ponad 30-osobowa ekipa kibiców. Najwięcej okazji do dopingu będzie podczas ostatniej części zmagań, gdy zawodnicy po zejściu z rowerów ruszą na maraton. Trasa biegowa prowadzi nadmorską częścią Calelli.
Dariusz i Wiktoria zakładają, iż pokonanie całej trasy może zająć im około 12–13 godzin. Ale czas będzie tego dnia tylko jedną z liczb. Najważniejsze będzie na końcu: ojciec i córka razem na mecie pełnego Ironmana.
Dla Wiktorii będzie to zwieńczenie drogi, która zaczęła się pięć lat temu od pierwszych triathlonowych startów. Dla Dariusza – start inny niż wszystkie poprzednie.
– Ten Ironman jest dla mnie chyba najważniejszy właśnie ze względu na Wiktorię – mówi.
Trzymamy za Was kciuki!

19 godzin temu















