Bieszczady upominają się o szpital w Lesku. Ponad 5,6 tys. podpisów trafi do premiera

2 godzin temu

Organizatorzy akcji alarmują, iż stawką jest nie tylko przyszłość miejscowego SOR-u, ale całe bezpieczeństwo zdrowotne regionu, który bez stabilnego zaplecza medycznego może zacząć się wyludniać.

Apel z gór do Warszawy

Inicjatorzy akcji nie mają wątpliwości, iż sytuacja szpitala w Lesku przestała być wyłącznie lokalnym problemem. Ich zdaniem chodzi o sprawę fundamentalną, dotyczącą bezpieczeństwa mieszkańców rozległego i trudnego komunikacyjnie obszaru południowo-wschodniej Polski. Pod apelem do szefa rządu podpisało się 5677 osób, co, jak podkreślają organizatorzy, stanowi niemal jedną piątą dorosłych mieszkańców regionu.

Duszan Augustyn zaznacza, iż skala mobilizacji pokazuje, jak silny jest społeczny sprzeciw wobec perspektywy dalszego osłabiania szpitala. „W ledwie dwa tygodnie pod apelem podpisała się prawie jedna piąta dorosłej populacji regionu. Gdybyśmy prowadzili zbiórkę dłużej, bez problemu zebralibyśmy choćby 20 000 podpisów” – przekonuje. Jak dodaje, zainteresowanie akcją było tak duże, iż niemal każdy napotkany przechodzień chciał poprzeć apel swoim podpisem.

Stawką jest nie tylko SOR

Autorzy inicjatywy domagają się zastosowania nadzwyczajnych rozwiązań finansowych i organizacyjnych, podobnych do tych, które państwo uruchamia w sytuacjach kryzysowych lub podczas klęsk żywiołowych. W ich ocenie tylko takie działania mogą realnie zabezpieczyć dalsze funkcjonowanie szpitalnego oddziału ratunkowego w Lesku i utrzymać podstawowy poziom opieki medycznej w regionie.

Według organizatorów nie chodzi jedynie o dostęp do leczenia dla stałych mieszkańców. Szpital w Lesku jest także istotnym punktem zabezpieczenia dla turystów odwiedzających Bieszczady, Beskid Niski, okolice jeziora Solińskiego, Sanoczczyznę czy Pogórze Przemyskie. Augustyn mówi wprost, iż bez szpitala region zacznie tracić swoją żywotność. „My w Bieszczadach doskonale wiemy, iż bez szpitala nasz region zacznie wymierać” – podkreśla.

Młodzi nie wrócą, seniorzy zostaną bez wsparcia

W ocenie autorów apelu kryzys wokół szpitala ma wymiar znacznie szerszy niż tylko bieżąca organizacja ochrony zdrowia. Ograniczony dostęp do usług publicznych już dziś wpływa na decyzje życiowe mieszkańców, zwłaszcza ludzi młodych, którzy coraz rzadziej wiążą swoją przyszłość z Bieszczadami. Utrata szpitala mogłaby ten proces jeszcze przyspieszyć.

Duszan Augustyn zwraca uwagę, iż najbardziej odczują to osoby starsze i przewlekle chore, dla których regularny kontakt z opieką medyczną jest warunkiem normalnego funkcjonowania. Jego zdaniem ucierpi także lokalna gospodarka oparta na turystyce, bo wypoczynek w górach czy nad wodą zacznie być obarczony realną obawą, iż w razie nagłego zagrożenia pomoc nie nadejdzie wystarczająco szybko.

Lesko odciąża region, Sanok już dziś jest przeciążony

Aktywiści przekonują, iż ewentualne ograniczenie działalności szpitala w Lesku nie rozwiąże problemu, ale jedynie przerzuci go na inne placówki. Szczególne obawy dotyczą Sanoka, gdzie, jak wskazują organizatorzy, już teraz odczuwalne jest przeciążenie systemu, zwłaszcza nocami oraz w okresach zwiększonego ruchu turystycznego i zimowego.

Ich zdaniem zamknięcie SOR-u w Lesku oznaczałoby nie tylko dłuższy czas dojazdu dla pacjentów, ale też wzrost kolejek w szpitalach w Sanoku, Brzozowie, Przemyślu i Rzeszowie. W praktyce, jak podkreślają, problem jednej placówki gwałtownie stałby się problemem całego regionu.

Przypomnienie wyborczych deklaracji

Organizatorzy akcji odwołują się również do słów, które premier miał wypowiedzieć podczas wizyty w Lesku w 2023 roku, w trakcie kampanii wyborczej. Jak przypominają, padały wówczas zapewnienia, iż w tak specyficznych regionach jak Bieszczady musi być zagwarantowany przynajmniej minimalny dostęp do opieki medycznej.

Dla inicjatorów apelu to istotny punkt odniesienia. Podkreślają, iż wyjazd do Warszawy nie ma charakteru konfrontacyjnego, ale jest próbą przypomnienia złożonych wcześniej deklaracji i rozpoczęcia rozmowy o realnych rozwiązaniach. „Jedziemy do Warszawy, przypomnieć złożoną nam podczas kampanii obietnicę, zakładamy dobrą wolę i jesteśmy otwarci na propozycje” – zaznacza Augustyn.

Po bieszczadzku, czyli z Połoniny Caryńskiej pod Sejm

Akcja ma również mocny wymiar symboliczny. Podpisy mieszkańców zostały ceremonialnie zabezpieczone w drewnianej skrzyni na Połoninie Caryńskiej. Organizatorzy podkreślają, iż właśnie stamtąd, „po bieszczadzku”, ruszą dalej do Warszawy i pod Sejm.

Ten gest ma pokazać, iż sprawa nie jest jedynie urzędowym wnioskiem czy anonimową petycją, ale głosem wspólnoty mocno związanej ze swoim miejscem. Jak tłumaczy Duszan Augustyn, celem jest spotkanie z premierem i uzyskanie decyzji o uruchomieniu mechanizmów ratunkowych dla szpitala. „Mamy nadzieję, iż premier spotka się z nami i podejmie decyzję o zabezpieczeniu środków na utrzymanie szpitala” – mówi.

Koszt oszczędności może być wyższy niż pomoc

W ocenie organizatorów państwo dysponuje narzędziami, które pozwalają reagować w sytuacjach nadzwyczajnych, zwłaszcza gdy w grę wchodzi życie i zdrowie obywateli. Ich argumentacja opiera się nie tylko na emocjach, ale również na rachunku długofalowych kosztów. Zaniechanie pomocy dziś może oznaczać wyższe wydatki jutro, zarówno w wymiarze medycznym, jak i społecznym.

Augustyn przekonuje, iż pozorne oszczędności okażą się krótkowzroczne. Jak zaznacza, jeżeli mieszkańcy Bieszczadów nie otrzymają pomocy medycznej na czas, w przyszłości koszty leczenia będą większe, a region straci zdolność do normalnego funkcjonowania. W jego ocenie stawką jest więc nie tylko przyszłość jednej placówki, ale elementarna zdolność państwa do ochrony obywateli żyjących z dala od dużych ośrodków.

Idź do oryginalnego materiału