To nie jest nowa moda. Dlaczego miasta „oddychały” już 100 lat temu

1 miesiąc temu

Dyskusja, jaka pojawiła się po publikacji artykułu mojego autorstwa dotyczącego problemu przewietrzania Katowic, pokazuje, iż dla wielu osób temat ten brzmi jak coś nowego – kolejny pomysł, który pojawił się „ostatnio”. Tymczasem myślenie o tym, jak miasto oddycha, ma długą, dobrze udokumentowaną historię i przez znaczną część XX wieku było jednym z istotnych elementów urbanistyki.

Już na początku XX wieku urbaniści, lekarze i inżynierowie rozumieli, iż miasto nie jest wyłącznie zbiorem budynków i ulic, ale organizmem funkcjonującym w określonych warunkach klimatycznych. Jakość życia mieszkańców wiązano nie tylko z dostępem do infrastruktury, ale także z ruchem powietrza, temperaturą i możliwością naturalnego przewietrzania zabudowy.

Niemiecka szkoła urbanistyki i początki myślenia o klimacie miasta

Jednymi z pierwszych, którzy zajęli się tym zagadnieniem w sposób systemowy, byli urbaniści niemieccy działający jeszcze przed I wojną światową. Już na przełomie XIX i XX wieku w miastach takich jak Berlin, Frankfurt nad Menem czy Stuttgart analizowano zależność pomiędzy układem zabudowy a warunkami klimatycznymi.

Do kluczowych postaci tego okresu należał Josef Stübben, autor fundamentalnego dzieła „Der Städtebau” (1890), w którym miasto opisywane było jako organizm wymagający odpowiednich proporcji ulic, wysokości zabudowy oraz obecności terenów otwartych umożliwiających dostęp światła i świeżego powietrza. Stübben wskazywał, iż nadmierne dogęszczanie prowadzi do pogorszenia warunków zdrowotnych.

Podobne podejście reprezentował Theodor Fischer, architekt i urbanista związany m.in. z Monachium i Stuttgartem, który w swoich projektach dużą wagę przywiązywał do relacji zabudowy z krajobrazem, dolinami terenowymi oraz otwartymi ciągami przestrzennymi. Choć nie posługiwał się współczesną terminologią, jego realizacje tworzyły realne korytarze przewietrzania.

Równolegle rozwijały się badania naukowe nad klimatem lokalnym. Już przed I wojną światową August Schmauss, niemiecki meteorolog i klimatolog, analizował wpływ zabudowy na temperaturę i ruch powietrza w miastach. Jego prace stały się jednym z fundamentów późniejszej niemieckiej szkoły badań nad Stadtklima.

W tym kontekście ukształtowały się pojęcia Frischluftschneisen – pasów dopływu świeżego powietrza – oraz Luftleitbahnen, czyli korytarzy prowadzenia powietrza w skali miasta. Kliny zieleni, doliny rzeczne i niezabudowane ciągi przestrzenne traktowano jako element infrastruktury miejskiej, warunkujący zdrowie miasta.

Warszawa i międzywojenne myślenie systemowe

Ta wiedza gwałtownie znalazła odzwierciedlenie także w Polsce. W Ogólnym Planie Zabudowania Warszawy, opracowywanym w latach 1916–1931, zagadnienia klimatu miasta i przewietrzania potraktowano w sposób całościowy. Projektowano system klinów zieleni oraz pasm otwartych przestrzeni powiązanych z doliną Wisły i terenami podmiejskimi.

Za tym podejściem stali wybitni polscy urbaniści i architekci, tacy jak Tadeusz Tołwiński, Jan Chmielewski oraz Szymon Syrkus, którzy miasto postrzegali jako organizm wymagający równowagi pomiędzy zabudową, zielenią i warunkami klimatycznymi.

Ciągłość myślenia w drugiej połowie XX wieku

Wbrew obiegowym opiniom ta wiedza nie zniknęła po II wojnie światowej. Przez dużą część XX wieku – także w okresie powojennym – myślenie systemowe o mieście przez cały czas funkcjonowało. W latach 60. i 70., a miejscami jeszcze w latach 80., w planowaniu zwracano uwagę na skalę zabudowy, szerokość ulic, obecność terenów zielonych oraz ich wpływ na mikroklimat.

Dobrym przykładem są powojenne Katowice, które w okresie intensywnej rozbudowy zachowywały jeszcze szerokie ciągi komunikacyjne, rozległe zespoły mieszkaniowe z otwartymi przestrzeniami oraz pasma zieleni umożliwiające przewietrzanie miasta. Nie były to rozwiązania idealne, ale opierały się na przekonaniu, iż miasto musi mieć przestrzeń, by „oddychać”.

Moment zerwania ciągłości

Wyraźne odejście od tego sposobu myślenia nastąpiło dopiero na przełomie XX i XXI wieku. Wraz z transformacją gospodarczą i liberalizacją rynku nieruchomości miasto zaczęto coraz częściej postrzegać jako zbiór indywidualnych działek inwestycyjnych.

Wraz z wejściem firm deweloperskich do głównego nurtu kształtowania przestrzeni miejskiej priorytety zaczęły się przesuwać w stronę maksymalizacji intensywności zabudowy i maksymalizacji zysku. Deweloper z definicji patrzy punktowo: na konkretną działkę i konkretny projekt, którego celem jest jak największa sprzedażowa powierzchnia.

Koszty funkcjonowania takiej zabudowy – potrzeba dodatkowych parkingów, infrastruktury drogowej, szkół, terenów rekreacyjnych czy obsługi komunikacyjnej – w dużej mierze przerzucane są na już istniejących mieszkańców oraz władze miasta. Sam proces inwestycyjny często ma charakter jednorazowy: zakup działki lub nieruchomości, wyburzenie lub wykarczowanie terenu, realizacja maksymalnie intensywnej zabudowy, sprzedaż i przejście do kolejnej lokalizacji.

Podobną, punktową logikę coraz częściej zaczęły przejmować także instytucje publiczne. Tereny miejskie, zielone, poprzemysłowe czy należące do Skarbu Państwa zaczęto traktować jak swoistą „skarbonkę”, którą można rozbić poprzez sprzedaż gruntów w celu doraźnego uzupełnienia budżetu.

Decyzje podejmowane w ten sposób nie uwzględniają skutków klimatycznych w skali całego miasta i prowadzą do trwałego blokowania naturalnych korytarzy przewietrzania.

Dlaczego dziś do tego wracamy

Dzisiejszy powrót do tematu przewietrzania miast nie wynika z mody ani ideologii. Jest próbą odbudowania zerwanej ciągłości wiedzy. Współczesne narzędzia pozwalają dziś precyzyjnie opisać zjawiska, które dawniej były rozpoznawane na podstawie obserwacji i doświadczenia.

Na zakończenie

Przewietrzanie miast nie jest nowym pomysłem. To element wiedzy urbanistycznej rozwijanej w Europie od ponad stu lat i świadomie stosowanej także w Polsce. Dzisiejsza dyskusja nie dotyczy więc wprowadzania czegoś zupełnie nowego, ale przypomnienia i ponownego docenienia zasad, które przez dekady były oczywiste.

Miasta nie muszą uczyć się oddychać od zera. Wystarczy, iż przestaną traktować przestrzeń jak zbiór jednorazowych transakcji i znów zaczną widzieć ją jako system, który – aby funkcjonować – musi mieć czym oddychać.

Idź do oryginalnego materiału