Fot. Teatr Wyobraźni NovumJuż od pierwszej chwili wejścia na salę, gdzie miał się zacząć spektakl „Botoxlandia” Teatru Wyobraźni Novum, poczułam kompletnie inną niż zwykle atmosferę. Zanim rozpoczęło się widowisko, goście gromadzili się przy małych straganach kiermaszu zorganizowanego przez panie oferujące swoje wyroby – od chlebów, dżemików i ziół aż po mydełka, ozdoby oraz produkty do makijażu i pielęgnacji włosów. Wszystko jako extra niespodzianka na Dzień Kobiet.
Następnie zauważyłam scenę i natychmiast stanęłam w obliczu wizualnej eksplozji współczesnej próżności. Scena przedstawiała salon piękności. Scenografia była bohaterem samym w sobie i działała jako cichy, uczestnik sztuki, ucieleśniając presję społeczną, by pozostać wiecznie młodym. Siła luksusowych reklam promujących zabiegi medycyny estetycznej wciąga nas w świat „perfekcji”, który wydaje się jednocześnie zapraszający i przytłaczający. Na tym tle skomercjalizowanej młodości zaczęły rozwijać się prawdziwe, intrygujące i komiczne losy czterech bohaterek z kompletnie innych światów.
Już od pierwszych kwestii dialogi iskrzyły ciętym, świadomym dowcipem. Gdy Estera (Ewa Badowski), właścicielka salonu Botoxlandia, żartuje, iż nie mogła przecież nazwać lokalu „Salonem Jadu Kiełbasianego” (nawiązanie do dosłownego pochodzenia toksyny botulinowej), publiczność natychmiast dała się porwać tej konwencji. W momencie wkroczenia do akcji dwóch klientek, lekko oszołomionej pani domu, która po raz pierwszy korzystała z salonu piękności: Danieli (Dorota Kościuk-Borkowski) oraz Adeli (Joanna Bogacki), która z tego salonu praktycznie nie wychodzi, widz nie mógł się już doczekać kulminacji historii, nie podejrzewając nawet, ile wspólnego będą miały ze sobą obie panie. Dodatkowy i jeszcze bardziej intrygujący wątek wprowadziła czwarta kobieta o imieniu Jagienka (Jolanta Gleba).
Jednym z najbardziej niezwykłych aspektów inscenizacji była jej przystępność poprzez doskonałe teksty, a, co ważniejsze, podteksty, dzięki którym można zobaczyć otaczający nas świat i własne historie. Choć wodewil przedstawiony był w języku polskim, spektakl udowodnił, iż prawdziwa komedia jest językiem uniwersalnym. Mój mąż, który nie mówi po polsku, był równie zaangażowany i rozbawiony jak rodzimi użytkownicy języka na sali. Jest to świadectwo niesamowitej „wisceralnej” energii obsady – Estery, Danieli, Adeli i Jagienki. Mistrzowskie posługiwanie się językiem ciała, mimiką i nienaganne wyczucie czasu komediowego idealnie oddały każdą emocję. Historia była opowiadana ruchem w takim samym stopniu, jak słowem. Nie trzeba było słownika, by zrozumieć frustrację z powodu nieudanego romansu czy euforia ze wspólnego sekretu; wystarczyło patrzeć na scenę. A odwrócić wzroku nie było można.
Oczywiście istotą klasycznego wodewilu jest piosenka – i tutaj, podobnie jak we wszystkich produkcjach Teatru Wyobraźni Novum, wykorzystano ją z mistrzowskim kunsztem. Wyraźnie widać było, iż wszystkie artystki uwielbiają śpiewać, jednak w ich przypadku interpretacja wokalna stanowi również potężny nośnik wyrazu aktorskiego i dramatycznej ekspresji, np.: Estera „Tango rzeź”, Adela „Ja dla pana czasu nie mam”, Daniela „Każda kobieta to szpieg”, Jagienka „To taka głupia, to ja już nie jestem”.Doskonały dobór utworów muzycznych stanowił idealne dopełnienie narracji oraz osobowości bohaterek, a wspólnie wykonywane piosenki tworzyły elektryzującą więź między wykonawcami a publicznością („Damą być”, „Lepszy model”, „Wszyscy chcą kochać”, „Z kim tak ci będzie źle jak ze mną”, „Ramię w ramię”).
Dla mnie było to doświadczenie niezwykle ciekawe; obserwowanie mojej mamy, która jako autorka scenariusza i dyrektorka artystyczna Teatru, powołała ten świat do życia, było momentem ogromnej dumy. Wiem, iż jej prawdziwą domeną jest poezja śpiewana i iż z reguły preferuje nieco poważniejsze tematy, ale stanowi to dowód na to, iż potrafi stworzyć spektakl na dowolny temat, taki, który nie jest ani nudny, ani banalny. Napisanie dobrej komedii wymaga poczucia humoru, wyczucia rytmu oraz inteligentnej narracji, która pod płaszczykiem śmiechu przemyca krytykę wad ludzkich lub absurdów społecznych.
Oczywiście Dora nie byłaby sobą, gdyby nie przemyciła do spektaklu dobrej poezji. Scenariusz wziął mistrzowski obrót w finale po autozdemaskowaniu się męża i kochanka w jednej osobie (Zbigniew Bogacki). Kobiety przeszły od ciętych żartów w salonie do ponadczasowych słów noblistki Wisławy Szymborskiej. Recytując „Portret kobiecy”, wykroczyły poza ramy „Botoxlandii”. Słowa wiersza – „Musi być do wyboru / Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło” – ujawniają prawdziwą tezę sztuki kobiecości: pod „eksfoliacją” i „botoksikiem” kryje się kobieta, która jest „naiwna, ale najlepiej doradzi”, „słaba, ale udźwignie”.
Wodewil „Botoxlandia” to triumf ducha kobiety. Udaje jej się być „babskim wieczorem” pełnym śmiechu, pozostając jednocześnie poważnym literackim hołdem złożoności kobiecego doświadczenia. Przypomina, iż podczas gdy zabiegi upiększające są tymczasowe, więzi siostrzeństwa i moc dobrze napisanego wiersza są wieczne. Dorota Kościuk-Borkowski nie tylko napisała błyskotliwą sztukę, ale uchwyciła mozaikę tego, co to znaczy być kobietą: „Niemożliwe, trudne, warte próby”.
Victoria Maria Sontha






