Szpital Miejski Specjalistyczny im. Gabriela Narutowicza w Krakowie zapowiedział czasowe wstrzymanie działalności dwóch oddziałów związanych z leczeniem chorób płuc. Placówka podkreśla, iż decyzja ma charakter przejściowy i wynika z braków kadrowych – niespełnienia wymagań Narodowego Funduszu Zdrowia. Jednocześnie zapewnia, iż bezpieczeństwo pacjentów nie jest zagrożone, a opieka ma być realizowana w innych strukturach szpitala.
Od początku marca ale nie dłużej niż do końca sierpnia 2026 r., wstrzymane mają zostać: Oddział Chorób Wewnętrznych i Chorób Płuc oraz Oddział Chorób Płuc z Onkologią. Pacjenci pulmonologiczni mają być przez cały czas leczeni na dwóch oddziałach internistycznych (łącznie 65 łóżek) oraz w poradni chorób płuc; szpital deklaruje też dalszą rekrutację lekarzy specjalistów i rozwijanie świadczeń ambulatoryjnych.
Dwa lata wstecz: narastające długi, audyty i prokuratura
Obecne kłopoty kadrowe to kolejny rozdział w historii problemów placówki, o których głośno jest co najmniej od 2024 roku. Jesienią 2024 r. miasto informowało, iż zadłużenie szpitala sięga ok. 132 mln zł (w tym ok. 50 mln zł zobowiązań wymagalnych), a w tle prowadzone są działania reorganizacyjne oraz audyt obejmujący trzy poprzednie lata.
W lutym 2025 r. krakowski magistrat przekazał, iż kontrola prowadzona przez Centrum Audytu i Kontroli Analitycznej Urzędu Miasta Krakowa ujawniła nieprawidłowości w prowadzeniu ksiąg rachunkowych, które miały zniekształcić obraz sytuacji finansowej w sprawozdaniach za 2022 i 2023 rok. W komunikacie wskazano m.in. na brak odpisów wobec ponad 70 faktur o łącznej wartości ok. 50 mln zł; prezydent Krakowa skierował w tej sprawie rok temu, zawiadomienie do Prokuratury Rejonowej Kraków–Prądnik Biały.
Równolegle trwała dyskusja o potrzebie „kroplówki” finansowej dla szpitala. Placówka wnioskowała o pożyczkę 25 mln zł, a decyzja wymagała zmian w uchwale budżetowej.
Zmiany dyrekcji i spór o „plan naprawczy”
W tle problemów finansowych w szpitalu następowały również zmiany zarządcze. W lipcu 2025 r. prezydent Krakowa Aleksander Miszalski ogłosił zakończenie współpracy z dyrektor Mariolą Marchewką. Miasto wskazywało wówczas m.in. narastające zadłużenie, brak „wiarygodnej strategii wyjścia z kryzysu”, a także napięcia po sytuacji, gdy część personelu otrzymała tylko połowę wynagrodzenia.
Jednocześnie wiosną 2025 r. część ordynatorów publicznie broniła dyrektor Marchewki, argumentując, iż problemy narastały wcześniej, a podejmowane działania stabilizują sytuację.
Po lipcowej dymisji obowiązki kierownicze przejęła – jako p.o. – dr Anna Tylek, a w kolejnych miesiącach prowadzono procedurę konkursową. W październiku 2025 r., iż szpital mierzy się z długiem sięgającym ok. 150 mln zł, a przedstawiony radnym plan naprawczy miał być jednym z kluczowych elementów rozmów o dalszym wsparciu.
W listopadzie 2025 r. miasto ogłosiło, iż dr Anna Tylek wygrała konkurs na dyrektora szpitala jednogłośnie (stosunkiem głosów 6:0), co miało zakończyć okres przejściowy w zarządzaniu placówką.
Decyzje inwestycyjne pod presją kosztów
W analizowanym okresie miasto podejmowało też decyzje dotyczące ograniczania kosztów inwestycyjnych. W październiku 2024 r. prezydent Krakowa poinformował o rezygnacji z budowy lądowiska na dachu szpitala (wskazywano szacunkowy koszt 76,2 mln zł) i oparciu zabezpieczenia transportu na pobliskim lądowisku innej placówki. Miasto podkreślało, iż rozwiązanie ma spełniać wymagania dotyczące czasu transportu do SOR i nie wpływa na bezpieczeństwo pacjentów.
