Podróże i inne podróże: Włochy. Oniryczne arkady w Bolonii i poszukiwanie „lizbońskości” w Genui

1 godzina temu

Nieprzypadkowo nawiązuję do włoskiego pisarza, Antoniego Tabucchiego, już w tytule. Choć jego „Podróże i inne podróże” opowiadają o wędrówkach od Meksyku po Indie, a ja zatrzymam się jedynie w kraju jego urodzenia, to nie zabraknie także nawiązania do Portugalii, którą uważał za swoją drugą ojczyznę (pisał zarówno po włosku, jak i po portugalsku). Zanim przejdę do tematu tego felietonu, ośmielę się polecić szczególnie takie książki jak: „Requiem”, „…twierdzi Pereira” czy „Sny o snach”. Może warto rozważyć ich lekturę podczas urlopu? Tymczasem powracam już do podróży, które są przecież nieodłącznym znakiem miesięcy wakacyjnych.

Od czasów koronawirusa więcej jeżdżę po kraju. Kocham zarówno Bałtyk, jak i góry – zwłaszcza Tatry i Pieniny. Nie byłabym sobą, gdybym ironicznie nie dodała, iż w tym kontekście największą zaletą Łodzi jest jej położenie – ucieczka na północ czy na południe zajmuje mniej więcej tyle samo czasu.

Zanim jednak ograniczyłam zasięg swych podróży, zdążyłam zwiedzić trochę Europy. Moim ukochanym miejscem jest Portugalia, gdzie choćby przez jakiś czas mieszkałam. Będąc w fazie zauroczenia językiem włoskim, któremu poświęciłam ponad rok studiów, wybrałam się także do Włoch i zrobiłam notatki z podróży do tego kraju. Szczególne wrażenie wywarła na mnie Bolonia, ale odwiedziłam także Genuę, która miała być „włoską Lizboną”. Z kolei, by dotrzeć do Genui, musiałam wylądować w Pizie – mieście urodzenia wspomnianego już Tabucchiego. Czyżbym znowu popłynęła w morze dygresji? Spróbuję więc nieco uporządkować ten „podróżniczy” tekst.

Metro, autobusy i marynowane jajka: subiektywny przewodnik po koreańskim transporcie Marta Stępniak

Bolonia, czyli spokój onirycznych arkad

W moim rodzinnym mieście nie ma typowego Starego Miasta, łódzka starówka nie wygląda tak imponująco jak krakowska ani choćby odbudowana warszawska. A jednak zawsze miała dla mnie interesujący klimat: szczególnie podobały mi się w niej fragmenty, które zwykłam nazywać „podcieniami”.

Podobną konstrukcję możemy zauważyć przy Hotelu Polonia, na rogu Kilińskiego z Narutowicza. Oba te miejsca nie są specjalnie okazałe, ale wspomniana „konstrukcja” dodaje im uroku. Jaką euforią zatem okazała się podróż do Bolonii, w której „podcieni” nie brakuje.

Właściwie nie będzie przesadą stwierdzenie, iż jest to miasto „podcieni”.

Ciągle w cudzysłowie zapisuję to określenie, jednak dowiedziałam się, iż istnieją bardziej profesjonalne nazwy tego, co próbuję opisać – chodzi o portyki lub jeszcze bardziej urokliwie brzmiące: arkady.

Pod pięknymi portykami można przemierzyć niemalże całą Bolonię, więc choćby w deszczowe dni, nie zmoknie się tam nigdy.

Do miasta arkad trafiłam pod koniec wygrzanego słońcem października 2018 r. Przyjazna atmosfera udzieliła mi się już przy wyjściu z bolońskiego lotniska – otulona ciepłymi podmuchami wiatru wsiadłam do autobusu, wsłuchując się w przyjemną melodię dopiero poznawanego języka.

Szalona jazda kierowcy nie pozbawiła mnie pierwszych zachwytów: roślinność jeszcze nie egzotyczna, ale już o wiele bardziej zachwycająca niż w deszczowej wówczas Polsce; no i te piękne kolumny przy ulicach…

Przejść pod sklepieniami podtrzymywanymi przez owe kolumny w Bolonii jest ponad 50 km.

Co ciekawe, droga prowadząca do Sanktuarium Madonny di San Luca składa się z 666 łuków. Imponująca i przy okazji nieco ironiczna liczba. Samo Sanktuarium znajduje się na wzgórzu Monte della Guardia z dala od miasta, w otoczeniu dzikiej przyrody, co tym silniej podkreśla jego monumentalność.

