Wieś to nie rolnictwo. Rolnictwo to nie wieś – błąd prostego utożsamienia

1 miesiąc temu

Problem zaczyna się wtedy, gdy historycznie ukształtowana kategoria zaczyna żyć własnym życiem – długo po tym, jak przestała opisywać świat, do którego została stworzona. Uproszczenie, które przez lata uchodziło za oczywiste, dziś coraz częściej prowadzi do fałszywych diagnoz, źle zaprojektowanych polityk publicznych i narastających napięć społecznych.

W polskiej debacie publicznej wieś wciąż funkcjonuje jako skrót myślowy – skrót odziedziczony. Gdy mówimy „wieś”, najczęściej myślimy „rolnictwo”. Gdy mówimy „rolnicy”, zakładamy, iż mówią w imieniu całej wsi. Ten intelektualny automatyzm nie wziął się znikąd: przez dziesięciolecia był zgodny z rzeczywistością społeczną i strukturą gospodarki. Przez większą część XX wieku wieś była przede wszystkim zapleczem produkcyjnym, a rolnictwo organizowało nie tylko pracę, ale także rytm życia, hierarchie społeczne i relacje z państwem.

Problem zaczyna się wtedy, gdy historycznie ukształtowana kategoria zaczyna żyć własnym życiem – długo po tym, jak przestała opisywać świat, do którego została stworzona. Uproszczenie, które przez lata uchodziło za oczywiste, dziś coraz częściej prowadzi do fałszywych diagnoz, źle zaprojektowanych polityk publicznych i narastających napięć społecznych.

Koszt tego skrótu ponoszą przede wszystkim ci mieszkańcy wsi, którzy z rolnictwem, poza adresem zameldowania, nie mają już nic wspólnego. A to dziś większość. Wieś przestaje być słyszana jako zróżnicowana wspólnota, a zaczyna być traktowana jak jednorodna grupa interesu, co ma coraz mniejsze pokrycie z rzeczywistością. Ten skrót działa jak filtr poznawczy: pozwala gwałtownie wskazać „adresata” polityki, ale jednocześnie usuwa z pola widzenia ogromną część wiejskich doświadczeń. Czy można sensownie mówić o wsi, jeżeli słyszy się tylko jeden z wielu głosów, które ją współtworzą?

Tymczasem współczesna polska wieś i współczesne rolnictwo to dwa różne światy, które częściowo się przecinają, ale nie są tożsame. Wieś nie jest już wyłącznie przestrzenią produkcji rolnej, a rolnictwo coraz rzadziej bywa działalnością zakorzenioną w lokalnej wspólnocie. Mylenie tych porządków nie jest błędem semantycznym, ale strukturalnym, który wpływa na sposób myślenia o rozwoju, nierównościach i państwie. Utrwala przekonanie, iż wystarczy dobra polityka rolna, by „rozwiązać problem wsi”.

A przecież problemy wsi coraz częściej dotyczą pracy najemnej, dostępności usług publicznych, transportu, kosztów życia czy jakości opieki, czyli obszarów, które z polem uprawnym nie mają nic wspólnego. Skala tego rozdźwięku jest dobrze widoczna w danych: obszary wiejskie zajmują w Polsce ponad 92% powierzchni kraju i są miejscem zamieszkania ponad 40% ludności, podczas gdy z rolnictwa utrzymuje się około 8–9% osób aktywnych zawodowo. Czy w takiej sytuacji można przez cały czas udawać, iż polityka „dla wsi” może ograniczać się do polityki rolnej?

Wieś jako przestrzeń życia, nie sektor gospodarki

Wieś jest przede wszystkim przestrzenią życia. Miejscem zamieszkania, relacji społecznych, codziennych praktyk, aspiracji i frustracji. Nie jest branżą ani sektorem gospodarki, choć przez dziesięciolecia tak właśnie była opisywana – zgodnie z realiami epoki industrialnej i powojennego państwa modernizacyjnego. Ten opis przestał jednak odpowiadać rzeczywistości. Redukowanie wsi do funkcji produkcyjnej sprawia, iż przestajemy dostrzegać ją jako pełnoprawną przestrzeń społeczną z własnymi problemami, konfliktami i oczekiwaniami wobec państwa. Wieś nie jest „zapleczem” gospodarki, ale miejscem życia milionów ludzi i to zasadnicza różnica. To także różnica normatywna: inne są oczekiwania wobec polityki rolnej, a inne wobec polityki, która ma zapewnić dostęp do usług, bezpieczeństwo socjalne i elementarną jakość życia.

