Niedziela miała być dniem odpoczynku. Spacer, kawa na mieście, chwila oddechu po ciężkim tygodniu pracy w swoim własnym mieście. Zamiast tego – objazdy, zakazy, komunikacyjny chaos i nerwowe szukanie miejsca parkingowego już w sobotni wieczór. Bo jeżeli nie przeparkujesz auta, rano może go już nie być. Będzie maraton.
To scenariusz, który krakowianie znają aż za dobrze. Kolejna edycja Cracovia Maraton i znów miasto podporządkowane jednej imprezie. Zamknięte ulice, sparaliżowana komunikacja, dzielnice „odcięte od świata”. Niedziela – dzień, który powinien należeć do mieszkańców – znów zamienia się w logistyczny koszmar.
I wszystko po to, żeby ktoś mógł przebiec 42 kilometry przez centrum miasta.
Kraków dla mieszkańców? Nie w ten dzień
W teorii to święto sportu. Promocja miasta, zdrowy styl życia, wydarzenie o międzynarodowej randze. W praktyce – dla tysięcy mieszkańców to dzień wyjęty z życia, koszmar, armagedon, przysłowiowy taki nasz krakowski wk…….w
Bo jak wyjść z domu, skoro ulice są zamknięte? Jak dojechać do pracy, odwiedzić rodzinę, normalnie funkcjonować? Jak korzystać z miasta, które na jeden dzień przestaje być „twoje”?
To pytanie wraca co roku. I co roku odpowiedź jest taka sama – w tym dniu Kraków jest dla kogoś innego.
I jeszcze za to płacisz – koszty Cracovia Maraton 2025 – liczby, które zmieniają narrację
Jeśli odrzucić emocje i spojrzeć wyłącznie na twarde dane, obraz Cracovia Maraton 2025 wygląda zupełnie inaczej niż w oficjalnych komunikatach. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza – wydarzenie „zarabia”.
Z zestawienia wynika, że:
- koszt organizacji samego Cracovia Maraton to 3 134 735,89 zł,
- łączne wpływy to 3 315 401,15 zł,
- co daje wynik dodatni na poziomie 180 665,26 zł
I właśnie na tym poziomie najczęściej kończy się narracja.
Tyle iż to tylko część prawdy
Bo w tych „wpływach” znajduje się pozycja, która całkowicie zmienia obraz sytuacji:
- świadczenia barterowe: 404 720,71 zł
Czyli coś, co nie jest realnym pieniądzem w kasie. To usługi, produkty, wymiany – często potrzebne, ale nieprzekładające się bezpośrednio na budżet miasta i zawsze liczone przez kogoś – to nie jest realna gotówka w budżecie ZIS to trochę taki wirtualny pieniądz którego wartość jeden wyliczy tak ale już ktoś inny inaczej.
I tu zaczyna się realna analiza
Jeśli od „wpływów” odejmiemy barter, zostają nam wyłącznie realne środki finansowe:
- 3 315 401,15 zł – 404 720,71 zł = ok. 2,91 mln zł gotówki
A to oznacza, że:
- przy koszcie ponad 3,13 mln zł,
- realny wynik nie jest dodatni, tylko „dodatni trochę”.
Mówiąc poważnie:
bez barteru maraton się nie spina finansowo.
Księgowy zysk vs rzeczywisty wynik
Formalnie więc wszystko się zgadza – jest „plus” 180 tys. zł.
Tyle iż jest to plus liczony razem z barterem, który częściowo… pokrywa koszty, ale nie jest realnym przychodem.
Co więcej, w zestawieniu pojawia się istotna adnotacja:
- część kosztów również była rozliczana barterowo – chodzi o catering i artykuły spożywcze – całkowity koszt 542 102,29 zł – więc nie znamy realnego kosztu barteru w tym przypadku
To dodatkowo komplikuje obraz i pokazuje, iż mamy do czynienia bardziej z bilansem „księgowym” niż rzeczywistym przepływem pieniędzy.
Wniosek jest prosty – ale niewygodny
Cracovia Maraton na papierze wychodzi na plus.
W praktyce – jego finansowanie opiera się na mieszance gotówki i barteru, a realny wynik finansowy jest co najmniej dyskusyjny.
I właśnie dlatego pytanie o sens takich wydatków wraca co roku.
Bo jeżeli wydarzenie wymaga milionowych nakładów, generuje realne utrudnienia dla mieszkańców, a jego „zysk” opiera się w dużej mierze na księgowych zabiegach – to trudno mówić o jednoznacznym sukcesie.
Promocja? Naprawdę?
Oczywiście – pojawia się argument promocji miasta. Tyle iż trudno traktować go poważnie. Promowanie Krakowa poprzez organizację maratonu to dla wielu mieszkańców po prostu horrendalna bzdura.
Bo jaki biegacz przyjedzie do Krakowa „turystycznie”, żeby sobie pobiegać? Trzeba by naprawdę upaść na głowę, żeby uznać to za główny powód wizyty.
Kraków nie musi się w ten sposób promować. Ma naturalne przewagi, których inne miasta mogą tylko pozazdrościć. Bliskość lotniska w Balicach, miliony pasażerów rocznie, a do tego miejsca o światowej randze – Wieliczka czy Auschwitz-Birkenau – sprawiają, iż ruch turystyczny napędza się sam.
Miliony ludzi i tak tu przyjadą. Bez maratonu.
W tym kontekście teza, iż promocja poprzez bieg uliczny realnie zmienia pozycję miasta, jest co najmniej kontrowersyjna. A tak na poważnie po prostu głupia.
Kto tu naprawdę wygrywa?
Na końcu tej układanki nasuwa się gorzkie pytanie: czy imprezy biegowe w obecnej formule nie są przede wszystkim po to, żeby ktoś na nich zarabiał – a nie po to, żeby służyły mieszkańcom?
Bo jeżeli spojrzeć na strukturę finansowania, trudno uciec od wrażenia, iż to dobrze naoliwiony mechanizm. Są organizatorzy, są sponsorzy, są świadczenia barterowe – w tym medialne. W zamian marki dostają ekspozycję, obecność w przestrzeni publicznej, w relacjach i materiałach promocyjnych. Budują rozpoznawalność, wzmacniają swoją pozycję rynkową.
I wszystko to dzieje się przy okazji wydarzenia, które formalnie jest „dla mieszkańców”, ale w praktyce oznacza dla nich utrudnienia, koszty i frustrację.
Bo jeżeli barter i sponsoring przekładają się na realne korzyści biznesowe – a trudno zakładać, iż jest inaczej – to ktoś na tym zyskuje bardzo konkretnie.
Tyle iż niekoniecznie jest to przeciętny krakowianin.
W takim układzie mieszkańcy pełnią rolę tła.
Albo – mówiąc bardziej dosadnie – stają się elementem systemu, który finansują i znoszą, ale z którego realne korzyści trafiają gdzie indziej.
I wtedy trudno oprzeć się wrażeniu, iż znów zostaliśmy sprowadzeni do roli statystów we własnym mieście.
I jak się to mówi po naszemu, po krakowsku – znów nas zrobili w lolo.
Grzegorz Górski

23 godzin temu














