Agnieszka zauważyła, iż nefrolog długo wpatruje się w ekran USG, więc poprosiła, by odchylił monitor w jej stronę. Wtedy powiedziała, iż prawie dziesięć lat temu po cesarskim cięciu „coś” mogło w niej zostać. I to „coś” właśnie było na ekranie.
Wyjmuje z torebki plastikowy pojemnik, taki jak do badań laboratoryjnych, i stawia na stoliku, zanim kelnerka przyniesie kawę. W środku leży przedmiot wyglądający jak uszczelka. W rzeczywistości to sączek medyczny, który miała w brzuchu przez dziewięć i pół roku.
– Jestem zwykłą dziewczyną z niewielkiej wsi, dlatego mój problem nikogo nie obchodził – mówi dziś 41-letnia Agnieszka. – A i teraz wielu udaje, iż nic się nie stało…
Poród i zapewnienia
13 stycznia 2012 roku, około godziny 14, opuszczała porodówkę.
– Podczas porannego obchodu usłyszałam, iż wychodzę do domu, ale jeszcze przy windzie pytałam, czy na pewno nic we mnie nie zostało – wspomina. – Zapewniano mnie, iż wszystko jest w porządku. A zapytałam, bo dzień wcześniej położna trzymała mnie za ręce, a lekarka takim szpikulcem sprawdzała ranę po cesarce, czy nie został sączek.
Nie znalazła nic. Sprawdzano też jej bieliznę, ale tam też nie było żadnego elementu.
– Położna choćby szukała w toalecie, też nic, no to prosiłam o USG, czy cokolwiek, żeby mieć pewność, iż nic we mnie nie zostało – mówi Agnieszka. – Ale uznały, iż nie trzeba, jest dobrze, więc wyszłam do domu.
W tzw. karcie położniczej Agnieszki jest adnotacja, iż usunięto jej z powłok brzusznych dren i sączek. Natomiast w indywidualnej karcie zleceń lekarskich widnieje wpis z 12 stycznia (z pieczątkami lekarza i położnej), iż u Agnieszki doszło do samoistnego wypadnięcia sączka.
Sączek w brzuchu i lata bólu
Wkrótce zaczęły się potworne bóle brzucha.
– Chodziłam od lekarza do lekarza – opowiada. – Szukano przyczyny w trzustce, wątrobie. Miałam pięć kolonoskopii i tyle samo gastroskopii.
Badania nic nie wykazywały, a ból narastał.
– To był taki inny ból – opisuje. – Jak ścinał, myślałam, iż mi brzuch rozsadzi. Czasem dolna część brzucha dziwnie drętwiała. Żaden ginekolog ani inny specjalista niczego nie wykrył.
Gdy ból ją paraliżował, leżała na podłodze, nie mogąc się ruszyć. Brała coraz więcej tabletek przeciwbólowych, które przestawały działać.
– Musiałam je brać, żeby opiekować się dziećmi, szczególnie najmłodszym – mówi. – A brzuch rósł mi dziwnie, od samego dołu.
Ratownicy wzywani przez jej mamę byli bezradni.
– Po którymś razie na SOR-ze usłyszałam: „Znów przywieźli tą walniętą”. A mnie naprawdę bolało – opowiada. – Teraz staram się ich zrozumieć. Skoro nic nie potrafili wykryć, to co mieli myśleć?
Nosiła sączek w brzuchu. Wmawiano jej, iż nie boli
Najtrudniejsze było to, iż wszystko obserwowały jej dzieci.
– One nic z tego nie rozumiały – mówi. – Mąż też przestał rozumieć, skoro lekarze mówili, iż to bóle urojeniowe. Dlaczego miał mi wierzyć? Sama zaczęłam wątpić, gdy słyszałam: „Z tym bólem to do psychiatry”.
Jej małżeństwo zaczęło się rozpadać. Agnieszka nie mogła pracować, więc mąż wyjechał do Holandii, by utrzymać rodzinę.
– Seks wrócił dopiero po wyjęciu tego czegoś z brzucha – mówi szczerze. – Wcześniej bolało zawsze, tylko z różnym natężeniem.
Chciała schudnąć, więc z przyjaciółką próbowała jeździć na rowerze czy chodzić na siłownię. – Ale kończyło się tym, iż odprowadzała mnie do domu albo kładłam się z bólu na ławce – mówi. – Straciłam najpiękniejsze lata dla kobiety.
Sączek w brzuchu – 9,5 roku później
Przełom nastąpił w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Opolu, gdzie trafiła na urologię z podejrzeniem kolki nerkowej.