Co ważne – nie ma jednej wsi. Jest ona wewnętrznie zróżnicowana wzdłuż wielu osi: demograficznej, dochodowej, funkcjonalnej, infrastrukturalnej, kulturowej i symbolicznej. Inaczej wygląda wieś podmiejska, w której ponad połowa mieszkańców dojeżdża codziennie do pracy w mieście, inaczej gmina peryferyjna, gdzie starzenie się ludności i odpływ młodych tworzą spiralę wycofania usług, a jeszcze inaczej miejscowości popegeerowskie, w których skutki transformacji sprzed trzech dekad są wciąż doświadczeniem codziennym, nie historią.

Inną, wciąż niedocenianą osią zróżnicowania pozostaje dziedzictwo historyczne, w tym podział pozaborowy. Mimo iż od odzyskania niepodległości minęło ponad sto dziesięć lat, różnice w strukturze agrarnej, kapitale społecznym, wzorcach aktywności obywatelskiej czy relacjach z państwem pozostają widoczne. Wieś byłego zaboru pruskiego, rosyjskiego czy austriackiego to nie tylko inne krajobrazy, ale odmienne doświadczenia nowoczesności, które przez cały czas rzutują na możliwości rozwojowe i sposoby reagowania na zmiany (i świetnie to pokazuje Monitoring Rozwoju Obszarów Wiejskich Moniki Stanny, Andrzeja Rosnera i Łukasza Komorowskiego).

Zdecydowana większość mieszkańców obszarów wiejskich nie utrzymuje się dziś z rolnictwa. Według danych GUS i BAEL mniej niż co piąta osoba pracująca na wsi czerpie dochód z rolnictwa, a w wielu regionach odsetek ten spada do kilkunastu procent. Czy w takiej sytuacji można przez cały czas mówić o wsi wyłącznie przez pryzmat pola, plonów, dopłat i udawać, iż pozostali mieszkańcy są jedynie tłem? To pytanie nie jest retoryczne – od odpowiedzi na nie zależy, czy polityka wobec wsi będzie polityką rozwoju, czy jedynie polityką sektorową.

Rolnictwo jako sektor – coraz mniej „wiejski”

Przez stulecia rolnictwo było nie tylko źródłem utrzymania, ale także podstawową formą organizacji świata wiejskiego – ekonomicznej, społecznej i symbolicznej. To właśnie dlatego tak trudno dziś przyjąć do wiadomości, iż ten porządek uległ zasadniczej zmianie. I dlatego też język, którym opisujemy wieś, wciąż jest w dużej mierze językiem z epoki, w której rolnictwo było jej centrum. Ten język się utrwalił, bo długo działał. Dziś jednak coraz częściej myli, a w konsekwencji prowadzi do błędnych diagnoz.

Jeśli wieś nie jest już wyłącznie przestrzenią produkcji rolnej, to równie ważne jest drugie rozróżnienie: rolnictwo nie jest już działalnością jednoznacznie „wiejską”. Coraz częściej funkcjonuje ono w logice sektorowej, oderwanej od lokalnej wspólnoty, a zakorzenionej w rynkach, regulacjach i technologii. To zasadnicza zmiana, której konsekwencje wciąż są niedostatecznie obecne w debacie publicznej. Rolnictwo coraz rzadziej organizuje życie społeczne wsi, a coraz częściej funkcjonuje obok niej – jako wyspecjalizowana gałąź gospodarki.

Współczesne rolnictwo jest coraz bardziej zróżnicowane wewnętrznie. Obok drobnych gospodarstw funkcjonują duże, wyspecjalizowane jednostki produkcyjne, silnie zintegrowane z przetwórstwem i handlem. Dla części producentów rolnych miejsce zamieszkania przestaje mieć znaczenie. Liczy się areał, efektywność i dostęp do kapitału, a niekoniecznie lokalna wspólnota. To sprawia, iż rolnictwo traci cechy klasycznego „spoiwa społecznego” wsi, które przez dekady budowało jej tożsamość i rytm życia.

