Jeszcze niedawno była pani skarbnikiem powiatu. Dziś zarządza pani szpitalem w Krotoszynie. Co było największym zaskoczeniem po tej zmianie?
Skala odpowiedzialności i tempo pracy. Z zewnątrz może się wydawać, iż dyrektor szpitala podejmuje decyzje zza biurka. Sama kiedyś patrzyłam na to inaczej. W opinii publicznej ta funkcja często kojarzy się negatywnie – iż ktoś „siedzi i nic nie robi”, a szpital sobie nie radzi. Dopiero będąc tutaj, widzę, jak bardzo jest to wymagająca praca. To nie jest osiem godzin dziennie. To są dni po 10–12 godzin, telefony na urlopie, ciągłe reagowanie na sytuacje, które pojawiają się adekwatnie bez przerwy. Szpital to organizm działający 24 godziny na dobę. Mamy ponad 600 pracowników. To ogromna organizacja, która świadczy usługi non stop. Problemy są na każdym poziomie – od medycznych, przez organizacyjne, po finansowe. Do tego dochodzą analizy kosztów, pozyskiwanie środków, decyzje kadrowe. To praca wymagająca i – trzeba to powiedzieć wprost – często niewdzięczna.
Gdyby miała pani wskazać jedną liczbę, która najlepiej opisuje sytuację szpitala – jaka by to była?
Milion złotych miesięcznie. Tyle mniej więcej brakuje nam co miesiąc na bieżące funkcjonowanie. Mamy środki na wynagrodzenia, składki, podatki, zobowiązania publiczno-prawne. Natomiast brakuje pieniędzy na bieżące faktury. To oznacza, iż działamy w stałym napięciu finansowym. Korzystamy z układów ratalnych, rozkładamy płatności, próbujemy utrzymać płynność. To nie jest komfortowe zarządzanie – to jest ciągłe reagowanie na niedobór.
To jest problem zarządzania czy systemu?
To jest przede wszystkim problem systemowy. Szpital publiczny nie ma zarabiać, ale powinien się przynajmniej bilansować. Tymczasem wyceny procedur medycznych nie mają przełożenia na rzeczywiste koszty. Można podać bardzo prosty przykład – zdarzają się sytuacje, w których za stosunkowo prosty zabieg NFZ płaci więcej niż za poród. To pokazuje skalę oderwania od realiów. Do tego dochodzi sposób rozliczeń. Za część świadczeń pieniądze trafiają do nas z dużym opóźnieniem. Czasem po kwartale, czasem jeszcze później. W praktyce oznacza to, iż leczymy pacjentów, nie mając pewności, kiedy otrzymamy za to środki. Podczas posiedzenia KWRiST została przedstawiona analiza sytuacji szpitali powiatowych przez Związek Powiatów Polskich: „Najnowsze dane ukazują, iż sytuacja placówek jest coraz gorsza – wyniki finansowe pogarszają się, a zadłużenie narasta. Porównując dane za rok 2025 i dane za rok 2024, widać dużo wyższe „tąpnięcie”, niż obserwowaliśmy w poprzednich latach. (…) w 207 szpitalach odnotowaliśmy stratę łączną w wysokości przeszło 1,8 miliarda złotych. To jest kwota około 30% wyższa niż w zeszłym roku. 91% szpitali odnotowało straty na sprzedaży. Tylko 19 placówek było na plusie.”
Szpital był w bardzo trudnej sytuacji. To był moment krytyczny?
Tak. W 2024 roku mieliśmy sytuację, w której brakowało środków choćby na wynagrodzenia dla lekarzy. To był bardzo trudny moment. Szpital zaciągnął pożyczkę w wysokości 12 milionów złotych. W 2025 roku powiat udzielił kolejnego wsparcia – ponad 7 milionów złotych – oraz częściowo pokrył stratę. Dzięki temu mieliśmy ponad 10 milionów złotych, które pozwoliły uporządkować zobowiązania. Na początku roku było ich prawie 5 milionów złotych wymagalnych. Równolegle przeprowadzono audyt zewnętrzny. Wdrożyliśmy jego zalecenia i dzięki temu strata spadła z ponad 12 milionów do około 7,6 miliona złotych. To przez cały czas bardzo dużo, ale to wyraźna poprawa. W tym miejscu pragnę podziękować władzom powiatu i radnym, którzy wspierali szpital od lat. Natomiast należy podkreślić, iż finansowe wspieranie bieżącej działalności szpitala nie należy do zadań powiatu. Powiat jako organ założycielski może dofinansowywać inwestycje, pokrywać ujemny wynik finansowy powyżej amortyzacji lub udzielić pożyczki. Zaciąganie pożyczek przez szpital na pokrywanie bieżących zobowiązań jest ekonomicznie nieuzasadnione. Kiedyś te pożyczki trzeba spłacić. Szpitale powiatowe stanęły pod ścianą o czym świadczy niedawny protest pod Ministerstwem Zdrowia, w którym uczestniczyli dyrektorzy szpitali powiatowych oraz władze powiatów. Oczekujemy strategicznych rozwiązań ze strony Ministerstwa Zdrowia.