– Widziałam zdziwienie lekarza, bo nie potrafił zidentyfikować, co widzi na ekranie – opowiada. – A ja wciąż miałam w głowie, iż na porodówce czegoś mi nie wyjęli, więc mu o tym powiedziałam. I podobno uratowało mnie to, iż często brałam leki na ciągle nawracające stany zapalne.
Potem przyszli urolog z chirurgiem, mówili prosto, niczego nie ukrywając: oni tego nie usuną, powinien zrobić to oddział, na którym doszło do zaniedbania.
Z nagraniem z USG na płycie CD trafiła do Klinicznego Centrum Ginekologii, Położnictwa i Neonatologii w Opolu. Ustalono termin operacji, by usunąć sączek tkwiący w brzuchu.
– Pytano mnie też, czego oczekuję. Słyszałam coś o ograniczonym budżecie szpitala, ale ani razu nie padło słowo „przepraszam”. A to moje stracone lata i zdrowie – mówi.
Po zabiegu dostała pudełko z wyjętym sączkiem.
– Pielęgniarka i lekarz powiedzieli mi nieoficjalnie, iż nie powinnam tego tak zostawiać – wspomina. – Szczerze mówiąc, chyba sama bym się nie odważyła myśleć o jakimś odszkodowaniu.
Agnieszka z grubej teczki dokumentów medycznych wyjmuje wypis ze szpitala ginekologiczno-położniczego w Opolu, gdzie była od 29 kwietnia do 1 maja 2021 roku.
Widnieją tam wpisy:
- „ciało obce pozostawione w tkankach miękkich”,
- „usunięcie sączka i ogniska endometriozy z rany po cesarskim cięciu z 2012 roku”,
- „usunięcie sączka nadpowięziowego z tkanki podskórnej”.
Ekspertyza czterech profesorów
Po zabiegu rana nie chciała się goić, pojawił się stan podgorączkowy, znów trafiła do szpitala. I znów był antybiotyk dożylny podawany na izbie przyjęć.
– W szpitalu informacje rozchodzą się błyskawicznie, więc znów słyszałam, iż nie powinnam tego zostawiać – mówi. – Jeden sączek wyjęto, ale okazało się, iż był też drugi! Tylko przez te lata sam rozłożył się w moim brzuchu…
Od 2021 roku Agnieszka ubiega się o zadośćuczynienie. Wcześniej sprawą zajęła się prokuratura, a ekspertyzę dla niej przygotował Zakład Medycyny Sądowej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. Pod dokumentem podpisało się czterech profesorów: chirurg, ginekolog-położnik, patomorfolog i neonatolog.
– Prokuratura badała sprawę pod kątem błędu medycznego i odpowiedzialności, czy doszło do przestępstwa, narażając na utratę życia bądź zdrowia moją klientkę – wyjaśnia mecenas Tomasz Orgacki, pełnomocnik pani Agnieszki. – Na podstawie ekspertyzy biegłych ze Szczecina prokuratura, a później sąd jednoznacznie stwierdzili, iż winę ponosi lekarz. Postępowanie karne umorzono jednak z powodu przedawnienia.
Dlaczego przedawnienie, skoro sączek w brzuchu wykryto dopiero po ponad dziewięciu latach?
– Sąd uznał, iż wiążąca jest data czynu, czyli 2012 rok, a nie data ujawnienia – tłumaczy adwokat. – I nie można w tej sytuacji doszukiwać się złej woli, bo przy tej kwalifikacji prawnej okres przedawnienia wynosi pięć lat.
A co stwierdzili biegli profesorowie ze Szczecina? Ich ekspertyza wskazuje m.in., iż zaniechanie badań obrazowych doprowadziło do pozostawienia sączka. Do tego, zgodnie z rozporządzeniem ministra zdrowia, zabieg jego usunięcia powinien wykonywać lekarz, a nie pielęgniarka czy położna. Ponadto do pozostawienia sączka nie mogło dojść podczas pierwszego cesarskiego cięcia, kiedy rodziła pierwsze dziecko.
– W tej opinii jest ważne zdanie, iż zaszyty sączek naraził mnie na utratę życia albo ciężki uszczerbek na zdrowiu – zaznacza Agnieszka, trzymając dokument. – I iż winę ponosi lekarz.
