Członek Zarządu Górnika Zabrze o najtrudniejszych wyzwaniach na początku kadencji. "Wiele rzeczy postawionych na głowie trzeba było z powrotem postawić na nogi"

roosevelta81.pl 2 tygodni temu
Zdjęcie: Urban_Gabryś


Doktor Bartłomiej Gabryś od blisko 2,5 roku sprawuje funkcję członka Zarządu Górnika Zabrze. W rozmowie z serwisem Roosevelta81.pl przedstawiciel Zarządu wicemistrza Polski opowiada m.in. o trudnych początkach pracy w zabrzańskim klubie, trupach w szafie, kreatywnej księgowości, potencjalnym bankructwie, nadzieją związaną z prywatyzacją oraz odpowiada na internetową krytykę przejścia klubu z Roosevelta w ręce Lukasa Podolskiego.

Kojarzy Pan teleturniej "Tak to leciało"?

- Kojarzę, iż taki był, ale nie oglądałem.

Kiedy przygotowywałem się do tej rozmowy, przyszła mi na myśl taka trójkolorowa playlista Bartłomieja Gabrysia. Na początek, Męskie Granie Orkiestra - "I Ciebie też bardzo". Werset: "Wszedłem na jedną chwilę, zostałem kilka lat".

- (śmiech) Nie wiem, przyszedłem wykonać pracę i mam nadzieję, iż ona sama się obroni. To powoduje, iż jestem tu dłużej, ale na pewno nie dlatego, żeby się przykleić do stołka. Broń Boże.

Jak często w ciągu tych niemal dwóch i pół roku śpiewał Pan sobie kultowe "Co ja robię tu" Elektrycznych Gitar?

- Chyba na początku mi się to zdarzyło. Później nie było już choćby klimatu do tego, żeby cokolwiek sobie śpiewać, bo początki były naprawdę trudne i ciężkie. Z pewnością nie było powodów do śpiewu ani szukania muzycznych odwołań. Były chwile, iż człowiekowi wkradała się gdzieś tam nutka zwątpienia, ale ostatecznie wiedziałem, iż chcę tu być i stawić czoła temu wyzwaniu.

Dzisiaj w głowie siedzi już raczej: "Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie" - autorstwa Tilt, czy jeszcze troszkę na to za wcześnie?

- Odnosząc się do obecnego czasu, wydaje mi się, iż wykonaliśmy naprawdę kawał dobrej pracy jako cały zespół i osiągnęliśmy bardzo fajny wynik. Nie mówię, iż to już ideał, ale przeskok, jaki dokonał się przez te dwa i pół roku mojej obecności oraz współpracy z Lukasem, Michałem, Darią czy Łukaszem Milikiem, pokazuje, iż dynamika rozwoju klubu jest całkiem fajna. Warto przypomnieć, iż zaczynaliśmy z bardzo słabej pozycji finansowej i przeciętnego miejsca w tabeli. Z czasem udało się zdobyć Puchar Polski, wicemistrzostwo, a w konsekwencji rywalizować w eliminacjach do gry w Lidze Mistrzów, Lidze Europy czy Lidze Konferencji. Szkoda jedynie, iż nie udało się awansować do fazy ligowej, ale my po prostu wciąż się uczymy.

Jestem jednak przekonany, iż przy goleniu śpiewa Pan: "Omaje, mamaje", a cały tekst zna Pan już na pamięć.

- Tak, to prawda. Czasami śpiewamy to z córką, jadąc samochodem.

Wracając do początku, do tego, co było przed 2,5 roku. Był taki kandydat na posła, który obiecywał, iż "stanie na głowie", by coś zrealizować. Jak często musiał Pan w Górniku stawać na głowie, żeby jakieś tematy przepchnąć lub wyprostować?

- (śmiech) Nie wiem, czy ten osobisty wymiar ma tu znaczenie. Tamto hasło wiązało się raczej z przyciągnięciem uwagi w sytuacji, gdy startowało się z dalszego miejsca z określonym budżetem - był to po prostu element strategii marketingowej. W Górniku sytuacja wyglądała odwrotnie: wiele rzeczy postawionych na głowie trzeba było z powrotem postawić na nogi. Myślę, iż w wielu aspektach to się udało. Absolutnie nie można jednak traktować tego tak, iż to wyłącznie moja zasługa. Ja dołożyłem do tego swoją cegiełkę, natomiast na ten końcowy efekt zapracował cały zespół.

