Umowa z krajami Mercosur, choroby i nieciekawa cena. Branża drobiarska w Polsce wchodzi w 2026 rok w najgorszym stanie od lat. Konsekwencje odczują wszyscy – zapasy wyczerpią się szybciej niż ktokolwiek przewidywał, a przed Wielkanocą na półkach może być pusto.

Zdjęcie poglądowe. Fot. Shutterstock / Warszawa w Pigułce
Ptasia grypa uderza bez ostrzeżenia
Początek 2026 roku pokazuje, iż epidemia nie odpuszcza. W pierwszym tygodniu stycznia służby weterynaryjne potwierdziły 5 ognisk wysoce zjadliwej grypy ptaków. Dwa największe wykryto w Wielkopolsce – w Środzie Wielkopolskiej (105 541 kur niosek) i Gaci Kaliskiej (77 284 indyków rzeźnych). Trzy kolejne ogniska pojawiły się na Lubelszczyźnie: w Miłkowie (13 199 kaczek), Lisiowólce (25 438 indyków) i Wysokiem (8 876 kaczek).
Skala jest przerażająca – w ciągu zaledwie kilku dni do utylizacji trafiło łącznie 230 338 sztuk drobiu. To oznacza nie tylko gigantyczne straty ekonomiczne dla właścicieli ferm, ale przede wszystkim kolejny cios w i tak już nadwątloną produkcję krajową.
Od października 2025 roku w Polsce potwierdzono 44 ogniska ptasiej grypy. Dla porównania w całym 2025 roku było ich 109, z czego 85 wykryto między styczniem a majem. Po lżejszym okresie letnim, jesienią i zimą choroba wraca ze zdwojoną siłą. Problem dotyczy całej Europy – od października 2025 roku odnotowano 467 ognisk HPAI u drobiu w całej UE. Najwięcej w Niemczech (163), we Francji (106) i we Włoszech (46).
Rzekomy pomór drobiu nie odpuszcza
Do ptasiej grypy dołączył drugi groźny wróg polskiego drobiarstwa – rzekomy pomór drobiu. Na początku stycznia 2026 roku wykryto 2 nowe ogniska tej choroby. Pierwsze w Bielkowie w województwie zachodniopomorskim, gdzie utrzymywano 170 kur i 1 gęś. Drugie, znacznie poważniejsze, pojawiło się w Zawadach Hucie na Mazowszu – dotyczyło gospodarstwa komercyjnego z 73 525 indykami rzeźnymi.
Rzekomy pomór drobiu to choroba, której Polska nie widziała przez niemal pół wieku. Ostatni przypadek przed 2023 rokiem odnotowano w 1974 roku. Od lipca 2023, gdy wykryto pierwsze ognisko w powiecie białostockim, choroba systematycznie rozprzestrzenia się po kraju. W 2024 roku stwierdzono 21 ognisk rzekomego pomoru drobiu, w których łącznie utrzymywano ponad 3 000 000 sztuk drobiu. Dane z października 2025 roku pokazują, iż w ogniskach Newcastle znalazło się już ponad 5 300 000 ptaków.
Połączenie obu chorób zakaźnych – ptasiej grypy i rzekomego pomoru – tworzy mieszankę wybuchową dla branży. Hodowcy nie mają czasu w odbudowę stad po jednej epidemii, gdy uderza kolejna. Rezultat to systematyczne zmniejszanie się krajowego pogłowia drobiu i wycofywanie się producentów z hodowli.
Ceny skupu w końcu idą w górę, ale co to znaczy dla konsumentów
Po katastrofalnych miesiącach końcówki 2025 roku, gdy ceny skupu brojlerów spadły choćby do 4,00 zł/kg, początek stycznia przynosi odbicie. W dniu 7 stycznia 2026 roku średnia cena skupu kurczaka z wolnego rynku wyniosła 4,39 zł/kg, a przedział cenowy kształtował się na poziomie 4,30-4,50 zł/kg. To wzrost, ale wciąż dalekie od opłacalności dla hodowców – jeszcze jesienią ceny oscylowały wokół 6,00 zł/kg.
Cena tuszki w hurcie również poszła w górę – 7 stycznia średnia wyniosła 7,94 zł/kg (przedział 7,50-8,40 zł/kg), podczas gdy na początku stycznia było to 7,63 zł/kg. To jednak jedynie chwilowa reakcja rynku na ograniczoną podaż. Prawdziwa eksplozja cen przyjdzie później – gdy obecne zapasy się wyczerpią, a hodowcy nie będą mieli czym uzupełnić rynku.
