Ryszard Komornicki sięgnął z Górnikiem Zabrze po cztery tytuły mistrza Polski i Superpuchar kraju. W kolejnych latach dwukrotnie był trenerem drużyny z Roosevelta i podejmował działania, by 14-krotny mistrz Polski trafił w prywatne ręce. Choć misja ta spaliła na panewce, dziś 67-latek jest szczęśliwy, iż jego ukochany klub trafił w ręce Lukasa Podolskiego. Nie przestaje przy tym punktować obozu wcześniej rządzącego wicemistrzem Polski.
Rozmawialiśmy blisko trzy lata temu i wtedy wypowiadał się Pan o sytuacji Górnika Zabrze bardzo pesymistycznie. To były czasy, kiedy prezydent Mańka-Szulik kończyła swoją kadencję. Jak pan dzisiaj ocenia to, co wydarzyło się przez ostatnie 32 miesiące? Serce rośnie, czy wciąż widzi pan jakieś mankamenty?
- Zawsze dostrzegam jakieś mankamenty, ale wydaje mi się, iż wszystko idzie w dobrym kierunku. Nie ma wręcz sensu porównywać obecnej sytuacji do czasów rządów pani prezydent. Klub jest wreszcie w prywatnych rękach. Zmiany na plus widać nie od dziś, ale już od momentu zatrudnienia trenera Gasparika i profesjonalnego sztabu szkoleniowego. Widać, iż Górnik nie myśli już wyłącznie o przetrwaniu, choć o finanse nigdy nie jest łatwo. Zrobiono ogromny krok naprzód pod względem infrastruktury i profesjonalnego podejścia. Sam w swojej karierze chyba nigdzie nie pracowałem z piętnastoma trenerami w sztabie - to nie jest łatwe do poukładania, a trener Gasparik radzi sobie z tym zarządzaniem bardzo dobrze.
Co Pana cieszy najbardziej?
- Wyniki sportowe, jak choćby Puchar Polski czy drugie miejsce w lidze, mówią same za siebie. Do tego w końcu doprowadzona do końca prywatyzacja. Szczerze mówiąc, mało mnie interesuje to, za ile Lukas Podolski kupił klub - patrzę przede wszystkim na aspekty sportowe. Dzięki tej zmianie sytuacja jest jasna: wiadomo, kto tu rządzi. Lukas ma teraz pełne możliwości dobierania współpracowników i budowania odpowiedniej strategii. Widzę mnóstwo pozytywów, również jeżeli chodzi o sam zespół. Trzeba przyznać, iż pod wodzą trenera Gasparika Górnik gra w piłkę na poziomie zbliżonym do europejskiego.
Prywatyzacja i jej finalizacja nastąpiły po bardzo długim okresie podchodów, zmian i częstego zwodzenia. Były już momenty, w których sam Lukas Podolski kręcił nosem. Ostatecznie, po prezydent Mańce-Szulik, która zainicjowała ten proces, w ratuszu przewinęło się trzech kolejnych prezydentów, zanim udało się go sfinalizować.
- To był główny problem. Powiem wprost: w strukturach miejskich było wielu niekompetentnych ludzi. Sytuacja, w której klubem zarządza miasto i urzędnicy z ratusza, rzadko jest dobrym rozwiązaniem. choćby jeżeli klub należy do miasta, powinni nim kierować profesjonaliści, a u nas politycy zbyt często wtrącali się w nieswoje sprawy, przez co brakowało profesjonalizmu. Dlaczego to trwało tak długo? Być może w grę wchodziły kwestie finansowe i zadłużenie Górnika. Trzeba pamiętać, iż Górnik Zabrze to nie jest polityczna zabawka ani narzędzie do robienia kariery, zbijania kapitału wyborczego czy prywatnych interesów. Sport absolutnie nie powinien być upolityczniony. Mam wrażenie, iż rządzącym po prostu ciężko było wypuścić z rąk taką zabawkę, bo przecież Górnik ma ogromny potencjał.
Pan miał okazję pracować w miejskim Górniku i GKS Tychy
- Tak i z jednej strony, po ludzku, potrafię te pobudki władz miasta zrozumieć, ale z drugiej - to wspaniale, iż Górnik trafił w ręce prywatne. Miałem okazję obserwować podobne mechanizmy w Tychach, gdzie wszystko kręciło się na zasadzie "milion tutaj, milion tam", byle tylko jakoś to funkcjonowało. Lukas Podolski z pewnością nie pozwoli na to, by Górnik był klubem przeciętnym, wegetującym w Ekstraklasie. Z pewnością będzie chciał osiągać jak najwięcej sukcesów. To zresztą widać po przygotowaniach do sezonu i transferach. Biorąc pod uwagę poziom zespołu, wspaniałych kibiców i stadion, pozostaje tylko grać, wygrywać i zdobywać trofea. Dobrze się stało, iż Lukas dostał wreszcie zielone światło na zakup Górnika. Wierzę, iż przy profesjonalnym prowadzeniu klub będzie funkcjonował jeszcze lepiej.
