Szanowni Państwo,
w pamięci wielu z nas wciąż żyje zapach szkolnej stołówki.
Ten specyficzny zapach zupy pomidorowej, kotleta schabowego z ziemniakami i kompotu owocowego, który unosił się po korytarzach.
Dla wielu z nas to był jeden z niewielu momentów szkolnego dnia, na który naprawdę się czekało. Prosty obiad, ale zjedzony w towarzystwie kolegów.
Znajomy smak, poczucie, iż ktoś o nas zadbał.
Dziś to wspomnienie warto przywołać, bo pokazuje coś ważnego: dzieci jedzą chętnie wtedy, gdy jedzenie jest smaczne i znajome. Nie wtedy, gdy jest „słuszne”.
Od 1 września obiad z mięsem może pojawić się na talerzu dziecka w szkolnej stołówce najwyżej dwa razy w tygodniu. Jeden dzień jest obowiązkowo roślinny – dla wszystkich, bez wyjątku, niezależnie od tego, czy rodzice sobie tego życzą, czy nie. I nie mam przekonania, iż we wszystkich placówkach będzie to piątek.
Nikt nie zapytał nas o zdanie. Rodzice dowiedzieli się o zmianie tak, jak (niestety) zwykle się dowiadują o decyzjach dotyczących ich dzieci – z mediów albo dopiero na szkolnym korytarzu, gdy zobaczyli nowy, dyktowany przez ministerstwo jadłospis.
Rozporządzenie Ministra Zdrowia z 16 lutego 2026 roku wprowadziło do blisko 36 tysięcy szkół i przedszkoli nowy model żywienia zbiorowego. W dokumencie nie pada wprawdzie słowo „dieta planetarna”, ale sam resort zdrowia otwarcie pisał o walce ze zmieniającym się klimatem jako jednym z celów zmiany.
Efekt: mięso i ryby zostają w menu, ale obok nich musi się pojawić roślinna alternatywa, smażenie ograniczono do dwóch dni w tygodniu, a co najmniej raz w tygodniu dziecko dostaje obiad całkowicie pozbawiony produktów odzwierzęcych – oparty na strączkach.
Nazwijmy więc rzeczy po imieniu: to eksperyment żywieniowy na blisko 7 milionach polskich dzieci.
Dlatego proszę Państwa o reakcję w tej sprawie – to rodzice mają prawo decydować o żywieniu swoich dzieci. Apelujmy o uszanowanie tego prawa i o zadbanie zdrowie dzieci!
I tu dochodzimy do sedna problemu, o którym rządzący zdają się w ogóle nie myśleć.
Kuchnia roślinna, żeby była smaczna, musi być umiejętnie przygotowana. Dobrze przyprawiona ciecierzyca, aromatyczne curry z soczewicy, chrupiące falafele – tak pewnie wyobrażają sobie dietę roślinną panie minister i aktywiści klimatyczni. Ale to wymaga wiedzy, czasu i doświadczenia kucharza. Tymczasem kuchnie szkolne nie dostały na tę zmianę ani jednego dnia szkolenia, ani jednej dodatkowej złotówki.
Co się dzieje, gdy zamiast dobrze przygotowanego dania roślinnego dziecko dostaje suchy, wiórowaty kotlet sojowy albo niedoprawioną ciecierzycę, której zwyczajnie nie lubi? Odpowiedź jest prosta: oddaje talerz nietknięty.
A głód nie zniknie tylko dlatego, iż odhaczyliśmy „obiad” w szkolnym jadłospisie. Dlatego niektórzy uczniowie nie zjedzą być może jedynego ciepłego posiłku w ciągu dnia, a inni zamiast zdrowego obiadu kupią sobie hot-dogi, zapiekanki, słodkie bułki, czipsy, batony, popijając to słodkimi, gazowanymi napojami.
To jest właśnie ta wielka pułapka reformy, o której nikt w ministerstwie głośno nie mówi. Walka z otyłością dzieci, którą oficjalnie tłumaczy się te zmiany, może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego – jeżeli zdrowy posiłek trafi do kosza, a jego miejsce zajmie fast food kupiony w drodze do domu.
Warto zapytać, skąd w ogóle wzięła się ta zmiana.
Projekt trafił do konsultacji publicznych w czerwcu 2025 roku. Swoje uwagi zgłaszały wtedy organizacje promujące weganizm i „ideologię klimatyzmu” – Federacja Bezpieczna Żywność, Fundacja Viva!, RoślinnieJemy czy Green REV Institute, fundacja związana z Sylwią Spurek. Te same środowiska dziś chwalą się w mediach, iż to właśnie ich postulaty przyjęto w rozporządzeniu.
Rodzice nie byli stroną tych konsultacji. Aktywiści klimatyczni – owszem.
Kiedy sprawa wywołała falę krytyki, odpowiedź minister edukacji Barbary Nowackiej pokazała, z jaką pogardą traktuje się dziś obawy rodziców.
