Wiosna, która miała być czasem rozkwitu i nadziei dla rolnictwa, w tym roku pokazała swoje najsurowsze oblicze. Nagłe uderzenie arktycznego powietrza w ostatniej dekadzie kwietnia postawiło na nogi całą branżę sadowniczą na wschodzie Polski. Skala zjawiska, z którym mierzą się gospodarze z m.in. powiatów bialskiego i łosickiego, wykracza poza ramy typowych wiosennych przymrozków. Mamy do czynienia z ekstremum pogodowym, które w połączeniu z postępującą suszą hydrologiczną stworzyło zabójczą mieszankę dla drzew owocowych w pełnym rozkwicie. Podczas gdy miasta żyły przygotowaniami do majówki, na obrzeżach regionu trwa dramatyczne szacowanie strat, które mogą zdeterminować ceny owoców i kondycję lokalnych gospodarstw na
lata.Czytaj też: Ekstremalnie zimny poranek. Padł nieoficjalny rekord temperatury w regionieZastoisko chłodu, czyli dolina mrozuTermometry w regionie dosłownie oszalały. Lokalny serwis „Info Meteo LU – Biała Podlaska” odnotował przy gruncie -13,1°C. To wynik, który bije na głowę dotychczasowe historyczne minimum z 1984 r., które według danych IMGW wynosiło -11,0°C. Jednak prawdziwy biegun zimna ukazał się w Ochoży w pow. bialskim, gdzie przy gruncie termometry wskazały aż -15,0°C, a na wysokości dwóch metrów zanotowano -7,6°
C.To jednak nie jedyne rekordy, jakie w ostatnim czasie ustanowiła bialska stacja. Już ubiegły rok zwiastował anomalie: 9 kwietnia 2025 r. zanotowano -12,5°C przy gruncie (poprzedni rekord IMGW z 1996 r. to -11,2°C). Jeszcze potężniejsze spadki przyniósł maj ubiegłego roku, gdy na wysokości 2 metrów odnotowano -6,4°C, a przy gruncie aż -12,0°C, co zdetronizowało wyniki z lat 50. i 80. ubiegłego wieku. Jakby tego było mało, marzec 2026 r. okazał się najsuchszy od 1951 r. Suma opadów wyniosła zaledwie 1,4 mm, bijąc rekord z 1974 r. (2,4 mm).Założyciel serwisu i lokalny meteorolog, Paweł Raducha, tłumaczy, iż mamy do czynienia z fenomenem tzw. „bialskiego zastoiska chłodu”. – To miejsce jest specyficzne, bo to dolina Krzny. Jest zagłębienie terenu i tam osiada chłodniejsze, cięższe powietrze, a cieplejsze szybciej wyparowuje – tłumaczy. Ekspert wyjaśnia również, dlaczego różnice między gruntem a wysokością 2 metrów są tak drastyczne i mogą sięgać choćby 8 stopni.– Tuż przy ziemi powietrze najszybciej się wychładza. W nocy grunt oddaje ciepło do atmosfery i tworzy się cienka warstwa bardzo zimnego powietrza tuż nad powierzchnią. Przy bezwietrznej pogodzie nie ma mieszania, więc to zimno „zostaje” przy gruncie - wyjaśnia Reducha.Właśnie ta specyfika sprawia, iż dane z oficjalnych stacji IMGW bywają rozbieżne z rzeczywistością rolników. – W centrum miasta mróz był łagodniejszy, ale w zastoisku różnice są ogromne. Zimą było tam -11, a w centrum -2 stopnie. Dane nie są sfałszowane, czujniki są skalibrowane, po prostu stacja znajduje się w mrozowisku – zapewnia
meteorolog.Aby wyniki były bardziej reprezentatywne dla ogółu mieszkańców, Paweł Raducha planuje budowę drugiej stacji. w tej chwili realizowane są uzgodnienia z Urzędem Miasta w sprawie udostępnienia lokalizacji typowo miejskiej w centrum Białej Podlaskiej. Jak przyznaje założyciel Info Meteo, rozmowy są na dobrym etapie, a magistrat wykazuje chęć współ