Co dalej?
Na dziś miasto i szpital akcentują, iż wstrzymanie pracy dwóch oddziałów ma być czasowe i wynika z braków kadrowych, nie z decyzji o likwidacji świadczeń. Jednocześnie wydarzenia z ostatnich dwóch lat pokazują, iż szpital funkcjonuje pod silną presją finansową, a kolejne ruchy – od planów naprawczych po wsparcie budżetowe – pozostają najważniejsze dla stabilności placówki.
Nasz komentarz:
Po odejściu dr Renaty Godyń-Swędzioł szpital zaczął się wyraźnie „rozsypywać” organizacyjnie.
Za dyrekcji dr Renaty Godyń-Swędzioł Szpital im. Narutowicza funkcjonował w stanie permanentnego napięcia finansowego, ale – z perspektywy mieszkańców najważniejsze – nie wypadał z rytmu pracy. To był czas godzenia dwóch światów: rosnących kosztów i twardych ograniczeń systemu finansowania z jednej strony oraz codzienności oddziałów, dyżurów, SOR-u i tysięcy decyzji medycznych z drugiej – decyzji, których nie da się „wstrzymać”, bo w excelu brakuje kilku milionów. Liczby pokazywały skalę problemu: w 2020 roku szpital zanotował stratę netto ok. 6,7 mln zł przy kosztach wyższych niż przychody (ok. 151,5 mln zł kosztów wobec ok. 144,8 mln zł przychodów), a w kolejnych latach wskaźniki stabilności przez cały czas nie dawały pełnego komfortu. Tyle iż mimo tej presji to nie był okres stagnacji: placówka próbowała równolegle utrzymać tempo leczenia i modernizować zaplecze – porządkowano infrastrukturę techniczną, realizowano inwestycje, ratowano płynność działaniami organizacyjnymi i finansowaniem z BGK. Dla pacjentów najważniejsze było to, iż system – choć zgrzytał – działał: oddziały pracowały, świadczenia były wykonywane, a bezpieczeństwo leczenia nie stało się tematem alarmów.
Wizerunek dyrektorki nigdy nie był „miękki”. Była osobą ostrą, stanowczą i często kontrowersyjną – potrafiła wejść w konflikt, postawić twardą granicę i egzekwować decyzje bez oglądania się na to, czy będą popularne. Dla jednych był to styl trudny we współpracy i zbyt konfrontacyjny, dla innych – jedyny możliwy w realiach, w których publiczny szpital balansuje na granicy płynności, a każdy miesiąc potrafi przewrócić plan finansowy. Jedno trudno jej jednak odebrać: upór w walce o szpital. choćby krytycy przyznawali, iż nie odpuszczała – dociskała tematy do końca, szukała rozwiązań, reorganizowała to, co trzeba było, i „trzymała front”, kiedy robiło się naprawdę ciasno.
Dziś tamten okres wraca nie tylko w tonie „jakoś się kręciło”, ale też w sporze o finanse i rachunkowość – o to, na ile sytuacja była systemowo trudna, a na ile lepsza na papierze niż w rzeczywistości. Kontrowersje wokół jej dyrekcji były i bywały ostre, jednak w praktyce szpital działał, leczył i utrzymywał normalny bieg. Co więcej: za jej czasów w publicznej dyskusji nie krążyły scenariusze zamykania oddziałów czy „wyłączania” części działalności – spór dotyczył przede wszystkim tego, jak zarządzać w warunkach chronicznego niedoszacowania, a nie tego, czy da się utrzymać podstawową organizację leczenia. I właśnie tu rodzi się teza, która jednych zirytuje, a innym wyda się oczywista: po zwolnieniu Godyń-Swędzioł to, co wcześniej trzymało się „na styk”, zaczęło sypać się na oczach. Pojawiły się słowa, których wcześniej przy „Narutowiczu” praktycznie nie było: wstrzymywanie pracy oddziałów, braki kadrowe, działania awaryjne. Z punktu widzenia pacjenta różnica jest namacalna – wcześniej problemy były tłem finansowym, dziś coraz częściej wchodzą w samą organizację leczenia, czyli w to, co odczuwa się natychmiast: na korytarzu, w izbie przyjęć, w kolejce do specjalisty.
(KK)

2 godzin temu






