Jeszcze niedawno przyszłość Stasia była jedną wielką niewiadomą. Dziś ma swój dom, kochających rodziców, babcię, trzy psy i… cztery kury.
Staś był podopiecznym Tuli Luli – Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego w Łodzi. Tuż po narodzinach rozstał się z mamą. Kiedy skończył rok, wciąż nie udało się znaleźć dla niego rodziny adopcyjnej, a dłużej w ośrodku nie mógł już przebywać. Rozpoczęły się intensywne poszukiwania domu. Apele pojawiły się m.in. w mediach społecznościowych. I właśnie dzięki nim udało się znaleźć rodzinę dla chłopca.
Pani Magdalena po raz pierwszy zobaczyła Stasia na profilu Fundacji Gajusz. Chłopczyk był sfotografowany tyłem, na korytarzu, w ręku trzymał mały niebieski samochodzik. – Coś we mnie wtedy drgnęło – wspomina pani Magdalena.
Mimo iż rodzina mieszkała pod Wrocławiem, a Staś w Łodzi, pani Magdalena nie odpuściła. Jej mąż, choć początkowo sceptyczny, wypowiedział słowa, które stały się ich przepowiednią: Jak będzie nam dane zostać rodzicami Stasia, to się nam uda. Zaraz po Nowym Roku zadzwonił telefon z fundacji. Pani Magdalena nie pamięta przebiegu tej rozmowy – była w zbyt wielkim szoku, iż to właśnie ich wybrano do kolejnego etapu.
Diagnoza, która nie definiuje dziecka
Kilka dni później, podczas spotkania online, rodzice poznali szczegóły dotyczące zdrowia chłopca. Dowiedzieli się, iż mama Stasia prawdopodobnie nadużywała alkoholu w ciąży. Temat FAS nie był im obcy – znali go ze szkolenia dla rodzin adopcyjnych. Wiedzieli, co to może oznaczać, ale się nie przestraszyli. Chcieli go poznać.
– Ta diagnoza go nie definiuje. Staś jest bardzo mądrym i sprytnym chłopczykiem. Może w życiu osiągnąć wszystko, co tylko będzie chciał – podkreśla dziś mama Stasia.
Złamana noga i wielka nadzieja
W dniu, w którym Dorota Grodzka, dyrektor ośrodka Tuli Luli prowadzonego przez Fundację Gajusz, zadzwoniła z oficjalnym zaproszeniem na pierwsze spotkanie ze Stasiem, pani Magdalena… była na szpitalnym oddziale ratunkowym.
– Stałam na SOR-ze, czekając na prześwietlenie, kiedy odebrałam telefon. Powiedziałam tylko odruchowo: Pani Doroto, tylko ja nogę złamałam! – wspomina pan Magdalena
W piątek 23 stycznia przyjechali do Łodzi. Pani Magdalena pamięta oblodzone chodniki i schody, które musiała pokonać o kuli, by wejść na pierwsze piętro.
– Od pierwszego spojrzenia, od pierwszych czułych słów skierowanych do Stasia, czułam, iż to oni – ci najważniejsi, którzy już na zawsze zapiszą się w jego życiu. Pani Magda przyjechała w ortezie, z lekkim trudem, ale z uśmiechem i łzami wzruszenia w oczach. Jej mąż był obok, wspierał ją cicho, a w jego spojrzeniu było dokładnie to samo poruszenie – wspomina Dorota Grodzka. – Staś odpowiedział w sposób, który trudno zapomnieć. Najpierw zaciekawienie, potem uśmiech – ciepły, spokojny, jakby widział znajome twarze. Zwykle był ostrożny wobec obcych, nie rozdawał tak łatwo swojej ufności. A jednak tym razem było inaczej. Może to znak? A może coś jeszcze głębszego – natychmiastowe rozpoznanie bliskości, na którą czekał.
Podczas pierwszego spotkania Stasia najbardziej zainteresowała kula ortopedyczna. A na pożegnanie przybił piątkę. To był początek nowej drogi.
Do poniedziałku rodzina miała podjąć decyzję. – To był najbardziej burzliwy weekend w życiu. Nie spaliśmy w ogóle – wspomina pani Magdalena.
Nauka bliskości
Kluczowym etapem były tygodnie intensywnej adaptacji. Aby przejście do nowej rodziny było dla Stasia jak najmniej stresujące, Magdalena i jej mąż na trzy tygodnie zamieszkali w siedzibie fundacji.
Pod okiem specjalistów uczyli się jego rytmu dnia, potrzeb i charakteru. – To był czas bezcenny, choć pełen napięcia, bo Staś był jeszcze zgłoszony do adopcji zagranicznej. Każdy telefon mógł zmienić wszystko – wspominają rodzice.
Ostatecznie, 6 marca, dwa miesiące po pierwszym kontakcie, nadeszła upragniona decyzja sądu.
– Zadzwoniłam do pani Magdy. Kiedy powiedziałam, iż jest postanowienie i iż Staś może jechać do domu… na chwilę zapadła cisza. A potem przyszły łzy – szczęścia, niedowierzania, ogromnej ulgi. euforia mieszała się z pośpiechem, wzruszenie z organizacją wyjazdu. Wszystko działo się naraz, tak intensywnie, tak prawdziwie – opowiada dyrektor Tuli Luli.
Już następnego dnia Staś zamieszkał w swoim nowym domu. Nareszcie byli u siebie. W jednej chwili opadł stres, a zaczęła się zwyczajna codzienność, na którą tak wszyscy czekali.
Pierwsze dni w domu
Pierwsze dni były spokojne i ciepłe. Babcia ugotowała rosół, usiedli razem przy stole i wszystko zaczęło się układać. Na początku Staś z rezerwą patrzył na psy, ale wystarczyło kilka głasków i przytuleń, żeby gwałtownie się zaprzyjaźnili. Dziś to jego wierni towarzysze zabaw.
Staś najbardziej lubi ogród i swoje kury. Codziennie zbiera jajka, podlewa rośliny i zajmuje się swoją grządką. Posadził pomidory, ma własne grabki i taczkę. Razem z tatą posadzili też gruszę.
Lubi śpiewać – bierze do ręki wyobrażony mikrofon i występuje przed gośćmi jak na prawdziwej scenie.
Mówi coraz więcej, rozwija się i dobrze odnajduje się w swojej codzienności.
– On miał tutaj być – mówi pani Magdalena.
Tuli Luli
Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny Tuli Luli powstał z myślą o dzieciach, które potrzebują czułej i stabilnej opieki. Jego celem jest to, by każde z nich jak najszybciej trafiło do rodziny – i jak dotąd zawsze się to udawało. Ośrodek funkcjonuje dzięki finansowaniu z budżetu Województwa Łódzkiego. Na co dzień maluchami opiekują się ciocie – karmią, przewijają, tulą, czytają bajki i śpiewają kołysanki.
Większość niemowląt trafia do Tuli Luli z bardzo trudnych powodów – z powodu przemocy, kryzysów rodzinnych, uzależnień albo po prostu braku wsparcia we właściwym momencie.
AK/lodzkie.pl