pracy.Tak 29 kwietnia wyglądał teren nad Krzna w Białej Podlaskiej; źródło: Info-Meteo LU Biała Podlaska (fb)Nocna warta przy ogniuDla Norberta Kolejki, sadownika z Polubicz, ostatnie noce to nie tylko słupki rtęci spadające poniżej zera, ale przede wszystkim wycieńczająca walka, w której stawką jest dorobek całego roku. Kiedy rozmawiamy o minionym tygodniu, w jego głosie słychać nie tylko ogromne zmęczenie, ale i narastającą bezsilność wobec sił natury.– Palone były ogniska. Zadymialiśmy to, robiliśmy, co tylko się da. Sąsiedzi też tu zaogławiali przy użyciu różnych maszyn, starając się wymusić ruch cieplejszego powietrza z góry. Ale to kilka nam pomogło – mówi gorzko, patrząc na oszronione rzędy
drzew.Dla pana Norberta określenie „przymrozek” jest zdecydowanie zbyt eufemistyczne, by oddać skalę zjawiska, które spustoszyło jego sady. – To nie były przymrozki, to wroź – podkreśla stanowczo, używając regionalnego określenia na niszczycielski, głęboki mróz. Od niedzieli, 26 kwietnia, temperatura spadała bezlitośnie i regularnie: najpierw -7,5 stopnia, potem dwie kolejne noce z wynikami rzędu -6 i -4 stopni. Kulminacja nastąpiła w czwartkowy poranek, gdy termometry w jego gospodarstwie wskazały -10
stopni.Walka o przetrwanie roślin odbywa się głównie pod osłoną nocy. – Od dziesiątej wieczorem do ósmej rano na nogach – opowiada Kolejko o wyczerpujących dyżurach przy paleniu ognisk i pilnowaniu zadymiania.– Czy to przyniosło efekty? Może kilka procent się uratowało. Tak naprawdę wszystko okaże się po 15 maja, bo teraz pozostało za wcześnie na rzetelne szacunki. choćby te zawiązki, które przetrwały noc, są ogromnym znakiem zapytania. Nie wiadomo, w jakiej są kondycji i czy drzewo, będąc w tak potężnym stresie fizjologicznym, po prostu ich nie zrzuci w najbliższych dniach. Człowiek robi, co może, ale przy takich temperaturach i tej suszy, roślina dostaje drugą chorobę w tym samym czasie. To jest dla niej obciążenie nie do udźwignięcia – kwituje
sadownik.Jest źle, ale nie tragicznieNieco dalej, w Niemojkach w powiecie łosickim, Marcin Mikołajczuk z gospodarstwa „Tęczowe Owoce” stara się zachować większy spokój, choć i on przyznaje, iż sytuacja jest ciężka. – Sytuacja jest zła, ale nie ma tragedii. Na naszym terenie temperatury nie były jakoś mocno niskie, na poziomie -2 do -5 stopni – relacjonuje.O uprawy w ostatnich dniach walczyli również właściciele plantacji trzymanych w szklarniach; źródło: Info-Meteo LU Biała Podlaska (fb)/fot. A. NasiłowskaMikołajczuk, podobnie jak wielu specjalistów, stawia na nowoczesne metody regeneracji roślin zamiast tradycyjnego zadymiania, do którego podchodzi sceptycznie. – Palenie ognisk jest bardzo pracochłonne, bardzo drogie i nie do końca moim zdaniem skuteczne. To otwarta przestrzeń i ciężko utrzymać temperaturę – wyjaśnia. Jego zdaniem najważniejsze jest teraz podawanie roślinom „kroplówki” w postaci specjalnych oprysków.– Musimy wykonać zabiegi regeneracyjne specjalnymi opryskami na bazie alg morskich czy giberelin, żeby zregenerować tkankę zieloną - tł
