Protesty wokół łódzkich przedszkoli nie słabną. Do rodziców z PM nr 100 dołączyły kolejne placówki: PM nr 43, PM nr 84 przy ul. Wierzbowej i PM nr 142. Podczas specjalnej konferencji prasowej radni Ramy Miejskiej w Łodzi tłumaczyli, dlaczego dzieci trafiają do placówek drugiego wyboru.
Miejsc jest 735, ale nie tam, gdzie chcą rodzice
14 lipca rusza rekrutacja uzupełniająca do 147 miejskich przedszkoli prowadzona przez elektroniczny system naboru. Miasto podkreśla, iż w placówkach przez cały czas dostępnych jest ponad 700 wolnych miejsc. Tylko iż nie tam, gdzie jest na nie zapotrzebowanie.
Od tygodni trwa spór wokół Przedszkola Miejskiego nr 100, gdzie po zakończeniu pierwszego etapu rekrutacji zniknął cały oddział trzylatków. Do protestu dołączyli także rodzice z PM nr 43, PM nr 84 przy ul. Wierzbowej oraz PM nr 142.
Szczególnie głośno jest o sytuacji w przedszkolu nr 84. Tam również miały funkcjonować dwa oddziały, a w harmonogramie rekrutacji przewidziano 25 miejsc. Ostatecznie przyjęto jednak tylko dwoje dzieci, a drugi oddział nie został uruchomiony. W efekcie trzylatki mają trafić do grup mieszanych razem z sześciolatkami.
- Trzylatki z pięciolatkami? To jakiś kiepski żart. To nie jest przedszkole Montessori. Gdybym chciała taką placówkę, wybrałabym ją świadomie
- mówiła jedna z mam protestujących przeciw zmianom.
Skargi, protesty i Zandberg
Spór zamiast wygasać - rośnie. Rodzice poskarżyli się do kuratora oświaty i Rzecznika Praw Dziecka. Radni składają kolejne interpelacje, a kilka dni temu do Łodzi przyjechał choćby poseł Adrian Zandberg z partii Razem, który mówił o wykorzystywaniu niżu demograficznego jako pretekstu do ograniczania grup przedszkolnych.
Magistrat odpowiada jednak niezmiennie: „system działa”.
26 maja zwołano specjalną konferencję prasową, podczas której radni próbowali uspokoić emocje i tłumaczyli, iż liczba dzieci w wieku przedszkolnym od kilku lat systematycznie spada.
W konferencji udział wzięli przewodniczący Rady Miejskiej Bartosz Domaszewicz oraz radni Mateusz Walasek i Marcin Masłowski.
„Każdy przedszkolak znajdzie miejsce”
- Ja z bardzo krótkim, ale uspokajającym komunikatem do rodziców łódzkich przedszkolaków. Sam jestem ojcem przedszkolaka. Każdy łódzki przedszkolak znajdzie miejsce w publicznym przedszkolu w Łodzi. Tych miejsc po pierwszym etapie rekrutacji wolnych jest ponad 750
- mówił przewodniczący Rady Miejskiej Bartosz Domaszewicz.
Podkreślał, iż miasto nie planuje likwidacji żadnego przedszkola i zgodnie z przepisami zapewnia dzieciom miejsce w placówce oddalonej maksymalnie o dwa kilometry od domu.
- Edukacja przedszkolna jest zapewniona dla wszystkich łódzkiego dziecka i w dobrych warunkach
- przekonywał.
„To system przydziela dzieci”
Podobnie argumentował radny Mateusz Walasek.
- Nie może być tak, iż w jednym przedszkolu znajdzie się 200 dzieci, a w innym będzie ich za mało. Nie wszyscy będą mieli możliwość korzystania z przedszkola pierwszego wyboru, ale miejsc jest więcej niż dzieci. System jest skonstruowany tak, żeby przydzielać przedszkola w pobliżu i odpowiednio je wypełniać
- mówił.
Pojawia się jednak pytanie, dlaczego - skoro w innych przedszkolach zostało tyle wolnych miejsc - nie można po prostu przesunąć ich tam, gdzie zainteresowanie rodziców jest największe? Skoro ten sam „system” pozwolił usunąć 25 miejsc z PM nr 100 już po zakończeniu rekrutacji, to rodzice nie rozumieją, dlaczego teraz nie da się tych miejsc przywrócić. Na te wątpliwości próbował odpowiedzieć radny Marcin Masłowski.
- Właśnie na tym to polega, iż system patrzy sensownie. Okazało się, iż w przedszkolu, gdzie wcześniej było 100 dzieci, kontynuację potwierdziło 70 rodziców, więc zostało 30 miejsc. Zgłosiła się taka liczba dzieci, iż nie było sensu zakładać kolejnego oddziału na 25 osób i system automatycznie kilkoro dzieci przerzucił do innych przedszkoli
- tłumaczył radny.
Jedno przedszkole na 16 tysięcy dzieci
Zdaniem radnych problem dotyczy niewielkiej grupy dzieci w skali całego miasta.
- Ta cała sprawa dotyczy jednego przedszkola na 16 tysięcy przedszkolaków, więc być może da się to jeszcze w ciągu roku rozwiązać. Ktoś rezygnuje, ktoś się przeprowadza, ktoś przepisuje dziecko i miejsca mogą się zwolnić
- mówił Marcin Masłowski.
Radni podkreślali też, iż dzieci nie są kierowane na drugi koniec miasta.
- To nie jest tak, iż dziecko, które nie dostało się do przedszkola pierwszego wyboru w Śródmieściu, teraz będzie musiało jeździć na Widzew czy Retkinię. Oferta dotyczy placówek nieopodal
- zapewniał Domaszewicz.
„Bombonierki” i „załatwianie po znajomości”
Dlaczego, radni skoro sami przyznają, iż problem dotyczy niewielkiej grupy dzieci, miasto po prostu nie może „pójść rodzicom na rękę” i przywrócić kilku miejsc tam, gdzie jest największe zainteresowanie? Bartosz Domaszewicz przekonywał, iż takie manualne sterowanie systemem mogłoby doprowadzić do powrotu dawnych patologii.
- jeżeli będziemy się tak bawili, to wtedy z systemu, który racjonalnie rozlokowuje dzieci, przechodzimy na stary system dobrze znany sprzed 1989 roku, iż będzie jakaś pani, jakiś pan, cukiereczki, bombonierki i da się wszystko załatwić
- mówił przewodniczący Rady Miejskiej.
- A tu robi to system. Wiem, brzmi to surowo, zimno, ale system wybiera rodzicom kolejne opcje drugiego i trzeciego wyboru przedszkola i to jest twarde prawo, ale prawo.
https://tulodz.pl/lodzkie/zabka-juz-dziala-ale-komisariatu-nikt-nie-chce-piaty-przetarg-w-woj-lodzkim/YGpwecDTy4wonY7otfe3
1 godzina temu