Bolonia, fot. Weronika Kursa

Podróż do Bolonii to moje pierwsze realne zetknięcie z Włochami. Może to usprawiedliwi naiwne zdziwienie wywołane widokiem Due Torri (Asinelli oraz Garisenda), czyli dwóch krzywych wież znajdujących się w centrum. Takie rzeczy to nie tylko w Pizie?

Due Torri są uważane za jeden z najważniejszych symboli miasta, a Garisenda znalazła choćby swoje miejsce w Pieśni XXXI „Piekła” Dantego: „Patrząc na wieży bolońskiej kąt krzywy / Od strony, kędy ku ziemi się chyli / Widz drży, by czasem wiatr ją nie wywrócił (…)”. Szczęśliwie, będąc zajętą podziwianiem architektury, nie zdążyłam wywołać w głowie wizji katastrofy.

To oczywiście nie koniec „must see places” w Bolonii: nie można pominąć serca stolicy Emilia-Romania, czyli tętniącego życiem w dzień i w nocy Piazza Maggiore, na którym znajdują się m.in. jeden z największych kościołów gotyckich we Włoszech (szósty największy w Europie), tj. Bazylika Świętego Petroniusza, Pałac króla Enzo, Palazzo d’Accursio nazywany również Palazzo del Comune, czyli ratuszem miejskim, czy też słynna Fontanna Neptuna.

Tygodnik Spraw Obywatelskich

Od 2020 roku odkrywamy niewygodne prawdy i nagłaśniamy historie, które mają moc zmieniać Polskę.

Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą

Dla turystów spragnionych perełek architektonicznych Bolonia będzie spełnieniem marzeń. Ale i mniej aktywni zwiedzający odnajdą swoje miejsce: Via Zamboni, czyli gwarna ulica biegnąca przez dzielnicę uniwersytecką dostarczy wielu wrażeń, kusząc zapachami z licznych kafejek i restauracji.

Tak więc czerwień miasta uderzyła mi do głowy: w tej jesiennej aurze gwałtownie zmieniających się warunków atmosferycznych (od prześwitów słońca do letnich kropli deszczu), spacerowałam pod arkadami z aparatem w ręku, łapczywie wypatrując nowych kadrów pośród mieniących się ceglastą czerwienią budynków.

Bolonia, fot. Weronika Kursa

Viva Bolonia La Rossa! Ale również viva Bolonia… La Grassa! Będąc we Włoszech, a zwłaszcza w Bolonii, nie można nie skosztować tutejszych makaronów. Naiwnie idąc za nazwą, musiałam spróbować spaghetti po bolońsku…, którego tutaj za bardzo nie znają.

Nie od dziś wiadomo, iż podróże kształcą, tak więc nową informacją okazał się być fakt, iż znane włoskie makarony w Polsce żyją swoim odrębnym życiem, a to, co znam jako spaghetti po bolońsku, tutaj odnajdę w nie do końca tej samej (nie oszukujmy się: znacznie pyszniejszej) postaci: tagliatelle al ragu. Pierwsza kolacja w Bolonii dała mi do myślenia: przyszedł czas na kolejne potrawy, tortellini, ravioli, carbonara…

Bolonia okazała się być zatem pokarmem dla duszy, jak i dla ciała.

Nie tylko plaże, tawerny i ouzo. Przewodnik po tajemniczej Krecie inny niż wszystkie Anita Żelazowska

Genua – w poszukiwaniu „lizbońskości”

Kolejnym celem moich włoskich podróży okazała się być Genua. Było to mniej więcej dwa lata po wizycie w Bolonii, a od tego czasu wiele się zmieniło. Tuż przed tym wyjazdem powróciłam z kilkumiesięcznego pobytu w Lizbonie, do której zapałałam szczególnym uczuciem. Do dziś wspominam to miejsce z nostalgią, marząc o tym, by jeszcze kiedyś się tam odnaleźć… Przy czym „odnaleźć” nie jest przypadkowym sformułowaniem.

Z Lizbony zdążyłam „uciec” tuż przed wybuchem światowej histerii, spowodowanej obecnością koronawirusa, do Genui z kolei zdążyłam dotrzeć. Była to moja ostatnia jak dotąd zagraniczna podróż. Pisząc to, nie ma we mnie ani kropli goryczy. Świadomie zrezygnowałam z podróży obarczonych, absurdalnymi z mojej perspektywy, obostrzeniami. Być może dzięki temu nieco później odkryłam piękno polskich gór.

Dlaczego akurat Genua i okolice, skoro nie miałam jeszcze okazji wrzucić monety na szczęście do Fontanny di Trevi ani choćby wydać prawdopodobnie bajońskiej sumy na przepłynięcie się gondolą po weneckich kanałach?

Ironicznie można odrzec, iż „portugalski Rzym” w postaci Bragi już zobaczyłam, a kolorową gondolą zdążyłam przemierzyć kanały „portugalskiej Wenecji”, czyli Aveiro.