umaczy.Niestety, nie każda metoda jest dostępna dla wszystkich. Najskuteczniejszą bronią pozostają zraszacze nadkoronowe, ale jak zauważa Mikołajczuk, jest to system bardzo drogi i wymagający bardzo dużej ilości
wody.Puste słupki i brązowe płatkiWidok, jaki zastają sadownicy o poranku, napawa smutkiem. Norbert Kolejko opisuje stan swoich śliw: – Płatki zrobiły się brązowe. Widać, iż to jest przypalone przez mróz. W środku znamię słupka, który jest najważniejszy w kwiecie, jest martwe. Jak nie ma zapłodnienia, to nie ma rozwoju owoców – ocenia. choćby natura wydaje się zdezorientowana.– Po pszczołach widać, iż ciężko im znaleźć zdrowy kwiatek. Błądzą, krążą, szukają, aż się znudzą – dodaje pan
Norbert.Problem potęguje susza, która osłabiła rośliny jeszcze przed nadejściem mrozów. Meteorolodzy i rolnicy zgadzają się co do jednego: roślina jest w podwójnym stresie. – Gdyby było jakieś uwilgotnienie, roślina miałaby większy wigor, szybciej by się regenerowała, a tutaj naprawdę jest im bardzo ciężko w tym roku – tłumaczą
plantatorzy.Systemowa walka o odszkodowaniaW obliczu katastrofy, 29 kwietnia Lubelska Izba Rolnicza wystosowała oficjalne stanowisko, domagając się od państwa czegoś więcej niż tylko „doraźnych rekompensat”. Izba chce całkowitej zmiany systemu wsparcia: szybszych szacunków szkód przez komisje gminne oraz wypłat liczonych do faktycznie zniszczonej powierzchni pola, a nie całego
gospodarstwa.Wielu sadowników obawia się jednak, iż pomoc może przyjść za późno lub być niewystarczająca. Do tego dochodzi lęk przed konkurencją z importu.– Co u nas nie ma, to przywiozą z zagranicy. Biedronka z Lidlem znajdą to w innym kraju i w super ekstra promocyjnej cenie sprzedadzą. My musimy przestrzegać norm, jesteśmy certyfikowani, a to co przyjeżdża z innych krajów, nikt nie wie co tam w środku jest – zauważa z goryczą Norbert
Kolejko.Choć kwiaty mogą jeszcze wyglądać na żywe, roślina w wyniku stresu może zrzucić wszystkie zawiązki dopiero za kilka tygodni podczas tzw. opadu czerwcowego; źródło: PexelsCzekając na „Zimną Zośkę”Choć kwiecień się kończy, strach pozostaje. Przed sadownikami jeszcze majowe zagrożenie – „Zimni Ogrodnicy” (Pankracy, Serwacy, Bonifacy) oraz słynna „Zimna Zośka”. To właśnie wtedy, między 10 a 17 maja, nad Polskę zwykle napływa kolejna fala polarnego
powietrza.Czy w tym roku ogrodnicy okażą się łaskawsi? Paweł Raducha prognozuje, iż pierwsze dni maja przyniosą lekkie uspokojenie, choć przymrozki do -2 stopni przy gruncie wciąż mogą się pojawiać. Jednak dla wielu sadów wyrok już zapadł. Prawdziwą skalę strat poznamy dopiero pod koniec maja, po tzw. opadzie świętojańskim, kiedy drzewa ostatecznie odrzucą uszkodzone zawiązki owoców. Na razie region pozostaje w zawieszeniu, licząc na to, iż najgorsze już minęło.A2. Wiózł w bagażniku 1200 kartonów nielegalnych papierosówNowe wydanie Słowa Podlasia już gotowe! Sprawdźcie, o czym piszemyKraj. Miliony dla chorych dzieci. Prokuratur prześwietli firmę