Widzę, iż jest pan bardzo pozytywnie nastawiony. Kiedy ostatnio spojrzałem na Pana planszę w Galerii Sław pod dachem Areny Zabrze - uśmiechał się Pan jakby bardziej.
Poważnie? (śmiech) Oczywiście, czasem tam zaglądam i zmieniam swój wyraz twarzy na tym zdjęciu, w zależności od okoliczności (śmiech). Mówiąc już całkiem poważnie, myślę, iż taki klub jak Górnik Zabrze - z tymi kibicami, zarządzaniem i na tym stadionie - ma wszystko, by być topowym zespołem. Ten proces na pewno jeszcze potrwa, bo Górnik wciąż nie jest tam, gdzie by chciał być. Ale podoba mi się obecne podejście: dążymy do sukcesu sportowego, a nie tylko do tego, żeby "było fajnie".
Jakie największe zmiany widzi Pan w funkcjonowaniu Górnika Zabrze po finalizacji prywatyzacji?
- Przede wszystkim, są konkrety. Wcześniej opowiadano bajki o tym, jak wspaniale wszystko działa, a wynik sportowy i profesjonalne zarządzanie leżały. Kiedy te fundamenty są zdrowe, Górnik ma szansę znów stanowić ogromną siłę. Zawsze wracamy do przeszłości i mówimy "a kiedyś to było…". Czasy się zmieniają, ale Górnik ze względu na swoją historię i bazę kibicowską jest wręcz predestynowany do odnoszenia sukcesów. Dlatego nie mam powodów, by nie być optymistą, zwłaszcza patrząc na dobre wyniki w lidze czy w pucharach. Jedyną słabością, jaką w tej chwili dostrzegam, jest tracenie punktów z przeciwnikami, z którymi drużyna celująca w mistrzostwo powinna gładko wygrywać - jak GKS Katowice czy ostatnio Motor Lublin.
Start sezonu Górnik zanotował jak za najlepszych czasów. Siedem zwycięstw, remis i porażka.
- Szkoda tych straconych punktów z GKS i Motorem, ale z drugiej strony widziałem też mecze, w których szczęście sprzyjało lepszym. W starciu z Cracovią uśmiechnęło się ono do Górnika. Wygrywanie takich "stykowych" spotkań świadczy o tym, iż drużyna jest gotowa do walki o najwyższe cele.
Ostatnio mocno uaktywnił się wiceprezydent Krzysztof Lewandowski, były wiceprezydent Zabrza. Skrytykował fakt, iż Lukas Podolski kupił Górnika za 4 miliony złotych, biorąc na siebie zadłużenie rzędu 30-32 milionów. Jego zdaniem to kwota de facto nabycia "za drobne", a klub nie potrzebował przejęcia z rąk miasta, bo miał się rewelacyjnie. Jak Pan to ocenia?
- Nie znam się na wycenach biznesowych i nie chcę się do tego odnosić bezpośrednio, ale biorąc pod uwagę długi, jakie ma Górnik, te 4 miliony złotych to nie jest żadna niska kwota. Nie można mieć o to pretensji do Lukasa Podolskiego. Skoro klub został sprzedany za taką sumę, to najwidoczniej nie było innych chętnych, a inwestorów skutecznie odstraszało to wielomilionowe zadłużenie, którego spłatę nowy właściciel musiał wziąć na swoje barki.
Mówimy o zadłużeniu rzędu ok. 30 milionów złotych.
- Dokładnie tak. A do tego dochodzą przecież ogromne koszty bieżącego utrzymania zespołu. Z jednej strony można powiedzieć, iż kupił tanio. Z drugiej - choć nie znam go prywatnie i nie piłem z nim kawy - wydaje mi się, iż jego słowa o miłości do Górnika od najmłodszych lat to nie są puste deklaracje. Samo to jest już bardzo dużo warte. Lukas ma kompetencje i wie, czym jest piłkarski biznes. Na piłce można zarobić spore pieniądze, ale trzeba to odpowiednio poukładać. Jest chłopakiem ze Śląska, więc wierzę, iż nie potraktuje Górnika jak zabawki, którą rzuci w kąt po dwóch czy trzech latach, tylko zbuduje coś trwałego. Oczywiście ludzie złośliwi czy tacy, którym się coś odebrało, zawsze będą szukać dziury w całym i narzekać, ale dla mnie najważniejsze jest to, iż mamy wreszcie jasność co do właściciela i iż w klubie pracują ludzie ze środowiska, którzy znają się na piłce od dłuższego czasu.
Pan też próbował kiedyś zaangażować się w prywatyzację Górnika i boleśnie zderzył się z miejską machiną.
- Nie chcę już do tego wracać. Może przez to, iż wtedy nam się nie udało, bywam dzisiaj w swoich ocenach nieco uszczypliwy. Wiem jednak jedno: teraz w klubie jest człowiek, który wziął odpowiedzialność w swoje ręce. Górnik przestanie być wreszcie politycznym narzędziem do wygrywania wyborów i platformą do rzucania miłych haseł z trybun. Zakończyło się to nieprofesjonalne podejście i wykorzystywanie klubu do prywatnych korzyści. Wszystkie zyski powinny trafiać na konto klubu i jego prawowitego właściciela. Tego właśnie życzę Lukasowi. o ile zainwestował własne środki, ma pełne prawo z tego korzystać.
