PoTrzebni Band podbijają Śląsk! Skąd pomysł na nazwę i jak łączyć ze sobą 3 regiony?

2 godzin temu

Zespół PoTrzebni Band pojawił się w Szlagierowej Liście, gdzie zaprezentował swój najnowszy utwór Namaluj mnie i opowiedział o tym, jak wygląda ich codzienność na scenie. Choć pochodzą z różnych części Polski, to właśnie na Śląsku coraz wyraźniej zaznaczają swoją obecność. Ich muzyka to miks biesiady, folku i tanecznej energii, a największą rolę odgrywa w niej kontakt z ludźmi.

Nie są ze Śląska, ale jak sami przyznają, czują się tu coraz bardziej „jak u siebie”. PoTrzebni Band tworzą muzycy z Małopolski, Dolnego Śląska i Opolszczyzny. w tej chwili w skład zespołu wchodzi szóstka artystów – Patrycja i Tomek Hładun, Bartek Kusior, Marcin Kwintal, Maciek Szychowski oraz Kuba Krasoń. Mimo mieszanki regionów, nie zamykają się w jednym stylu, ale łączą to, co wynieśli ze swoich stron i przekładają na muzykę.

Historia trzech regionów i Śląska „na środku”

PoTrzebni Band to zespół, który łączy trzy regiony, ale to nie jest tylko ciekawostka, bo faktycznie słychać to w ich muzyce. Z jednej strony mają mocne folkowe i góralskie brzmienie, z drugiej bardziej biesiadne i typowo taneczne. Sami przyznają, iż właśnie taki miks najbardziej podoba się publiczności, a zwłaszcza na Śląsku, gdzie fani lubią zarówno folkowe klimaty, jak i muzykę do zabawy. Dlatego coraz częściej pojawiają się właśnie tutaj i, jak mówią, czują, iż są dobrze odbierani. Nowe utwory powstają u nich raczej bardziej spontanicznie niż „na zamówienie”. Często zaczyna się od melodii, która pojawia się nagle. Dopiero później dochodzi do tego tekst i cała koncepcja.

Często mam tak, iż budzę się rano i mam w głowie jakąś melodię, a czasem melodię ze słowami. Mam też zawsze dyktafon pod ręką, więc po prostu biorę i zaczynam sobie nucić melodię albo melodię ze słowami. I przy tym utworze najnowszym, pierwsze słowa, to były właśnie Namaluj mnie z tą melodią. Następnie jakby do tych słów powstała potem cała piosenka i cały kontekst — mówi Bartek Kusior, perkusista.

Podobnie podchodzą do teledysków. Nie korzystają z aktorów ani przypadkowych osób. W klipach pojawiają się ludzie, których znają i pojawili się na ich drodze. To często pary młode, u których grali wesela, znajomi albo osoby, które od lat przewijają się wokół zespołu. Do tego większość rzeczy robią sami, od nagrania po montaż.

Od wesel do koncertów – dwa różne światy

Zespół przez lata działał głównie w branży weselnej i do dziś jest to ważna część ich działalności. Jak podkreślają, takie granie uczy zupełnie innego podejścia do muzyki niż koncerty. Na weselu nie ma przecież gotowego scenariusza. Każda impreza wygląda inaczej, dlatego trzeba na bieżąco obserwować ludzi i reagować. Setlista w praktyce nie istnieje, a utwory wybierane są jak „w locie”, w zależności od tego, co dzieje się na parkiecie. Z drugiej strony coraz mocniej wchodzą w koncerty. I tu sytuacja też nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Mimo przygotowanego materiału, często trzeba zmieniać kolejność utworów albo reagować na energię publiczności. Sami przyznają, iż granie koncertu bez wyczucia ludzi po drugiej stronie po prostu się nie sprawdza. Nie zamierzają jednak wybierać jednej drogi. Wesela i koncerty traktują jako dwa różne, ale uzupełniające się światy. Tym bardziej że, jak podkreślają, jedno wesele to często wysiłek porównywalny do kilku koncertów zagranych jednego dnia.

My podczas jednego wesela, tak naprawdę zagramy 10 koncertów! Co najmniej 12 godzin grania. Więc jest to duży wysiłek. Natomiast bardzo dużo rzeczy na weselu jest takich, jakich nie ma na koncertach. Wchodząc na koncert nie znamy publiki, jak na weselu. Moja głowa bardzo pracuje, muszę gwałtownie wyczuć, jaki jest klimat. Koledzy mi zawsze mówią, iż koncert ma być przygotowany. No najlepiej by tak było, wszystko ustalone, ale nie da się tego zrobić! Masz daną piosenkę, spokojniejszą przygotowaną na liście, a tu widzisz taka energia! No i nie dam teraz tej piosenki, bo tutaj tak się zaczęło dziać, że musimy, ten vibe cały czas trzymać — opowiada Patrycja Hładun, wokalistka.

Nazwa i dalsze plany

Historia nazwy zespołu zaczęła się od próby stworzenia czegoś nowego po zmianach w składzie i przeprowadzce na Dolny Śląsk. Wcześniej byli kojarzeni głównie z muzyką góralską i graniem w innych projektach, dlatego chcieli się od tego trochę odciąć i zacząć nowy rozdział. Pierwsze pomysły kręciły się wokół Trzebnicy, z którą wiąże się wiele wspomnień i historii. Pojawiały się różne wersje nazwy, mniej lub bardziej poważne, aż w końcu padło na PoTrzebni. I to był ten moment, który zdecydowanie „zaskoczył”. Nazwa gwałtownie się przyjęła, szczególnie w kontekście wesel. Z jednej strony była prostym skojarzeniem z miejscowością, a z drugiej dobrze oddawała ich rolę na scenie (w końcu są potrzebni!). Sami przyznają, iż często działa to jako żart sytuacyjny, który dodatkowo zapada w pamięć. Choć jako Potrzebni Band działają od około ośmiu lat, ich historia sięga dużo dalej. Część składu gra razem od ponad 15 lat, a sam zespół przechodził różne etapy. Od grania w innych projektach, przez przerwy związane z życiem osobistym, aż po obecny kształt. Dziś są w momencie, w którym chcą iść o krok dalej. Coraz mocniej stawiają na koncerty, zaczęli też współpracę z menadżerką i budują swój materiał autorski. Jednocześnie nie odcinają się od wesel, bo jak sami podkreślają, to właśnie tam nauczyli się najwięcej i zbudowali swój styl.

Idź do oryginalnego materiału