Po Pańskiej nominacji nie brakowało głosów, iż jest to nadanie polityczne. Jak Pan to wtedy odbierał?

- Takie głosy czasami pojawiają się choćby i dzisiaj. Byłem i przez cały czas jestem pracownikiem uczelni i to moja główna profesja. Wtedy o pomoc poprosiła mnie Pani prezydent Rupniewska, a ja się zgodziłem. Nasza rozmowa była bardzo merytoryczna i opierała się na konkretnych argumentach. Później sytuacja w Górniku okazała się być trudniejsza, niż wynikało to z dokumentów, do których miałem dostęp z zewnątrz. Początki jakoś udało się poskładać, a w gronie fajnych ludzi zawsze dobrze się pracuje, więc z czasem wszystko zaczęło układać się w odpowiednią całość.

Dało się też słyszeć opinie: "Wybitny fachowiec, ekonomista i finansista, jednak głównie teoretyk". Czy to prawda, iż dopiero w Górniku mógł Pan w praktyce wykorzystać swoją potężną wiedzę?

- Nie przesadzałbym z tą "potężną wiedzą". Są obszary, które ze względu na pracę naukową były mi bliższe - to po prostu wymóg mojego zawodu, abym swobodnie poruszał się w świecie ekonomii i finansów. Nie oznacza to jednak, iż nie ma osób ode mnie bardziej kompetentnych. jeżeli chodzi o zderzenie teorii z praktyką: faktem jest, iż znaczna część moich wcześniejszych zobowiązań wiązała się z uczelnią, co miało wymiar w dużej mierze teoretyczny. Sztuką jest odpowiednie zastosowanie wiedzy w praktyce. jeżeli realizuje się to z osobami, z którymi świetnie się współpracuje i czuje wspólnotę celu, to praca przynosi ogromną radość. Górnik jest dzisiaj w tym miejscu przede wszystkim dlatego, iż pojawił się efekt synergii. Mamy aktywność Lukasa Podolskiego, Michała Siary, Darii Wollenberg czy Łukasza Milika, a ja dokładam do tego swoją cegiełkę. To jak układanie dużego obrazu z puzzli - każdy z nas dokłada swój element, tworząc obraz dzisiejszego Górnika.

A co było dla Pana najtrudniejsze na samym początku? Jakie było największe wyzwanie, z którym musiał się Pan zmierzyć?

- Zarządzanie sobą w czasie. To było najtrudniejsze, bo przez pierwsze dwa miesiące byłem w zarządzie sam. Absolutnie wszystkie decyzje na najwyższym szczeblu musiały przechodzić przeze mnie. To był bardzo trudny moment: kończył się jeden sezon, zaczynał drugi. Musiałem podejmować decyzje dotyczące zawodników, sztabu oraz sponsora głównego - firmy Węglokoks - co do którego nie było wiadomo, czy pozostanie. Udało mi się go utrzymać, co traktuję jako swój osobisty sukces. Trudny był też moment, kiedy zyskałem realny wgląd w dokumentację finansową. Pamiętam pierwsze poważne spotkanie z głównym księgowym - przeszliśmy poszczególne konta, zobaczyliśmy, jak to wygląda. Potem wejście do systemu bankowego obnażyło skalę niezapłaconych zobowiązań i płatności opóźnionych powyżej 90 dni. Kolejnym wyzwaniem była pilna renegocjacja dwóch porozumień z ZUS-em. Na to wszystko trzeba było znaleźć czas, a mówimy tu o kwotach milionowych. Zostałem wrzucony na naprawdę głęboką wodę, ale z kolejnymi tygodniami jakoś udało się to poskładać.

Czyli istniał strach przed otwarciem szafy, żeby jakiś nowy trup z niej nie wypadł?

