Jeszcze kilka miesięcy temu nic nie zapowiadało tragedii. Patryk był w sile wieku, cieszył się życiem i snuł plany na przyszłość. Wszystko zaczęło się niewinnie – od uciążliwych bólów głowy, które miesiącami tłumaczono problemami z zatokami. Próbował normalnie funkcjonować, pracować i nie martwić najbliższych, tłumiąc własne cierpienie. Z czasem ciało zaczęło jednak odmawiać posłuszeństwa: pojawiły się kłopoty z równowagą, trudności z prowadzeniem samochodu, zaniki mowy, omdlenia i zaburzenia widzenia.
W maju padła diagnoza, która brzmiała jak wyrok – ogromny, pięciocentymetrowy guz móżdżku, naciekający na pień mózgu i okolice rdzenia
6 lipca w warszawskim szpitalu rozegrała się wielogodzinna batalia o jego życie. Po ponad dziesięciu godzinach skomplikowanej operacji lekarzom udało się usunąć zmianę, jednak to był zaledwie początek dramatycznej drogi. Patryk nie wybudził się ze śpiączki farmakologicznej – trafił na Oddział Intensywnej Terapii, a jeg