Problem w tym, iż obecne ceny skupu wciąż nie zapewniają opłacalności produkcji. Przy rosnących kosztach pasz, energii elektrycznej i wyższych płacach minimalnych, hodowla brojlerów przy cenach 4,00-4,50 zł/kg to biznes deficytowy. Producenci, którzy jeszcze kilka miesięcy temu liczyli na przyzwoity zysk, dziś muszą dopłacać do każdego wyprodukowanego kilograma mięsa.
Jaja po złotówce za sztukę to nowa rzeczywistość
Ceny jaj w styczniu 2026 roku ustabilizowały się na wysokich poziomach. W hurcie za 100 sztuk jaj wielkości M z chowu klatkowego płaci się około 78,69 zł, z chowu ściółkowego 84,86 zł, a z wolnego wybiegu 90,24 zł. To oznacza wzrost o ponad 20% w porównaniu do analogicznego okresu w 2024 roku.
W sklepach konsumenci płacą jeszcze więcej. Jaja wielkości M kosztują 0,80-1,20 zł za sztukę, a wielkości L to wydatek 1,00-1,40 zł za jedno jajko. W przeliczeniu na opakowanie 10 sztuk to średnio 10-14 zł, czyli niemal dwukrotnie więcej niż jeszcze 2 lata temu. Jajka za 50 groszy, które pamiętają starsi Polacy, to już przeszłość nie do odzyskania.
Na rynku hurtowym za jajo klasy M płaci się w tej chwili 71 groszy, a za jajo duże, klasy L, około 81 groszy. Średnie ceny jaj uwzględniające wszystkie klasy wagowe oraz wszystkie systemy chowu wzrosły w stosunku do stycznia 2025 roku o 22%.
Produkcja nie nadąża za popytem
Krajowa Izba Producentów Drobiu i Pasz alarmuje: na rynkach hurtowych w Polsce i Europie zaczyna brakować jaj, szczególnie tych z chowu innego niż klatkowy. Sieci handlowe, które deklarowały wycofanie jaj klatkowych, zaczynają sprowadzać je z zagranicy – głównie z Holandii i Rumunii. Problem w tym, iż handel detaliczny nie zawsze informuje klientów, iż kupują jaja importowane, co wywołuje frustrację konsumentów.
Katarzyna Gawrońska, prezeska Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz, tłumaczy: „Najważniejszym problemem, z którym nie może sobie w tej chwili poradzić rynek, jest fakt, iż w sytuacji wystarczającej podaży jaj w naszym kraju, zaczyna brakować niektórych konkretnych ich rodzajów”. Odbiorcy poszukują przede wszystkim jaj ściółkowych, których ceny rosną zdecydowanie szybciej niż klatkowych, a dokupienie takich jaj od hodowców nie jest już możliwe.
Branża próbuje utrzymywać potencjał produkcyjny na wysokim poziomie. W okresie styczeń-październik 2025 roku w kurnikach pojawiło się prawie 31,5 mln nowych młodych kur, czyli o 17% więcej niż w porównywalnym okresie w 2024 roku. Niestety, ogniska chorób zakaźnych niwelują te wysiłki – urzędowe nakazy likwidacji stad kur nieśnych sprawiają, iż przyrost pogłowia nie przekłada się na wzrost produkcji.
Restrykcje weterynaryjne blokują odbudowę
Katarzyna Gawrońska wskazuje na główny problem: „Restrykcje związane z prewencją HPAI oraz ND nie pozwalają polskiemu drobiarstwu na odbudowanie potencjału produkcyjnego. W efekcie branża cały czas pracuje na deficycie podażowym. Bezpośrednim, negatywnym tego następstwem dla konsumentów jest utrzymywanie się cen produktów drobiarskich na relatywnie wysokich poziomach”.
Frustrujące dla producentów i analityków rynkowych jest to, iż ostatnie lata dowodzą – choroby drobiu nie ustępują. Nie tylko pojawiają się cyklicznie, ale wręcz są permanentnie obecne. To zupełnie nowa sytuacja, trwająca dopiero od kilku lat, z którą drobiarstwo wciąż się oswaja.