- Rzeczywiście, tak zwane "trupy" wypadały z szafy jeszcze przez dłuższy czas. Pewne rzeczy były oczywiste, ale z biegiem czasu pojawiały się kolejne znaki zapytania: dlaczego coś rozliczono w ten, a nie inny sposób, skąd to się wzięło i po co. Dochodzenie do ostatecznego dna zajęło nam chyba z rok. Dopiero po tym czasie nabrałem przekonania, iż już nic nas drastycznie nie zaskoczy i damy sobie radę.

Tym większą satysfakcję musiał Pan czuć, kiedy zapadł prawomocny wyrok odbierający odprawy poprzedniemu zarządowi? Te pieniądze im się nie należały.

- Tu zupełnie nie chodzi o moją satysfakcję - ona nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Chodzi o przestrzeganie prawa. Tam złamano prawo, więc zgodnie z procedurą złożyliśmy sprawę do sądu w Gliwicach. Sprawa została wygrana, a wyrok jest prawomocny. Choć nie zamyka to pewnych roszczeń, które mogą się jeszcze pojawić w przyszłości, to w części zaskarżonej sąd przyznał nam 100 procent racji.

Czy to, co zobaczył Pan w dokumentach w maju 2024 roku, wskazywało Górnika Zabrze jako spółkę kwalifikującą się do bankructwa?

- W wymiarze kodeksowym, gdyby nie decyzje właściciela o dalszym trwaniu spółki, to mogła ona ogłosić upadłość już wiele lat wcześniej. W momencie, kiedy dostępna jest informacja o dużej stracie, znacząco wpływającej na kapitały własne, zarząd jest zobowiązany wystąpić do walnego zgromadzenia akcjonariuszy z określonymi działaniami. Wtedy walne podejmuje decyzję o dalszym trwaniu ze świadomością wagi istniejących problemów. To wszystko dotyczyło Górnika - nie tylko w roku, w którym przychodziłem, ale i wcześniej. To się nawarstwiało.

Zamykając wątek bankructwa...

Słowo "bankructwo" jest bardzo brutalne. Natomiast z perspektywy Kodeksu spółek handlowych, jeżeli mamy ujemne kapitały, straty z lat poprzednich, to główny akcjonariusz musi podjąć decyzję, czy chce kontynuować działalność. Tutaj tego rodzaju decyzje były podejmowane co roku ze świadomością słabych wyników finansowych. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek wpadł na pomysł ogłoszenia bankructwa Górnika Zabrze, choć wiemy, iż w piłce różne rzeczy się zdarzają.

Tym bardziej iż w tym przypadku zarząd nie miał już od miasta poduszki finansowej ani gwarancji wniesienia kapitału do spółki, jak to miało miejsce chociażby przy wypuszczeniu obligacji kilkanaście lat temu...

- Wymiar finansowy narzucał pewne kroki prawne wymuszone przez kodeks, a miasto jako właściciel je zrealizowało. jeżeli natomiast pytamy, czy istniały przesłanki do ogłoszenia niewypłacalności w twardym wymiarze finansowym - to wiele za tym przemawiało.

Dużo par butów Pan zdarł, chodząc do urzędu w tych pierwszych miesiącach?

- Nie sądzę. Komunikacja z Panią prezydent Rupniewską była merytoryczna i partnerska. Rozmawialiśmy o tym, iż istnieje pewien problem, z którym właściciel - czyli miasto - musi się zmierzyć. Rozmowy dotyczyły tego, jak zrealizować poszczególne kwestie. Nie było to chodzenie "po prośbie".

Pytam o to, ponieważ w trakcie poprzedniej kadencji relacje te wyglądały inaczej.

- Tutaj opieraliśmy się na jasnej finansowej argumentacji i partnerskim zrozumieniu, iż nie da się wszystkiego w Górniku naprawić w dwa czy trzy miesiące, by miasto mogło umyć ręce. Wsparcie ze strony właściciela było po prostu niezbędne. Przypomnę, iż to właśnie wtedy zapadła decyzja o częściowym wsparciu spłaty obligacji w pierwszym roku naszej działalności. To obciążenie było już dla klubu finansowo zabójcze.

Czyli de facto klub nie miał zabezpieczonych pieniędzy na tę ratę?

- Nie. Środki, które wpłynęły od miasta na konto klubu praktycznie tego samego dnia były przerzucane na poczet obsługi emisji i spłaty obligacji. Tak działo się wcześniej i tak wydarzyło się w tym pierwszym roku mojego funkcjonowania w Górniku.