Co było większym problemem: brak pieniędzy czy strach wśród pracowników?
Jedno i drugie, ale strach był czymś, co bardzo mocno wpływało na funkcjonowanie szpitala. Jestem z Krotoszyna i obserwowałam ten szpital wcześniej – jako pracownik starostwa, jako skarbnik. I widziałam, iż przy kolejnych zmianach dyrektorów pojawiło się poczucie niepewności. Pracownicy nie wiedzieli, czego się spodziewać. Bali się zmian, bali się o swoje miejsca pracy, o przyszłość oddziałów. To był taki wewnętrzny niepokój, który przekładał się na codzienną pracę.
Jak ten strach wyglądał w praktyce?
To było wyczuwalne w atmosferze. Ostrożność, dystans, brak poczucia stabilizacji. Ludzie pracowali, ale nie mieli pewności, co będzie dalej. Dla mnie bardzo ważne było to, żeby to zmienić. Żeby pracownicy przestali się bać. Żeby poczuli, iż to jest ich miejsce pracy, iż tworzymy jeden zespół.
I to się zmienia?
Tak, widzę tę zmianę. Spotykamy się regularnie, rozmawiamy, omawiamy problemy. Nie ukrywam trudnych rzeczy – mówię wprost, jaka jest sytuacja finansowa i co musimy zrobić. I widzę, iż to działa. Coraz więcej osób angażuje się, pojawia się poczucie odpowiedzialności. Coraz częściej słyszę: „to jest nasz szpital”. To bardzo ważne, bo bez zespołu nie da się przejść przez tak trudny okres. Dlatego z góry dziękuję wszystkim, na których mogę liczyć odkąd podjęłam się tego trudnego zadania, jakim jest zarządzanie szpitalem powiatowym.
Czyli dziś to bardziej wspólna odpowiedzialność niż zarządzanie „z góry”?
Zdecydowanie tak. Nie da się zarządzać takim miejscem jednoosobowo. To musi być kooperacja – z administracją, z lekarzami, z pielęgniarkami. Oczywiście są trudne rozmowy, bo musimy analizować koszty i podejmować niepopularne decyzje. Ale robimy to razem.
Jedną z najtrudniejszych spraw jest kwestia potencjalnego zawieszenia oddziału onkologii klinicznej. Jak wytłumaczyć to pacjentom?
Trzeba zacząć od tego, czym ten oddział faktycznie jest. Nazwa „onkologia kliniczna” może sugerować pełne leczenie onkologiczne. Tak jednak nie jest. Ta nazwa została z przeszłości, natomiast w praktyce funkcjonujemy jako oddział chemioterapii dziennej i hospitalizacji, czyli tak zwanej onkologii dziennej. Nie prowadzamy pełnej diagnostyki, nie mamy zaplecza do leczenia operacyjnego, nie ma możliwości kompleksowego prowadzenia pacjenta. Podajemy chemię – i to nie we wszystkich przypadkach. Pacjent, u którego podejrzewany jest nowotwór, i tak musi jechać do dużego ośrodka, gdzie przechodzi diagnostykę i ustalane jest leczenie. Dopiero później może ewentualnie wrócić do nas na podanie chemii. Rada społeczna pozytywnie zaopiniowała wniosek o czasowe zawieszenie oddziału onkologii klinicznej, jednak nie został on jeszcze przez nas złożony do wojewody. Cały czas rozmawiamy z NFZ czy konsultantem wojewódzkim i poszukujemy alternatywnych rozwiązań. Na ten moment oddział w maju będzie przez cały czas funkcjonował. Z przykrością jednak obserwujemy, iż sprawa zawieszenia oddziału jest wykorzystywana w walce politycznej, niestety ze szkodą dla pacjentów, pracowników i wizerunku szpitala jako całości.