Prawie 10 lat nosiła sączek w brzuchu. Jeden biegły kontra czterech
Na pierwszą ekspertyzę z Zakładu Medycyny Sądowej w Szczecinie czekali niespełna cztery miesiące. Na kolejną, w procesie cywilnym, już półtora roku. Mecenas Tomasz Orgacki podkreśla, iż wnioskował do sądu, „w ramach ekonomiki procesowej”, o niedopuszczanie następnej opinii, skoro wcześniejsza była kompleksowa i nie została merytorycznie podważona przez szpital.
– Druga strona [szpital – red.] nie przedstawiła żadnej analizy, która wskazywałaby na błędy w opinii ze Szczecina – podkreśla adwokat. – Nie zakwestionowano jej rzetelności ani metodologii. Po prostu zażądano nowej ekspertyzy. I Sąd Okręgowy w Opolu się na to zgodził. W ten sposób mamy nową sytuację…
Nową opinię przygotował jeden biegły – specjalista z zakresu położnictwa i ginekologii z Wrocławia.
– Dla mnie z tej opinii wynika, iż nikt nie zrobił mi krzywdy, a winę ponoszę chyba sama, bo byłam wtedy nadmiernie otyła – żali się Agnieszka.W ekspertyzie biegłego z Wrocławia czytamy m.in.:
„[…] postępowanie pracowników zespołu KCGPiN w Opolu było zgodne z aktualną wówczas wiedzą medyczną przy zachowaniu należytej staranności”.
„[…]z trudnym do określenia stopniem prawdopodobieństwa możemy stwierdzić, iż dolegliwości bólowe w zakresie jamy brzusznej mogły być wynikiem licznych schorzeń powódki, przede wszystkim w postaci zespołu jelita drażliwego oraz przepukliny brzusznej”.
Mecenas Orgacki również ma poważne zastrzeżenia do jednoosobowej ekspertyzy.
– Dlatego przesłaliśmy listę kilkudziesięciu pytań, również związanych z opinią łączoną czterech biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej ze Szczecina – mówi. – Skąd tak różne opinie będące w kontrze wobec profesorów ze Szczecina? Tak, jakby wrocławska opinia została wydana do innego postępowania. W imieniu mojej klientki złożyłem zastrzeżenia w sprawie tej ekspertyzy. Chodzi o to, aby jeszcze raz zapoznano się z tematem.
Czy ten wątek do czegoś prowadzi
Dla pełnego obrazu trzeba zauważyć, iż nowa opinia porusza również wątek, którym nie zajmowali się szczecińscy biegli: wyjście Agnieszki ze szpitala na własne żądanie.
Wrocławski biegły załączył dokument o treści „Poinformowana o niezakończeniu leczenia i wynikających z tego faktu możliwych powikłaniach opuszczam szpital na własną odpowiedzialność” z datą i podpisem Agnieszki.
Kobieta zaprzeczyła, by wyszła na własne życzenie. Jednak opinia grafologa, zlecona przez sąd, potwierdziła autentyczność jej podpisu.
– Ja naprawdę nie pamiętam, żebym coś takiego podpisywała – zaklina się Agnieszka. – Jak wychodzi się z porodówki, zwłaszcza po cesarce, i są różne dokumenty do podpisania, to nie wiem, czy któraś ma głowę do tego, żeby to wszystko czytać. Tylko co to wszystko ma za znaczenie?
Jak jeszcze raz podkreśla, na dzień przed jej wyjściem ze szpitala personel wciąż szukał sączków, a w dniu wypisu zapewniano ją, iż wszystko jest w porządku.
– Dlatego okoliczności wyjścia ze szpitala mojej klientki czterech profesorów ze Szczecina w ogóle nie brało pod uwagę, bo dla ich diagnozy nie miało to znaczenia – dodaje mecenas Orgacki.
Agnieszka mówi, iż walczy o zadośćuczynienie za utracone lata, za brak możliwości pracy, za konsekwencje zdrowotne. Kilka miesięcy temu przeszła histerektomię, czyli usunięcie macicy.
– Czuję, jakby przyszła przedwczesna starość – stwierdza gorzko. – Mam 41 lat i już nie będziemy mieli upragnionego trzeciego dziecka…
Ps. Imię bohaterki tekstu zostało zmienione

Kliniczne Centrum Ginekologii, Położnictwa i Neonatologii w Opolu odpowiada
Jolanta Jasińska-Mrukot: Dlaczego ta sprawa tak długo się toczy? Tym bardziej iż była już ekspertyza czterech profesorów z Zakładu Medycyny Sądowej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego.