Ale w kolejnych latach Górnik spłacał te raty już samodzielnie?

- W ostatnim roku spłaciliśmy te raty samodzielnie, choć nie ukrywam, iż wymagało to poważnego naruszenia schematu płynnościowego, nad którym pracowaliśmy. Nie było to proste, a fakt, iż zeszło to z pieniędzy klubowych, oznacza, iż w przyszłości będziemy musieli się z tym obciążeniem zderzyć.

Mówił Pan o trudnej sytuacji, a z drugiej strony pojawiają się w sieci głosy, iż Górnik komunalny miał się rewelacyjnie, a to wszystko to tylko zmowa.

- (śmiech) Górnik, jako spółka, ma obowiązek publikowania raportów finansowych. Były one publikowane wcześniej i są publikowane teraz. To one w największym stopniu odzwierciedlają realia. jeżeli ktoś patrzy wyłącznie na to, iż w danym roku pojawił się wynik finansowy na plus, to znaczy, iż nie rozumie finansów. Fetyszyzowanie wyniku dodatniego i uważanie, iż po kilkunastu latach wielomilionowych strat jeden taki rok rozwiązuje narosły problem, świadczy o braku zrozumienia zasady ciągłości działalności gospodarczej.

Ten wynik poprawił się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy w klubie zmienił się zarząd. Wcześniej była ciągła strata.

- Nie wnikam w to. Od kiedy pracuję dla Górnika i realizuję zadania z obecnym zespołem - przy ogromnym wsparciu Lukasa Podolskiego, bez którego zwłaszcza w pierwszym roku byłoby bardzo ciężko - wynik rzeczywiście przeszedł na stronę plusową. To jednak nie zmienia faktu istnienia zadłużenia z lat poprzednich. Odcinanie historii i pokazywanie tylko jednego wycinka, mówiąc: "Popatrzcie, jak jest fantastycznie", jest absolutnie nieuprawnione i skrajnie nieuzasadnione. Działalność gospodarcza rozłożona jest na lata, a dawne straty wpływają na kolejne budżety. Spłacając obligacje dzisiaj, musieliśmy to robić kosztem dochodów z przyszłych okresów, bo od właściciela nie otrzymaliśmy już na ten cel środków.

Czyli prywatyzacja była jedynym ratunkiem, żeby Górnik na dłuższą metę mógł stanąć na nogi?

- Powiedziałem to na pierwszej konferencji, przychodząc do klubu: prywatyzacja była procesem po prostu niezbędnym. Zmienił się sposób patrzenia na finanse i racjonalność wydatkowania. Dzisiaj wydajemy więcej - co widać w raportach - na zawodników, sztab i obsługę meczu. To są jednak środki w pełni powiązane z przychodami Górnika, a nie z działaniami prowadzonymi gdzieś poza nim.

W mediach pojawiała się kwota 4 milionów złotych. Zdaniem byłego wiceprezydenta Krzysztofa Lewandowskiego sprzedaż klubu za takie pieniądze to kryminał. Jak to Pan ocenia?

- Nie będę tego komentował. Poza wiedzą medialną nie mam wiedzy o ostatecznej kwocie, za jaką klub został sprzedany. W całym procesie prywatyzacyjnym zarząd Górnika był przedmiotem transakcji, a nie jej podmiotem. Jego rola polegała na wskazywaniu sytuacji finansowej właścicielowi oraz podmiotom przez niego wyznaczonym. Wycena i ostateczne decyzje finansowe leżały wyłącznie po stronie właściciela. Zarząd przygotowywał tylko niezbędną dokumentację i nie uczestniczył w samych negocjacjach.

Dla wiceprezydenta Lewandowskiego to żaden argument. Uważa, iż jeżeli miasto sprzedaje klub za kwotę X, a potem klub sprzedaje piłkarza za jej wielokrotność - na przykład Lukasa Ambrosa - to jasny przykład niegospodarności.

- Niegospodarność? Z czego ona ma wynikać?

Z tego, iż miasto sprzedało kurę, która znosi złote jaja.