Nie ma pani poczucia, iż to decyzja o potencjalnym zawieszeniu jest społecznie do obrony?
Rozumiem te emocje, bo sama nazwa oddziału mogła budować inne oczekiwania. Natomiast rzeczywistość jest inna. I liczby też są jednoznaczne. W ciągu roku mieliśmy 149 pacjentów, z czego tylko 85 mieszkańców naszego powiatu. Przy populacji około 75 tysięcy osób to pokazuje, iż ten oddział nie zabezpiecza kluczowych potrzeb lokalnej społeczności. Większość pacjentów woli leczyć się kompleksowo w dużych ośrodkach.
A finansowo?
Oddział generuje największe straty na działalności bezpośredniej. Przy przychodach na poziomie około 3,3 miliona złotych koszty wynoszą około 5,8 miliona. Same wynagrodzenia to jest około 2,4 miliona, leki około 1,5 miliona. Strata rośnie z roku na rok i prognozy są jednoznaczne – ona dalej będzie się pogłębiała
Czy ten oddział ma jakiekolwiek szanse na rozwój?
Nie. Nie mamy możliwości organizacyjnych ani kadrowych. Brakuje diagnostyki, rezonansu, specjalistów, konsyliów. Żeby stworzyć pełnoprawną onkologię kliniczną, musielibyśmy zbudować cały nowy zakres działalności – z osobnym personelem i zapleczem. To w tej chwili jest nierealne.
Co z personelem tego oddziału w przypadku jego likwidacji??
Osoby zatrudnione na etatach nie stracą pracy. Mamy duże potrzeby kadrowe na innych oddziałach – szczególnie na internie czy chirurgii. Te osoby będą mogły kontynuować pracę w innych miejscach szpitala.
Na czym dziś powinien skupić się szpital powiatowy, żeby przetrwać?
Na potrzebach mieszkańców. Oddział wewnętrzny, chirurgia, ginekologia i położnictwo, rehabilitacja, oddział dziecięcy, ZOL i ZOP – to są obszary, które są realnie potrzebne i które mają potencjał. Na przykład oddział wewnętrzny pracuje bez przerwy. Ginekologia i położnictwo rozwijają się – liczba porodów rośnie, także dlatego, iż w okolicy zamykane są inne oddziały, na miejsce w oddziale rehabilitacji czeka się kilka miesięcy.
Czyli sytuacja innych szpitali wpływa na was?
W pewnym sensie, tak. Pacjenci trafiają do nas, bo w innych miejscach nie mają już takiej możliwości. To zwiększa nasze obciążenie, ale też pokazuje, jak ważne jest utrzymanie tych podstawowych oddziałów.
Mimo trudnej sytuacji szpital przez cały czas inwestuje. Dlaczego?
Bo nie możemy myśleć tylko o przetrwaniu. Modernizujemy oddziały, rozwijamy rehabilitację, staramy się o nowe zakresy świadczeń. Złożyliśmy wniosek o psychiatrię dziecięcą – to bardzo potrzebny kierunek. Walczyliśmy o ten zakres wiele miesięcy i czekamy na rozstrzygnięcie konkursu. Potrzeby rosną, a dostęp do pomocy jest ograniczony. Chcemy to zmienić.
Co będzie największym wyzwaniem w najbliższym czasie?
Program naprawczy. Nowe przepisy wymagają bardzo szczegółowego planu działań. Ten dokument będzie oceniany przez NFZ i wojewodę, i będzie musiał być realizowany. To oznacza konkretne decyzje. Nie da się zmniejszyć straty o kilkanaście milionów bez zmian, a plan naprawczy ma pokazać, w jaki sposób dążymy do bilansowania się szpitala.
To dziś walka o rozwój czy o przetrwanie?
Dziś przede wszystkim o przetrwanie, ale z myśleniem o przyszłości.
Za rok – będzie lepiej czy gorzej?
To zależy od wielu czynników, także systemowych. Ale robimy wszystko, żeby było lepiej. W środowisku mówi się dziś wprost – te szpitale powiatowe, które przetrwają najbliższy czas, będą miały szansę dalej funkcjonować. Robimy wszystko, żeby się w tej grupie znaleźć. W końcu większość osób tworzących to miejsce, to mieszkańcy powiatu. I na szpitalu zależy nam najbardziej.
