Chodziło o wspomniany już ogromny sentyment do stolicy Portugalii, nic więc dziwnego, iż nie mogłam odmówić sobie podróży do tak zwanej „włoskiej Lizbony”.

Ale zacznijmy od początku. 10 lutego 2020 r. (po opóźnionym i przepełnionym turbulencjami locie z ogarniętego orkanem Krakowa) wylądowałyśmy w Pizie. Niemal w przededniu katastrofy epidemiologicznej, niczego nieświadome, poddałyśmy się niewinnemu mierzeniu temperatury. 37,6 – o cały stopień za dużo i moja przyjaciółka została zatrzymana z kilkoma innymi osobami „do wyjaśnienia”.

Szybko wymyśliłam plan B i niedługo potem zbiegłyśmy z lotniska, jeszcze tego samego wieczoru udając się do Genui. Tak przynajmniej wyglądałaby ta historia na potrzeby literackie, w istocie jednak musiałyśmy odczekać pół godziny, aż temperatura spadnie, po czym wsiadłyśmy w autobus, mający odwieźć nas do domu przy Via Pietrasantina.

Niestety, komunikacja (bardziej ta międzyludzka niż miejska) zawiodła, przywożąc nas niemalże do miasteczka Pietrasanta, oddalonego o około godzinę drogi od Pizy. Szczęśliwie całkiem sprawnie wyjaśniłyśmy zaistniałą pomyłkę z kierowcą, po czym przesiadłyśmy się do autobusu jadącego w przeciwnym kierunku. Warto dodać, iż przesiadka odbyła się środku ruchliwej drogi, można więc ironicznie skonstatować, iż względy bezpieczeństwa zostały zachowane prawie tak dobrze jak na lotnisku, bo panowie kierowcy zatrzymali dla nas ruch. Udało się dotrzeć z powrotem do Pizy.

Następnego dnia rozpoczęłyśmy zwiedzania głównego celu podróży: mojej „Lizbony”. Z najbardziej zalesionego obszaru Włoch – Toskanii (gdzie moją szczególną uwagę zwróciły drzewa wyglądające jak brokuły – sosny parasolowate rosnące zwłaszcza w pobliżu morza) wjechałyśmy w górzyste obszary Ligurii.

Potęga tych wysokich gór, przejazdy możliwe często jedynie dzięki tunelom, wszystko to daje (iluzoryczne?) poczucie bezpieczeństwa, jakby Genua była pod ochroną natury.

Z drugiej zaś strony morze (to przecież miasto z największym portem we Włoszech) i, jak się okazało, zdradzieckie, ludzkie konstrukcje – to tu w 2018 r. doszło do jednej największych katastrof komunikacyjnych w najnowszej historii Włoch – zawalenia części mostu Morandi (właściwie wiaduktu Polcevera) w wyniku której zginęło kilkadziesiąt osób.

Poza oryginalnym położeniem pomiędzy morzem a wzniesieniami – stąd prawdopodobnie skojarzenia z Lizboną – Genua oferuje również unikalną zabudowę: urocze stare miasto poprzecinane ciasnymi uliczkami niczym labirynt (chwilami dosyć mroczny…), zaraz obok Via Garibaldi usiana licznymi pałacami, a do tego port, którego część historyczna została całkowicie przebudowana w latach 90.

Sercem Genui niewątpliwie pozostaje Piazza de Ferrari, łączący stare i nowe miasto, ozdobiony olbrzymią fontanną. Z placu odchodzi kilka ulic, w tym Via XX Settembre, przy której mieszkałyśmy: los się uśmiechnął, bo piesza trasa prawie całkowicie prowadzi pod portykami, co przypomniało mi oniryczną atmosferę arkad z podróży do Bolonii…

Znajdą tu dla siebie miejsce zarówno marzyciele jak i realiści: wiele historycznych zdobień (takich jak mozaiki) zachowało się zarówno na suficie, jak i na posadzkach.

Przy placu znajduje się również monumentalny Palazzo Ducale (Pałac Dożów), czyli dawna siedziba władców byłej Republiki Genui, w tej chwili – centrum kulturalne, w którym realizowane są wystawy (wówczas wystawa artysty znanego jako Banksy, którą miałam okazję zobaczyć nie gdzie indziej tylko… w Lizbonie).

Nieopodal znajduje się Katedra Św. Wawrzyńca, której wejścia strzegą majestatyczne lwy – można powiedzieć, iż swoje zadanie wykonują dosyć efektywnie, gdyż w 1941 r. na świątynię spadła bomba, ale szczęśliwie nie eksplodowała (jej powłokę możemy zobaczyć w środku).