Rolnictwo staje się działalnością kapitałochłonną, wymagającą dostępu do technologii, kredytu, wiedzy eksperckiej i stabilnych ram regulacyjnych. Decyzje produkcyjne coraz częściej zapadają nie na podstawie lokalnych uwarunkowań, ale sygnałów płynących z rynków światowych, polityki handlowej czy klimatycznej Unii Europejskiej. To przesuwa rolnictwo z porządku lokalnego do globalnego – choćby jeżeli fizycznie przez cały czas odbywa się „na wsi”. Jak zauważał prof. Jerzy Wilkin, rolnictwo coraz silniej podlega logice rynkowej i instytucjonalnej, podczas gdy wieś pozostaje przestrzenią życia społecznego i te dwa porządki nie zawsze dają się ze sobą pogodzić. W „dialogu z historią” wsi jest w tym pewna ironia: rolnictwo – dawniej najbardziej lokalne z zajęć – staje się jednym z najbardziej zależnych od procesów zewnętrznych, a wieś – dawniej domknięta i samowystarczalna – coraz częściej jest wciągana w obieg metropolitalny, migracyjny, usługowy.

Problem zaczyna się wtedy, gdy interesy rolnictwa utożsamiane są automatycznie z interesami wszystkich mieszkańców wsi. Protest rolników bywa przedstawiany jako „głos wsi”, choć dla wielu mieszkańców obszarów wiejskich jest on równie odległy, jak decyzje zapadające w ministerstwach czy Brukseli. To symboliczne zawłaszczenie narracji o wsi jest wygodne politycznie, ale społecznie fałszywe. W efekcie debata publiczna słyszy przede wszystkim głos sektora, a nie społeczności, co prowadzi do dalszego pogłębiania poczucia wykluczenia wśród nierolniczych mieszkańców wsi.

Rolnictwo jest ważne. Jest strategiczne z punktu widzenia bezpieczeństwa żywnościowego i bilansu handlowego. Nie jest jednak reprezentantem całej wsi – i im szybciej to sobie uświadomimy, tym mniejsze będą koszty dalszego trwania w tym uproszczeniu. Oddzielenie rolnictwa od wsi w analizie nie osłabia żadnego z tych światów; przeciwnie – pozwala obu lepiej zrozumieć własne potrzeby i ograniczenia.

Skutki mylenia wsi z rolnictwem

Utożsamianie wsi z rolnictwem nie jest niewinnym uproszczeniem językowym. Ma bardzo konkretne konsekwencje dla sposobu projektowania polityk publicznych i dystrybucji środków publicznych. Gdy „wieś” widziana jest wyłącznie przez pryzmat rolnictwa, to wsparcie trafia do sektora, a nie do społeczności, choćby jeżeli ta społeczność od dawna żyje z czego innego. W efekcie polityka publiczna odpowiada na potrzeby mniejszości, posługując się językiem większości, co musi prowadzić do napięć i poczucia niesprawiedliwości. W tym sensie współczesne błędy nie są wyłącznie efektem złych decyzji. Są również skutkiem inercji pojęć, które przetrwały dłużej niż rzeczywistość, do której się odnosiły. To „długie trwanie” błędu: kategoria utrwalona historycznie działa, choćby gdy świat, który miała opisywać, już się zmienił.

W praktyce oznacza to, iż polityka wobec wsi staje się w dużej mierze polityką rolną. Instrumenty finansowe, programy pomocowe i narracje polityczne koncentrują się na producentach rolnych, podczas gdy większość mieszkańców obszarów wiejskich funkcjonuje poza tym systemem. To strukturalne przesunięcie sprawia, iż problemy pracy najemnej, niskich płac, niestabilnych umów czy kosztów życia na wsi pozostają na drugim planie.

Najbardziej dotkliwym skutkiem tego uproszczenia jest niewidzialność ubóstwa nierolniczego. Dane GUS i Eurostatu pokazują, iż ryzyko ubóstwa i wykluczenia społecznego na wsi dotyczy w dużej mierze osób pracujących poza rolnictwem: pracowników fizycznych, osób starszych, samotnych gospodarstw domowych. Bieda na wsi coraz rzadziej ma twarz „niezaradnego rolnika”. Częściej jest efektem niskiej jakości zatrudnienia i ograniczonego dostępu do usług publicznych.