Po potwierdzeniu każdego ogniska służby weterynaryjne wdrażają standardowe procedury: likwidację zakażonych ptaków, transport do zakładu utylizacyjnego, wyznaczenie obszaru zapowietrzonego (w promieniu 3 km) i obszaru zagrożonego (do 7 km), w których obowiązują restrykcje dotyczące przemieszczania drobiu. Te ograniczenia, choć konieczne, uniemożliwiają szybką odbudowę produkcji.
Prognozy ekspertów: niedobory już wiosną
Paweł Podstawka, prezes Krajowej Federacji Hodowców Drobiu i Producentów Jaj, mówi wprost: „Branża jaj i drobiu w Polsce oraz Europie wchodzi w rok 2026 z jasnym sygnałem: nie będzie lekko. Nie mówimy o powrocie do stabilnych lat sprzed epidemii, ale o okresie, w którym trzeba będzie działać w warunkach podwyższonego ryzyka”.
Barbara Woźniak, członek Zarządu Ferm Woźniak, dodaje: „Rok 2026 nie będzie rokiem powrotu do dawnych porządków – to będzie rok, w którym zmienność i ryzyko staną się elementem operacyjnym. W środowisku, gdzie epidemie są realne, podaż może być ograniczona, a klient oczekuje pełnej niezawodności”.
Choć w UE została niedawno zatwierdzona szczepionka przeciw HPAI (INNOVAX-ND-H5), jej rozwój i wdrożenie to proces długotrwały. W 2026 roku szczepionki nie będą natychmiastowym lekarstwem. Mogą modyfikować skalę strat, ale nie wyeliminują całkowicie potrzeby czujności i bioasekuracji.
Dlaczego hodowcy nie wznowią produkcji
Kluczowe pytanie brzmi: czy hodowcy wstawią nowe stada po wyczerpaniu obecnych zapasów? Odpowiedź większości brzmi zdecydowanie nie. Powodów jest kilka. Po pierwsze, ptasia grypa i rzekomy pomór drobiu wciąż szaleją w Polsce. Nowe ogniska pojawiają się regularnie – wystarczy początek stycznia 2026, gdy w ciągu kilku dni wykryto 7 ognisk obu chorób łącznie. Hodowca, który dziś wstawi nowe stado, już jutro może być zmuszony do jego całkowitej likwidacji bez jakiejkolwiek rekompensaty.
Po drugie, totalna nieopłacalność. choćby jeżeli uda się uniknąć chorób i doprowadzić kurczaki do uboju, przy obecnych cenach skupu (4,00-4,50 zł/kg) i rosnących kosztach produkcji każdy kilogram mięsa oznacza stratę. Hodowcy doskonale pamiętają ostatnie miesiące, gdy mimo ciężkiej pracy musieli dopłacać do własnego biznesu.
Po trzecie, choćby gdyby ceny podniosły się w przyszłości z powodu niedoborów na rynku, to pozostaje problem pierwszy – wysokie ryzyko epidemiologiczne, które może zniszczyć całą inwestycję w jeden dzień. Przy takiej niepewności nikt rozsądny nie będzie inwestował w nową produkcję.
Pół roku do katastrofy
Nawet gdyby jutro wszyscy hodowcy zdecydowali się na wznowienie produkcji, efekty zobaczylibyśmy najwcześniej za kilka miesięcy. Od momentu wstawienia piskląt do momentu, gdy kurczaki będą gotowe do uboju, musi minąć około 6-7 tygodni. Wcześniej trzeba zamówić i otrzymać pisklęta, przygotować kurniki po poprzednich stadach, zapewnić odpowiednie warunki sanitarne.
Cały proces, od decyzji o wznowieniu produkcji do momentu, gdy mięso pojawi się w sklepowych chłodniach, trwa minimum 20 tygodni. To niemal pół roku. Tymczasem zapasy z obecnej, ograniczonej produkcji gwałtownie się wyczerpią. Wielkanocny szczyt popytu dodatkowo przyspieszy ten proces. Polacy tradycyjnie kupują więcej drobiu przed świętami.
Skutek? Prawdopodobnie już na wiosnę 2026 roku, przed Wielkanocą, konsumenci mogą stanąć przed pustymi półkami w działach z drobiem. A jeżeli już się pojawi, jego cena będzie wielokrotnie wyższa niż obecnie. Problem dotyczy zarówno całych kurczaków, jak i produktów przetworonych – filetów, piersi, udek czy skrzydełek.