Genua, fot. Weronika Kursa

Oczywiście poza katedrą Stare Miasto ma do zaoferowania mnóstwo innych zabytków jak np. Piazza San Matteo, którego ozdobę stanowi kościół z XII wieku, wyróżniający się pasiastą fasadą czy też barokowy kościół Marii Magdaleny z pięknymi freskami zdobiącymi kopułę i prezbiterium. Kręte uliczki starówki zwane carrugi, pną się stopniowo w górę, ukazując mnóstwo innych małych placów i kościołów.

Niestety, choćby na Starym Mieście trzeba zachować ostrożność – niektóre z tych uroczych carrugi pozbawione są przejścia, a wieczorem atmosfera nie zawsze sprzyja beztroskiej kontemplacji włoskiej architektury. Dlatego na zwiedzanie po zmierzchu zostawiłyśmy sobie typowo turystyczną ulicę Garibaldi, przy której aż 42 pałace zostały wpisane na listę UNESCO.

Jako prawdziwa miłośniczka morskich atrakcji, nie mogłam nie odwiedzić genueńskiego portu: niestety, Porto Antico po odnowie w 1992 r. nie pasuje już za bardzo do swej nazwy.

Odnowione, straciło swój urok.

Jednymi z ciekawszych miejsc pozostają dla mnie punkty widokowe na panoramę miasta, zwłaszcza te z Viletta di Negro, czyli parku miejskiego usytuowanego na wzgórzu, niemal w centrum Genui. Nie ukrywam, iż wspinając się, próbowałam odnaleźć atmosferę portugalskich miradouro…

Problem polega tylko na tym, iż Genua mimo wielu przepięknych budynków, jest otoczona wysokimi, smutnymi blokowiskami, przez co pomysł na nazwanie jej „włoską Lizboną” musiałam uznać za nietrafiony.

Szybko jednak odrzuciłam nachalne porównania w głowie i, by zapałać sympatią do Ligurii, następnego dnia wyruszyłam do Portofino. Słynna nadmorska miejscowość nad przepięknymi lazurowymi wodami morza Liguryjskiego (podobno choćby Kylie Minogue kilkakrotnie spędzała tam wakacje) ma do zaoferowania… mały port i restauracje najdroższe w okolicy.

Popularne miejsca nie zawsze są istotnie najciekawsze.

Tak jak w portugalskim regionie Algarve, zamiast do słynnego Faro, o wiele lepiej pojechać do Taviry, Lagos, czy Albufeiry, tak i w wypadku Ligurii o wiele lepiej zamiast do Portofino udać się do pobliskiej Santa Margherita Ligure. I tutaj nie brak przepięknych kolorów morza, ale przy okazji, w przeciwieństwie do Portofino, ta urokliwa miejscowość posiada choćby plażę.

Z kolei wracając do Genui od tej strony, szczęśliwie oczom ukazują się już nie wszechobecne bloki, ale urocze kolorowe domki.

Tuż obok dworca Brignole odnajdziemy pozostałości po fortyfikacjach Barbarossy (w szczególnie dobrym stanie zachowała się brama: Porta Soprana), a kawałek za zewnętrzną stroną muru znajduje się zrekonstruowany w XVIII wieku dom Krzysztofa Kolumba.

Po dwóch intensywnych dniach we włoskiej Liz…, to znaczy, w Genui, wróciłyśmy do Pizy, zatrzymując się na chwilę w połowie drogi w mieście La Spezia, gdzie przespacerowałyśmy się w okolicy Zatoki Poetów. Mimo iż to drugie największe miasto w Ligurii, poza kilkoma muzeami, nie ma zbyt wiele do zaoferowania.

Nie pozostało nic innego jak powrócić do tej toskańskiej zielonej krainy „drzew brokułowych”, jednak nieubłagany czas pozwolił nam na jedynie na główną atrakcję miasta, a więc Krzywą Wieżę i pobliskie uliczki.

Na lotnisku gwałtownie przeszłyśmy kontrolę bezpieczeństwa, tym razem nikt choćby nie wyjął termometru: mogłyśmy wracać do siebie.

Okazało się, iż choćby niebieskości przejrzystych wód Morza Liguryjskiego nie zdołały ukoić mojej tęsknoty za szarością Tagu wpływającego do szalonego Atlantyku.

Jeśli chodzi o same Włochy, to zdecydowanie z tych dwóch podróży bliżej mi do Bolonii. Może zamiast nietrafionych nawiązań do Lizbony i mnóstwa atrakcji turystycznych potrzeba mi było nieco więcej spokoju onirycznych bolońskich arkad?

Zapraszamy na staże, praktyki i wolontariat!

Dołącz do nas!
Idź do oryginalnego materiału