Mylenie wsi z rolnictwem wpływa także na sposób opisywania nierówności. Wieś bywa przedstawiana jako jednolita grupa „beneficjentów dopłat”, co wzmacnia społeczne resentymenty i fałszywe obrazy redystrybucji. Tymczasem transfery związane z WPR trafiają do mniejszości gospodarstw, a znaczna część mieszkańców wsi nie ma z nimi żadnego kontaktu. To jeden z powodów, dla których debata o sprawiedliwości społecznej na wsi tak często rozmija się z doświadczeniem codziennym jej mieszkańców. Jak zauważa prof. Maria Halamska, współczesna wieś nie jest już jednorodnym światem społecznym, ale mozaiką grup o odmiennych interesach, stylach życia i relacjach z państwem — a polityka oparta na założeniu jednorodności musi chybiać celu.

Konsekwencje są również polityczne. Gdy „głos wsi” utożsamiany jest z głosem protestujących rolników, inni mieszkańcy obszarów wiejskich zostają symbolicznie wypchnięci poza debatę. Wieś przestaje być widziana jako zróżnicowana wspólnota interesów, a zaczyna funkcjonować jako monolit łatwy do mobilizacji, ale trudny do zrozumienia. To sprzyja populistycznym uproszczeniom i wzmacnia przekonanie, iż problemy wsi da się rozwiązać jednym gestem politycznym zamiast długofalową, zróżnicowaną interwencją.

Wieś i rolnictwo: relacja, nie tożsamość

Jeśli chcemy poważnie rozmawiać o przyszłości obszarów wiejskich, musimy najpierw uporządkować język, którym się posługujemy. Wieś i rolnictwo są ze sobą powiązane, ale nie są tym samym. Łączą je przestrzeń, historia i częściowo infrastruktura, ale dzielą interesy, rytm życia i logika funkcjonowania. Traktowanie ich jako jednej kategorii analitycznej prowadzi do uproszczeń, które później mszczą się w praktyce politycznej. To właśnie na poziomie języka zaczyna się wiele błędów: jeżeli nie potrafimy nazwać różnicy, nie potrafimy też zaprojektować adekwatnej interwencji. A „dialog z historią” w tej sprawie polega właśnie na tym: na rozpoznaniu, iż język bywa bardziej konserwatywny niż rzeczywistość, którą opisuje.

Relacja między wsią a rolnictwem ma dziś charakter selektywny i asymetryczny. Dla części mieszkańców wsi rolnictwo jest kluczowym źródłem dochodu, dla większości jednym z wielu elementów lokalnego krajobrazu gospodarczego. To, co dla jednych jest podstawą bytu, dla innych bywa tłem codzienności i polityka publiczna musi umieć uwzględnić oba te doświadczenia jednocześnie. Ignorowanie tej asymetrii prowadzi do sytuacji, w której interes sektora zaczyna być mylony z interesem terytorium.

Rozdzielenie pojęć nie oznacza ich przeciwstawienia. Polityka rolna pozostaje niezbędna — z punktu widzenia bezpieczeństwa żywnościowego, stabilności dochodów producentów i ładu przestrzennego. Nie może jednak pełnić roli substytutu polityki rozwoju wsi ani polityki społecznej, bo odpowiada na zupełnie inne problemy i adresowana jest do innej grupy beneficjentów. Rolnictwo potrzebuje przewidywalności i wsparcia transformacyjnego, wieś — usług publicznych, transportu, opieki i stabilnych warunków życia.

Wieś potrzebuje dziś myślenia terytorialnego, a nie sektorowego. Oznacza to uwzględnienie lokalnych rynków pracy, struktury demograficznej, dostępności usług publicznych, transportu i infrastruktury społecznej. Bez tego choćby najlepiej zaprojektowana polityka rolna nie przełoży się na poprawę jakości życia większości mieszkańców wsi. Jak trafnie zauważa prof. Monika Stanny, rolnictwo w wielu miejscach „odjechało szybciej”, podczas gdy znaczna część wsi pozostała na tej samej stacji, bez wystarczających narzędzi, by ruszyć dalej.

W tym sensie najważniejsze staje się podejście place-based, oparte na rozpoznaniu zróżnicowania obszarów wiejskich. Innych narzędzi wymagają gminy podmiejskie, innych obszary peryferyjne, a jeszcze innych miejscowości dotknięte kumulacją problemów strukturalnych. Jedna „polityka dla wsi” nie istnieje i im szybciej to zrozumiemy, tym mniejsze będą koszty dalszego trwania przy fikcji jednorodności.