Krytyka rozporządzenia została zbyta jednym słowem: „niedouczony”.
Tak brzmi dziś dialog władzy z rodzicami w Polsce: kto się nie zgadza, ten jest ignorantem.
A przecież pytania, które zadają rodzice, są całkowicie zasadne. Dzieci rosną. Potrzebują pełnowartościowego białka, żelaza, cynku i witaminy B12 – w formie, którą organizm rzeczywiście przyswaja. Tymczasem:
- kuchnie szkolne nie dostały ani jednego szkolenia, ani jednej dodatkowej złotówki na wdrożenie nowych zasad,
- dla części dzieci obiad w szkole to jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia – jeżeli go nie zjedzą, bo im nie smakuje, zostają głodne,
- zamiast wartościowych, dobrze zbilansowanych dań, w praktyce na talerzach coraz częściej ląduje zwykły makaron, bo szkolna stołówka nie ma ani czasu, ani środków, by nauczyć się gotować od nowa.
Nie chodzi o to, iż rodzice sprzeciwiają się warzywom, strączkom czy ograniczeniu cukru. Chodzi o coś znacznie poważniejszego: państwo po raz kolejny uznało, iż wie lepiej niż rodzice, co jest dobre dla ich dziecka – i nie zamierzało choćby zapytać o zdanie.
To ten sam schemat, który znamy z edukacji zdrowotnej.
Najpierw ogłasza się „naukowy”, „nowoczesny” program.
Potem okazuje się, iż za kulisami stoją konkretne środowiska ideologiczne.
A na końcu ci, którzy mają wątpliwości, słyszą, iż są niedouczeni albo zacofani.
Szkoła znów staje się polem bitwy o to, kto naprawdę wychowuje dzieci – rodzice czy urzędnik z ministerstwa.
Nie możemy milczeć wobec kolejnej próby odebrania rodzicom prawa do decydowania o własnych dzieciach.
Dlatego uruchomiliśmy protest „Dajcie dzieciom mięso!” skierowany bezpośrednio do Minister Zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy oraz Minister Edukacji Narodowej Barbary Nowackiej.
W naszej petycji domagamy się:
- zapisania w rozporządzeniu, iż dwa obiady mięsne w tygodniu to minimum, a nie maksimum – dokładnie tak, jak już dziś zapisano „co najmniej” przy rybie i strączkach,
- aby danie wyłącznie roślinne było w stołówce możliwością, a nie obowiązkiem,
- zagwarantowania dziecku, którego rodzice tego chcą, posiłku z produktami odzwierzęcymi każdego dnia – na tych samych zasadach, na jakich zagwarantowano danie roślinne,
- realnych, a nie pozorowanych rozmów z rodzicami i radami rodziców, zanim ktokolwiek znowu zdecyduje za nas.
Mówimy jasno: nie chcemy odbierać nikomu prawa do wyboru diety roślinnej. Chcemy tylko, żeby tego wyboru nie odbierano rodzicom. To jest cała różnica między wolnością a przymusem.
Teraz potrzebujemy Pani zaangażowania! Pod petycją o przywrócenie racjonalnej, zbilansowanej diety w szkołach musimy zebrać jak najwięcej podpisów – im więcej ich będzie, tym trudniej będzie resortom zdrowia i edukacji je zignorować.
Petycję można podpisać na stronie: DajcieDzieciomMieso.pl
Proszę o trzy rzeczy:
- Podpis pod petycją – to zajmuje minutę.
- Udostępnienie linku rodzinie, znajomym, w grupach rodziców ze szkoły czy przedszkola dziecka – im szerzej dotrze nasz apel, tym większa siła nacisku na ministerstwa.
- Wsparcie finansowe naszych działań – bez środków nie da się prowadzić kampanii informacyjnych ani reagować na kolejne decyzje podejmowane bez pytania rodziców o zdanie.
Każda złotówka to pomoc w działaniach chroniących prawo rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami – także tymi dotyczącymi tak podstawowej sprawy, jak obiad w szkolnej stołówce.
Wspieram kampanię Dajcie Dzieciom Mięso!
Dieta dziecka nie powinna być polem ideologicznej rozgrywki. A jednak znowu nim jest.
Jeśli dziś ministerstwo może bez pytania zdecydować, ile razy w tygodniu dziecko zje mięso, jutro wejdzie w kolejne obszary władzy rodzicielskiej. Ta logika nie ma naturalnej granicy – dlatego trzeba ją zatrzymać już teraz.
Rodzice, nie urzędnicy, odpowiadają za to, co je ich dziecko.
Tego prawa trzeba dziś głośno bronić – bo nikt nie zrobi tego za nas.
Serdecznie pozdrawiam
Marcin Perłowski
Dyrektor Centrum Życia i Rodziny

2 godzin temu