Dr n. med. Marek Chowaniec, zastępca dyrektora ds. lecznictwa w Klinicznym Centrum Ginekologii, Położnictwa i Neonatologii w Opolu: O ile mi wiadomo, sprawa przez cały czas toczy się w sądzie i nie została zakończona. Nie mamy wpływu ani na jej długość, ani na to, co się w niej dzieje. Opinia ze Szczecina nie trafiła do nas. Z tego, co wiem, sąd zwrócił się do biegłego z własnego rejestru. Nie mamy wpływu na treść opinii, jakakolwiek by była. Nasze działania ograniczają się do tego, czego oczekuje sąd, poza naszym pierwotnym stanowiskiem.
– Dla doświadczonych lekarzy ta sytuacja też musi być trudna, bo chyba mamy do czynienia z błędem lekarskim?
– Sytuacja od początku była skomplikowana i była szczegółowo wyjaśniana w toku postępowania. Obie opinie dotyczą właśnie tego. Nie można rozpatrywać tego w kategorii błędu medycznego, raczej pewnego zdarzenia i braku adekwatnego dogadania.
– O jakie niedogadanie chodzi?
– O kwestię tego, czy sączek wypadł, czy nie. Zwykle tak się dzieje – niemal zawsze wypadał, poza tym jednym przypadkiem. jeżeli pielęgniarka lub położna przychodziła i go nie widziała, to we wszystkich wcześniejszych sytuacjach oznaczało to, iż sączek wypadł.
– Zakład Medycyny Sądowej w Szczecinie twierdzi, iż usuwanie sączka należy do lekarza, powołując się na rozporządzenie ministra zdrowia.
– Nie będę polemizował z tą opinią ani jej oceniał – to nie moja rola. Usuwanie sączka czy drenu jest czynnością pielęgniarską. Nikt nie stwierdził, iż musi to robić lekarz. Mimo wszystko lekarka próbowała go znaleźć przy pomocy długiej pęsety, ale nie udało się go uchwycić, co utwierdziło ją w przekonaniu, iż sączek wypadł.
– A jednak sączek w brzuchu był – co okazało się po dziewięciu latach.
– Tak, wykazał to tomograf lub rezonans. Jednak obecność sączka nie prowadziła do żadnych niekorzystnych następstw. Był obojętny dla organizmu.
– Przez dziewięć lat ciało obce w organizmie.
– Usunęliśmy go za zgodą pacjentki. I nie było to „ciało obce” w sensie medycznym – to nie nożyczki w jamie brzusznej, tylko silikonowy sączek w tkance podskórnej powłok brzusznych, materiał obojętny dla organizmu. Nie był groźny i nie spowodował żadnych powikłań. Zwracam uwagę, iż w celach leczniczych lub estetycznych powszechnie stosowane są różne implanty, z materiałów syntetycznych – jak różne siatki czy taśmy – lub metalowe, czyli również formalnie ciała obce.
– Pacjentka jest rozgoryczona. Ucierpiała, a do tego – jak twierdzi – została potraktowana obcesowo. Nie usłyszała „przepraszam”.
– Proszę w to nie wierzyć. Rozmawialiśmy z nią wielokrotnie. Wszystko zostało wyjaśnione i wydawało się, iż sprawa jest zakończona – sączek usunięto, rana goiła się prawidłowo, pacjentka została wypisana w dobrym stanie. Proszę więc nie mówić, iż niczego nie wyjaśniono, ani iż nikt nie przeprosił.
– Czy bóle, które zgłaszała pacjentka, mogły być konsekwencją pozostawionego sączka?
– Absolutnie nie.
– To oficjalne stanowisko szpitala, iż sączek nie powodował żadnego bólu?
– Tak, to stanowisko szpitala i – o ile wiem – również biegłego. Zgłaszane dolegliwości z dużo większym prawdopodobieństwem można przypisać innym przyczynom. Takie bóle występują zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn, którzy nie mają żadnego sączka w powłokach.
– Ale po usunięciu sączka – jak twierdzi pacjentka – bóle ustąpiły.
– To może być dopasowywanie faktów do tezy, czyli próba udowodnienia, iż to sączek był przyczyną dolegliwości. To wszystko, co mogę powiedzieć, bo sprawa przez cały czas jest w toku. Sąd oprze się na opinii biegłego.
* Rozmowa z doktorem Markiem Chowańcem została przeprowadzona po otrzymaniu pisemnej zgody pacjentki na udzielenie informacji
Czytaj także: Neurochirurg z Opola szczerze o swoich zarobkach. Ujawnia szczegóły kontraktu
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

3 godzin temu