Rozdzielenie wsi i rolnictwa w analizie nie osłabia żadnej ze stron. Przeciwnie — pozwala precyzyjniej definiować cele, konflikty i kompromisy. Dopiero wtedy możliwa staje się uczciwa rozmowa o tym, czego potrzebuje rolnictwo i czego naprawdę potrzebuje wieś. A bez tej uczciwości każda kolejna strategia będzie jedynie kolejną próbą „załatwienia” dwóch różnych problemów jednym instrumentem.

Zakończenie: o czym naprawdę jest spór o wieś

Spór o to, czy wieś jest rolnictwem, a rolnictwo wsią, nie jest akademicką dyskusją o definicjach. To spór o to, kogo widzimy w polityce publicznej, a kogo systematycznie pomijamy. O to, czy wieś traktujemy jako żywą, zróżnicowaną przestrzeń społeczną, czy jako jednorodny obszar produkcyjny, którego problemy da się rozwiązać jedną decyzją administracyjną. W tym sensie jest to spór o widzialność i o to, czy państwo potrafi dostrzec różnicę między sektorem a terytorium. A jeżeli numer „Liberté!” pyta o „dialogi z historią”, to ten dialog jest tu nieunikniony: wciąż mówimy o wsi językiem ukształtowanym w czasach, gdy była ona przede wszystkim światem rolnym. Tyle iż współczesna wieś coraz rzadziej mieści się w tamtych kategoriach.

Przyzwyczailiśmy się do myślenia o wsi w kategoriach prostych i wygodnych. Wieś jako „elektorat”, „zaplecze”, „tradycja”, „rolnicy”. Tyle iż współczesna wieś coraz rzadziej mieści się w tych pojęciach, a państwo, które wciąż się nimi posługuje, coraz częściej rozmija się z rzeczywistością. Im dłużej trwamy przy tych skrótach, tym większa przepaść powstaje między opisem a doświadczeniem codziennego życia mieszkańców wsi.

Nie ma jednej wsi i nie jest to slogan, ale punkt wyjścia do poważnej refleksji. Są wioski dynamiczne i wyludniające się, zamożne i ubogie, młode i stare, włączone w obieg metropolitalny i pozostawione same sobie. Uznanie tego zróżnicowania nie osłabia wspólnoty, ale pozwala ją realnie zobaczyć. Dopiero wtedy możliwe staje się myślenie o rozwoju, które nie opiera się na średniej statystycznej, ale na realnych potrzebach konkretnych miejsc.

Podobnie rolnictwo – ważne, strategiczne, wymagające wsparcia – nie może być jedynym językiem opisu wsi. Gdy tak się dzieje, wieś staje się niewidzialna jako przestrzeń pracy najemnej, opieki, starzenia się, migracji i codziennego radzenia sobie z kosztami życia. A niewidzialność w polityce publicznej zawsze oznacza przesunięcie odpowiedzialności na jednostki. Państwo wycofuje się wtedy z roli gwaranta warunków życia, pozostawiając ludzi samym sobie, z ich miejscem zamieszkania jako jedynym „wspólnym mianownikiem”.

Być może więc najważniejsze pytanie nie brzmi dziś: „jak ratować wieś?”, ale „czy potrafimy przestać myśleć o niej w kategoriach, które dawno przestały być adekwatne?”. Dialog z historią nie polega na sentymentalnej afirmacji dawnej wsi ani na prostym odrzuceniu przeszłości. Polega na uznaniu, iż dawne kategorie opisu były kiedyś skuteczne i właśnie dlatego tak trudno nam je porzucić. Ale ich trwałość nie jest dowodem prawdziwości. Jest dowodem przyzwyczajenia.

Wieś nie zniknie bez rolnictwa. Rolnictwo nie zniknie bez wsi. Ale dopóki będziemy udawać, iż są tym samym, będziemy źle rozumieć jedno i drugie, a jeszcze gorzej – projektować przyszłość obu. A to jest luksus, na który – przy skali wyzwań demograficznych, społecznych i klimatycznych – po prostu nie możemy sobie pozwolić.

Idź do oryginalnego materiału