Może pan zdradzić, jak to wyglądało w czasach, gdy Axel Thoma chciał zainwestować w Górnika? Dlaczego tamta transakcja ostatecznie nie doszła do skutku?
- Nie wchodziłem w szczegóły, bo byłem trenerem, a nie inwestorem czy typowym człowiekiem biznesu. Rozmowy prowadził mój Axel. Wszystko było tam jednak tak zagmatwane i pozbawione jakiejkolwiek przejrzystości finansowej, iż inwestorzy ze Szwajcarii po prostu się przestraszyli i zrezygnowali. Nikt nie potrafił przekazać nam konkretnych informacji o tym, ile Górnik faktycznie potrzebuje pieniędzy i jak duże jest zadłużenie. Panował taki bałagan, iż Axel powiedział mi później wprost: oni w takie rzeczy nie wchodzą. Nie wiadomo było, ile to będzie finalnie kosztować i czy po zakupie nagle nie zderzymy się ze ścianą.
Baliście się wypadających trupów z szafy?
- Tak, chyba wtedy pierwszy raz usłyszałem w ogóle to określenie. Zrezygnowali, ale ja wspierałem Axela, bo czułem się związany z tym klubem, zależało mi na Górniku i powiem szczerze, iż do dzisiaj odbija mi się to czkawką. To co zobaczyłem, nie mieściło mi się w głowie. Powtarzam to cały czas: klub i kibice to nie jest zabawka, a same pieniądze na boisku jeszcze nie grają. Szkoda, iż nam się wtedy nie udało, ale z drugiej strony tamte doświadczenia dają nam dziś cenne porównanie.
Pamiętam, iż dwa lata temu miał Pan spory żal do poprzedniej ekipy, bo zaproszenie na obchody jubileuszowe w 2023 roku wysłano panu na ostatnią chwilę. Za dwa lata kolejny jubileusz. Przyjedzie Pan na Roosevelta?
- Wysyłanie zaproszenia na taką imprezę w Zabrzu na dwa dni przed terminem to był jakiś absurd. Mam swoje obowiązki, nie rzucę wszystkiego, by z dnia na dzień wsiąść w samolot i przylecieć do Polski. Bardzo mi się to nie podobało. Nie należę do ludzi, którzy wymagają pamiątkowych tabliczek. Grałem w piłkę za pieniądze, sprawiało mi to przyjemność i nikt nie musi mi bić za to pokłonów. Nie przeszkadza mi, gdy ktoś zapomni o moich urodzinach. Ale jeżeli kogoś się w ten sposób lekceważy - a mówię tu także o moich kolegach z boiska - to daje się mu jasny sygnał: "lepiej nie przyjeżdżaj". Dlatego się nie pojawiłem. Ludzie są różni i zmieniają się pokolenia. Nie oczekuję czerwonego dywanu, ale organizując taką imprezę, wypadałoby wysłać zaproszenia kilka miesięcy wcześniej. Szczerze mówiąc, zapomniałbym już o tym incydencie, gdyby mi pan o nim nie przypomniał.
Wtedy mówił Pan dość wyraźnie o ekipie "Pani Prezydent Dwojga Nazwisk". Dziś ta zadra już się zagoiła?
- Ona we mnie pozostanie, bo tamto zachowanie było dla mnie zwykłym policzkiem. Ale spokojnie sobie z tym poradzę, to żaden problem. Najważniejsze jest to, iż nie chowam absolutnie żadnej urazy do trenera, zawodników, kibiców czy samego klubu. To ludzie wtedy rządzący Górnikiem potraktowali mnie bardzo niepoważnie. Tego nie da się wymazać z pamięci, ale powtarzam - nie ma to najmniejszego wpływu na mój stosunek do Górnika Zabrze.
Bo Górnik Zabrze, to coś więcej niż klub...
- Zgadzam się i bardzo się cieszę, iż idzie do przodu. Zobaczymy, jak to się dalej rozwinie. jeżeli chodzi o krytykę - niech ludzie mówią o mnie, co chcą. Przecież nie wyjdę i nie zacznę krzyczeć, iż to nieprawda. Denerwowało mnie, gdy ktoś wykorzystywał klub lub ludzi do uprawiania polityki i oszukiwania opinii publicznej. Nie potrafię tego zrozumieć ani zaakceptować, dlatego czasami głośno mówiłem to, co myślę. Mogłem milczeć, ale tak już mam. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, iż Górnik naprawdę gra dziś odważną, fajną piłkę. I staje się pretendentem, a na to bardzo długo czekałem.
Rozmawiał: eMZet
Źródło: Roosevelta81.pl
Foto: Roosevelta81.pl
