Import nie jest rozwiązaniem
Teoretycznie Polska produkuje około 30% więcej jaj niż wynosi krajowe zapotrzebowanie, a nadwyżki normalnie trafiają na eksport. Jednak epidemie chorób oraz transformacja branży – odchodzenie od chowu klatkowego na rzecz droższych systemów ściółkowych i wolnowybiegowych – sprawiają, iż ta nadwyżka systematycznie topnieje.
Katarzyna Gawrońska ostrzega: „Jaj po prostu nie ma. Nie daliśmy rady odbudować stad po chorobach zakaźnych, które je wcześniej zdziesiątkowały. Nie da się, jak to ma miejsce na przykład w fabryce, odtworzyć potencjału produkcyjnego w kilka tygodni. W rolnictwie zajmuje to długie miesiące, a teraz dodatkowo ten proces został przerwany przez nowe ogniska chorób drobiu. Konsumenci nie powinni także liczyć na import, bo cała Europa jest w podobnej sytuacji”.
Problem dotyka całą Unię Europejską. Od października 2025 roku w Europie potwierdzono 467 ognisk wysoce zjadliwej grypy ptaków. Najwięcej w Niemczech (163 ogniska), we Francji (106 ognisk) i we Włoszech (46 ognisk). Import tańszego drobiu czy jaj z innych państw UE nie będzie więc rozwiązaniem – wszyscy zmagają się z podobnymi problemami.
Dodatkowe zagrożenie: umowa z Mercosur
Do problemów epidemiologicznych dochodzi zagrożenie ze strony umowy handlowej UE z krajami Mercosur (Argentyna, Brazylia, Paragwaj, Urugwaj). jeżeli zostanie podpisana, może otworzyć unijny rynek na tańsze mięso drobiowe z Ameryki Południowej. Producenci zza oceanu nie muszą przestrzegać europejskich norm dotyczących dobrostanu zwierząt ani ochrony środowiska, za to będą mogli eksportować swoje produkty na unijny rynek.
Branża ostrzega, iż to może być cios, od którego polskie drobiarstwo się nie podniesie. W sytuacji gdy polscy hodowcy zmagają się z epidemiami, wysokimi kosztami produkcji i restrykcjami weterynaryjnymi, zalanie rynku tańszymi produktami z Ameryki Południowej może definitywnie zakończyć krajową produkcję.
Co to oznacza dla konsumentów
Jeśli w najbliższych tygodniach zauważysz w sklepach stabilne ceny drobiu, nie daj się zwieść pozornej normalności. To efekt chwilowej podaży, która gwałtownie się wyczerpie. Paradoksalnie, obecny moment nie jest najlepszy na robienie dużych zapasów. Świeże mięso drobiowe nie nadaje się do kilkumiesięcznego przechowywania w zwykłej domowej zamrażarce.
Przygotuj się na to, iż już wczesną wiosną 2026 roku, przed Wielkanocą, kurczak może być trudno dostępny w sklepach. A jeżeli już się pojawi, jego cena prawdopodobnie będzie znacznie wyższa niż obecnie. W grudniu 2025 roku ceny tuszki w hurcie wynosiły 7,63-7,94 zł/kg. Do Wielkanocy mogą wzrosnąć choćby do 10-12 zł/kg, a w sklepach detalicznych ceny przekroczą poziomy, których dotąd nie widzieliśmy.
Problem z dostępnością i ceną dotyczy również jaj. Obecne ceny w sklepach (1,00-1,40 zł za sztukę) mogą wydawać się wysokie, ale to dopiero początek. Przed Wielkanocą, gdy popyt tradycyjnie wzrasta, przy ograniczonej podaży ceny mogą osiągnąć poziom 1,50-2,00 zł za jedno jajko, czyli 15-20 zł za opakowanie 10 sztuk.
Warto już teraz rozważyć alternatywy w swojej diecie. jeżeli Twoja rodzina regularnie spożywa jaja, obserwuj promocje w sklepach – jaja można przechowywać w lodówce przez kilka tygodni. Pamiętaj też, iż cała Europa walczy z podobnymi problemami, więc import tańszych produktów z innych państw UE nie będzie rozwiązaniem.
Najbliższe miesiące pokażą, czy polskie drobiarstwo przetrwa ten kryzys. Jedno jest pewne – ceny drobiu i jaj, które obserwujemy dziś, to nie koniec podwyżek. Prawdziwe problemy zaczną się wiosną.

14 godzin temu






![Zderzenie dwóch pojazdów na krajowej „piątce” [FOTO]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/01/1.jpg)