- Post factum wszyscy są wybitnymi specjalistami. To jednak ogromna praca zespołu Łukasza Milika oraz wielkie zaangażowanie Lukasa Podolskiego sprawiły, iż udało się takiego zawodnika ściągnąć, odnaleźć w nim potencjał, zbudować go i wreszcie znaleźć klub gotowy zapłacić tak dużą kwotę. jeżeli komuś wydaje się, iż to takie proste i iż chętni sami rzucają się, by płacić miliony, to po prostu nie rozumie działalności klubu sportowego.

Górnik jednak na te komentarze nie odpowiada, a były wiceprezydent chwali się milionowymi zasięgami swoich social mediów...

- Nie odpowiadamy z prostego powodu. Dyskusja z niektórymi jest jak gra w szachy z gołębiem. Nieważne, jak dobrze znasz zasady i jak logicznie grasz - gołąb i tak przewróci wszystkie figury, narobi na środku szachownicy, a na koniec będzie dumnie kroczył z wypiętą piersią, udając wielkiego zwycięzcę. Po prostu szkoda na to czasu.

Często w mediach słyszymy, iż Górnik Zabrze sprzedał zawodnika za określoną sumę, co od razu rodzi pytania o to, co dzieje się z tymi pieniędzmi. Ile z tej podawanej w mediach kwoty realnie zostaje w klubowej kasie?

- Posłużmy się przykładem. Załóżmy, iż sprzedajemy piłkarza za milion euro. Z tej kwoty musimy natychmiast potrącić pewne stałe opłaty. Dwa procent trafia do Śląskiego Związku Piłki Nożnej - zwykle dzieje się to tuż po ogłoszeniu transferu. Kolejne półtora procent wędruje na konto Polskiego Związku Piłki Nożnej. Następnie musimy rozliczyć się z poprzednim klubem zawodnika. W zależności od zapisów kontraktowych, jest to najczęściej od ośmiu do dwunastu, średnio około dziesięciu procent. Musimy uwzględnić także prowizję agenta, która zwykle wynosi średnio od siedmiu do dziewięciu procent - choć jest to kwestia negocjacji. Do tego dochodzi jeszcze obowiązkowa opłata w ramach Solidarity Payment, czyli kolejne 5 procent.

Po podliczeniu tych wszystkich kosztów - rzędu 30 procent - z miliona euro w kasie klubu zostaje około 700 tysięcy...

- Należy jednak pamiętać o kluczowej kwestii: za te pieniądze musimy znaleźć nowego zawodnika. Ściągnięcie nowego zawodnika wiąże się z opłatami dla jego poprzedniego klubu oraz prowizjami dla agentów. Często bywa tak, iż z kwoty uzyskanej ze sprzedaży zostaje nam zaledwie 20-30%, a niekiedy musimy wręcz dołożyć z zysków z innego transferu, by pozyskać droższego piłkarza. Dlatego nieuczciwe jest rzucanie w przestrzeń publiczną kwot transferowych bez zrozumienia mechanizmów, które za nimi stoją. Sprzedaż zawodnika zawsze wiąże się z kosztami oraz koniecznością inwestycji w jego zastępstwo, niejednokrotnie za większe pieniądze.

Lukas Podolski przyjął Górnika z balastem zadłużenia. Czy to zadłużenie jest dzisiaj jawne i możemy powiedzieć, ile klub ma zobowiązań długo i krótkoterminowych?

- Słowo "zobowiązanie" oznacza między innymi to, iż kupując zawodnika, musimy po pewnym czasie zapłacić jego byłemu klubowi, agentowi czy związkowi piłkarskiemu. Te raty są rozłożone w czasie i ich status stale się zmienia. najważniejsze są długi odziedziczone z przeszłości - relacje ze stadionem czy obligacje. Lukas Podolski pisał w mediach społecznościowych o kwocie około 30 milionów i jest to rząd wielkości bardzo zbliżony do klubowych realiów zadłużenia.

Rozmawiał: eMZet

II część rozmowy z Doktorem Bartłomiejem Gabrysiem pojawi się na łamach Roosevelta81.pl już w niedzielę o godz. 19:48!

Źródło: Roosevelta81.p
Foto: Roosevelta81.pl

Idź do oryginalnego materiału