W internetowym wydaniu czasopisma Opoka natrafiłem na artykuł pt. „Problem ze współczesną sztuką: piękno zastąpiono kiczem lub szokiem. To droga donikąd”. Tekst ten, pierwotnie opublikowany w piśmie Civitas Christiana w 2024 roku, w pełni koresponduje z moim własnym pojmowaniem współczesnej sztuki, które wielokrotnie przedstawiałem i rozwijałem w moich wcześniejszych rozważaniach. Pomyślałem więc, iż warto przybliżyć czytelnikowi problematykę zawartą w jego tytule, ukazując ją z mojego punktu widzenia i w krótkim omówieniu.
Świat, który przestaje rozpoznawać i pielęgnować prawdę, dobro i piękno, nieuchronnie zmierza ku własnej destrukcji. Niestety, tak właśnie wygląda współczesna cywilizacja Zachodu. Zamiast autentycznego piękna promuje się to, co szokuje, co jest brzydkie, wynaturzone i pozbawione głębi, Piękno, obok prawdy i dobra, stanowi jedną z wartości uniwersalnych, tzw. Transcendentaliów, cech przysługujących wszelkiemu bytowi. Wszystko, co istnieje, dąży do ich urzeczywistnienia i o tyle naprawdę istnieje, o ile te adekwatności w sobie posiada.
Zło, kłamstwo i brzydota nie są rzeczywistościami samodzielnymi, stanowią jedynie brak lub zniekształcenie prawdy, dobra i piękna. Świat, który odwraca się od tych wartości, pogrąża się w duchowej i kulturowej entropii. Ich przeciwieństwa nie tworzą alternatywy, ale prowadzą do upadku w nicość i rozpadu sensu istnienia.
Dziś wszystkie trzy te wartości przeżywają głęboki kryzys. Mówi się, iż żyjemy w epoce postprawdy, choć mało kto potrafi wyjaśnić, czym ona naprawdę jest.
Trwa również czas relatywizmu moralnego, a także, choć rzadziej się to podkreśla, epoka wszechobecnej brzydoty. Ta brzydota wdziera się niemal we wszystkie dziedziny życia: w kulturę, przestrzeń publiczną, a szczególnie w sztukę.
Wystarczy spojrzeć na sztukę współczesną, by dostrzec głęboki upadek kategorii piękna. Już dawno porzucono kanony, które przez wieki kształtowały ludzką wrażliwość i smak estetyczny. I tylko nieliczni, kierując się snobizmem lub ignorancją, utrzymują, iż „piękno się zmieniło”.
Jeśli jednak dziełem sztuki ma być banan przyklejony taśmą do ściany, to czy naprawdę mówimy jeszcze o pięknie?
Wielu współczesnych artystów i krytyków, wbrew pozorom, nie jest dyletantami. Oni świadomie głoszą, iż piękno się wyczerpało, iż jego czas minął. W efekcie sztuka tzw. wysoka ogranicza się dziś do konceptu lub szoku, a sztuka masowa, do kiczu.
Podobne zjawisko obserwujemy w architekturze i urbanistyce. Nowoczesne budynki mogą początkowo wydawać się atrakcyjne, ale z biegiem lat tracą swój urok, ich forma gwałtownie się starzeje, ujawniając brak autentycznego piękna.
Tymczasem to, co prawdziwie piękne, nie podlega działaniu czasu. Gotyckie katedry, stare malowidła czy rzeźby zachowują swój blask mimo upływu wieków. Piękno przekracza czas, ponieważ zakorzenione jest w tym, co trwałe i prawdziwe.
Najbardziej bolesnym zjawiskiem naszych czasów jest wtargnięcie brzydoty w przestrzeń sacrum. Kościół, który przez stulecia był mecenasem i źródłem najwyższych form sztuki, dziś coraz częściej staje się miejscem estetycznej pustki i duchowego chaosu.
To właśnie w przestrzeni liturgicznej rodziły się kiedyś najdoskonalsze dzieła ludzkiego ducha, gotyckie katedry, bizantyjskie ikony, chorał gregoriański. Te formy nie tylko otaczały świętość, ale wręcz z niej wyrastały, stanowiąc jej widzialne promieniowanie. Dziś jednak, patrząc na współczesną architekturę sakralną, niejednokrotnie trudno rozpoznać, czy mamy do czynienia ze świątynią Bożą, czy raczej z halą produkcyjną.
Zanikła świadomość, iż piękno jest nie tylko kategorią estetyczną czy filozoficzną, ale także teologiczną, iż jest językiem, w którym Bóg objawia samego siebie. Już w czasach przedchrześcijańskich istniał ścisły związek między religią a estetyką, to, co święte, zawsze wyrażało się poprzez to, co piękne. Chrześcijaństwo nadało temu związkowi nową głębię. Na pierwszych kartach Pisma Świętego Bóg objawia się jako Artysta, który stwarza świat i kontempluje piękno swojego dzieła.
Piękno staje się więc odbiciem Jego obecności, śladem Stwórcy w stworzeniu. Dlatego, gdy Bóg nakazuje Mojżeszowi zbudować świątynię, nie ogranicza się do zasad kultu, ale wzbudza talenty artystów, by miejsce Jego obecności było wykonane pięknie i godnie, „według wzoru, który Mojżesz otrzymał od Boga”.
