Kraków po raz kolejny przerabia dobrze znany scenariusz: sportowa impreza w centrum miasta oznacza utrudnienia dla tysięcy mieszkańców. Zamknięte ulice, objazdy, zmiany tras komunikacji miejskiej i chaos, z którym muszą mierzyć się nie tylko kierowcy, ale też pasażerowie MPK oraz mieszkańcy śródmieścia. I choć sam pomysł promowania aktywności fizycznej trudno krytykować, coraz więcej osób zadaje sobie dziś całkiem zasadne pytanie: czy naprawdę nie da się tego organizować inaczej?
Sport tak, paraliż miasta nie
Nie chodzi o to, by krytykować biegaczy. Sport masowy jest potrzebny, ruch jest potrzebny, a wydarzenia promujące aktywność fizyczną mają swoją wartość. Problem w tym, iż w Krakowie zbyt często odbywa się to kosztem normalnego funkcjonowania miasta.
Kiedy na kilka godzin wyłącza się ważne ulice, zmienia kursowanie tramwajów i autobusów, a mieszkańcy muszą sprawdzać, jak w ogóle dotrzeć do celu, trudno mówić już wyłącznie o rekreacji. Wtedy zaczyna się realny problem komunikacyjny, który odczuwają ci, którzy z biegiem nie mają nic wspólnego, ale i tak muszą ponosić jego konsekwencje. Trudno nie odnieść wrażenia, iż w takich momentach wygoda krakowian przegrywa z efektowną oprawą wydarzenia i ładnym obrazkiem promocyjnym.
Mieszkańcy znów mają się dostosować
Najbardziej irytujące jest to, iż ten mechanizm staje się normą. Przy okazji kolejnych imprez mieszkańcy słyszą adekwatnie ten sam komunikat: będą utrudnienia, prosimy o cierpliwość. Tyle iż ta cierpliwość ma swoje granice.
Dla pasażerów oznacza to nieczytelne objazdy i czasowe wyłączenia przystanków. Dla kierowców kolejne korki i rozlewanie się ruchu na sąsiednie ulice. Dla mieszkańców centrum hałas, barierki i poczucie, iż ich codzienne potrzeby znowu zeszły na dalszy plan. Miasto bardzo chętnie opowiada o jakości życia, ale gdy przychodzi do praktyki, po raz kolejny okazuje się, iż to mieszkańcy mają podporządkować się eventowi. W oficjalnych informacjach bardzo dokładnie rozpisano trasę, godziny i zamknięcia, ale z perspektywy mieszkańców znowu wygląda to jak decyzja podjęta ponad ich głowami.
Kraków ma gdzie biegać bez blokowania centrum
A przecież problem nie polega na tym, iż w Krakowie brakuje miejsc do organizowania biegów. Wręcz przeciwnie. Miasto ma bardzo dużo tras, które mogłyby pozwolić na organizację zawodów bez poważnego wpływu na codzienne życie mieszkańców.
Są Planty, są bulwary wiślane, są długie ciągi pieszo-rowerowe wzdłuż Rudawy, jest jeden ciąg biegowy od Nowej Huty w stronę Tyńca, okolice Lasku Wolskiego. Można też projektować trasy tak, by omijały najbardziej newralgiczne odcinki komunikacyjne, nie przecinały kluczowych węzłów i nie dezorganizowały ruchu w samym sercu miasta. To naprawdę nie jest kwestia braku możliwości, tylko braku odpowiedniego myślenia o organizacji takich wydarzeń.
Trasy trzeba układać z myślą o mieście
Sedno problemu jest proste: imprezy biegowe trzeba planować tak, by miasto mogło normalnie funkcjonować. Da się promować sport bez odcinania kolejnych ulic i bez komunikacyjnej rewolucji co kilka tygodni. Da się wyznaczać trasy bardziej rozsądnie, korzystać z przestrzeni rekreacyjnych i zielonych korytarzy, zamiast za każdym razem wybierać rozwiązania najbardziej efektowne medialnie, ale najbardziej uciążliwe dla mieszkańców.
Bo dziś wygląda to tak, jakby ważniejsze od wygody krakowian były ładne zdjęcia z centrum, meta z widokiem na zabytki i promocyjna opowieść o „święcie biegania”. Tyle iż dla wielu mieszkańców nie jest to żadne święto, tylko kolejny dzień, w którym trzeba omijać zamknięte ulice i dostosowywać się do decyzji podjętych bez realnego oglądu codziennych skutków.
Potrzebny jest rozsądek, nie wojna z biegaczami
Kraków nie potrzebuje sporu między kierowcami, pasażerami i biegaczami. Potrzebuje po prostu rozsądku. Sportowe imprezy mogą być wartością, ale nie powinny być organizowane w sposób, który regularnie uderza w komfort życia mieszkańców.
Dlatego pytanie „komu to jest potrzebne?” nie jest krytyką aktywności fizycznej. To pytanie o priorytety miasta. jeżeli naprawdę da się biegać po Krakowie tak, by nie paraliżować centrum, to właśnie w tym kierunku powinny iść decyzje organizatorów i urzędników. Inaczej każda kolejna impreza będzie budzić dokładnie tę samą reakcję: zniecierpliwienie, frustrację i poczucie, iż znowu nikt nie pomyślał o mieszkańcach.
Urzędnicy od sportu najwyraźniej wiedzą lepiej
I tu dochodzimy do sedna. W komunikatach ZIS widać promocję biegu, opisy atrakcyjnej trasy, konferencję prasową i informacje o rosnącej skali wydarzenia. Nie widać natomiast informacji o konsultowaniu przebiegu tras i proponowanych rozwiązań z mieszkańcami, którzy potem mają ponosić skutki tych decyzji. Z boku wygląda to tak, jakby urzędnicy od sportu z góry zakładali, iż wiedzą lepiej: oni wyznaczają trasę, a reszta miasta ma się dostosować.
Grzegorz Górski

2 godzin temu