Również Nowy Testament nie dystansuje się od kategorii piękna. W apokaliptycznych wizjach “Nowe Jeruzalem” jawi się jako doskonałe i bez skazy, całe piękne.
W kulturze zarówno semickiej, jak i greckiej piękno i dobro stanowiły dwie strony tej samej rzeczywistości. Dlatego słowa Chrystusa o „dobrym drzewie, które wydaje dobre owoce”, można odczytywać także jako obraz piękna rodzącego piękno.
Skąd zatem bierze się brzydota, która dziś tak silnie przenika kulturę, a choćby przestrzeń sacrum? Z duchowego punktu widzenia jej ekspansja, podobnie jak relatywizm moralny, jest symptomem walki z Bogiem, próbą wyparcia Jego obecności z ludzkiego świata.
Brzydota współczesności nie jest więc jedynie problemem estetycznym, ale znakiem duchowego kryzysu człowieka, który utracił poczucie sacrum i zapomniał, iż prawdziwe piękno zawsze prowadzi ku Bogu.
Początkiem procesu wprowadzania brzydoty do świata nie była jej otwarta promocja, ale stopniowe relatywizowanie pojęcia piękna. Przez wieki, aż do XVIII stulecia, filozofowie byli zgodni, iż piękno ma charakter obiektywny, iż istnieje niezależnie od ludzkiego odczucia. Już Platon pytał: czy coś podoba nam się dlatego, iż jest piękne, czy też jest piękne dlatego, iż nam się podoba?
Klasyczna filozofia nie miała wątpliwości, piękno jest wartością wpisaną w samą rzeczywistość, a nasze jego odczuwanie jest jedynie jej odbiciem.
Człowiek doświadcza piękna, ponieważ napotyka coś, co jest piękne samo w sobie. Jednak zmysł estetyczny może być przytępiony, co sprawia, iż nie wszyscy dostrzegają piękno tam, gdzie ono faktycznie istnieje.
Ten sposób myślenia utrzymywał się przez całe wieki, aż do momentu, gdy nowożytność zaczęła podważać jego podstawy. Wraz z rozwojem filozofii empirystycznej i subiektywizmu zaczęto twierdzić, iż piękno jest wyłącznie doznaniem zależnym od jednostkowego gustu i emocji. W tym nowym ujęciu każdy ma „swoje piękno” a więc przestają istnieć uniwersalne kanony estetyczne. To, co niegdyś było ideałem, zostaje zastąpione opinią większości. Drugim przełomowym momentem był postmodernizm, który zrodził się w pierwszej połowie XX wieku, w cieniu katastrof i traum nowoczesności.
Po doświadczeniach wojen światowych i totalitaryzmów wielu myślicieli zaczęło kwestionować całe dziedzictwo kultury Zachodu oparte na idei prawdy, dobra i piękna. Postmoderniści rozumowali: skoro świat zrodzony z tej tradycji doprowadził do takich tragedii, należy ją odrzucić. To rozumowanie pozornie brzmi logicznie, ale jego fundament jest błędny. To nie wierność wartościom transcendentalnym doprowadziła do zła, ale właśnie odejście od nich. Tam, gdzie piękno przestało być znakiem prawdy, pojawiła się pustka, ironia i prowokacja. Tam, gdzie dobro przestało być celem, rozgościło się zło w przebraniu wolności.
W konsekwencji człowiek współczesny, pozbawiony obiektywnego punktu odniesienia, stanął wobec świata, w którym brzydota uchodzi za ekspresję, a chaos, za nową formę porządku. Piękno jak już wspomniano, zostało w kulturze współczesnej zastąpione kiczem i szokiem. Obie te kategorie przyciągają uwagę, ale czynią to w sposób płytki i powierzchowny.
Szok działa gwałtownie, uderzając w emocje, ale nie zostawia miejsca na refleksję.
Kicz z kolei pobudza zmysły, ale jest jak tanie światło, oślepia, nie rozjaśnia. Prawdziwe piękno nie krzyczy i nie narzuca się. Wymaga skupienia, ciszy, kontemplacji. Nie rozbłyska natychmiast, rozpala się powoli, w miarę jak człowiek uwalnia się od egoizmu i otwiera na to, co większe od niego samego. Najistotniejsze jednak jest to, iż zanik piękna oznacza zanik człowieka. Tam, gdzie piękno znika z kultury, zanika również zdolność dostrzegania tego, co nadprzyrodzone.
W sferze świeckiej prowadzi to do utraty wrażliwości duchowej, w sferze sacrum, do profanacji. Kicz w kościele, tandetne formy pobożności, plastikowe ozdoby czy banalne melodie zamiast śpiewu sakralnego, to wszystko nie tylko zubaża wyobrażenie o majestacie Boga, ale uczy wiernych duchowej obojętności.
Gdy piękno znika z przestrzeni wiary, zanika również zdolność do kontemplacji i zachwytu. W ten sposób utrata piękna staje się utratą duchowej czujności a świat, pozbawiony blasku prawdziwego piękna, pogrąża się w estetycznej i moralnej ciemności.
Zenon Burdy














